----
tr v 2 - trening słowa, choć lans jest, co mi wybaczcie :DDD ;P
Nauczycielka od języka polskiego była zjawiskowa. Wchodziła do klasy dostojnym krokiem, kładła torebkę na biurku i zadając pytanie:
- I co tam dziewczynki u was?
wyciągała szminkę, po czym zaczynała malować swoje usta robiąc to w zabawny sposób. Jej wargi układały się jakby w kwadrat i ten ruch dłoni był niewiarygodny.
Następnie poprawiała włosy, wyciągała z biurka bryka i zaczynała swój wykład.
Przy takim sposobie prowadzenia zajęć zdanie matury wydawało się nieosiągalne.
Tym bardziej, ze przy moich odpowiedziach, dość bezczelnych, zamiast wstawić mi jedynkę i to z uwagą, mówiła "dobrze" i taką ocenę wpisywała do dziennika.
Brak pasji nauczyciela odbija się niestety na poziomie nauczania. Nie było żadnej motywacji do zdobywania wiedzy jak i poszerzania swoich horyzontów. Ale wówczas żyło się życiem, a nie nauką. Głód wiedzy przyszedł o wiele później. Na moment.
-Arte do odpowiedzi.
-Znowu ja? Byłam tydzień temu.
- Proszę powiedzieć co to jest pozytywizm - była niewzruszona na moje zachowanie.
Odpowiedziałam zapewne bełkocząc o realnym podejściu do świata, bo znając siebie, gruntownej wiedzy nie posiadałam, więc lawirowałam jak mogłam wychodząc z założenia, że lepiej jest lać wodę niż milczeć.
- Dobrze, a teraz proszę omówić wiersz Marii Konopnickiej" Przed sądem"
(Dobrze?!?! Hahahaha, jak dobrze? Ufff, udało się znowu)
- Maria Konopnicka jako przedstawicielka realizmu ciężko przejmowała się pozycja i losem chłopów. Swoją troskę o tą warstwę społeczna zapisała własnie w tym wierszu - "Przed sadem". Chłop miał trzy drogi życiowe: praca na polu, rodzina, oraz sąd, bo zawsze był czemuś winien. Wiersz opowiada o tym o biednym chłopie, który został nie słusznie oskarżony o rzeczy których nie zrobił. Chłopi zawsze byli wykorzystywani i nie słusznie traktowani.
- Dobrze, dobrze, a teraz powiedz mi ....
Zadała mi jeszcze jedno pytanie na które odparłam:
- Może jednak pani kogoś innego przepyta, ja już nie mam sił odpowiadać.
Dostałam cztery. A ktoś inny został wezwany do odpowiedzi. Ha!
A o czym traktuje wiersz "Przed sądem"? Opowiada o małym dziecku, które ukradło kawałek chleba....
Dobrze odpowiedziałam? No super po prostu.
Takich rzeczy nie zapomina się nawet po latach.
Tak było z wieloma moimi odpowiedziami. Brak wiedzy zalewany lawirującym słowem. Po prostu chichot na sali, o ile ktoś był dość inteligentny.
Nie mówiąc już o numerach, jakie sobie na lekcjach wycinałyśmy. Albo prowadzącym lekcje.
Któregoś dnia przyniosłam budzik. Zadzwonił na lekcji kwadrans po dzwonku.
Nauczycielka chwytając torebkę, krzyknęła:
- Dziewczynki przerwa!
i wyleciała z klasy.
Wróciła jednak po chwili i jakby nic się nie stało, kontynuowała zajęcia zabijając mnie wzrokiem.
Pani Oj nie tylko nas uczyła języka polskiego, ale także była nasza wychowawczynią. Któregoś dnia weszła na lekcję historii:
- Dziewczynki, potrzebuję waszej pomocy przy zawieszeniu tablicy. Jest któraś chętna?
Oczywiście las rak poszedł do góry, nie z chęci pomocy, ale z chęci wyrwania się z lekcji. Moja dłoń jako nonkonformistki, nie drgnęła. Pani wyznaczyła cztery dziewczyny i wyszła z nimi. Za chwilę wróciła do klasy:
- Arte, ty też chodź, bo zaraz będziesz krytykować.
Poszłam.
No taka była ze mnie menda. Menda ściągana przez nauczycielki za palenie papierosów w ubikacji.
Zdanie matury przy takim prowadzeniu zajęć wydawało się tak realne jak zdobycie K2 i to w sandałach.
