Już wiem co mi jest. Naprawdę czuję się cholernie pogubiona. Zabijam się pierdami. Chowam się przed światem w kompie. Nawalam w gierki. Bezmózgowie mnie ogarnia coraz większe. Odruchy wymiotne nie opuszczają. Jakaś masakra normalnie. Tak się psychicznie rozpierdolić. Bo inaczej nie można ująć. Siedzę złapana w sieci rozpierduchy....
Rano obudziłam się po 6.00. Niewiarygodne. Upiorne myśli były bardziej natrętne niż komary. Zaczęłam ćwiczyć. Znaczy się machnęłam łapką. Jedną potem drugą. Potem nóżką. Najpierw jedną, potem drugą. Potem stwierdziłam, że jak dalej tak pójdzie to odgryzę sobie nogę. Monitoring rodzinki- spała w najlepsze, a ja nie mogłamznaleźćsobie miejsca. Wsiadłam na rower i pojechałam przed siebie. Nad rzekę. Żulerstwo już witało dzień trunkiem. Takim to dobrze. Oby tylko w szkle było pełno. Pełna butelka daje poczucie szczęścia i towarzystwo. I jaki sport od rana. Najpierw bieg po butelkę. Potem joga ....
Pomyślałam, ze będę dobra. Pojechałam po świeże pieczywo, hm.... bułka czosnkowa, trudno sobie odmówić, więc nie odmówiłam. Zjadłam kawałek. Bez smaku jakoś. Wpadłam w większe otępienie. Ta niepewność... Przecież niedługo dowiem się co z kolanem, ale nie mam już sił.....Jadę na oparach. Obłędu. Obiecałam sobie cieszyć się każdym dniem. Bo co jutro będzie? Któż to wie? Ale jakoś cienko mi idzie.....A właściwie zakopałabym się w swojej norze i przestała istnieć. Uciekła gdzieś najdalej.
Ale czy dalej będzie lepiej?! Może tam czekają inne potworzaki, które są gotowe skopać duszę jak ogródek.
Zawsze może być gorzej, zawsze ....
Poszliśmy do dentysty. Młodej coś wyskoczyło na dziąśle za zębem. Mapłukać jamę ustnąseptosanem. Jak nie zmniejszy się w ciągu tygodnia to pozostaje interwencja chirurgiczna. Jak powiedziała nam stomatolog - teraz wszystko wycinają. Taki trend. Kurde, siadam do czarów. Wszystko tylko nie cięcie Młodej. Syn nie jęknął podczas wiercenia. Ufff.... Panika może i z wiekiem przychodzi? Będą za to oglądać Totalną porażkę. Bajka nie dla nich, ale co tam.
Siedzą w trójkę w pokoju. Rodzeństwo i kumpel. Wymyślają teksty. - Happy, happy, dupa, dupa - Młoda rechotała wraz z towarzystwem ze swojego tekstu. - Happy, happy, język lata jak łopata, a wróbelki ugryzły siusiaka - Starszy nie chciał być gorszy. Hahahahahaha ogólne i głos Młodej: - Albo w cipkę. - A ja jestem gamoniem - M też coś wymyślił.
I rechoczą.
Ja pierdzielę. Ciekawe kiedy wejdą w etap zabawy W DOKTORKA.
Ufff, przeszło im dość szybko. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Lepiej czasami puścić to bez komentarza, by nie było. Zakazane bardziej bawi. A tak zajęli się wojownikami z lego faktory i szykuje się mega wojna. Potem chłopcy zrobili zawody w bieganiu z przeszkodami. Znaczy się był to bieg dookoła kanapy, gdzie siedział T i pod moimi nogami. Syn był o wiele szybszy od M. Ale M wmawiał mu, ze szybciej biega, a syn nie oponował. Tu już nam poszła żyłka. T mierzył czas. Cholera, koleś trochę przesadza. A syn - zero obrony. - No, byłeś szybszy - stwierdził - Synu! Co ty mówisz, miałeś lepszy czas. Ty byłeś szybszy. Doceń siebie i nie dawaj się spychać z podium. Cipex po nas. Normalnie. My też z T machamy na to co ludzie mówią. Każdy ma swoją prawdę. Nie czujemy potrzeby udowadniania komuś czegoś. Ale czasami jednak wypada nogą tupnąć.
Jutro rezonans. Potem gril. Wstępniak do urodzin. Nie cieszy mnie nic. Nie chce mi się rozmawiać.
