sobota, 29 czerwca 2013

taki jeden dzień

Zwinęłam syna porankiem. Na rower. Zanim córa z Moonkiem wyciągnęli się z wyrek,  my wyciągnęliśmy rowery z piwnicy. Siódma rano. Auć.

Pojechaliśmy nad rzekę zobaczyć jak tam poziom po opadach deszczu.
- Patrz, to jest cukiernia gdzie babcia kupowałam nam lody ciepłe ...a tam to .... 
Pokazałam, gdzie dziadek mieszkał. Byliśmy w parku. Zamek, pomnik, fontanna, wiewiórka ....
Byłam przewodniem turystyczno-rodzinnym dla syna. Objechaliśmy miasteczko wokół.
Skoro mam się rehabilitować to w takim towarzystwie będzie mi milej.
Fajny facet z tego mego syna. Ziomal mały.







- Mamo! stój! wróćmy się!
- Stało się coś?
- Nooo, patrz!


Gąsienica była niezwykle szybka. Musiałam ją sfilmować. Maratończyk normalnie. 


- A gdzie ona tak idzie?
- Nie wiem, zapytaj się jej
- Ale one nie gadają
- A skąd wiesz? Gadałeś?!
- Mamo!!!

Pod koniec jazdy złapałam gumę. Kurde ...... Prowadziliśmy rowery. Nie ma to jak wyjśc na spacer. Zamiast psa - rower, hahahaha.

Wpadliśmy na ogród teściów.Syn jednym gestem  rzucił rower i już siedział "w groszku".
Mooniek.był już Młodą na miejscu. Opanowali teren.

- Młoda, przyniosłem ci groszek - syn przyleciał zadowolony z garścią strąków, które podzielił po równo.
- Młoda, podziękuj bratu!
- Dziękuję.
-Fajnego masz brata, troszczy się o ciebie. Fajny jest brat ciebie, wiesz?!

Groszkomania. Siedzieli przy stole cicho. I to ponad dwie minuty.

Wzięłam rower Moonka i pojechałam do domu. Po stroje do kąpieli i ręczniki. I inne zapomniane rzeczy. Wróciłam mówiąc z zadrością:
- Kurde, ale masz wypas rower! Ma hamulce i takie siedzenie wygodne ....

Był grill, pluskanie w baseniku. Popołudnie z rodzinką. Całą. Bo byli teściowie, moja matka, a przy nich wszyscy inni święci.




Dzieciaki zrobiły wojnę w piratów. Skakały. Tłukły się między sobą. Za chwilę panowała zgoda. Za chwilę była wojna.
I tak bez przerwy.


- A on mnie bije! - chlipała Młoda.
- Bo ona wskoczyła mi na głowę- burknął Starszy.
- Nie wskoczyłam ......
- WSKOCZYŁAS!!!!!
- Zaraz was oboje wyciągnę z basenu, przeproście się nawzajem i to już. Młoda uważaj na brata dobrze?
- Noooo....- chlip, chlip.
- A ty jestes facet- facet kobiet nie bije wiec opanuj się, rozumiesz?
- Nieee....
- Proszę?!
- No bo...
- Synu! - warknęłam.

- Przepraszam.
- Przepraszam.

Jak jedno przeprosi drugie natychmiast robi to samo. Nigdy nie wiadomo kto zaczął, bo i jedno jak i drugie to niezły model. Każdy ma swoją wersję. I potrafi zaleźć za skórę.

 Wpadłam do kuchni po żarełko na grilla. Dopadły mnie słowa z telewizji:
-...potrzebny jest program dzięki któremu będzie dla wszystkich praca i mieszkania ..Polska musi być oparta o wartości...
- Co ty Jara oglądasz? Chory jesteś czy co?!- zapytałam się zdumiona wchodząc do pokoju.
- To jest drugi Gomułka - ze śmiechem odpowiedział teściu.
Machnęłam ręką, zgarnęłam kiełbasę i wyleciałam z domu.


Musiałam zresetować swoją mózgownicę piwem, by nie pacnąć teściowej widelcem.
Ta to ma moc wkurzania. Nie usłyszy dobrze i już ma swoją wersję. Wymiękam.
- W telewizji słyszałam jak mówią, że na komunie to lodówki kupują ...
- Teraz  o komuniach mówili? Co ty mówisz. Mówili o kupowaniu prezentów dla nauczycieli na koniec roku szkolnego. Znowu nie dosłyszysz i gadasz. A swoją droga po co dziecku lodówka? To nielogiczne, nie sądzisz?!
- Może jest tak jak mówisz, w połowie był dziennik i może nie dosłyszałam...
- Więc wymyślasz jak zwykle...

Dziennik! hahahaaha... Auć, matka kopnęła mnie pod stołem. Tą też mam ochotę pacnąć. Zabiłam ją wzrokiem. A potem obie zatkałam kiełbasą.
Długo to nie trwało ...
Teściowa zajęła się komentowaniem postępowania dzieci. Tak nie rób, zrób to, zrób tak - cała lista wskazówek dla wnuków.
W końcu nie wytrzymałam:
- Ale czy ty możesz przestać komentować to co dzieci robią?! Daj im spokój, niech się bawią jak chcą!
- Ale przecież trzeba coś mówić.
- Właśnie ze nie trzeba gadać, możesz czasami zamilknąć. Słyszysz jak szpak śpiewa?!
 - Szpak?

- No właśnie ...

No tak, trzeba gadać. Jasne, nieważne co byleby by gadać. A ona jest w tym mistrzynią.
Ble, bla, ble ....Poszłam z dzieciakami kopać piłkę przez ogrodzenie. Raczej jako pomagacz, donosiciel piłek, bo dwa kopnięcia pokazały mi, że nie mam co z nogą szaleć.

Świat dzieci jest zabawniejszy od świata dorosłych.














piątek, 28 czerwca 2013

codziennik ik k




- A wiesz jak nazywa się kapitan legionów?

- Eeeee .... - syn zawisł, a czochranko po głowie nie oświeciło go jakoś.
- Kapitam Rex!
- No, no to coś mi mówi...
- A wiesz, ze on stracił rękę w ostatniej bitwie?
- Nie widziałem tego .......- ten smutek w głosie syna mnie rozwalił, jaka przeżywka, ja nie mogę.
- Bo tego nie było ja cię kantuję a wiesz co to znaczy, ze cie oszukuje. Wiesz ja chodzę już do drugiej klasy to wiele wiem - odparł nowy kumpel syna. Z dumą. Druga klasy w końcu brzmi dumnie.
-To ja cie okantuje piłką! - wtrącił się M w rozmowę.
- Hahahahahaha - chłopaki roześmiali się razem i nagle zapadła cisza.
Zanim się obejrzałam chłopaków nie było. Bieg, płot, nie ma.
No to fajnie.
"Smycz" została mi w ręku. Coraz większa niezależność syna. I dobrze. Lepsze latanie niż trzymanie się spódnicy.
Jak się pojawili to trudno było ich nie zauważyć. Śpiewali cudowną piosenkę wakacyjną -Hymn Polski.
I jak się kłócili o zwrotki. Normalnie pierwszy sparing "yntelektualystuf". Ha, ha, ha ....
A Młoda sobie sama latała - huśtawka, zjeżdżalnia. Sama sobie  radzi, bez - Mamo, mamo to, mamo tamto ....
Cudowny czas wyciągania nóg na ławce.
Ale i tak pograłam z Młodą w piłkę. I pohuśtałyśmy się razem. Wciąz nie mogę się powstrzymać, by nie zeskoczyć- i tym razem skoczyłam w dal.
Cudowne jest dzieciństwo.
Oby i takie było moich dzieci.
Spędzanie czasu z dzieckiem jest czasem bezcennym. Ale dziecku trzeba dać czas i na nudę. Bo nuda bywa impulsem do własnej kreatywności.
I niech idą w towarzystwo dzieciaków- lepszej szkoły życia nigdzie nie dostaną niż na podwórku.
Zabrałam towarzycho na kosza. To jest to co lubię. Tylko kolano psuło cała zabawę. Ale...co tam. Mam z kim grać i to jest super.


