piątek, 18 października 2013

zamot

Ledwo weszłam do świetlicy a dopadł mnie kumpel syna.
- Proszę pani, proszę pani a Starszy zgubił ksiazki, i to dwie i nie miał jak robić zadania.
Tak sprzedają najlepsi kumple, hahahaha.

- Synu, jak to: zgubiłeś?
- No nie wiem. Mamo, naprawdę...
- I na lekcjach nie miałeś, nie robiłeś zadań?
- Nie, ale pani się nie kapnęła - w tonie głosu hasały wesołe nuty ubawu...
- Nie powiedziałeś nic?!
- Nie.
- Ale co robiłeś w tym czasie, gdy inni pracowali?
- A nic i fajnie było.
- Jutro masz powiedzieć pani, bo może książki leża w innym miejscu, dobrze? A jak nie to kupimy je i tyle.
- Ale z tobą pójdę do pani.
- Synu, proszę cie - pozmawiaj ze swoją wychowawczynią. 

Syn na drugi dzień sam załatwił sprawę. Książki były na innej ławce. Inne dziecko jak widać, też było "rozgarnięte". Taki wiek odlotów.

- Dobrze, że ci powiedziałem?
- A jak myślisz?
- Noooo dobrze.
- Słuchaj, masz problem, przychodzisz, problem rozwiązujemy, dobrze?
- Noooo
- Rozwiązałeś sprawę książek?
- Noooo
- I to sam. Super. Trzeba tylko rozmawiać synu, rozmawiać z ludźmi.

Syn jak zwykle przy obiedzie stwierdził, ze obiad jest beeee..... Zawsze lepiej mu smakuje to, co było wczoraj, pomimo, ze wczoraj też marudził, że jest beee, bo wówczas lepsze było to z przedwczoraj.
- Trudno siedzisz w kuchni dopóki nie zjesz - warknęłam wkurzona.
- A Starszemu to nic nie smakuje, prawda? 
- Zazwyczaj nie. Młoda, zajmij się jedzeniem, co?
- Jem, mi smakuje- córa anioł, bo padnę w kapciach.
Koszmarny Karolek i Doskonały Damianek.
Z tym , że role zmieniają się - jak jedno broi to drugiemu skrzydła wyrastają. A są tacy sami.
Ale  na to pewnie wpadną za parę lat ...

Minęła godzina czasu. Syn nadal siedzi przy talerzu. Danie nie ruszone.

- Dobra zrobię ci coś innego.
- Hahahaha- zaczął syn się śmiać - wymiękłaś co? Twardziel jestem. Uparty jak osioł - i wpadł w brecht. Normalnie duma zaczęła go rozpierać.
- Synu, upartość to fajna cecha, tylko zauważ, że idę na kompromis, bo gdybym była uparta to albo zjadłbyś to albo siedziałbyś tak do niedzieli.
Popatrzył na mnie strzelając głupie miny.
Ale tym razem zjadł.
I to bez słowa.
Następnym razem nie zmienię zdania - niech poczuje co to znaczy upartość i na czym polega kompromis.


Poszliśmy do sklepu. Syn wymachiwał mi czapką. Tak wymachiwał, że jak wyszliśmy na parking okazało się, ze czapki nie ma. A to nie czapka byle co tylko CZAPKA LEŻĄCA NA GŁOWIE. Cenna zatem, bo pasi jak mało która :)
- Synu, gdzie ty masz głowę, co? - zapytałam się w miarę spokojnie choć z oczu błyski złego szły
- No mamo, sama wiesz,że jak tak się zakręci to .....się zakręci. Zamotałem się.
No wiem, wiem, tego nie musi mi mówić. Geny to jednak straszna rzecz.
Jak tylko wrzuciłam zakupy do bagażnika wróciliśmy do sklepu i oddaliśmy się gonitwie po sklepie.

"Hm te zeszyty to jednak były po 0,99 a nie jak na paragonie wybiło 2,99" - moje oko wyłapało w locie info, które błyskawiczniezostało przetrawione przez jeden kabelek. Bo coś mi nie pasiło przy płaceniu...,ale spieszyłam się do dziecka drugiego i w ogóle.

Czapkę znaleźliśmy dopiero przy kasie. No tak, przez cały czas nosił czapkę w ręce to i się zmęczył  biedak.
- Przepraszam mamo.
- Nie ma za co. Twoja strata byłaby. A tak widzisz?  warto wrócić, popytać się i masz. Nie ma co odpuszczać,
Przy okazji porozmawiałam z kasjerką. Znowu parking, bagażnik i powrót do sklepu z paragonem i zeszytami. Reklamacja przyjęta.
Kurde, jednak trzeba patrzeć jak nabijany jest towar w kasie....tylko, ze człowiek spieszy się, zamota i leci dalej.
I wraca parę razy. O ile zorientuje się ...:)

A morał jest taki:

Że to co nam się przytrafia w życiu ma jednak swój sens.












Liebster Blog Award

Fajnie, że mogę wsiąść udział w blogerskiej zabawie, że Ktoś :) o mnie pomyślał - to miłe, dzięki.

http://ulicaidom.blogspot.com/


Wyróżnienie Liebster Blog Award otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

Na tą jesienną burą, nudną aurę fajny dodatek do kawy, więc zapro do zabawy :))))


Pytania Ktosia :)

1. Książka czy film ?
KSIĄŻKA, A POTEM FILM
2. Gdybyś mogła/mógł mieć super moc co by to było ?

NIEZIEMSKA MOC :) 
3. Czym się kierujesz w życiu ?

DROGOWSKAZAMI WYCZYTANYMI PO DRODZE ŻYCIA
4. Ulubiony smak z dzieciństwa..

KLUSKI Z MAKIEM :)
5. Twój sposób na chandrę
BROWAR W TOWARZYSTWIE  ZNAJOMYCH:)
6. Największa przygoda w Twoim życiu..

MOJE ŻYCIE
7. Złota Rybka spełni jedno Twoje życzenie, jakie ?

MOCZENIE DUPSKA W GEJZERZE ISLANDZKIM Z PUSZKĄ PIWA :)
8. Możesz cofnąć się w czasie, jaka epoka i dlaczego ?

ŚREDNIOWIECZE - TEN KLIMAT  NIE MA SOBIE RÓWNYCH :)
9. Dlaczego zemsta jest słodka ?

A JEST?!
10. Masz cały weekend dla siebie, jak go spędzisz ?

GÓRY ALBO BALANGA :)
11. Lampka wina w połowie pusta czy w połowie pełna ;)

TO ZALEŻY CZY MAM DOŚĆ CZY NIE, HAHAHA


A ja sobie "podręczę" nominując przewrotnie :)następujące blogi:

http://calm-down.blog.pl/
http://www.grafitowy.net/
http://ja-zona.piszecomysle.pl/
http://matkaagrafka.blog.pl/
http://koszmarnarodzinka.blog.pl/
http://kuradomowa.blogujaca.pl/
http://ja-mlodapolka.blog.pl/
http://czarownica-z-bagien.blog.onet.pl/
http://ulabrzydula.blog.pl/
http://stampowo.blogspot.com/?zx=d5f3c77ce36623f6
http://zaobserwowane.blog.pl/


A moje pytania to :)))))


1 Prawo czy na lewo?
2 Podróż Twoich marzeń to...
3. Twoja muza to ...
4. Nosisz czasami rzeczy założone na lewą stronę?
5. Zjadłabyś/byś będąc w indiańskiej wiosce zupę z czerwonych mrówek?

6. Ten weekend spędzisz ...
7. Umiesz zrobić "mostek"?
8 Góry czy morze?
9. Dostajesz zapro na wyprawę rowerową do Chin i....
10. Ulubionym Twoim reżyserem jest....
11. Pisanie na blogu jest dla mnie ....


:PPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPP

Pozdrawiam      <:O )





czwartek, 17 października 2013

w przychodni

-Mamo, a ja będę Jasiem i Małgosią , a ty miotłą dobrze? Pobawmy się.....
Młoda zaczęła się śmiać.
Zabawne.
Nie zdążyłam oponować, gdy Młoda zapytała się:
- Mamo a co będzie ze mną jak Ciebie nie będzie i taty?
- To babcia będzie się wami opiekować.
- A jakby babci nie było to co?
- To zostaje mój brat, wujek nigdy was nie zostawi samych.Poza tym wiesz, mamy z tata sprytny plan, by zawsze przy was być, nie ma innej opcji, nie myśl o tym, buziaki i dobranoc.
Odpowiedziałam bez emocji. Bo co tu gderać - ojej dziecko nie mów tak? Pragmatycznie jak widzę do życia podchodzi, hahaha. Nie wiem tylko skąd te myśli u Młodej. Ale Młoda jak sobie pomyśli to wymyśli. Kurde, jakoś nie myślałam na ten temat...Moja śmierć okej, zawsze zostanie tata, ale razem? Nie, nie ma takiej opcji. W takich chwilach jesteśmy nieśmiertelni ...


Młoda coraz bardziej i gorzej kaszlała. Rano mężulo zarejestrował córkę i pojechał do pracy. Zostałam sobie sama,  połamana grypowo z azymutem; łóżko.
- Młoda, wskakuj do wyra, ja zaraz będę.
- Ale gdzie idziesz?
- Starszego podrzucę do szkoły i zaraz będę. Dobrze?
Nie miałam wyjścia. Młoda poczekała. Sama w domu. Zakopana w wyrku.



- Ja nie dam się zbadać, Nie lubię lekarzy, kopnę panią w kostkę.
- Młoda, przestań. Pani pediatra cię zbada, przypisze leki i będzie dobrze. 
- Ja nie lubię lekarzy ...
-Kochanie, mało kto lubi, ja też nie,ale coraz gorszy masz kaszel, a lekarze pomagają wyzdrowieć.

Pojechaliśmy do przychodni. Młoda w poczekalni przeszła powtórkę:

- Co powiesz jak wejdziemy?
- Dzień dobry. A wiesz co powiem jak wyjdziemy? Do widzenia.

Weszłyśmy do gabinetu a Młoda wczepiła się w moją nogę i nie miała zamiaru nawiązać z lekarką jakiegokolwiek kontaktu. Nawet wzrokowego.
Badanie przeszła na moich kolanach z próbą wyrwania stetoskopu z uszów pediatry.
Rozmowa o zwierzętach otworzyła Młodą, więc gardło już sama pokazała wywalając przy tym pięknie język.
Córka dostałą antybiotyk, zestaw syropów i wróciłyśmy do domu.

Młodą sama musiałam zostawić, by odebrać syna. Tym razem puściłam jej bajkę. Żadne dziecko nie ruszy się sprzed telewizora. Chyba, ze chce siusiu. Gdy wróciliśmy światło w łazience się paliło. Młoda nie gasi je nigdy. Poradziła sobie? Pewnie. Super babka!


Za dnia było spokojnie. Młoda miała rzadkie napady kaszlu.
Ale w nocy ja dorwało. Kaszel dusił, nie odpuszczał, dziecko prawie krztusiło się. Córa zaczęła płakać, bo gardło bolało, bo spać chciała, bo nie mogła przestać kaszleć. Czułam się bezbronna, pełna nie mocy...a to tylko kaszel. Co muszą czuć rodzice, kiedy dziecko cierpi mocniej, gorzej, beznadziei?!
Kolejne dawki syropu, inhalacje, dawka syropu. Ostukiwanie. Smarnie, wyciąganie. Myślałam, ze zadzwonię po pediatrę albo na pogotowie pojadę...... ale uspokoiło się jakoś.
Masakra.
Ostatnia noc taka była chyba z cztery lata temu. Z tym, że syn wymiotował, gdzie się dało i gdzie się nie dało.
Ale nie ma macierzyństwa bez chorób. Oby tylko na grypach i przeziębieniach kończyło się.
Szkoda tylko, że mnie też trochę rozłożyło.
Ale w dzieciach siła tkwi i matka zawsze dla dzieciaków się wskrzesi. bo czy jest coś ważniejszego, gdy to dziecko choruje?!
A potem zasnęła trzymając rękę na moim policzku.....uczucie szczęścia przepełniło mnie całą, aż łezka popłynęła....






story:P

W IMIĘ NORMALNOŚCI

- Duchy, wszędzie są duchy –krzycząc tak rzucała wszelkimi rzeczami, jakie znalazły się pod jej ręką – Wy śmierdziele, astralne gnioty, parobkowie szatana, a ty, Belzebubie to co świnio, tchórzliwy zasrańcu, przesyłasz mi tylko swoich sługusów? Chrzańcie się....Odpierdolcie się kurewskie nasiona !
A tak wrzeszcząc, a tak klnąc i jeszcze gorzej mówiąc, sycząc, latała po całym mieszkaniu, po całych 120 metrach kwadratowych i miotała wszelkimi rzeczami, jakie weszły jej pod rękę. Dokonywała nie tylko demontażu dorobku jej rodziców, ale również próbowała uszkodzić samą siebie. Widok ten był straszny. Piekielny wręcz. Nikt nie wiedział co robić, jak zareagować, więc póki co rodzice - starsi ludzie, którzy zdecydowali się na rodzicielstwo w wieku, kiedy inni odliczają czas na emeryturę - ograniczyli swoje działania do jęków: „za co to?”, „och, Boże, Boże...”, jak i do wyrywania włosów oraz wzajemnych oskarżycielskich spojrzeń. Rodzeństwo zaś, młodsze rodzeństwo – sztuk dwie- schowało się w szafach i to pod walizkami – dla lepszej konspiracji przed obłąkaną siostrą.  
I ta gehenna trwała dzień i noc, dzień i noc i nic nie zapowiadało, że dramat ten zakończy się w najbliższym czasie. Nawiedzona dziewczyna bezkarnie oddawała się destrukcyjnym działaniom przemieszanymi niecenzuralnymi tekstami. Rodzina zapomniała co to spokój, cisza, harmonia, co to jest normalne życie. Otaczały ją zewsząd hałasy, krzyki, stuki, jęki, przekleństwa, łomotanie.
Bezradność rodziny była podyktowana wiarą w duchy, zabobonnością oraz strachem, że oni sami padną ofiarą złych mocy. Niemniej jednak wszystko ma swoje granice i nadszedł ten dzień, kiedy matka z wałkiem w jednej ręce, a miską w drugiej dopełzła do telefonu. Aparat spokojnie spoczywał na dnie wanny. Pomimo odbytego lotu nie uległ uszkodzeniu. W drodze powrotnej matka wyczerpała swój limit szczęścia – jej świrnięta córka potraktowała ją w sposób brutalny, aczkolwiek nie w sposób makabryczny dzięki temu kobieta doczołgała się do swojego męża. Po opatrzeniu ran obydwoje podjęli decyzję – zadzwonili po egzorcystę.
I przyszedł taki, na pierwszy rzut oka, zwyczajny, szary człowieczek w średnim wieku. Lecz kiedy zobaczył swoją klientkę – młodą atrakcyjną dziewczynę (pomimo parodniowej rozróby made in nawiedzenie) – uśmiechnął się lubieżnie.
Wypieprzył wszystkie zmory, wszystkie duchy, całe zło, trzy czwarte piekła, a na końcu ją.