Chyba potrzebuję zresetować się na maksa.
Albo kopa w dupę.
albo
Wrócić, by nie marudzić. Sama na siebie byłbym wściekła, gdyby choć trochę mnie to obchodziło.
Co to jest?!
Masażer głowy.
Prezent z pokazu.
A wabiki są różne.
Czasami coś się trafi fajnego, a czasami niezła lipa.
Wiadomo, ze nikt nie będzie dokładał do interesu.
A zachęcać ludzi trzeba.
Nic tak nie wabi jak darmocha.
Pokazy stały się formą spędzania wolnego czasu. I to nie tylko dla emerytów.
Ludzie korzystają z wycieczek za "psi pieniądz"
Ot posłuchają przez 2 godziny prezentacji, a potem pozwiedzają, dostaną obiad. I prezent. Małżeństwa to już w ogóle za sam udział są gloryfikowane. Podwójne prezenty. Nic tylko jechać.
Gorzej jest jak jednak jak człowiek wpadnie w pułapkę i podpisze umowę. Oczywiście płatność jest na raty.
Koniec spotkania, czar prysnął, a rodzina chwyta się za głowę - tyle kasy? za co?
Wystarczy wejść na internet i zobaczyć, że ten towar można kupić o wiele, wiele taniej.
Nie został kupiony? Dlaczego?
Bo jednak nie było potrzeby....
Ale życie ma to do siebie, że czasami stajemy się ofiarą nie z własnej winy.
Przekręt przyszedł z innej strony.
Czy tym razem się uda?!
Teściowa odebrała telefon. Pewna firma telekomunikacyjna Petees, zaoferowała nowe usługi. Tanio, lepiej. Teściowa odmówiła, nie będąc zainteresowana ofertą. Ponadto miała podpisaną umowę z inną firmą, firmą X.
Co się stało?
Po dwóch miesiącach zadzwonili z firmy Petees z informacją, ze teściowie zostali podłączeni pod ich sieć.
Starsi ludzie doznali szoku - kto? co? jak?
Zadzwonili do firmy Petees. Efekt? Babka przesłała kopię umowy podpisaną z nimi przez teścia. Problem w tym, że to nie był jego podpis.
Sprawa trafiła na policję, gdzie został zgłoszony fakt sfałszowania podpisu oraz do rzecznika praw konsumentów.
Tam okazało się, że firma Petees znana jest z niecnych praktyk i w prokuraturze jest już prowadzone dochodzenie. Pokrzywdzonych przybywa, a firma nadal ma się dobrze.
Petees wystosowało pismo, ze skoro teściowie chcą z nimi zerwać umowę, którą de facto nie podpisali!, to mają zapłacić karę 410 zł. W końcu mieli 10 dni na rezygnację z umowy. Szkopuł w tym, ze teściowie nic nie wiedzieli o nowej umowie. Zresztą trudno by wiedzieli, skoro nic nie podpisywali.
Czyste, łatwe pieniądze, nieprawdaż?!
Napisaliśmy do firmy Petees, ze za nic nie teściowie nie będą płacić, bo umowa została sfałszowana, a policja o tym fakcie powiadomiona. Sprawa jest w toku.
Karę za zerwanie umowy teściowie zapłacili firmie X z którą mieli podpisaną umowę.
Nie dało się wytłumaczyć, że nie zerwali z nimi umowy tylko tamta firma podpięła ich pod siebie wbrew ich woli i sprawa trafiła na policję.
Trudno 150 zł poszło w kosmos.
Co dalej?
Zadzwonił pracownik z Peteesu i nagrał się na sekretarkę. Nie przedstawił się z imienia i nazwiska, czemu zresztą nikt się nie dziwi. Spokojnym głosem poinformował, ze w przypadku nie zapłacenia sumy ok 410 zł za zerwanie umowy to sprawa trafi do firmy windykacyjnej i do sądu. Naliczone będą odsetki.
Teściowie mają dość - chcą zapłacić i mieć spokój.
Teściowie mają nas i sprawa się toczy.
Pedalstwo miejskie owładnęło duszę mą. Jeżdżę na rowerze tu i tam. I będę mogła tak śmigać na lajcie jeszcze przez dwa miesiące. Mam zasiłek rehabilitacyjny. Dostałam.
Tylko rezo i artro.
I witaj zdrowie.
