Rok temu, właśnie 6 grudnia, kiedy św. Mikołaj wpadał na świat to z nieba sypnęło śniegiem. Zawiało, zasypało, po prostu w jednej sekundzie zrobiło się biało. To był moment, bo jak wyjeżdżałam na miasto w sprawach służbowych to była jeszcze jesień. Wpadłam do firmy współpracującej, by omówić wszystkie niepokojące punkty - wychodzę i ....zamieć śnieżna. Z niedowierzania przetarłam oczy. Czułam się tak jakbym światy pomyliła. Co jest? Trafiłam do Królestwa Królowej Lodu?!
Auta jechały powoli. niektóre ślizgały się przy lekkim hamowaniu tańcząc niespokojnie. No tak znowu zima zaskoczyła niektórych kierowców i zapomnieli zmienić opony na zimowe. Wsiadłam do auta, wypróbowałam hamulce i o żesz, lodowisko po prostu!!! Fuck!
Oby tylko dojechać do firmy. Jechałam powoli. Mega zakręt i ..wyrzuciło mnie na pas przeciwny. Facet zahamował i stanął, ja płynęłam nie mając wpływu na auto i .....nie wiedząc co robić po prostu wyłączyłam silnik.
Stanęłam. Inne auta też stały. Obyło się bez kolizji. Odpaliłam silnik, ruszyłam powoli z modlitwą normalnie, oby dojechać, oby dojechać ...
Jechałam naprawdę powoli, kolejny zakręt, a za nim auto stoi. Stoi, bo chce skręcać w w lewo na parking, a nie może, bo auta z naprzeciwka jadą. Stanęłam za kolesiem cała szczęśliwa, że zahamowałam nie wpadając mu w dupę. W sumie kretyn mega sobie myślę, bo idioci tylko tak stają. Ale cóż ...
Nagle moja głowa poleciała bezwiednie na kierownicę. Kurwa!!! co jest?! Jakby było mało to moje auto ruszyło do przodu. Jak?! Co jest?! Jezu, zaraz w faceta przywalę, ale w tym samym momencie auto, które stało przede mną ruszyło na parking, więc go nie walnęłam.
Wysiadłam z auta. Podleciała do mnie babka mocno przepraszając. Był zakret, nie wyhamowąła. Mój bagażnik był otwarty i zdemolowany, tablica wisiała, no nieźle. Zjechałyśmy na bok. Wymieniłyśmy się numerami telefonu i podałam swój adres zapraszając na kawę i napisanie protokołu.
Wpadłam do domu roztrzęsiona. W jakiś nieskładnych słowach opowiedziałam mężulowi co się stało. Nagle odkryłam, ze nie mam okularów. Mąż zszedł - były przy pedałach samochodowych.
Po godzinie mężu stwierdził, ze dałam się zrobić, bo babeczki nie ma, a tu domofon się odezwał. Przyszła. Przepraszała, choć mówiłam, że nie ma za co, ze w sumie tego faceta mogłyśmy spisać, bo to jego wina - kretyn nie powinien tam stanąć, ale obydwie byłyśmy w szoku.
Mąż zrobił kawkę, a my spisałyśmy protokół. Kark mnie bolał, ale co tam - przejdzie. Pani znowu przepraszała, choć ja mówiłam, ze nie ma za co. Dobrze, że nikomu nic się nie stało - to najważniejsze.
A kark? Nie pojechałam do lekarza, bo z pierdami nie będę łazić po białych kitlach. Jak nie przejdzie to pójdę. Zadzwoniłam do firmy mówiąc co się stało, szef powiedział : zostań, nie wracaj, do jutra.
Myślałam, że to będzie jedyna przygoda w grudniu, ale niestety los miał jeszcze jedną niespodzianke dla mnie i bez szwanku na zdrowiu nie dotrwałam do Nowego Roku..... Mam tylko nadzieję, ze w tym roku dotrwam bez "przygody" do Sylwestra.
Takie przypadki uczą, ze można zginąć nie wiadomo kiedy, dlatego memento mori i cieszmy się życiem, dzieciakami, sobą i wszystkim. Niech radocha trwa z tego co jest, bo zawsze może być gorzej, albo przestać być.
I życzę Wam na tą zimę szczęśliwej drogi!
Auta jechały powoli. niektóre ślizgały się przy lekkim hamowaniu tańcząc niespokojnie. No tak znowu zima zaskoczyła niektórych kierowców i zapomnieli zmienić opony na zimowe. Wsiadłam do auta, wypróbowałam hamulce i o żesz, lodowisko po prostu!!! Fuck!