T E N I S


Umarł i poszedł do raju, pomimo, iż nie zasłużył sobie na to. No cóż, wyroki Boskie są nie zbadane. Stwórca wybaczył mu i koniec, więc dusza tułała się po niebiańskich przestworzach. To tu, to tam i na odwrót, przez wieki na wieki, aż w końcu znudziło mu się to wszystko. Bo i to wszystko było piękne, doskonałe i w zasięgu ręki, myśli, życzeń no i wogle całość była taka idealna i osiągalna, że aż mdła. Miał ochotę zakląć, lecz nim zdołał sobie to uświadomić już od anioła stróża zarobił z procy:
  • No, obywatelu, bez takich mi tu !!!!
Raj edenem, eden rajem, a jemu coraz bardziej brakowało życia. Wreszcie nie wytrzymał i udał się do sekretarki wszechmocnej Istoty, która umówiła go z Nim Bóg wie o której. W ko-ńcu nadeszła ta chwila:
  • O co ci chodzi ?!
  • Rzygać mi się chce.
  • I z tym do mnie przychodzisz ? Co mam z tobą wymiotować, czy jak? A może mam mi ci palca w gardziel wsadzić ?
  • Przestań na litość Boską.
  • Ja nie mam litości, ja po prostu mam sklerozę.
  • O, to przepraszam.
  • Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do ludzkiej fantazji. Ale o co ci chodzi?!
  • Mdli mnie.
  • Może jesteś w ciąży?
  • Że co jestem?
  • Ojej, przecież jesteś w raju, a tutaj, na tej Boskiej ziemi, każde życzenie spełnia się; świadome, nieświadome, podświadome, po prostu każde, nawet nie znane tobie marzenia i zachcianki spełniają się i to z tych sfer nieznanych Freudowi.
(O! Wypraszam to sobie!!! – obruszył się Zygmuś, który jak nagle się pojawił tak i znikł.)
  • Jezus! Maria!
  • Pielą w ogródku, ja już ci nie wystarczam?
  • Zgłupieć można
  • Czy z tym do mnie przychodzisz ? Chcesz zostać szaleńcem?
  • Przestań! Powiedziałem, że zgłupieć można, a nie czy można zgłupieć.
  • A, faktycznie! Widocznie z wiekiem tracę wrażliwość na niektóre drobne niuanse, a staję się przewra-żliwiony na inne sprawy, ale trwam już tyle wieków....No dobrze, to powiedz mi w końcu z czym do mnie przychodzisz.
  • Brakuje mi życia, tego smrodu, tej niepewności dnia jutrzejszego, no po prostu, Boże, daj mi pożyć. Chcę istnieć całym sobą, poznawać, być zaskakiwanym, chcę być i walczyć o to wszystko co dla mnie jest najlepsze, chcę kochać, czuć, doznawać, chcę istnieć.
  • Nie widzę problemu.
I On pstryknąwszy palcami rzekł jeszcze:
  • Żegnaj, przyjacielu – i posłał duszę w czortu.
Nie na długo, na jakieś pół wieku. Dusza wróciła więc do raju, a kolejna powłoka człecza użyźniała coraz bardziej jałową ziemię.
Dusza tu, dusza tam, można odnieść dzikie wrażenie, że jest to swoisty mecz1 pomiędzy piekłem a niebem, zaś piłką jest to, co nazywa siebie homo sapiens, pomimo, iż winno nazywać się homo co sapie, bo i dyszy, gdy zadyszkę złapie.



1 W religiach Wschodu obowiązuje termin reinkarnacja.

------------------


Pogrzebałam w opowiadankach komentując notkę Kury o homourzędusie:). Opowiadankach pisanych lat ok 20 lat  (+/2-5 lat? )temu ...więc wrzuciłam to, a co :)

Nie dawno na szczycie spotkałam kumpele, z czasów, kiedy czasy boskimi były. Jedną, jak pisałam, postaci kultowych studium. Tam było wiele cudownych osobowości. Naprawdę. Mogę dziękować losowi, ze wrzucił mnie w ten czas. Że miałam przyjemność poznać ich. Są w moim sercu po dziś. Bo są ludzie których nie zapomina się. Po prostu nie zapomina się. A na samo wspomnienie uśmiech sam gości na ustach. I te balangi, prawda?! I te wyjazdy i te projekty...

Więc kumpela zapytała się czy pisze. Byłam zdziwiona. Jak miło, ze ktoś pamięta mnie. I o tym, ze coś tworzyłam. Powiedziałam, ze pisze tylko bloga, na którym se plotę o dzieciach, trochę nudnawie. I tyle.

W tamtych czasach sobie piłam, pisałam, piłami pisłam, smiejąc się, że zobaczycie kiedyś ....

Ha, ha, ha, młodość miewa siły i fantazję.

Za to teraz, po latach mam ubaw. I mogę sie zapytać - gdzieś moja duszo? Ale nie pytam się by nie usłyszeć- wytrzeżwiałam.
Hahahahaha....

Choć raz wrzuciłam na bloga rzeczy odnalezione, ale nie sądziłam, ze mam opowiadnka :)))

http://arte1973.blogspot.com/2013/04/tekst-moj-sprzed-nastu-laty.html#links


------------------------------------------------------


B Y T K U K U Ł C Z Y


Pewna kukułka była handlarą i miała na muniu. A miała nie byle co, tylko same a kuku. I w każdy dzień nie bacząc na godziny nawoływała klientów:
  • A kuku, a kuku, kuku.....
Ale każdy miał na muniu, bo nikt nie przychodził, więc w końcu zbankrutowała. Zakręciło nią życie i dostała Bzika. Żyli długo i szczęśliwie.





G A R N I T U R

Cała rodzina latała po mieście za garniturem. Był nieboszczyk to musi być nie byle jakie ubranie. Przecież trumna będzie otwarta i każdy będzie mógł tam zajrzeć. Nawet ta gruba wariatka spod 6. Tak, ta zapewne nie podaruje sobie tej przyjemności, stara plotkara. Szkoda, że Heniu umarł, bo ile było śmiechu, kiedy sobie popiwszy jabolka tą starą kopniakami ustawiał. A teraz będzie trochę smutno...., nie, nie ma czasu na wspominki, najważniejszy jest garnitur.
Pomimo biedy, bezrobocia i nie wypłacalności MOPS-u rodzinka zrobiła ściepę na zakup. Ubranie ma być czarne, trzyczęściowe, nie byle jaka szmata z hali targowej, a nie daj Boże z lumpeksu. Heniu był Heniem, ale chamstwa nie można mu na końcu zrobić, bo a nuż będzie mścił się i straszył po nocach.
Rodzinka podzieliła się na trzy zespoły, które dostały po swoim rejonie. Latali jak dziki w Słońcu po 150 ulicach. Każdy zapisywał cenę, każdy się targował. Wreszcie jedni natrafili na to co chcieli pozostali i po komórkowej konsultacji, jak i po 10 godzinach bieganiny garnitur zakupiono.
Ubrano Henia. Ktoś rzekł by tak zakombinować, by jednak Henia w garniturze nie chować, tylko po tym jak ludzie sobie na niego popatrzą to przed samym zamknięciem trumny tak zrobić, by Henia szybciutko przebrać, a ubranie w ramach reklamacji oddać, a za pieniądze stypę porządną zrobić. Ale matka powiedziała, że Henio przynajmniej przed Bogiem ma stanąć jak człowiek i może Stwórca to doceni, a wybaczywszy mu jego grzechy rzeknie:” Heniu! choć raz wyglądasz na porządnego gościa, takich to lubię, więc zapraszam cię do Mego Królestwa”. Tak więc pochowano Henia w garniturze, niech wygląda elegancko, przynajmniej na końcu swego życia. I może gdzieś ktoś miał jeszcze nieczyste myśli, że kasę wyrzuca się w błoto, ale niech Heniowi będzie, niech odejdzie jak człowiek. Przecież każdy by tak chciał, by choć raz w życiu ludzi zadziwić i zrobić na nich wrażenie: patrzcie kim jestem !!!, choćby się trupem było.
Pół dzielnicy na pogrzeb przyszło i pół dzielnicy do trumny zaglądało, by zobaczyć Henia. A było na kogo popatrzeć. Mało kto poznał kim był nieboszczyk – bo i Henio był jakiś inny: czysty, ogolony, wyperfumowany i w pięknym ubraniu. Łał ! Garnitur zrobił swoje. Choć to jest smutne, że kawałek materiału zasłania duszę, bo i ludzie zapomnieli jakim Heniu był skurwysynem.
Umarł i mógł odejść jak człowiek. Ale nie, on musiał się rozmyślić, lecz było już zdeczko za późno. Nikt nie usłyszał jego wrzasku, ani walenia w wieko. Z braku tlenu, a nadmiaru duszenia się zacisnął szczęki na rękach. I umarł. Naprawdę odszedł. Jak krwiożercza bestia lub amator podpasek. Nieważne. Ważne, że był już prawdziwym, zimnym truposzem. Amen.
W tym wszystkim miał szczęście, że nikt z rodziny tego nie widział, bo jakże to tak nowy garnitur krwią umazać?! Tak po prostu bezczelnie wypiąć się na rodziny wysiłek, na lokatę finansową, bo przecież to nie lada poświęcenie kupić ubranie i to nie byle jakie, nie pomijając trudu mycia ciała i jego wręcz antycznego brudu, który od wieków istniał na Heniu. Oj, gdyby rodzinka przewidziała ten bieg wydarzeń zapewne po mszy sprzedałaby garnitur i wypiłaby sobie i to przez tydzień by balangowała, a i dzieciakom może by po lizaku kupiła...
A teraz Heniu stanie przed Bogiem z miną szalejącej wściekłościo-zdziwienia, w nienaturalnej pozycji i na dodatek ubabrany własną juchą!!!
Mówiąc pokrótce: Henio jak żył, tak i umarł, jak żył tak stanął przed Bogiem.
Los może jest ślepy, infantylny, czasami niesprawiedliwy, ale przeznaczenie potrafi człowieka udupić, przyszpilić i to słusznie. Amen