Pisemny egzamin pisaliśmy na sali gimnastycznej. Można było wyjść do wc po zgłoszeniu tego faktu komisji. Poczułam potrzebę nie oddania moczu, ale konsultacji, a wiadomym było, ze gdzieś za muszlą są ściągi. Gdy szłam do stolika szanownej komisji, dyrektor patrząc na mnie, żywo dyskutował z moja wychowawczynią. Ups, będzie jakiś problem?
Po egzaminie zostałam wezwana na rozmowę do wychowawczyni. O kurde, czyżbym zaliczyła wpadkę?
- Arte, czy ty jesteś w ciąży?
- Ja? - spytałam zdumiona, by za chwile ryknąć salwą śmiechu.
- To samo powiedziałam dyrektorowi, ze to śmieszne.
- Dlaczego? A nie mogłabym być?- zapytałam się tym razem "oburzona".
- Nie ty nie, jesteś za to za mądra.
- No właśnie.
aha, to pewnie o tym rozprawiał dyro z wychowawczynią. Osioł jeden.
Przygotowania do egzaminu ustnego ukazywały coraz większe moje braki w posiadanej wiedzy. Nie było dobrze. Pocieszałam się słowami wróżki, która mówiła, ze zdam. Przecież nie takie cuda zdarzają się na tym świecie.
Optymizm swój jak i pesymizm podlewaliśmy alkoholem wznosząc toasty za zdanie matury. Bo co nam zostało skoro upływający czas działał na naszą nie korzyść.
I nadszedł ten dzień. Prawie każdy uczeń, przed wejściem na salę, nerwowo przeglądał notatki mamrocząc coś pod nosem. Wyglądało to na grupę jakiś nienormalnych, opętanych złym duchem istot. Odkryłam, ze są pytania na które nie znam odpowiedzi. To dopiero było odkrycie.
"Granica" Nałkowskiej? WTF? Kurde! Strach stał się moja skórą, oddechem, mną. Kumpela oświecała mnie w iście szybki sposób. Taka była dobra. I przedstawiła mi problematykę "Granicy" wraz z psem na uwięzi. Oczywiście wiele było takich lektur, których nie przeczytałam.
Weszłam do sali. Wyciągnęła pytania. Zamarłam.
Baczyński - wiersze.
Nałkowska - Granica
trzeciego nie pamiętam
Granica!!! jestem trupem!
Omówienie Baczyńskiego było łatwe. Lałam wodę o utraconej młodości, miłości, bezlitosnej wojnie. Nieoczekiwanej śmierci. O tym, że młodzi ludzie, pomimo walk, chcieli kochać i żyć. Sra ta ta pierdu w tych klimatach. Łyknęli, ufff.
Natomiast "Granica" okazała się być wyzwaniem. Sztuką jest opowiadać o czymś o czym nie ma się zielonego pojęcia. Moja mowa skoncentrowała się na moralności człowieka jako granicy wyznaczającej działania i egzystencję ludzka dodając, tak jak kumpela mówiła, ze symbolem tego jest pies na uwięzi o którym mowa była w książce. I drążyłam temat łańcucha. No przecież jak pies zerwie się z uwięzi to może być wolny, ale może też zginąć, prawda? Czy cena wolności jest warta swojej ceny?
Zero słowa o bohaterach, bo niby skąd miałam ich znać.
Naprawdę spociłam się przy tym jak nic. Moja wychowawczyni przytaknęła- dobrze, dobrze.
Druga nauczycielka nie wykazała takiego entuzjazmu zadając proste pytanie:
- Czytałaś tą książkę? Ale odpowiedz szczerze.
- Nie - odpowiedziałam czując, ze jednak polegnę..
Zdałam na cztery. Niewiarygodne. Byłam w totalnym szoku. To było tak niesamowite jak zdanie geografii na ocenę dobrą, kiedy nauczycielka nauczająca ten przedmiot z góry twierdziła, ze polegnę. Nie tylko nie poległam, ale zaszokowałam ją wiedzą. Można? Można. Jeśli ma się szczęście. Bez tego byłaby klapa. A miałam szczęście, kosmiczne szczęście do pytań. Nie mówiąc już o tym, ze przed wejściem na egzamin okazało się, ze części materiału nie znam, bo zawieruszyły mi się zagadnienia.
Ukończyłam szkolę średnia z książką w ręce. Za dobre zachowanie i oceny. I chichoczę z tego do tej pory....A już o studiach nie chcę wspominać. No chyba, ze te imprezy i biesiadowanie przy piwie "W Jankielu".
Wspomnę tylko o jednym egzaminie, który najlepiej ukaże mojego fuksa życiowego, dzięki któremu moje życie jest fajne. Nie mówiąc już o tym, ze mniej więcej w takim stylu zdawałam. Aczkolwiek czasami, pomimo wszystko, poza wypitym procentami, jednak coś zapadało w mojej głowie,
Przed egzaminem z jakiegoś tam przedmiotu dostaliśmy 10 zagadnień na które trzeba było znać odpowiedź. I to w szerokim zakresie.
Banał? Rewelacyjny! O takich wykładowcach ludzkich można marzyć ...
- Które zagadnienie chce pani omówić? - zapytała się pani doktor.
- Bariery architektoniczne w miastach względem ludzi niepełnosprawnych.
- Ale proszę pani takiego zagadnienia nie było!
- Nie? Dlaczego? Nie uważa pani, ze to jest problem .....
Zdałam na cztery. I takie to moje życie jest. Dobre. Z fuksem. Zabawne. I takie moje.
A literatura zna takie przypadki:
Kariera Nikodema Dyzmy, Dołęgi-Mostowicza
czy też
Wystarczy być Kosińskiego.
Aczkolwiek i na szczęście kariery nie zrobiłam, bo tak jak wróżka przewidziała, za bardzo lubię życie rozrywkowe. I słusznie. Bo po co miałabym w chlewie siedzieć?
Warto więc opanować lanie wody, bo ta sztuka pozwala płynąć do przodu.
tr v 2 - trening słowa, choć lans jest, co mi wybaczcie :DDD ;P
Głupi ma zawsze szczęście
Nauczycielka od języka polskiego była zjawiskowa. Wchodziła do klasy dostojnym krokiem, kładła torebkę na biurku i zadając pytanie:
- I co tam dziewczynki u was?
wyciągała szminkę, po czym zaczynała malować swoje usta robiąc to w zabawny sposób. Jej wargi układały się jakby w kwadrat i ten ruch dłoni był niewiarygodny.
Następnie poprawiała włosy, wyciągała z biurka bryka i zaczynała swój wykład.
Przy takim sposobie prowadzenia zajęć zdanie matury wydawało się nieosiągalne.
Tym bardziej, ze przy moich odpowiedziach, dość bezczelnych, zamiast wstawić mi jedynkę i to z uwagą, mówiła "dobrze" i taką ocenę wpisywała do dziennika.
Brak pasji nauczyciela odbija się niestety na poziomie nauczania. Nie było żadnej motywacji do zdobywania wiedzy jak i poszerzania swoich horyzontów. Ale wówczas żyło się życiem, a nie nauką. Głód wiedzy przyszedł o wiele później. Na moment.
-Arte do odpowiedzi.
-Znowu ja? Byłam tydzień temu.
- Proszę powiedzieć co to jest pozytywizm - była niewzruszona na moje zachowanie.
Odpowiedziałam zapewne bełkocząc o realnym podejściu do świata, bo znając siebie, gruntownej wiedzy nie posiadałam, więc lawirowałam jak mogłam wychodząc z założenia, że lepiej jest lać wodę niż milczeć.
- Dobrze, a teraz proszę omówić wiersz Marii Konopnickiej" Przed sądem"
(Dobrze?!?! Hahahaha, jak dobrze? Ufff, udało się znowu)
- Maria Konopnicka jako przedstawicielka realizmu ciężko przejmowała się pozycja i losem chłopów. Swoją troskę o tą warstwę społeczna zapisała własnie w tym wierszu - "Przed sadem". Chłop miał trzy drogi życiowe: praca na polu, rodzina, oraz sąd, bo zawsze był czemuś winien. Wiersz opowiada o tym o biednym chłopie, który został nie słusznie oskarżony o rzeczy których nie zrobił. Chłopi zawsze byli wykorzystywani i nie słusznie traktowani.
- Dobrze, dobrze, a teraz powiedz mi ....
Zadała mi jeszcze jedno pytanie na które odparłam:
- Może jednak pani kogoś innego przepyta, ja już nie mam sił odpowiadać.
Dostałam cztery. A ktoś inny został wezwany do odpowiedzi. Ha!
A o czym traktuje wiersz "Przed sądem"? Opowiada o małym dziecku, które ukradło kawałek chleba....
Dobrze odpowiedziałam? No super po prostu.
Takich rzeczy nie zapomina się nawet po latach.
Tak było z wieloma moimi odpowiedziami. Brak wiedzy zalewany lawirującym słowem. Po prostu chichot na sali, o ile ktoś był dość inteligentny.
Nie mówiąc już o numerach, jakie sobie na lekcjach wycinałyśmy. Albo prowadzącym lekcje.
Któregoś dnia przyniosłam budzik. Zadzwonił na lekcji kwadrans po dzwonku.
Nauczycielka chwytając torebkę, krzyknęła:
- Dziewczynki przerwa!
i wyleciała z klasy.
Wróciła jednak po chwili i jakby nic się nie stało, kontynuowała zajęcia zabijając mnie wzrokiem.
Pani Oj nie tylko nas uczyła języka polskiego, ale także była nasza wychowawczynią. Któregoś dnia weszła na lekcję historii:
- Dziewczynki, potrzebuję waszej pomocy przy zawieszeniu tablicy. Jest któraś chętna?
Oczywiście las rak poszedł do góry, nie z chęci pomocy, ale z chęci wyrwania się z lekcji. Moja dłoń jako nonkonformistki, nie drgnęła. Pani wyznaczyła cztery dziewczyny i wyszła z nimi. Za chwilę wróciła do klasy:
- Arte, ty też chodź, bo zaraz będziesz krytykować.
Poszłam.
No taka była ze mnie menda. Menda ściągana przez nauczycielki za palenie papierosów w ubikacji.
Zdanie matury przy takim prowadzeniu zajęć wydawało się tak realne jak zdobycie K2 i to w sandałach.
Pisemny egzamin pisaliśmy na sali gimnastycznej. Można było wyjść do wc po zgłoszeniu tego faktu komisji. Poczułam potrzebę nie oddania moczu, ale konsultacji, a wiadomym było, ze gdzieś za muszlą są ściągi. Gdy szłam do stolika szanownej komisji, dyrektor patrząc na mnie, żywo dyskutował z moja wychowawczynią. Ups, będzie jakiś problem?
Po egzaminie zostałam wezwana na rozmowę do wychowawczyni. O kurde, czyżbym zaliczyła wpadkę?
- Arte, czy ty jesteś w ciąży?
- Ja? - spytałam zdumiona, by za chwile ryknąć salwą śmiechu.
- To samo powiedziałam dyrektorowi, ze to śmieszne.
- Dlaczego? A nie mogłabym być?- zapytałam się tym razem "oburzona".
- Nie ty nie, jesteś za to za mądra.
- No właśnie.
aha, to pewnie o tym rozprawiał dyro z wychowawczynią. Osioł jeden.
Przygotowania do egzaminu ustnego ukazywały coraz większe moje braki w posiadanej wiedzy. Nie było dobrze. Pocieszałam się słowami wróżki, która mówiła, ze zdam. Przecież nie takie cuda zdarzają się na tym świecie.
Optymizm swój jak i pesymizm podlewaliśmy alkoholem wznosząc toasty za zdanie matury. Bo co nam zostało skoro upływający czas działał na naszą nie korzyść.
I nadszedł ten dzień. Prawie każdy uczeń, przed wejściem na salę, nerwowo przeglądał notatki mamrocząc coś pod nosem. Wyglądało to na grupę jakiś nienormalnych, opętanych złym duchem istot. Odkryłam, ze są pytania na które nie znam odpowiedzi. To dopiero było odkrycie.
"Granica" Nałkowskiej? WTF? Kurde! Strach stał się moja skórą, oddechem, mną. Kumpela oświecała mnie w iście szybki sposób. Taka była dobra. I przedstawiła mi problematykę "Granicy" wraz z psem na uwięzi. Oczywiście wiele było takich lektur, których nie przeczytałam.
Weszłam do sali. Wyciągnęła pytania. Zamarłam.
Baczyński - wiersze.
Nałkowska - Granica
trzeciego nie pamiętam
Granica!!! jestem trupem!
Omówienie Baczyńskiego było łatwe. Lałam wodę o utraconej młodości, miłości, bezlitosnej wojnie. Nieoczekiwanej śmierci. O tym, że młodzi ludzie, pomimo walk, chcieli kochać i żyć. Sra ta ta pierdu w tych klimatach. Łyknęli, ufff.
Natomiast "Granica" okazała się być wyzwaniem. Sztuką jest opowiadać o czymś o czym nie ma się zielonego pojęcia. Moja mowa skoncentrowała się na moralności człowieka jako granicy wyznaczającej działania i egzystencję ludzka dodając, tak jak kumpela mówiła, ze symbolem tego jest pies na uwięzi o którym mowa była w książce. I drążyłam temat łańcucha. No przecież jak pies zerwie się z uwięzi to może być wolny, ale może też zginąć, prawda? Czy cena wolności jest warta swojej ceny?
Zero słowa o bohaterach, bo niby skąd miałam ich znać.
Naprawdę spociłam się przy tym jak nic. Moja wychowawczyni przytaknęła- dobrze, dobrze.
Druga nauczycielka nie wykazała takiego entuzjazmu zadając proste pytanie:
- Czytałaś tą książkę? Ale odpowiedz szczerze.
- Nie - odpowiedziałam czując, ze jednak polegnę..
Zdałam na cztery. Niewiarygodne. Byłam w totalnym szoku. To było tak niesamowite jak zdanie geografii na ocenę dobrą, kiedy nauczycielka nauczająca ten przedmiot z góry twierdziła, ze polegnę. Nie tylko nie poległam, ale zaszokowałam ją wiedzą. Można? Można. Jeśli ma się szczęście. Bez tego byłaby klapa. A miałam szczęście, kosmiczne szczęście do pytań. Nie mówiąc już o tym, ze przed wejściem na egzamin okazało się, ze części materiału nie znam, bo zawieruszyły mi się zagadnienia.
Ukończyłam szkolę średnia z książką w ręce. Za dobre zachowanie i oceny. I chichoczę z tego do tej pory....A już o studiach nie chcę wspominać. No chyba, ze te imprezy i biesiadowanie przy piwie "W Jankielu".
Wspomnę tylko o jednym egzaminie, który najlepiej ukaże mojego fuksa życiowego, dzięki któremu moje życie jest fajne. Nie mówiąc już o tym, ze mniej więcej w takim stylu zdawałam. Aczkolwiek czasami, pomimo wszystko, poza wypitym procentami, jednak coś zapadało w mojej głowie,
Przed egzaminem z jakiegoś tam przedmiotu dostaliśmy 10 zagadnień na które trzeba było znać odpowiedź. I to w szerokim zakresie.
Banał? Rewelacyjny! O takich wykładowcach ludzkich można marzyć ...
- Które zagadnienie chce pani omówić? - zapytała się pani doktor.
- Bariery architektoniczne w miastach względem ludzi niepełnosprawnych.
- Ale proszę pani takiego zagadnienia nie było!
- Nie? Dlaczego? Nie uważa pani, ze to jest problem .....
Zdałam na cztery. I takie to moje życie jest. Dobre. Z fuksem. Zabawne. I takie moje.
A literatura zna takie przypadki:
Kariera Nikodema Dyzmy, Dołęgi-Mostowicza
czy też
Wystarczy być Kosińskiego.
Aczkolwiek i na szczęście kariery nie zrobiłam, bo tak jak wróżka przewidziała, za bardzo lubię życie rozrywkowe. I słusznie. Bo po co miałabym w chlewie siedzieć?
Warto więc opanować lanie wody, bo ta sztuka pozwala płynąć do przodu.

Czasami patrząc na to, co się dzieje w szkole, czy na studiach myślałam sobie, że kombinowanie, lanie wody to to, na czym się najlepiej wychodzi. Szkoda, że ja nawet ściągać nie potrafiłam ;]
OdpowiedzUsuńOj ściągać to ja nie potrafię. Chciałam ściagać na przedmiocie zawodowym. Ubrałam, jak nigdy!, spódnicę (łoł), a pod rajstopy włożyłam ściągi, Tyle, ze w komisji znalazł się facet, więc, kiedy chciałam zerknąć to on się lampił. Naprawdę sprytny to był plan, buhahahaha
UsuńO jejutku, jak ja bardzo zazdroszczę ludziom, którzy potrafią lać wodę... NIGDY nie posiadłam tej umiejętności... U mnie w pracy jak przychodzi jakieś pismo, na które muszę odpowiedzieć a dotyczy tematu nikomu nieznanego, to jestem przerażona tym, że muszę lać wodę... Dobrze, że nazwa mojego zakładu pracy zajmuje dwie linijki, to już coś mam :P NIENAWIDZĘ lać wody, NIENAWIDZĘ. Dlatego zazdroszczę :)
OdpowiedzUsuńOj, w pracy też musiałam lać wodę...zabawne to było, a przecież, jak mówią, papier przyjmie wszystko :P:D
UsuńUwielbiam czytać, ale lektury wywoływały u mnie odruch wymiotny i sporej części nie miałam nawet w ręce. Traf chciał, że polonistka postanowiła przepytać mnie z Ferdydurke, miałam na ławce otwarte opracowanie i przez bite 15 minut ściemniałam o tym, co mogłam na tej jednej stronie przeczytać. W pewnym momencie nauczycielka przerwała mój wywód słowami "książki to ty na pewno nie przeczytałaś, ale tak pięknie lejesz wodę, że żal ci pałę stawiać".
OdpowiedzUsuń"Połowa człowieka składa się z książek, które przeczytał."
UsuńKazimierz Kutz
"a druga połowa człowieka składa się z wody"
Arte
:D