Tylko wypowiedzenie z pracy.
I witaj wolność.
Tylko zebrać odszkodowania.
I witaj szmalu.
Pięknie kształtuje się moja przyszłość.
Syn został absolwentem przedszkola. Były występy i łzy, w szczególności pań. Mówią, ze ta grupa była niesamowita. Nie wszystkie pamięta się, a tą będzie trudno zapomnieć. Co ryjek to indywidualność.
Ze Starszego mieliśmy ubaw. Jak zwykle zero uśmiechu. Spina. Koncentracja. Mumia 3. Maska.
Dżizas, co za sztywniak estradowy.
Odnośnie przeżywania. Nie lubię niedociągnięć. Jak pójdzie coś nie tak to będzie mnie męczyć do wybuchu mega.
Siedzę sobie, a mnie to dusi.
To się nazywa nakręcanie.
Właśnie łeb ukręciłam T.
No bo....
Spotkanie z orzecznikiem było, o dziwo, miłe.
Tyle, ze i tak miałam wszystko w nosie. Naprawdę.
Dadzą, nie dadzą ....co mi tam.
Więc nie pokazałam mu protokołu powypadkowego.
Dlaczego? Nie wiem.
Koncentracja moja - kolano, ból, reszta wyrzucona poza.
Nie jestem zdolna do konstruktywnego myślenia.
Obrony.
Pomimo, że facet nie jest od tego, tylko o orzekaniu o zdolności do pracy,a ZUS już protokół ma, bo takowy przesłał im zakład pracy to jednak w głowie siedzi mi, ze powinnam pokazać. Powiedzieć.
Nie wiem.
Zamulam się tym na maksa.
Tyle, że mi się już mówić nie chce o tym. No nie chce .......
Naprawdę.
I na cholerę przybijam się pierdami do krzyża udręki?!
Psychika człowieka to nie kostka Rubika - parę nakręceń nie wystarczy, by wszystko było na miejscu.
A ja siadam powoli.
I to nie przy stoliku z piwem, bo biorę antybiotyk.
Od rana telefony. Gorąca linia.
Związki zawodowe, kadrowa i moje NIE.
Nie i już.
Po nastu latach zamykam drzwi.Wychodzę.Niech dzieje się co chcę.
A jeśli nie chcą
mnie
tracić, niech myślą.
I co z tego, że mi powiedzieli, że jestem młoda, zdolna, energiczna.
Z tego faktu nie wynika nic.
Ale kto w tych czasach myśli o człowieku?
Ekonomia jest nieubłaganym mordercą.
Zapięłam córkę w pasy.
- A ja siedzę sama - powiedziała smutno.
No tak, my ze Starszym z przodu.... -Może chcesz rodzeństwo? - nie ma to jak podpuścić dzieci.
Syn od razu krzyknął: - Nie!
A Młoda: - Tak, tak, siostrzyczkę malutką. - A ja chciałbym by moi koledzy -tu nastąpiła wymiana czterech imion - byli moimi braćmi. - To może wyślemy was razem na kolonie. będziecie razem w jednym pokoju, bez rodziców. - Nie! nie będę tak jeździć. A ty jeździłaś? - No pewnie, nie ma nic lepszego niż wolność od rodziców, nikt nie marudzi, nie czepia się a ty co takkochasz nas czy co? -Tak
Zapadła cisza, Moby sobie leci i nagle syn przemówił: - A wiesz, ty czasami też mnie wkurzasz .....
Kuchnia. Obiad. Siedzieliśmy wszyscy przy stole. Jakoś tak wyjątkowo. Jak zwykle przekomarzaliśmy się z bracholem, pewnie próbując udowodnić kto jest większym głupkiem. Ojciec znad gazety zapytał się czy robię dwudziestkę. - No pewnie, a jak to sobie wyobrażasz? - Pewnie nie wyjdziecie Ci. - He, he, he, wyjdzie, wyjdzie, choćby po trupach, ale imprezka będzie.
Ojciec zawsze czytał gazetę do talerza zupy. Pan Dyrektor i jego ekonomia. Z czasem miałam nadzieję, ze w końcu
założy
swoją firmę. Zatrudni mnie. I w ogóle jakoś to będzie. Bo jakoś brakowało mi planu na życie. Rok na fizyce zakończył się wkurwieniem na wykładowcę chemii. Porzuciłam po półroczu. Ile mogę zdawać jeden i ostatni egzamin?! Nie dla mnie zabawy w kotka i myszkę.
Za tydzień czekały mnie egzaminy do studium. Ucieczka w naukę ucieczką przed życiem. - Wychodzę - krzyknęłam i już mnie nie było. Gdzie? matki zostało bez odpowiedzi. Jak zwykle.
Wróciłam w nocy. Matka zapłakana coś mówiła do telefonu. - Nie, nie, córka nie wie jeszcze... -O czym nie wiem?
Patrzę na brat, a on też jakiś dziwny. - Arte choć, zapalimy - szepnął konspiracyjnie do ucha. Wyszliśmy z psem. Pies to była dobra wymówka.
Niepokój pojawił się w duszy, ale zawiany mózg mówił ....mówił ...chyba po grecku, bo nie docierało do mnie nic. Spacer to był dobry pomysł. Głowa się przewiała, ale lęk pozostał.
- Co się stało? - W domu ci powiem. Zapalmy. - Dziwni jesteście jacyś. No gadaj co jest. A gdzie ojciec? - W domu Ci powiem.
Nigdy tak ciężko nie wchodziło mi się po schodach ....
- Arte, tato nie żyje, zmarł dwie godziny temu. - CO?! - Tato nie żyje, rozumiesz?! - Ale o czym ty mówisz?
Nie dotarło.
No bo jak?
Przecież widzieliśmy się przy obiedzie ...
Kiedy wyszłam z domu to tato po prostu z krzesła osunął się na podłogę. Wezwali pogotowie. Lekarz, chyba ginekolog, bo nie można być aż takim bęcwałem, ocenił to jako ostrą niestrawność. Dał zastrzyk
Po 3 godzinach brat z mamą zabrali tatę do szpitala.
Czekając na badanie wyszedł na podwórko, bo zrobiło mu się słabo.
Jak upadł, tak nie wstał.
Miał 45 lat. Choć wtedy dla mnie był stary, to teraz wiem, ze miał całe życie przed sobą.
W noc po pogrzebie widziałam jak siedzi na krześle w moim pokoju.
Tato miałeś rację - nie zrobiłam impry.
Tato, słowa dotrzymałam, skończyłam studia.
I to co ci obiecałam, też zrobiłam. A właściwie nie zrobiłam.
Wielu rzeczy nie zrobiłam.
Ale zrobiłam sobie tatuaż. Matka do tej pory nosem kręci, hahaha.
I prawko też zrobiłam.
I brakuje mi Ciebie.
Nakopałbyś mi do dupy w tych chwilach, kiedy tak jęczę.
I byłbyś cudownym dziadkiem dla dzieciaków.
I ..........
Mroź wódkę w lodówce. Wiesz, że
ciepłej
nie lubię.
Już wiesz, bo wierzę, że gdzieś czasami koło mnie jesteś.
Czasami.
Jak się nie oglądasz za babami, hahahaha
No co? Twoje poczucie humoru mam.
Kurde ........
Śpieszmy się
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dzwięk troche niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widziec naprawde zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzec
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a bedziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiac o miłosci
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
ks. Jan Twardowski
Wczoraj obejrzeliśmy film
Kurde, czy ja nie wyrosnę z krzyczenia na filmach?
- Po co tam idziesz?
- Walnij go!!!
- AAAAAAAAAAA nie mogę patrzeć.
- UcIEKAJ!!!!
A to tylko film. Thiller. I taki sobie, ale jednak -polecam. Bo wciąga. Mnie wciągnęło. Rzuciłam gierki i zaczęła patrzeć obuocznie.
----
Taką fotkę znalazłam dzisiaj. Porządkowałam w szufladach.
I w tych w komodzie, i w tych w głowie.
W sumie nieźle oddaje mój klimat :P
Parę lat temu i to dobrych w Tatrach.
Miałam sen. Jasiu odpalił samolocik swój. Wznieśliśmy się. I koleś rozpierdzielił nas w górach. Śmierć z Czarnym Aniołem. Wstałam przed budzikiem. Nie wzniosę się z obcym człowiekiem. A Jasiu co wieczór pisze - Dobranoc mój Czarny Aniele.
Wcześniej rozpierdzieli mnie zus, hehehehe.
System antyczłowieczy
Zakład Utylizacji Społeczeństwa.
No już mam odruch wymiotny i to mega mocny.