B A L A N G A


Zapadła noc. Zmęczona kobieta powłóczyła nogami po schodach. Wracała do domu, do mieszkania na 10 piętrze. Szła na piechotę, bowiem winda jak zwykle była zepsuta. Zresztą w tym bloku wszystko waliło się: tynk odpadał, w piwnicy były szczury, żarówki ledwo świeciły a ludzie deptali po karaluchach, po innych insektach i po ich odchodach. Bieda goniła biedę i obie piszczały w zardzewiałych rurach, które nierzadko pękając zalewały wszystko to co dało się zalać. Oprócz oczywiście samych mieszkańców, bo ci sami się zalewali po przez wina marki wina. I ich świat jakoś się kręcił.
Kobieta jak zwykle wracała wykończona. Pracowała jako motorniczy, ale nie czuła już zawodowej satysfakcji, zresztą nie tylko zawodowej, wogle popierniczyło się jej w życiu. Stukot obcasów mieszał się z myślami, a właściwie z jedną: kurwa mać !!! i tak na okrągło: stuk, kurwa, kurwa, stuk... Zmęczenie, niezadowolenie, rozczarowanie, wypalenie - wszystko to kryło się w tym przekleństwie, które przynosiło quasi-ukojenie dla jej duszy. Jedynie czego tak naprawdę pragnęła to spokoju, ciszy. Wokół nic się nie dzieje, czas stanął w miejscu, bezruch, relaksujące odrętwienie – oto balsam dla udręczonego ego. Ale dzisiaj nie będzie jej to dane, bowiem jej facet urządza małą libacyjkę. Jak co dzień zresztą. Z niejasnym uczuciem pomyślała, że nigdy nie zazna spokoju i otworzyła drzwi.
W mieszkaniu było pełno ludzi, pełno dymu, pełno głosów, a muzyka wdzierała się w każdy otwór. Towarzystwo miało już nieźle w czubie i nikt nie zauważył jak weszła, bo i co rusz ktoś wchodził.
Zrzuciła ubranie, buty i weszła do kuchni. Pomimo zamkniętych drzwi hałas wdzierał się przez każdą szczelinę. Muzyka i rozmowy wierciły w jej głowie wielką dziurę. Disco, słowa, śmiech wszystko to powoli doprowadzało ją do wrzenia. Nagle z psychodelicznym krzykiem rzuciła się pomiędzy lodówkę a zamrażarkę, myśląc, że a nuż może tam znajdzie ciszę, bezsłowie. Jedynie na co wpadła to na kapsle od piwa. Ktoś wszedł do kuchni. Pijany człowiek zauważył już wariatkę:
  • Kuuuhwa, hyk, chodź pić, hyk !!! –rzekł z czkawką i poszedł z flaszkami pod pachą.
Z dziwnym uczuciem pomyślała, że w jej życiu już nic się nie zmieni, chyba że?! Wyskoczyła przez okno. Bez słowa, bez myśli, po prostu to zrobiła – hyc, mały krok w wielką przepaść. I nikt tego nie zauważył. Alkohol zasłonił los człowieczy.
Nad ranem śmieciarz znalazł w krzakach na wpół zjedzone zwłoki. Zemdlał. Nieszczęśliwy wypadek pozbawił go życia.
Teraz dwa ciała czekały, aż ktoś je odnajdzie.
I zostały znalezione niebawem. Przez szczury, koty, psy, przez też głodnego człowieka.
Dziwny to był pochówek.



Z A S R A N I E C

Opowiem wam o zjawisku społecznie szkodliwym, a mianowicie o metabolizmie poszczególnych jednostek. Nie wiem co tym ludziom dolega, nie mniej jednak wiem, że coś z nimi nie tak, albowiem wszystko ma swoje granice, swój kres tak jak np. przemiana materii - nie wnikając na przetwarzane składniki, jak i na sam proces. Zapewne nieraz w swoim życiu, nie zależnie od jego długości, spotkaliście się z tym procesem, ale wasze maski nie pozwoliły przyjrzeć się uważnie temu zjawisku.
Nie wiecie co chodzi ? Chodzi o to, że są ludzie, którzy bez żadnego „ale” srają na wszystko i na wszystkich. No właśnie... Powiesz im coś, to ci odpowiedzą „sram na to”; problem ? – „sram na to”. Nic tylko sram i sram i sram. Sorry, niektórzy zmieniają swoją mantrę mówiąc „wysrałem się na to”, ale przecież to nie zmienia postaci rzeczy. Tak jak nic nowego nie wnosi podobna kloacza odzywka „mam to w dupie”, bowiem to i tak za chwilę zostanie „wysrane”.
Interesujący problem, nieprawdaż? Tak więc, pozwolicie, że zabawię się w domorosłego socjologa i spróbuję uważniej przyjrzeć się tej całej „zasranej” sprawie, ba!, spróbuję nawet w tym swoim szaleństwie znaleźć genezę tego zjawiska.
Podejrzenie pierwsze. Człowiek to złodziej, egoista, bowiem zwierzętom odebrał prawo do posiadania duszy. Niestety tylko ptaki, a dokładniej rzecz biorąc, wrony i kruki, od czasu do czasu protestują przeciw temu barbarzyństwu i jawnej niesprawiedliwości. Manifest ten przybiera radykalną formę buntu – ptaki po prostu srają na ludzi bombardując ich odchodami. I człowiek mówi „sram na to”, bo, albo zaraził się od ptaków takim stylem życia (nie pojmując przyczyn dla których to ptaki robią), albo boi się „powietrznej miny”, więc chce odwrócić los.
„Nie rozdziobią nas kruki, wrony...” masz rację kochany Stefcio, nie rozdziobią nas, ale osrają.
Podejrzenie drugie. Może niektórzy z tych „sraczy” (ludzi nadużywając tego zwrotu), jak przyjdzie co do czego to tak naprawdę, cierpią na zatwardzenie i wieczory spędzają na popijaniu herbatek ziołowych tudzież na zażywaniu innych środków farmakologicznych tylko po to by odbić sobie zapchane jelita, więc i mówią tylko i jedynie „sram na to”, czyli przybrałoby to postać pobożnego życzenia. Och głupcy, czyż nie mają świadomości, że przez samo gadanie szlag może trafić wiele rzeczy, że istnieje groźba zapeszenia? Ach, naiwni nie wiedzą co czynią, a bluźnią....a bluźniąc nie słyszą co mówią, a mówiąc, nic nie czynią, a nic nie czyniąc bluźnią, a bluźniąc....a „sram na to”.
A propos „srania” to „A sram na to”. Bo i cóż mnie to wszystko może obchodzić? Ja też zainfekowałam się znieczulicą. I to jest moje trzecie podejrzenie. Zapewne najbardziej słuszne.





Ś L I M A K


Ślimak to ślimak. To brzuchonóg pospolity. Taki przez cały dzień nic nie robi, tylko ślimaczy się. Wlecze się, a czas wraz z nim, a może na odwrót, zresztą nieważne.
Ślimak żyje w innym wymiarze, aniżeli homo sapiens i pełznie na jednej nodze niosąc na sobie brzemię osiągnięć, cały dorobek nadany przez Naturę. Wydaje się, że Przyroda lewicuje, bowiem każdy ślimak dźwiga taki sam domek: malutki, zakręcony, kruchy, a przede wszystkim własny. I dlatego też uczucie zazdrości jest dla ślimaków obce, a jeśli już dochodzi do walk to jedynie jest to bój o samicę. Zresztą, jak dowodzą nauki przyrodnicze, to samice prawie wszystkich gatunków są takimi wrednymi sukami i przez swoje niezdecydowanie, jak i przez swoją próżność, lubią gdy samce toczą o nie krwawe pojedynki. A nie mogłaby taka jedna z drugą wykazać się sercem, inwencją i rogiem, tudzież kopytem, a i nawet głową wskazać na wybranego samca i rzec władczym tonem: TY!!! I na świecie byłoby więcej pokoju, miłości i. ...tak jakoś zrobiłoby się fajnie. Samoświadomość zmniejszyłaby liczbę wojen.
Tak więc ślimak ślimaczył się, a czas wraz z nim. A może godziny wlokły się, a on wraz z nimi? Nieważne, ważny jest tylko jeden fakt: fakt że jeden dzień dla ślimak trwa i trwa i trwa i trwa. I może tutaj jest pies pogrzebany, bo jeśli dzień jest aż tak długi to nie ma żadnego powodu, aby się spieszyć. Nadmiar czasu wyluzował ślimaka doszczętnie i ten prowadzi anemiczno-leniwy żywot z tendencją do pociągania trawki tzn. na trawce...
I tak sobie ślimak żyje dopóty dopóki ktoś czy też coś nie wejdzie brutalnie na jego dom. Wówczas jego mieszkanko staje się ruiną, on miazgą, a to wszystko tworzy wyżerę dla mrówek. Nic przecież w przyrodzie nie ginie.
Ślimaki oddają swojego ducha najczęściej za dnia („idź w stronę światła...?”), a ludzie jak nawiedzeni biegają po ślimaczych trupach, bo przecież czas tak szybko ucieka i mało który człowiek zdąży za życia pożyć, choć nie każdemu na tym zależy.
Co istota to wymiar, co wymiar to inne prawa, tylko człowiek jest na tyle głupi, by wszystko uczłowieczać.



I WCIĄŻ NIEDOKOŃCZONE............



 Calipiczka była rozkapryszoną karlicą o niezwykłych zdolnościach. Jej nadprzyrodzone moce sprawiały, że w każdą rzecz mogła tchnąć życie. Ale nie robiła tego, bo i nie robiła niczego co nie było związane z jej osobą. Egoistyczne nastawienie do życia zasłaniało jej horyzont, więc swym krótkowzrocznym wzrokiem nie dostrzegała tego co winna widzieć. I tak sobie szła przez życie, potykając się to o kłodę, to o człowieka.  
Pewnego dnia zaszła na polanę. Taką zwykłą, zieloną, pod lasem, z rzeczką. Łąka była zamieszkała przez zwierzęta, owady i jednego biednego turystę. Ptaki świergotały, słońce świeciło, koniki polne skakały, zbieracze miodu i pyłków latały brzęcząc, szumiał potok. Idealne miejsce na dłuższy odpoczynek.
Calipiczka postanowiła zadomowić się na jakąś chwilę. Wynajęła od Wiewiórki mały apartament w korzeniach dębu. TV, lodówka, klimatyzacja, balkon – można jakoś przeżyć te parę dni. Rozpakowała swój dobytek i z kawą w ręku wyszła na taras by rozejrzeć się po okolicy. Słońce nadało łące wspaniały koloryt, który urzekał nie tylko oczy, ale i serce. Naprawdę było cudownie, bo i nawet Calipiczka dała się ponieś czarowi przyrody i zanuciła „Carmen” pod nosem. Piękno natury koi duszę i każdy staje się milszy. Pod balkonem przechodził Żuczek:
  • Dzień dobry pani! Jak Pani ma na imię?
  • Dzień dobry tubylcu, jestem Calipiczka...
  • A ja Żuczek, miło mi panią poznać. I jak pani podoba się nasza kraina?
  • Jest cudowna...
  • Tak mało kto pozostaje poza jej urokiem, ale i pani niczego nie brakuje...
  • Ależ Żuczku, przestań!, bo cię nazwę chrząszczem!
  • Przepraszam, ale obojętnie nie mogę minąć piękna, więc jeśli panią uraziłem to idę. Do zobaczenia.
  • Tak, do widzenia.
I Żuczek poszedł podzielić się wrażeniami na temat nowej lokatorki łąki ze swoimi przyjaciółmi, nie wiedząc, że Wiewiórka już plotkuje ze wszystkimi, którymi spotkała po drodze. Polana zaczęła żywiej buczeć, zagłuszając nawet potok.
Calipiczka zaś udała się do łazienki, by poprawić makijaż. Połaskotana komplemen-tem Żuczka pomyślała, że na pewno tutaj zabawi dłużej. Łakomstwo na dobre słowa każe trzymać się tych, którzy tak mówią, tym bardziej, że jest to „towar” deficytowy i żadne czary nie pomogą, by usłyszeć dobre słowo, bo i każdy ich żałuje.




(hahahahahahahahahahahaha)


Tym , którzy to tej strony dotrwali - dziękuję :)





środa, 16 października 2013

o chorym systemie słów kilka ...

Nie mogę oglądać telewizji, zwłaszcza takich programów jak Magazynu Ekspresu Reporterów.

Wczoraj mną zatrzęsło.

Jest sobie Pani X., która  prowadziła firmę. Miała wówczas 18 lat. Jej ojczym wziął szlifierkę na jej firmę i zapłacił tylko pierwszą ratę. Potem nie było pieniędzy, potem zapomniał. Bywa? Bywa.

O niezapłaconą fakturę upomniała się firma. Sprawa nie trafiła na postępowanie cywilne tylko trafiła na drogę karną.

Pani X zaocznie została skazana za przywłaszczenie sobie szlifierki na pól roku więzienia w zawieszeniu na ileś lat (rok, dwa...) i dozór kuratora.
Pani X wyroku sądowego nie dostała, więc nic nie wiedziała...

A procedury się rozpoczęły. Kurator nie mógł ustalić miejsca pobytu pani X, choć pani X zostawiła swój adres pobytu, pomimo, że przebywała za granicą.
Sąd wydał za nią list gończy i została ścigana europejskim listem gończym. List gończy za niepłaconą szlifierkę w kwocie 900zł!.

A jaki jest koszt takiej operacji?!

Policja w Oslo panią X. złapała i wsadziła do więzienia. Jednego z najgorszych. Sąd norweski poprosił o przekazanie dokumentacji. Sąd polski dopiero po miesiącu wysłał dokumenty. Na ich podstawie norweski sąd odstąpił od sprawy argumentując, ze za takie błahe sprawy ludzi do wiezienia się nie sadza, bo szkoda pieniędzy podatników i natychmiast kazał zwolnić zatrzymaną. Niestety, okazało się, że pani X była w ciąży i tą ciążę straciła ...

W międzyczasie ojczym napisał sprostowanie i całą kwotę wpłacił. Wydawałoby się, ze to powinien być koniec gehenny pani X.
Nic mylnego.

Przecież miała dozór kuratora, którego unikała i powinna iść odsiedzieć swoje, prawda?! To nic, że nie wiedziała, po pierwsze o szlifierce, bo jej nie brała a po drugie, ze za to została skazana na drodze sprawy karnej. To nic, że takie sprawy po prostu nie powinny mieć miejsca albo z miejsca powinny być sprostowane.

Pomimo, ze sprawa miała miejsce 10 lat temu, pomimo, ze wszystko zostało uregulowane nikt nie potrafi przyznać się do błędu.  Znowu ma być sprawa dotycząca pani X.
A pani X. w międzyczasie znowu poroniła ....poroniła po raz drugi ...

Kurator wydał opinię pozytywną prosząc o zwolnienie pani X. z zarzutów oraz kary. Jednak nie, sprawa musi być.
Kto za to płaci?!
Podatnicy
A pani X., jak tylko zostanie uniewinniona, i mam nadzieję, że tak będzie,  oczywiście wystąpi i zresztą słusznie, o odszkodowanie.
Kto za to zapłaci?
Podatnicy.

Mam nadzieję, że niczego w historii nie pokręciłam, ale jedno jest pewne - to jest coś czego nie powinno być. Za 900 zł zostać międzynarodowym przestępcą - to tylko u nas.

I tak oto pieniądze uciekają, kiedy ktoś zawali sprawę.... Gdzie ta sprawiedliwość? I dlaczego nikt nie poniesie za to odpowiedzialności?
Pani X. zapłaciła za to straszną cenę....dwa poronienia ...

Kobieta, która nigdy nie złamała prawa. Kobieta, która na drodze cywilnej sprawę wyjaśniłaby i koszty pokryła. A nawet na sprawie karnej, gdyby wiedziała, że taka będzie, wyjaśniłaby wszystko.

Tylko nas małych szaraków potrafią straszyć paragrafami, zaniedbaniami etc, a tu proszę - jest klasa ludzi, którzy mogą robić błędy. Bawić się w bogów nie licząc się z życiem ludzkim. Ani z pieniędzmi podatników.

Lekarze, sędziowie, prokuratorzy - kasta półbogów.

Błędy, które nas, podatników kosztują, nikt nie zliczy, a na pewno jest ich wiele.
A potem nie ma kasy np. na leczenie dzieci. Co jest chore.
I to w państwie, które rzekomo tak życie ceni ....

Bo po sprawie pani X. był kolejny dokument. Dokument dotyczący choroby Elizy Banickiej. Dziecko potrzebuje do życia 4 tabletek dziennie. Z tym, ze jedna tabletka kosztuje 400 zł. NFZ nie refunduje kosztów leczenia. Rodzice wraz z ludźmi dobrej woli szukają wciąż funduszy, by nie było za późno na pomoc. Są pozostawieni sami sobie.
Zobaczcie zresztą sami:


http://elizabanicka.pl/

http://elizabanicka.pl/archives/2995

Może możecie pomóc?!





I wiecie co mnie poraziło?

Właśnie to, że wydaje się pieniądze na sprawy, których nie powinno być, a nie ma pieniędzy tam, gdzie powinny być.

Czy to kiedyś się zmieni?!






reportaże można tu zobaczyć:

niedziela, 13 października 2013

górki z tela

Tym razem fotki z tela, bo skoro znalazłam kabel :)))


 góra buraków :)














 


















































Bo czasami trzeba wyrwać się z domu :D

piątek, 11 października 2013

kolankofo

- Pani ma syf w kolanie.

Fajnie jest to usłyszeć. Usłyszeć to po prawie roku leczenia. Usłyszeć, że tak naprawdę to kolano jest wciąż uszkodzone. Uszkodzone, bo nieleczone. Niesprawne, choć sprawność ruchowa jest, choć nie taka jaka powinna być. Taka do końca by było cacy. Nie klęknę. Nie pobiegnę.
"Sprawność" z bólem. Bólem coraz większym.
Na 3 ortopedów żaden nie zrobił nic. Przepraszam, dwóch wysyłało mnie do pracy.

Na ZUSie można wieszać psy. Ale co orzecznik to otwieranie moich oczów. To oni stwierdzili zanik mięśni, czego żaden z moich dwóch ortopedów tego nie zauważył. To orzecznicy widzieli problem nie tylko z mięśniami, ale i z przeskokami i złamaniem rzepki. I ograniczoną ruchomością. Jeden z ortopedów stwierdził, ze błędy leczenia są od początku. A ten wypis to woła o pomstę do nieba.

Nie mogę nic złego powiedzieć.

Pomimo, ze dostałam tylko X% uszczerbku na zdrowiu. Ale co tam, kasa to nie wszystko...Chrzanić to.



- Wie pan co? Leczenie może oficjalnie jest zakończone, bo ciągniecie chorobowego nie miało sensu. Zresztą wydawało się, ze będzie dobrze. Dlatego wróciłam, ale to moja noga . .. jeszcze będę ją leczyć, bo mnie coraz bardziej boli.
- Dziwię się, że nikt artroskopii nie zrobił, bez tego raczej nie będzie dobrze.

Koszmar. Ten rok pseudo leczenia mogę sobie w dupę wsadzić. Tyle, ze siedziałam w domu. A ile mnie to kosztowało to szkoda słów. Bo frustracja, deprecha i kryzys co rusz mnie dopadały.

A teraz czuję tylko kosmiczną złość, no bo jak to?! Co trzeba zrobić, by być leczonym?!

Zadzwoniłam do czwartego ortopedy. Na NFZ już nikt nie przyjmuje. Brak punktów. Chory system normalnie.I wszędzie już tak jest. Koniec roku i papapa pacjencie, do zobaczenia w grudniu, bo wówczas jest rejestrowanie na nowy rok.
 - A prywatnie?
- A proszę, ale dopiero za miesiąc. 
- Skoro nie może być wcześniej to proszę mnie zarejestrować ....


No i nartach chyba mogę sobie pomarzyć...kolejny sezon umoczony.





czwartek, 10 października 2013

sztuka latania

Odprowadziłam dzieciaki i zapadłam z kawą przed kompem. Zaczęłam sobie czytać o karate Kyokushin.

Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego i niewzruszonego ducha.
Będziemy dążyć do prawdziwego opanowania sztuki karate, aby kiedyś nasze ciało i zmysły stały się doskonałe.
Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności.
Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.


A tu dzwonek. Jakie licho? O tej porze?! Hm, może ksiazki w końcu przyszły!

- Dzień dobry. mogę na moment?
- Dzień dobry, proszę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Kowalskiej matka umarła, a my mamy taki zwyczaj klatkowy, że zrzucamy się na jeden wieniec. Dołoży się pani?
- Skoro jest taki zwyczaj to oczywiście. Ile?

Poszłam po portfel i dałam sąsiadce pieniądze.
Jakiej Kowalskiej? Hm ..
Nieważne. Potem przeprowadzę wywiad. Nie wszystkich sąsiadów znam z nazwiska. Ale zwyczaj dobry. Jeden wieniec od sąsiadów. Miły gest.

Jak kawa to i papieros. Jedyny doskonały duet. Wyskoczyłam na balkon. Jak się jest fajnie tak zaciągnąć ...

- Nie szkoda zdrowia? - sąsiadka wieszając pranie zaczęła tokować - ja rzuciłam po trzecim dziecku.
- Jak urodzę trzecie to przysięgam też rzucę.
- Hahaha,  a to Państwu życzę.
Dym wlazł mi bezczelnie nie tam, gdzie trzeba. Właściwie to chciałam babkę z balkonu wyciągnąć, do drzewka zaciągnąć i niech puka w niemalowane drewno spluwając przy tym po trzykroć za lewe ramię. Odkaszlałam.
- A mówiłam, ze szkoda zdrowia ...
No to teraz dowaliła do pieca. Dostałam ataku kaszlu.  Ze śmiechu.


.
Dla zdrowia ucięłam sobie przejażdżkę rowerową. Przez parki. Po hamulcach dałam zatrzymując się zauroczona deszczem liści. Spadały z drzew w jednym momencie. Ludzie szli nie zwracając uwagi, a ja stałam jak zaczarowana. To była jesień. Ta prawdziwa, wspaniała, magiczna. Szkoda, że tak nie leciały jak byłam z dziećmi. Musze je znowu porwać ...

Ale to mnie porwało ...

- Mamo, dostałem uwagę - synowi śmiały się oczy.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę.
Pokazał zeszyt a tam była adnotacja o złym zachowaniu syna. W kolorze czerwonym jak na uwagę przystało.
Tłumaczył się nudą, jaka wiała  podczas prób na pasowania ucznia.
- Dobrze synu, że sam przyznałeś się. To ważne. Powiedz mi ile razy Pani zwracała ci uwagę?
- Parę razy.
- I dlaczego nie posłuchałeś się?
- Bo biegałem z kolegą po scenie, bo.... oj, mamo, nudno było.

