Pewnego poranka Starszy, wskoczywszy na mnie, oznajmił:
- A kiedy będziesz ćwiczyć brzuszki?
- Bo co?
- Bo brzuch ci urósł.
I nie było, że boli. Robiliśmy brzuszki w różnych wydaniach.
- A teraz pompki!
- Żartujesz!
- Wiem, ze noga cię boli, ale załóż nogę na nogę, o tak - syn zaczął pokazywać na sobie- i możesz spokojnie ćwiczyć.
Zrobiłam 10 pompek i zaczęłam wąchać panele. Arcyciekawy zapach, nie powiem. A syn? Trzasnął sobie 30. Tylko zatrzepałam powiekami z wrażenia.
Następnie miały być przysiady, ale podarował mi, bo tego nie jestem w stanie zrobić oraz "jumpy", czyli skoki.
Potem trener zarządził skłony, wymachy rąk, następnie przeszedł na trening ciosów i bloków z karate.
I tu głowę mi wyrwało. Fajnie na to się patrzy, gorzej jak trzeba powtórzyć. Mieszały mi się kierunki, ręce, wszystko. Naprawdę dla dzieci to jest mega ćwiczenia- koncentracja, pamieć, opanowanie stron.
To nie jest łatwe.
- Mamo, spokojnie, popatrz- syn z cierpliwością tłumaczył - też na początku miałem z tym problemy.
Ale pomimo powtórzeń bloki blokowały się i wychodziło śmiesznie.
Córka w tym czasie zaczęła wyć swój najnowszy hit:
- Nikt nie chce się ze mną bawić, nikt mnie nie kocha.
Po raz kolejny prosiliśmy, by się do nas przyłączyła.
- Nie, bo nie.
No cała Młoda!!!!
Kolejna seria ćwiczeń. Znowu pompki, brzuszki
- A teraz rowerek - zakomenderował syn - jedziemy powoli pod górkę ......a teraz szybko z górki.
Padłam trupem a syn zrobił nad zwłokami odliczanie. Po japońsku. Do sześciu.
- Ile ćwiczyliśmy?
- Godzinę - wycharczałam.
- O to wiesz to była mała rozgrzewka.
- CO?!
Uciekłam do kuchni mówiąc, że obiad muszę zrobić. W końcu chcieli naleśniki.
O jak ja się ucieszyłam na widok patelni. Naprawdę.
W tym czasie doszło do walk plemiennych, więc dzieciaki rozdzieliłam każąc osobno im siedzieć w pokojach.
Wytrwali około pięciu minut i już kombinowali co by tu robić, by jednak razem być.
Niech żyją drzwi! - zamknęłam drzwi od kuchni. Muza włączona i niech dzieje się co chce. Nie mam sił.
W końcu zainteresowała mnie brak krzyku i wrzasku. Pozabijali się czy co?
Otworzyłam drzwi i idąc za głosem weszłam do dużego pokoju
I jaki widok zastałam?
Syn czytał Młodej książeczki. Między nimi było parę wybranych pozycji.
- A Starszy mi czyta - wydarła się cała szczęśliwa córa.
- Widzę. Fajnie masz, prawda?
- Mamo, bo ja lubię czytać.
- Super synu!
Jak chcą to potrafią przypominać ludzi. Jak chcą.
Wyruszyliśmy na spływ kajakowy. Dla Młodej był to pierwszy raz. Starszy z nami wcześniej pływał, nawet zaliczył małe podtopienie.
W sumie zastanawialiśmy się, czy Młoda wysiedzi i to bez marudzenia.
Spływ był na małej rzeczce wijącej się pośród lasów. Gdzieniegdzie łachy piasku zapraszały na postój. Z postoju korzystali ci co pili piwo, a lało się ono dość mocno.
Rzeczka nie była nudną wodą. Co rusz z wody wystawały korzenie bądź gałęzie, albo wielkie kamienie o które można wywrócić kajak.
I tak bywało, ku uciesze innych.
Woda była płytka, ciepła, więc zdobywanie doświadczenia w podtapianiu kajaka było nieocenione.
Nurt rzeczki był spokojny, bo i wody było niewiele. Dość często osadzaliśmy się na mieliźnie. Ponieważ Mooniek ma swoją wagę, więc to mi najczęściej przypadał zaszczyt wychodzenia z kajaka i pchanie go po wodzie. Spacer z kajakiem po wodzie. Naprawdę cudny widok.
Wchodzenie do kajaka jest sztuką, bowiem łatwo jest go wywrócić. Opanowałam tą umiejętność perfekcyjnie: rozkrok na łódką i myk tyłkiem na siedzonko. Tyle, że z buta wlatywało dużo wody, więc mieliśmy naprawdę mokro.
Ale co tam. Drzewa, fantastyczne kształty korzeni i chmur, kaczki pływające na wyciągnięcie ręki, ważki, które siadały na rękach bądź butach, czapce dawały tyle pozytywnych achów i ochów, że reszta była nie ważna.
Dzieciaki wodziły rękoma po wodzie. Potem latały po rzece. Cali szczęśliwi i mokrzy.
Czasami trzeba spłynąć. I to na maksa.
Jeden moment był nieprzyjemny. Młodzieńcy wpadli swoim kajakiem na nasz. Ręką uchroniłam głowę Młodej przed uderzeniem kadłuba. Myślałam, że połamało mi kości, ale nawet siniaka nie mam. Stalowa dłoń.
Po spływie można było piec kiełbaski, zagrać w siatkę plażową, wypić piwo. dzieciaki bawiły się na placu zabaw albo brały udział w zabawach organizowanych przez animatorkę.
Dzisiaj syn kończy osiem lat. Porwaliśmy go na pierogi z jagodami. W księgarni wybrał sobie książkę, a potem były lody. Tort będzie za tydzień. Wraz z prezentem.
Wszystkiego naj Mocarzu!
- Mieć takiego syna to....
- To sama frajda? - dokończył syn.
- Dokładnie!!!!
A córka, jak nie płacze to też wymiata.
I już, po dzisiejszym dniu, nie może doczekać się swoich urodzin.
Dla niej przygotujemy coś ekstra.
Mam plan.
Grunt to mieć plan.