Oby tylko dojechać do firmy. Jechałam powoli. Mega zakręt i ..wyrzuciło mnie na pas przeciwny. Facet zahamował i stanął, ja płynęłam nie mając wpływu na auto i .....nie wiedząc co robić po prostu wyłączyłam silnik.
Stanęłam. Inne auta też stały. Obyło się bez kolizji. Odpaliłam silnik, ruszyłam powoli z modlitwą normalnie, oby dojechać, oby dojechać ...
Jechałam naprawdę powoli, kolejny zakręt, a za nim auto stoi. Stoi, bo chce skręcać w w lewo na parking, a nie może, bo auta z naprzeciwka jadą. Stanęłam za kolesiem cała szczęśliwa, że zahamowałam nie wpadając mu w dupę. W sumie kretyn mega sobie myślę, bo idioci tylko tak stają. Ale cóż ...
Nagle moja głowa poleciała bezwiednie na kierownicę. Kurwa!!! co jest?! Jakby było mało to moje auto ruszyło do przodu. Jak?! Co jest?! Jezu, zaraz w faceta przywalę, ale w tym samym momencie auto, które stało przede mną ruszyło na parking, więc go nie walnęłam.
Wysiadłam z auta. Podleciała do mnie babka mocno przepraszając. Był zakret, nie wyhamowąła. Mój bagażnik był otwarty i zdemolowany, tablica wisiała, no nieźle. Zjechałyśmy na bok. Wymieniłyśmy się numerami telefonu i podałam swój adres zapraszając na kawę i napisanie protokołu.
Wpadłam do domu roztrzęsiona. W jakiś nieskładnych słowach opowiedziałam mężulowi co się stało. Nagle odkryłam, ze nie mam okularów. Mąż zszedł - były przy pedałach samochodowych.
Po godzinie mężu stwierdził, ze dałam się zrobić, bo babeczki nie ma, a tu domofon się odezwał. Przyszła. Przepraszała, choć mówiłam, że nie ma za co, ze w sumie tego faceta mogłyśmy spisać, bo to jego wina - kretyn nie powinien tam stanąć, ale obydwie byłyśmy w szoku.
Mąż zrobił kawkę, a my spisałyśmy protokół. Kark mnie bolał, ale co tam - przejdzie. Pani znowu przepraszała, choć ja mówiłam, ze nie ma za co. Dobrze, że nikomu nic się nie stało - to najważniejsze.
A kark? Nie pojechałam do lekarza, bo z pierdami nie będę łazić po białych kitlach. Jak nie przejdzie to pójdę. Zadzwoniłam do firmy mówiąc co się stało, szef powiedział : zostań, nie wracaj, do jutra.
Myślałam, że to będzie jedyna przygoda w grudniu, ale niestety los miał jeszcze jedną niespodzianke dla mnie i bez szwanku na zdrowiu nie dotrwałam do Nowego Roku..... Mam tylko nadzieję, ze w tym roku dotrwam bez "przygody" do Sylwestra.
Takie przypadki uczą, ze można zginąć nie wiadomo kiedy, dlatego memento mori i cieszmy się życiem, dzieciakami, sobą i wszystkim. Niech radocha trwa z tego co jest, bo zawsze może być gorzej, albo przestać być.
I życzę Wam na tą zimę szczęśliwej drogi!
Niestety życie ludzkie jest bardzo krótkie, dlatego trzeba żyć na 200% i wykorzystywać każdy dzień, na tyle, ile się da, albo i jeszcze więcej.
OdpowiedzUsuńooo, dokładnie tak!!!:))))
OdpowiedzUsuńOj to prawda... nie znamy dnia ani godziny...
OdpowiedzUsuńw jednej minucie rozmawiamy, śmiejemy się wszystko jest cudownie kiedy w drugiej minucie wywijamy orła na schodach albo tracimy pracę...
Czyli tak jak mówisz - cieszmy się chwilą na resztę i tak nie mamy wpływu :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Kaś
dokładnie - trzeba cieszyć się tym, co jest, bo los potrafi zakpić i to w okrutny sposób
Usuńpozdrawiam :)))
Zdrowia, tylko zdrowia i aż zdrowia!
OdpowiedzUsuńoj tak - zdrowie to najważniejsza rzecz
Usuńjeszcze będę Was prosić o modlitwę i wysyłanie pozytywnych fluidów!!! :))
I dlatego nikt mnie już na prawo jazdy nie namówi.
OdpowiedzUsuńoj tam, super się prowadzi i ma się wolność :)))
Usuńtyle, że naprawdę byłam zdumiona jak przy niewielkiej przecież prędkości siła uderzenia zamienia się w coś nieokiełznanego - mnie to przeraziło - 20km/h i taka siła ...szok.....
Arte, Ty wiesz. Folia bąbelkowa i te sprawy. Przerażasz mnie ;)
OdpowiedzUsuńjasne :):P
UsuńMiałam z siostra identycznie. tylko ze latem. gościu nagle włączył kierunek i hamował. siostra wyhamowała. a facet co jechał z tylu nas walnął nam w dupe. jechał 140.
OdpowiedzUsuńdobrze ze to był kombiak bo z tyłu ja jechałam ze starszym.
o kurde,.... brrrrrrrr.........
OdpowiedzUsuń140? to siła masakryczna!!1- dobrze, że Wam nic się nie stało ...
W sumie to cud.
OdpowiedzUsuńauto poszło do kasacji ale nam nic się nie stało choć na drugi dzień jechałam do szpitala bo głowa mnie bolała.
no przy takiej sile uderzenia to ja dziękuję ....
Usuńnaprawdę, dobrze, że Wam się nic nie stało i niech Cię szczęście nie opuszcza :)
I to mnie w życiu przeraża najbardziej, że nie znasz dnia ni godziny. Wychodzisz do pracy i nie wiadomo, czy coś się nie przydarzy. Kruche to nasze życie.
OdpowiedzUsuńoj kruche, kruche ....
Usuńi chyba ta nie wiedza czyni każdy dzień świętem - cieszmy się sobą po prostu :)
Też prawda. Trzeba po prostu doceniać to, co się ma. :)
UsuńMasz rację. Ja teraz w piątek miałam stłuczkę. Jechałam z koleżanką, ona prowadziła, autem służbowym z jej firmy. Chciałyśmy zaparkować na parkingu przed sklepem, bo miałyśmy tam coś do załatwienia i nagle w mój bok walną taryfiarz. Trochę mną szrpnęło. Na szczęście nic nam się nie stało, straciłyśmy tylko czas, a zyskałyśmy nerwy i stres.
OdpowiedzUsuńzagubiona
bo to są sytuacje nieprzyjemne dla każdej strony .......
UsuńMy na szczęście nie mamy samochodu...
OdpowiedzUsuńMój mąż za to uczestniczył w wypadku jako pasażer. Dobrze że ma oczy. Szkło z szyby poleciało mu na twarz. miał rozciętą brew i troszkę powiekę. Ma lekką bliznę, ale dobrze, że tylko tak to się skończyło.
oj, to też miał przeżycie
Usuńsamochód jest super, ale jednak można niestety przeżyć nie miłą przygodę...
I tego się trzymajmy! Cieszmy się z tego, co mamy ! :)
OdpowiedzUsuńGrudniowe buziaki :)
trzymajmy się!!! buziole :)
UsuńJeśli raz się zdarzyło, nie musi zdażyć się drugi, na pewno nie w grudniu :P Choć kto wie... U mnie w 2013 jest tyle nieszczęść,że sama nie wiem skąd to się wzięło, już się nacierpiałam bo a to ledwo ja przeżyłam, potem mama... Ach, szkoda gadać, rok się kończy!
OdpowiedzUsuńA co do moich planów... Może gdybym miała innego mężczyznę albo nie wpajała mu przesądów (jaki pierwszy dzień roku taka i cała reszta) to byśmy gdzieś pojechali ale on uparł się,że przyjeżdża do mnie i siedzimy w domu "jupi" :) Twierdzi,że tak zapewni sobie kolejny rok tutaj, ze mną.
i oby zakończył się szczęśliwe, mam nadzieję, ze 2014 bedzie wiatrem w skrzydła....
Usuńhahahaha, no taka wymówka to mega słodka wymówka :)))
nie mniej jednak posiedzieć można kiedy jest się starym :):P
Po tym Twoim wpisie coś mi przemknęło przez głowę.
OdpowiedzUsuńZastanawialiście się ile razy dziennie unikamy śmierci nawet o tym nie wiedząc?
prawda?
UsuńNasze zdrowie jest najważniejsze, auto się zawsze wyklepie :)
OdpowiedzUsuńno jak jeszcze raz mi ktoś zrobi Tatry w bagażniku to już się nie wyklepie - :)
Usuń