Dzieci tradycyjnie miały wstawanie w pompie. Syn już ma muchy w nosie z powodu wizji spania u babci w ten weekend. Stwierdził, ze weźmie kredki i będzie całą noc rysował. A poza tym zażądał, bym odprowadziła ich do przedszkola.
Co było niemożliwe. Co wiedział. Co miał w nosie. Obok tych much.
Poszedł w końcu z babcią, trzymając siostrę za rękę. A Młoda szła taka dumna.
Skoczyłam rowerem do dentysty. Tyle, że wyskoczyłam przed ciężarówkę. Kierowca trąbił przeciągle. Zdążyłam.
Pomachałam ręką na przeprosiny. Cholera nie podejrzewałam, że tak szybko jedzie, nie podejrzewałam, ze stałam się aż taki żółwiem.
Naprawdę wydawało mi się, że jest daleko.
Ale poniedziałek to taki fantastyczny dzień.
Jaki będzie taki będzie cały tydzień.
Jakby mi było mało zadzwoniła szefowa.
Do kiedy będę na zwolnieniu i czy przyjmuję zmianę warunków pracy.
Po pół etatu. Nie mam prawa do zasiłku.
Nie dostanę kasy za 3 miesięczne wypowiedzenie, bo umowa sama wygaśnie
Zostanę "robolem" za marną kasę i kopa w dupę po roku.
Nie ma nad czym zastanawiać się. Wybieram szmal i wolność.
Tyle, że jak się pierdoli to na całego, więc i niech świat pierdoli się.
Przepraszam.
Dla poprawy humoru ogram córę. A co tam. Pykniemy sobie rundkę. Od soboty tak pykamy.
A póki żyję - będę może nawet i miłym człowiekiem. I nawet może i dla swoich dzieci.
A co tam -jak szaleć to szaleć.
Dzisiaj mogłam skończyć jak rozjechany kot, którego mijałam.
Nie znoszę takich widoków.
Więc póki żyję - dzięki za wszystko.
Młoda rozcięła sobie skórę na dłoni. Wywinęła niezłego orła, ale kolana ocaliła. Plasterek musiał być i długie wycie. Syn zaś kolana nie ocalił. Spadł z roweru. Wpadł z kumplem do domu: - Mamo, lej wodę. Rana czerwona jak Luke Skywalker. - Hahahahahaa - zaśmiali się oboje.
Przy kumplu dzielny był. Nie prosił ze łzami w oczach, by dmuchać na ranę.
A ja nadal porządkuje sobie szufladki, ale w głowie.
I tak sobie myślę, że niech się dzieje co chce.
Żyję dniem.
I dostaję głupawki. Przecież to co się dzieje, jest niesamowite.
Los rzuca sieć jak rybak.
Zawody trwają. Robi się coraz ciekawiej.
Pętla zaciska szyję.
Siadam na krześle z duża czekoladą i sobie kibicuje:
Arte, come on! Po prostu zapierdzielaj do przodu!
Nie bądź płotką! Bądź rekinem!
Hehehehehe, chyba rekinem żarłaczem, bo żrę i żrę.
Ale nie ma to jak kanapka z serem, pomidorem i sałatką. I majonezikiem. Hm.....
A poza tym chyba włącza mi się syndrom rolnika - im więcej gnoju, tym więcej sił, by to posprzątać.
Najważniejsza sztuka, by tak machać widłami, by tym gównem się za bardzo nie upierdzielić.
Fajnie jak zdrowie dopisuje. Jak nikomu nic nie jest. Rodzina, znajomi cieszący się zdrowiem cieszą niesamowicie.
Bo nic tak nie boli jak choroba.
A jak przyjdzie - to choć człowiek chciałby pomóc komuś to nie może.
Nie może?!
My możemy pomóc.
Dziewczyna zachorowała na raka. Dzielnie walczy, ale teraz Jej los zależy od leku.
Lek kosztuje 200 000 zł
Fajna cena, co?
Kogo byłoby stać?!
No właśnie ....
Skazana jest na ludzi i ich dobroć.
Ma już uzbierane 20%, a reszta?
Jeżeli chcecie pomóc to proszę - oto link do bloga Marzeny. Dziewczyna ma 25 lat i całe życie przed sobą.
Nie zastopujmy Jej życia własną obojętnością.
Każda kasa cieszy.
Dzisiaj syn wstał o 6.30. Przebudził mnie. Nawet byłam dzielna - wstałam, a nie zabiłam.
