niedziela, 22 marca 2015

jakoś tak...

Uwiodła mnie myśl o ptaku nakręcaczu Murakamiego. Wstaje on każdego dnia i swoim dźwiękiem nakręca świat. Mam jednak wrażenie, że czasami zapomina o mnie. W sumie to czuję się  jakbym była  kotem z tego opowiadania. Polazłam gdzieś i nie wiem: czy może leżę gdzieś w krzaczorach jakiś, bez oddechu, czy też może uganiam się za jakimś zwierzakiem, tak jak człowiek ugania się za marzeniami. Nieobecność nakręca poczucie nierealności, a brak nakręcenia wpędza w letarg.
Jedno jest pewne: pogubiłam się w tym labiryncie życia. A nić Adriany zamiast poprowadzić mnie ku wyjściu, splątała mnie jak mumię. Czekam. Albo pożre mnie Minotaur, albo wyrwę się z marazmu i zębami wszystko poprzegryzam.  O ile wcześniej ich nie stracę...jak swoich pazurków. Może jednak czas wygładza wszystko, jak rzeka kamienie? Może dlatego odłożyłam na półkę w księgarni  Tako rzecze Zaratustra? Nie potrzebuję idei, słów, niczego co ze świata zrobi urzekający obraz lub wręcz przeciwnie: uczyni go dziurawym butem z rynsztoka.

Dni mijają w godzinach przeciągłych. Przychodzi noc. Jak to dobrze. Czas na ukojenie. Sen. Śmierć dla świadomości. A potem znowu iluzja zmartwychwstania. Życie rozwleczone jak ścierwo na ziemi kala wszystkie zmysły swoją nieświeżością.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz