Dzisiaj w pracy była niezła rozróba. Klientka okazała się być oporna na uśmiech, a miała go mieć wg życzenia. Niestety wszelkie działania spełzły na niczym. Nic jej nie drgnęło. Nic. Stadnie zbaranieliśmy. Dawno nie widzieliśmy takiej sztywniary. A uśmiech miał być i basta. Tylko, cholera, no jak?
W końcu radość to nasza nasza dewiza, więc zaczęliśmy się gromadnie zastanawiać jak doprowadzić klientkę do choćby lekkiego podniesienia kącików ust. Niestety, wszelkie pomysły i metody, jakie do tej pory z nas wypełzły i które zastosowaliśmy, okazywały się być bezskuteczne.
No jak?
No jak?
Szlag jasny!
- Nijak, a jak nijak to czas uruchomić tajną broń - mówiąc to, szef
wyciągnął flaszkę i kieliszki. Zawsze to robił gdy czuliśmy zbiorową bezradność. A zbiorową bezradność dość często czuliśmy, bo takie są czasy, a i barek jest zawsze pełny.
Piliśmy w milczeniu. Na początku. Potem alkohol trochę nas pobudził
Jak spowodować, by ktoś kto z natury swojej jest sztywny uśmiechnął się? No jak?
W końcu nazwa firmy zobowiązywała i musieliśmy coś wymyślić. A jeszcze w nas dudniły słowa kierownika:
- Ależ proszę pani, proszę się nie martwić, pańska matka będzie miała anielski uśmiech, pełen optymizmu i dobroci. Jesteśmy specjalistami wysokiej klasy.
Wysoko to była postawiona poprzeczka.
Burza mózgów przewaliła się po pokoju z niesłychanym łoskotem. W końcu ogarnął nas dziki śmiech , a klientkę nic nie ruszyło. Żadne fluidy, aury. Beznadzieja, no porażka po prostu.
- Przeszczep twarzy?
- Tobie, to jakoś, nie pomogło..
- Są matki idei i są ojcowie kilerzy, więc morderco ty jeden pierdolony, w ten sposób nie dojdziemy do żadnego consensusu
- Ja dojdę, mam nadzieję do .... - sekretarka trzymając dłoń na ustach wybiegła z pokoju.
- Ona zawsze dochodzi, ale na biurku...
- Zaczęło się....
Rozmowy toczyły się na brzegach stołu, a my z kierownikiem, czując coraz większy ciężar odpowiedzialności, patrzyliśmy na twarz klientki, czując bijącą z niej coraz większą pustkę.
- Nic tylko lać .....
W miarę lania pojawiające się kolejne pomysły, jakie zaczęły z nas spływać, nie nadawały się kompletnie do żadnego powtórzenia. Nawet tego cichego w myślach.
- Mam! - krzyknął kierownik i wybiegł z biura jak poparzony. Opadlibyśmy na krzesła, gdyby nie to, że siedzieliśmy. Co on ma? Fioła ma. I nas. Nic poza tym. Ostatnio jak wybiegł to wrócił po tygodniu.
- No i dupa blada - skwitował to Roman - zostaliśmy na statku sami.
- Najlepiej to zwiać, potem powiedzieć to depresja była i spokój.
Jednak za chwilę drzwi trzasnęły. Kierownik przyleciał :
- Patrzcie - zawołał zdyszany - Mam, mam, mam.
Spojrzeliśmy na niego i doznaliśmy paraliżującego szoku. Roman to prawie wytrzeźwiał. Pojebało go?!
- Pojebało cię? - zapytałam lekko już bełkocząc - To my mamy tutaj problem, jak ....yyyy, a ty wybierasz się na ryby?
- Na jakie, kurwa, ryby?
- A na chuj ci ten haczyk?
- By złowić szczęście, a nic tak nie uszczęśliwia jak mamona - i zaczął się śmiać, aż grzmotnął ciałem o podłogę. Myśleliśmy, ze się nie podniesie, ale podniósł się, otrzepał spodnie, siadł na swój fotel i zaczął nawlekać haczyk na żyłkę.
- Wyostrzę ci wzrok, bo masz słabe loty - mówiąc to wstałam i polałam wszystkim. Szef łyknął setę i dalej z pasją walczył, by żyłką trafić w ucho haczyka.
- Nooo udało się......wszystko się uda, wszystko.....
Podszedł do drzwi i zaczął obwiązywać żyłkę wokół klamki, po czym, idąc lekkim wężykiem, udał się w stronę klientki. Stanął przed nią, pogłaskał po głowie.
- Proszę się nie martwić ..... nadszedł czas na smajla.
Nim zdążyliśmy się wszyscy zorientować o co chodzi, on szybkim i zdecydowanym ruchem włożył do jej ust haczyk.
- Patrzcie, będzie uśmiech jak ta lala....
- Nieeeeee - ryknęłam wchodząc mu w słowo. Roman to nawet rzucił się w ich stronę, ale nie utrzymał równowagi i wywrócił się. Było za późno... drzwi biura się otworzyły z wielkim zamachem. Zdemolowana alkoholem sekretarka jednym ruchem wyrwała u klientki najszczerszy uśmiech świata.
- Miała być Mona Liza, a będzie, kurwa mać, Frankenstein - jęknęłam zobaczywszy całą lewą szczękę klientki
- Sama radość - czknęła sekretarka powtarzając nazwę naszego zakładu pogrzebowego, po czym pośliznąwszy się na skrawku policzka, grzmotnęła o podłogę.