Wczoraj czytałam "Tato, a po co?" o spadających liściach. Więc poranek zamienił się w eksperymentalną godzinę. Obserwowaliśmy ruch na spadających kartkach. Jak spada kartka rozłożona, a zwinięta w kulkę? Rozmowy : dlaczego szybciej ta spada, a tamta wolniej? Dlaczego ta obraca się i wiruje, a ta leci prosto w dół? Ruch, opór, ciężar ....No taka gimnastyka mózgownicy przed śniadaniem, kawą.
Reszta rodzinki chrapała smacznie, a my kontynuowaliśmy temat.
Kosmos jest strasznie kosmiczny. Naprawdę.
Weszłam na bloga: http://kosmicznie.blogspot.com/ i obejrzeliśmy razem świetny filmik obrazujący wielkości planet w stosunku do siebie jak i gwiazd. Gwiazd, które możemy zobaczyć "gołym" okiem z naszej planety. Można nieźle zdziwić się wielkościami gwiazd. Zwłaszcza w stosunku do naszej tj. Słońca.
A ten filmik pokazuje co by było gdyby na miejscu Księżyca znalazły się planety z naszego Układu Słonecznego. Super wizja.
https://www.youtube.com/watch?v=usYC_Z36rHw
W pierwszym filmiku zaprezentowano gwiazdy, które możemy zaobserwować na naszym niebie. Czasami warto spojrzeć do góry. Oto niebo czerwcowe ze swoimi gwiazdozbiorami. I te kolosy z filmiku widziane z Ziemi są tylko jasnymi punkcikami. Niewiarygodne.
Sirius A - to Syriusz. Wiele ludów nazywało Syriusza „Psią Gwiazdą”. Gwiazdozbiór, w którym jest on gwiazdą najjaśniejszą, zwie się do dziś Wielkim Psem – Canis Maior po łacinie. Powyżej niego leży majestatyczna grupa gwiazd, rozpoznawana przez wszystkie chyba ludy świata: Orion. Widziano w nim myśliwego, który ściga zwierzynę z dwoma psami u boku: Psem Wielkim, z najjaśniejszą gwiazdą Syriuszem, i Psem Małym, z najjaśniejszym Procjonem. Kiedy rysowano mapy nieba i ozdabiano je fantastycznymi rysunkami, Psią Gwiazdę, czyli Syriusza, rysowano zawsze w otwartej psiej paszczy, niby jego świecący ząb. http://www.gwiazdy.com.pl/component/content/article/6057-syriusz-psia-gwiazda-kanikua
Rigel - gwiazda w gwiazdozbiorze Oriona, siódma pod względem jasności gwiazda na niebie.
Polecam.
Kurde, chciałabym niebo zobaczyć będąc w Nowej Zelandii.
Pewnie nie dane mi będzie, ale co tam.
Pomarzyć fajna rzecz.
I tam kręcono Xenę.
I Władcę Pierścieni.
I w ogóle tam jest fajnie.
Rano było małe zamieszanie. Dzieciom wybitnie nie chciało wyłazić się z piżam. Najchętniej leżałyby na mnie w moim wyrku prowokując do wygłupów. - A ja nie chcę iść na ten głupi festyn - syn włączył marudzenie.
Siostra mu w tym towarzyszyła, bo przecież jak może być inaczej?. Co brat to i ona.
W końcu wcisnęli się w ubranka. Syn poszedł umyć zęby i było po ubranku. - Kurde! czy nie możesz uważać? - Zawsze tak robię! Mówiłem ... - Wcale nie zawsze.! Nie mogłeś zdjąć koszulkę?! SZLAG!
Wycieranie plam, prasowanie, jakoś się udało, ale czas poleciał nieubłaganie do przodu.
W końcu wpakowaliśmy się do auta. Kierunek Festyn Przedszkolny. Zajechaliśmy pod teściów. -Patrz ile komarów! - krzyknęła córa wskazując czereśnie. -O cholera to osy czy pszczoły? - spytałam przerażona widząc ten rój.
Wysiedliśmy. Normalnie zrobiły sobie gniazdo czy co? One tak się zbiły w gromadkę? - Będę dzwonić chyba na straż pożarną, niech to zabiorą - stwierdził T.
rój pszczół - odleciał, sobie ufffff
Występy dzieciaków były rozwalające. Naprawdę można paść ze śmiechu widząc tańczące maluchy. Urocze.
