Nagle jakbym otworzyła oczy.
Wpatrując się w sufit wpadłam w głąb siebie.
Niczym Alicja do norki królika.
Zadyma mega.
Tabun myśli rozdzierających duszę.
Już nic nie wiem
Zwątpienie i głód wydzierają skrawki duszy.
Olśnienie przygasające w obliczu czasu.
Łkanie nad utratą utraconych chwil zawieszonych w bezpiecznym miejscu garażu.
Odkrycie mapy życia wskazującej tyle dróg, nowych dróg zatrzymało oddech.
Gniew na własną ślepotę rozniósł duszę w proch. Klękam i składam siebie. Kawałek po kawałku oglądając strzępki. Nazywam je po imieniu. Już bez strachu. Składam siebie na nowo. Z mruczandem, że może jednak nie wszystko jest stracone, ale nadzieja kuleje. Stuka tą drewnianą nogą, tak niezdarnie, denerwując mnie jeszcze bardziej. Uciekam w zaułki. Mruczando zamienia się w dziką pieśń, szaleństwo plączę nogi a przede mną tyle tam drzwi. Nie otwartych drzwi. Jak można było być aż tak ślepą istotą? Już nie ma wymówki o braku kluczy. Nie ma nic poza powalającą świadomością. Świadomością co rani, aż do krwi. Będą kolejne blizny na duszy. Tatuaże i blizny. Te skróty co zwiodły. A teraz co? Blask słońca razi. Żar na wyjałowionych ziemiach. Już nie udaję, ze łzy płyną, bo światło razi. Nie. Ale wciąż niczego nie potrafię unieść. Słabość powoduje drżenie rąk. Znowu wyleciało z nich coś. Składam siebie tak nieporadnie. Ale nie przestaję.Wierzę w przemianę. W lepszy los. Znowu piję, łykam milion słów ulegając mirażom. Ja już nie wiem, gdzie jest prawda. Ale czy to jest ważne? Intuicja zamieniła się w białą laskę. Zanim jednak pójdę muszę poskładać te strzępki. Ulepić na nowo. I pójść otwierając po kolei drzwi, które są w mych jaskiniach zapomnienia. Najtrudniej jest sprostać własnemu ja. Ale jeszcze bardziej przygnębia czas, co ucieka. Czy coś się zmieni? Nie wiem.
Jestem gotowa na podróż.