W końcu radość to nasza nasza dewiza, więc zaczęliśmy się gromadnie zastanawiać jak doprowadzić klientkę do choćby lekkiego podniesienia kącików ust. Niestety, wszelkie pomysły i metody, jakie do tej pory z nas wypełzły i które zastosowaliśmy, okazywały się być bezskuteczne.
No jak?
No jak?
Szlag jasny!
- Nijak, a jak nijak to czas uruchomić tajną broń - mówiąc to, szef
wyciągnął flaszkę i kieliszki. Zawsze to robił gdy czuliśmy zbiorową bezradność. A zbiorową bezradność dość często czuliśmy, bo takie są czasy, a i barek jest zawsze pełny.
Piliśmy w milczeniu. Na początku. Potem alkohol trochę nas pobudził
Jak spowodować, by ktoś kto z natury swojej jest sztywny uśmiechnął się? No jak?
W końcu nazwa firmy zobowiązywała i musieliśmy coś wymyślić. A jeszcze w nas dudniły słowa kierownika:
- Ależ proszę pani, proszę się nie martwić, pańska matka będzie miała anielski uśmiech, pełen optymizmu i dobroci. Jesteśmy specjalistami wysokiej klasy.
Wysoko to była postawiona poprzeczka.
Burza mózgów przewaliła się po pokoju z niesłychanym łoskotem. W końcu ogarnął nas dziki śmiech , a klientkę nic nie ruszyło. Żadne fluidy, aury. Beznadzieja, no porażka po prostu.
- Przeszczep twarzy?
- Tobie, to jakoś, nie pomogło..
- Są matki idei i są ojcowie kilerzy, więc morderco ty jeden pierdolony, w ten sposób nie dojdziemy do żadnego consensusu
- Ja dojdę, mam nadzieję do .... - sekretarka trzymając dłoń na ustach wybiegła z pokoju.
- Ona zawsze dochodzi, ale na biurku...
- Zaczęło się....
Rozmowy toczyły się na brzegach stołu, a my z kierownikiem, czując coraz większy ciężar odpowiedzialności, patrzyliśmy na twarz klientki, czując bijącą z niej coraz większą pustkę.
- Nic tylko lać .....
W miarę lania pojawiające się kolejne pomysły, jakie zaczęły z nas spływać, nie nadawały się kompletnie do żadnego powtórzenia. Nawet tego cichego w myślach.
- Mam! - krzyknął kierownik i wybiegł z biura jak poparzony. Opadlibyśmy na krzesła, gdyby nie to, że siedzieliśmy. Co on ma? Fioła ma. I nas. Nic poza tym. Ostatnio jak wybiegł to wrócił po tygodniu.
- No i dupa blada - skwitował to Roman - zostaliśmy na statku sami.
- Najlepiej to zwiać, potem powiedzieć to depresja była i spokój.
Jednak za chwilę drzwi trzasnęły. Kierownik przyleciał :
- Patrzcie - zawołał zdyszany - Mam, mam, mam.
Spojrzeliśmy na niego i doznaliśmy paraliżującego szoku. Roman to prawie wytrzeźwiał. Pojebało go?!
- Pojebało cię? - zapytałam lekko już bełkocząc - To my mamy tutaj problem, jak ....yyyy, a ty wybierasz się na ryby?
- Na jakie, kurwa, ryby?
- A na chuj ci ten haczyk?
- By złowić szczęście, a nic tak nie uszczęśliwia jak mamona - i zaczął się śmiać, aż grzmotnął ciałem o podłogę. Myśleliśmy, ze się nie podniesie, ale podniósł się, otrzepał spodnie, siadł na swój fotel i zaczął nawlekać haczyk na żyłkę.
- Wyostrzę ci wzrok, bo masz słabe loty - mówiąc to wstałam i polałam wszystkim. Szef łyknął setę i dalej z pasją walczył, by żyłką trafić w ucho haczyka.
- Nooo udało się......wszystko się uda, wszystko.....
Podszedł do drzwi i zaczął obwiązywać żyłkę wokół klamki, po czym, idąc lekkim wężykiem, udał się w stronę klientki. Stanął przed nią, pogłaskał po głowie.
- Proszę się nie martwić ..... nadszedł czas na smajla.
Nim zdążyliśmy się wszyscy zorientować o co chodzi, on szybkim i zdecydowanym ruchem włożył do jej ust haczyk.
- Patrzcie, będzie uśmiech jak ta lala....
- Nieeeeee - ryknęłam wchodząc mu w słowo. Roman to nawet rzucił się w ich stronę, ale nie utrzymał równowagi i wywrócił się. Było za późno... drzwi biura się otworzyły z wielkim zamachem. Zdemolowana alkoholem sekretarka jednym ruchem wyrwała u klientki najszczerszy uśmiech świata.
- Miała być Mona Liza, a będzie, kurwa mać, Frankenstein - jęknęłam zobaczywszy całą lewą szczękę klientki
- Sama radość - czknęła sekretarka powtarzając nazwę naszego zakładu pogrzebowego, po czym pośliznąwszy się na skrawku policzka, grzmotnęła o podłogę.
Wiem, że marudzę, ale haczyk przedarłby policzek, nie wydarł jego kawałek (tak bardzo mocno mi się zdaje).
OdpowiedzUsuńCała procedura "uśmiechania klientki" przypomina klasyczny lifting. Kuźwa, za życia nie dam sobie tego zrobić. Never ever.
ja też nie- wolę starzeć się po swojemu :D
Usuń