Porozmawialiśmy sobie.  Krótko. Moje oczy zrobiły się czarne, a jego przestały się śmiać. Bez krzyku, na lajcie i dobitnie.
Syn zaszył się w pokoju. Jak odrobił lekcje tak zajął się zadaniami z ćwiczeń "Uczę się starannie pisać i czytać". Pod okiem taty. Sam chciał, bo  kara jaką dostał ode mnie to zero bajek i angry. Na dzisiaj.
Moje wolne popołudnie .... zasnęłam obok Młodej. Baterie się nam wyczerpały.
Śniło mi się, że zgięłam nogę, a skóra kolana naciągała się, aż pękła, razem ze stawem. Czarna dziura wyrwała mnie ze snu. Ble, co za koszmar. Normalnie głowa mogła tam wpaść ...No, ale kolano boli mnie tak jakoś. Zaczęłam oglądać nogę. Psychoza stawowa.
Polazłam do mężusia.
- Spadamy na kawę?!
- Co? Gdzie?
- Do kuchni.
Byliśmy z T w szoku. Syn przez całe przedszkole był grzeczny. Zawsze chwalony. Zawsze super zachowanie wobec wychowawców jak i koleżeństwa. A tu co? Pierwsze koty za płoty?! To jak dla nas na ten rok wystarczy. Nam może ...

Przy kolacji Starszy podszedł do mnie.
- Przepraszam cie za to mamo.
- Dziękuję, myślę, ze jeszcze komuś innemu należą się przeprosiny.
-Tacie? 
-Tak i komu jeszcze?
- Panią też jutro przeproszę. Mamo, ja już tak nie będę robił.
- Mam nadzieję. Rozrabiasz okej, ale jak pani zwraca uwagę to przeproś i uspokój się.


Chciałam, by się syn z marazmu wyrwał? No to mam. Zdolny facet, szybko mu to idzie.

Dzieci są jak latawce.
Cała sztuka polega na sztuce popuszczania sznurka i wyczucia wiatru.

Nie można za wcześnie puścić sznurka, nie można za późno puścić i nie można zwlekać, bo latawiec może opaść. A każdy wie, ze jak latawiec opadnie to trudno jest wzbić się mu z powrotem w górę i poszybować.
Ale i też trzeba uważać, by daleko nie odleciał.. A wiatry wieją niespokojne, a czasami brak powiewu.

 Nie można dzieci stracić z oczu.




foto z netu







środa, 9 października 2013

tru tu tu :)

Poszłam po syna, by odebrać go zaraz po zajęciach. Księciunio sobie życzy- Księciunio ma.
- Mamo, a pojedziemy do parku? odbierzemy Młoda i pojedziemy dobra?
- Weź synu, ruch taki jest o tej porze, że nawet auta nie ruszam.Nie będę stać w tych korkach...
- Nie autem - rowerami!
- AAAAA Rowerami! W porzo.

 Rowerami? Szok. Ale czad. Coś drgnęło, tra la la la.
Szok drugi - syn nie oponował, że poszliśmy na zakupy. Zero marudzenia. 
- Pomogę ci nieść zakupy.
- Super, dzięki.
Za to jęczadło zaczęło się, kiedy pojawił się temat karate.

- Mamo, ale ja nie chcę, to jest głupie.
- Synu, dla ciebie wszystko jest głupie.
- Rysowanie nie jest głupie.
- Ale o czym ty dla mnie rozmawiasz?! Jakie rysowanie? Ty poza tym głupkiem i pierdami nic nie potrafisz narysować, ani drzewa ani domu, ani zwierzaka, ani człowieka.
- Drzewo to umiem narysować - odparł oburzony.
- No dobra, ale na rysowanie masz czas, a warto coś ćwiczyć. I nie daruję ci.

Nie no kurde, będę tupać, wyć i nie wiem co jeszcze. Wszystko na nie, wszystko jest głupie - co jest?! I zero fioła sportowego. Egzemplarz trzeba naprawić. Nie będzie siedział i marudził jak dziad stary. To nie ten wiek na puszczanie pierdów w kanapę.

- Synu, od dzisiaj zaczynamy wprowadzać czytanie, nie ma że boli. I dodatkowe szlaczki. 
- Nie będę się uczył to jest głupie.
No zastrzelę, zjem, odgryzę pięty!!!!! Oddychaj głęboko, głęboko...
- Gdyby było głupie nie mielibyśmy tyle książek.A poza tym nikt , by nie czytał, bo mało kto lubi robić głupie rzeczy.
Popatrzył. Hm...chyba coś trawi ...

- Mamo, a poczytasz mi o tym baranie, co? No wiesz ta zielona książka.



- Poczytam, jeśli będziesz uczył się czytać. Mówię ci, ze to czad. Właśnie dwa horrory zamówiliśmy.
- Horrory? Poczytasz?
- Sam się naucz czytać!!!!

Syn zaszył się w pokoju, ja sobie ruszyłam na kuchnię. W końcu trzeba jakiś obiad zmontować przed wyprawą rowerową.

- A właśnie, ze umiem rysować! - syn przyszedł z kartką, by pokazać psa.





- Mam ci jeszcze coś narysować?

- Pewnie!

I tak powstał cały zwierzyniec. Krowa rozwaliła mi nadgarstki. Biedna krasula zapadła na głęboką anoreksję. Niedźwiedź wygląda jak duch podtrzymujący swój zadek. Nietoperz -patrzcie jakie mam gacie!
No po prostu Boschowska kreska buhahahahaha.




Wyprawa rowerowa była super. Syn sobie pędził przed siebie nie trzymając mnie na oku. Dzieciaki zrobiły sobie w parku gonitwę, potem pozbierały kasztany. A jak wróciliśmy do domu to na nic nie miały sił - konały przy bajce. Zero kłótni. Full symbioza. Aż miło.

DNIA NASTĘPNEGO.....

Rano, przy myciu zębów syna złapała refleksja.
- Mamo a w piątek jak idę na urodziny to co z moim karate?
- Zdążysz, bo w piątki są późno zajęcia.
- Aha, to dobrze.

Zatkało mnie. Ale nie mówiłam nic. Z radochy, że może jednak coś drgnie. Póki co widzę zmiany - rozkręca się i super. Energia nakręca energię, a monotonia dnia zabija. I moja dusza tez odżyła.

Jak będzie -zobaczę. Dziecko jest mieszanką genów. Ma prawo być sobą. Ale muszę coś zrobić, by syna pozytywnie nakręcić. Może to tylko bóle wzrostowe powodują zmęczenie, a może nie. Nie wiem.
Ale facet choć ma potencjał i mózgownicę za szybko poddaje się. A ja mu nie pozwolę na to. Niech odkryje własną siłę. I to, że sukces nie jest na pstryknięcie palcami. Ale za to smakuje wyśmienicie jak się go wypracuje ciężką pracą. Trening czyni mistrzem, hahahaha.

Za to Młoda biegła sobie całą drogę do przedszkola. Ta to jest perpetuum mobile- nakręca się swoim dobrym humorem.


Wracaliśmy z synem ze szkoły i koleś co rusz klepał mnie w tyłek. Nie wiem co to za zabawa, ale jak dla mnie to łapki przy sobie.
- hahahaha - brecht i klap, no tak fajny żart.
- SYNU! -spojrzałam wzrokiem mega czarnym i złym
- Wiem co powiesz, wiem -i robiąc komiczne miny z intonacją wrednej małpy rzekł- Starszy, przestań, bo zaraz cię pacnę! Aaaaaa hahahahaha

No rozwija się. Strzeliłam pogadankę. Tylko, ze jak weszliśmy do domu zawołał:
- Jak taty nie ma to ja rządzę!
- A co wybierasz ? Pralkę czy piekarnik?! HM?!
Hahahaha, też mogę sobie pożartować.