Córa dała radę. Zamiast tańczyć zajęła się swoim nosem. Wykopała coś, bo z podziwem oglądała swoje paluszki, po czym wtarła ręce w trawę.Kozy z nosa, nogom lżej - można tańczyć. Po występach grupa wróciła na kocyk, a Młoda hycnęła
na kolana
pani. Pieszczocha jakich mało normalnie. A potem do pani ustawiła się kolejka.
Syn też tańczył ze swoją grupą. Poważny, skoncentrowany, aż śmieszny. Fajnie widzieć swoje maluchy w takich aranżacjach.
Ponadto Starszy zajął X miejsce w zbieraniu makulatury. Otrzymał dyplom oraz nagrodę.
Dzieciaki bawiły się na swój sposób ale były tez konkurencje dla rodziców i dzieci. Zabawa była przednia. Syn biegał z kumplami, a Młoda zakopała się w piaskownicy. My zasiedliśmy w na kocyku ze znajomymi. - Co robicie wieczorem? - Flaszka? - odpowiedziałam kumpeli.
- Hahahahaha, a tym razem co się stało? - A ZUS, rezo, nie wiem co jeszcze. A i 40cha, kurde, jakby mi było mało - A pieprz ich, najwyżej będziesz się sądzić. - Jasne, bo chce mi się..... - To zdzwonimy się później i może coś łykniemy. - Wypadałoby w końcu.
I nagłe ziemia osunęła się pod moimi nogami. Ząb zgniótł w rękach bólu moja czaszkę i sobie nią podrzucał. Zwinęło mnie normalnie. Najnormalniej w świecie przestałam czuć ból w kolanie. Tak mi głowę urywało. Ból zęba promieniował, wbijał się w mózg, rolował, skakał, zatykał oczy, uszy, zagłuszał, powalał. Rwał ryja, kawałek po kawałku.
Zakotwiczyliśmy na chwilę u teściów, a T poleciał po tabletki przeciwbólowe. W między czasie zadzwoniłam do dentystki. Może mnie przyjmie jutro po południu, jakby nie przeszło to jest pogotowie bólowe.
- Zostaw dla brata coś - teściowa zaczęła instruować Młodą, która piła jedyny jogurt pitny.
- Niech pije ile chce - zareagował szybko Starszy - Młoda pij, jak masz ochotę, nic nie szkodzi. - Widzisz? Zostaw dzieci w spokoju. wiedzą co mają robić! A nie - odwiecznie komentarze -no warknęłam, bo po co taki tekst? Starszy chce to niech Młodej pilnuje, a nie. - To co jedziemy? Bo babka w aptece powiedziała, że jak to jest zapalenie to prochy nie pomogą,
A przejść nie chciało ani trochę.
Zostawiliśmy więc dzieciaki pod opieką dziadków i mojej matki. Pojechaliśmy na pogotowie dentystyczne.
Zamknięte. Trzeba dzwonić. - Proszę być o 20.00 - Tyle czasu?! Ja zwariuję!
T podrzucił mnie pod dom. Łyknęłam jeszcze trzy tabletki. zaszyłam się w łóżku. Przestałam istnieć.
Obudził mnie telefon. - I co tam? Żyjesz? - Nie, wzięłam 4 prochy, i czekam na wizytę u dentysty. - To nie idziesz na plac zabaw? - No co ty, bez szans. Życie wróci do mnie po dwudziestej. Zadzwonię - Dobra. To na razie. - Ile wzięłaś tych tabletek - T wszedł do sypialni. Nawet nie słyszałam, kiedy wrócili -Cztery - Chcesz się zabić? Trzy na dobę można wsiąść! Czytałaś ulotkę? - Nie, ale zasnęłam, a jedna w tą czy w tamtą, daj spokój.
Dzieciaki rzuciły się na owoce. Melon, arbuz -ich ulubione. Został jeden kawałek i dylemat - czyj?
- Mam pomysł - zaczęła Młoda - Ty zjesz, tato dokroi i jak zostanie jeden kawałek to będzie mój. Dobra? - Dobra.
I po co się wtrącać skoro nie ma problemu?!
Dzieci potrafią same rozwiązywać swoje sprawy.
Na pogotowiu dentystycznym stomatolog stwierdziła zapalenie. Przypisała antybiotyk.
I po zimnym piwie mym, buuuuuuuuu.