Porządził sobie syn, oj porządził - biedactwo musiało wciągnąć talerz rosołu, potem drugie danie. Poszedł zadania robić. Przeholował to zamilkł. Jak miło. Zamilkł dopóki jego kumpel nie wpadł. Czasami mam wrażenie, że mam dwóch synów, ech...

O TYM JAK MŁODA UŚWIADOMIŁA FACETÓW (podsłuchane)

- I ta babcia szła hahahaha i uderzyła się w jajka hahahaha ....- Kolegi głupoty rozśmieszyły chłopaków  na co córka nie odrywając się od malowania Pony zareagowała dość żywo:
- Chyba w cipkę, w cipkę się uderzyła, a nie w jajka
- Noooo tak - chłopcy przyznali Młodej rację .

Wlazłam do pokoju i utknęłam nad synem:
- Chyba masz zadania robić, prawda?! 

Potem usłyszałam, ze studia i praca są beznadziejne.
- Prawda  Starszy?!


No tak i wszystko na ten temat.

Pojechaliśmy na trening. Starszy został na sali, a my poszłyśmy do parku. W parku na placu rozsiadła się patologia i jakoś mnie zmiotło.
Nora huśtała się z Nikolą.
Hahahaha, ale jama - ni ma coli....buhahahaha -nie mogłam powstrzymać brechtu.
Matki jak wrony obsiadły jedną ławkę i na zmianę to plując słonecznikiem to paląc  papierosy (dmuchając dzieciakom w nos jak przybiegły) miały taką gadkę, że wolałabym posłuchać swoich skarpetek. Po prostu na pewne rzeczy nie chce mi się patrzeć. Ani słuchać mimo woli.
Za to wpadłam na pomysł, EUREKA!,przecież niedaleko jest biblioteka, gdzie możemy choćby w razie deszczu czy zimna schować się. Można tam poczytać, porysować, pobawić się. I z wc też skorzystać.

Syn po zajęciach sam przebrał się w szatni. Prawie chciałam zawyć z radości. Ale spokojnie, by nie zapeszyć zapytałam się od tak sobie:
- I jak było?
- Od tego skakania brzuch mnie boli. Mamo, ja nie chcę...
- Bo brzuch cię boli?
- Nooooo
- Kochanie, to mięśnie zaczęły ci pracować.

Tłumaczyłam jak to działa. A potem w kuchni odbył się pokaz pompek. Cieniara ze mnie już jest mega - 10 i padam na ryj szukając tlenu.
Byłam czystym przykładem co robi się z człowiekiem jak nie ćwiczy. Przerażający obraz degeneracji.
A rower zaczął za wieszak robić. Dałam sobie żółtą kartkę. W końcu przykład idzie z góry. Koniec lenistwa.









wtorek, 8 października 2013

nerw





Odebrałam dziecięcia swe.
- Na piechotę?! - z jękiem zapytał się syn.
- Nie, na miotle. Gucio - łazimy.

Dom, moment wytchnienia.  Trzeba było zbierać się.

- A wiesz co chcę na b?!
- Wiem, bajkę.
- TAAAAAK! Puść mi.
- Przykro mi Młoda, ale nie mamy czasu.
Buuuuuuuuuuuuuuuu...... Jeszcze tego mi brakowało. Nałóg mały!!! Jeden, dwa, trzy ...

Chciałam karate? To mam. Trzeba ruszyć tyłek. A ta bezczynność była taka cudowna. Hm... Wytargałam fotelik rowerowy i oddałam się rozkoszy montowania tego dziadostwa. Ja pierdolę to za małe słowo na określenie tego gówna i mej męki. Porządna firma a ten fotel to takie plastikowe ciężkie cholerstwo jakich mało. Gorzej trafić nie mogłam, ale cóż w testach taki bezpieczny, grrrr.  Zadzwoniłam do swej wyroczni.
- Mężulo, to zielone to wcisnąć czy granica?
- To gówno zakładasz? Nie woź w niej Młodej!
-A w czym mam wozić, mówiłam kup nowy fotelik.
- Mi?
- Nie,  mojej dupie. Nieważne, co z tym zielonym?
- Wcisnąć, by nie było widać.
 Dezodorant nie wytrzymał tego napięcia, kropla poszła. Walka była zacięta. Udało się. Wcisnęłam. Czy baba jest od wciskania?!
No kitu chyba ...ech...
Teraz jazda z tym dziadostwem. Rower tracił równowagę. Masakra. Syn jechał z przodu, z tyłu, zajeżdżał drogę. Pod nosem rzucałam mięchem, ale spokojna jeszcze byłam. Naprawdę ten fotelik to jeden wielki niewypał. A mogłam autem, ale nie. Ruch ma być. Nakręciłam się mega. Energia nakręca energię. Stop pizdowatości. Nie będą mi dzieci w marudzeniu i stagnacji żyć.

Syn poszedł na ćwiczenia. Zapłaciłam. Ambitnie podeszłam. Od razu - "książeczka".

Ja mu kurna dam. Ha!. Dan, dan, dan....

Starszy ćwiczył, a my pałętaliśmy się po Parku. Fontanna, kasztany, huśtawki. Młoda waląc kijkiem w krzaki mówiła, że walczy z potworem. Potwór był duży, więc też dostałam miecz. Pokonałyśmy go. Ufff
A potem było podglądactwo przez okno. Kurde, to nie był film.
- Mamo a oni tak walczą - Młoda poczuła bluesa i zaczęła wymachiwać rękami - Karate jest fajne!

- To chyba i ciebie za piszę za rok, co?
- Tak! Chcę.

Syn jednak był innego zdania. Zapłakany przebierał się.
- To jest głupie - buuuuuuuuuuuuu -  trzeba ćwiczyć i słuchać.
Hahahahahaha, no właśnie duży gadzie, no właśnie. Samodysplinka przyda się w tym rozgardiaszu twym życiowym, w tym malkontenctwie. Bo ja odpadam.
- To będziesz ćwiczył i słuchał.
- Nieeeee mamo, ja nie chcę - i buczy i nos wyciera zasmarkany.
- Synu, dość! Nie będziesz mi rósł na miękkiego, zasmarkanego wafla, co zabija się własnymi nogami, któremu nic się nie chce. NIE! NIE! NIE! Zresztą w domu pogadamy. Koniec dyskusji!

Byłam pewnie w tym wszystkim trochę niesprawiedliwa, bo facet jest fajny. Indywidualista, filozof, rysownik, matematyk, i taki spokojny leszcz, ale ja będę wredotą nieuleczalną co na przekór w sport pcha. Dusza może ocipieć w marnym ciele. Równowaga musi być. Tak jak boskie ciało bez duszy staje się tylko materacem. Czy jakoś tak.


Chcieć to móc. W życiu trzeba pokonywać własne słabości. Trudno. Przykro mi synu. Jak masz mi siedzieć w domu i jęczeć - ale nuda. Lampić się bezmyślnie w bajki. Jeśli masz tylko rysować te swoje głupki to ja mówię - NIE! I taką nawijkę mu sprzedałam. A co. A nawet gorszą. Ale i też niektóre rzeczy przełknęłam. No bo kurwa nie wdawaj się w matkę swą! -to była niewypowiedziana myśl. Ale hiciory zostawię na okres dorastania.


- Musimy w domu ćwiczyć
- To dobrze. ćwicz. Może ja się czegoś nauczę?
- Ale ja nie wiem co....to trudne jest .....
- Synu, wszystko na początku jest trudne. Nie poddawaj się. Co dostałeś za szlaczki?
- Szlaczki?
- No szlaczki, szlaczki, te co w zeszycie robiłeś? Ej, heloł!
- Znakomicie
- A widzisz, a w przedszkolu mówiłeś, że szlaczki są głupie i nie potrafiłeś je rysować, a teraz dla ciebie są łatwe. Będzie dobrze, zobaczysz.
- A wypiszesz mnie?
- Nie!

Mam nadzieję, że przetrwa. Że odnajdzie się. Że połknie bakcyla. Dzieci trzeba czasami pchać do przodu. Nie wiem czy w dobrym kierunku wybrałam drogę, ale sztuka walki uczy sztuki życia.