Wieczorem wpadło towarzycho. I był git wieczór.
-Ale co dalej tak gotujesz czy już znormalniałaś?!
- A co Arte gotowała?
- No tak, wpadam do niej a tu sałatki, kurczak. Patrz nawet pranie ma powieszone.Sama powiesiłaś?
I chichot. He, he, he śmieszne ...
- Znormalniałam, znormalniałam ....chyba ......nie wiem ......
- Wiesz, ze Ty jesteś jakaś inna, i nigdy nie wiadomo co zrobisz, i zawsze miałaś wszystko w dupie. Wiesz? A teraz co?
- ZOMO -odparowałam zdziwiona, że ludzie odbierają mnie jako luzarę i w ogóle...ja jakoś o sobie nie myślę jakoś tak fajnie ....na szczęście "zeszły" ze mnie:
- A moja córka kończy roczek!
- O!
- To za zdrowie Izy, niech rośnie wam zdrowo.
- Powoli zaczyna sama chodzić!
- Rewela. hahaha to jak zacznie biegać to dopiero będzie.
- Jedziemy nad jezioro?
- Noooo. Ej tam domek można wynająć i się złoimy po mazursku co?!
- Ale z dzieciakami jedziemy?
- Jasne, że z nimi. Niech się wypluskają. co tu robić mają? 
- A Czechy i jaskinie, kiedy?!
- A my byliśmy w ten poniedziałek po górkach pochodzić, ale lało....

Wieczór był zacnym wieczorem. Piwo się lało, z siebie się lało, rozmawiało.
Naszły i też refleksje. Tak po którymś szkle.
Kiedyś nasi rodzice robili imprezki. Były imieniny to kupowało się goździka, flaszkę i wpadało się bez zapowiedzi. W mieszkaniu był tłum cioć i wujków. Pili do rana, bo godzina milicyjna była. Naczochrani wracali z dzieciakami taksówką albo na piechotę. Nie było afer.
A teraz?
Teraz ludzie budują wokół swoich domostw mury.
Nikt do drzwi nie dzwoni spontanicznie.
Ludzie mają więcej znajomych w internecie niż w realu.
A realnego świata nic nie zastąpi.
Tyle, że w necie można się kreować -drętwi nagle stają się duszą towarzystwa, towarzyscy-milczą, normalni-nienormalni, nienormalni chcą być normalni- każdy jest tym kim chce być. Taka gra. W podróbę. W bycie sobą. Dżungla.
Przypominają mi się słowa Margaret Thatcher:
Z byciem ważnym jest jak z byciem damą. Jeśli musisz mówić ludziom, że jesteś ważny, to znaczy, że nie jesteś.
Więc zamilknę lepiej, niech inni mówią jak kocha ich świat. Albo ja to powiem, co mi tam. Ha, ha, ha ....


Co by tu nie mówić -siła człowieka  tkwi w ludziach. Nieważne, gdzie oni są - są podparciem.
A skoro takie czasy są to trzeba iść z duchem czasu.
Wiele fajnych ludzi poznałam dzięki netowi. W realu nasze drogi nigdy by się nie zeszły.
Aczkolwiek mam nadzieję, że kiedyś na "te pięć minut" zejdą się....

Od kumpeli dostałam książkę. Z dedykacją bezcenną.

Muszę sms puścić dziewczynom, bo lodówkę znowu trzeba z browarków ogołocić.
Bo są takie chwile dla których warto żyć ...hahahaha.
Wyczochrać po głowie "babole" w podziękowaniu za to, że są.
Bo warto ludziom mówić dobre rzeczy,a przynajmniej czasami - dziękuję.
Co też czynię: dziękuję za wszystko.
Bez was byłabym niczym.
Ha, ha, ha ....













czwartek, 27 czerwca 2013

koszmarek








- Kto idzie się pierwszy myć?!

- Nie ja! - krzyknęła  Młoda
- Nie ja! - zawtórował jej Starszy.
- Może ty? - Młoda to ma gadkę. Nie powiem. Skubaniec mały.
- To ja wiem zaczniemy od najmłodszego, Młoda Starszy, potem ja. Zaszyjemy się w łóżku i będziemy czytać
- Koszmarnego Karolka!
- Po co? Mam Koszmarną Młoda, Koszmarnego Starszego....
- Ty jesteś koszmarna
- Hahahaha tja i zaraz cię zjem!
- A wcale że nie ! Mama jest najmilszą i najmniej krzyczącą mamą-  nie ma tojak syn, prawdziwy rycerz, obrońca.
- Mówisz?
- Noooo....
- Bo wiesz mi się nie chce krzyczeć tak jakoś
- Noooo, bo ty stara jesteś.
- Hahahahahaha, idźcie jeść, potem myć się.
- A ty co? Komp?
- No jak zwykle ...


Dobranoc :)














jazda musi być


Jazda. Zawsze Jazda. Jak nie na rowerze to w głowie.
Tym razem była jazda rowerowa po parku. Wpadłam na ławkę. Ławkę determinacji.



Było chyba z 10 losów. Hazardzista?! Poszukiwacz gotówki? Desperat?
I te patyki po lodach. Może ktoś sobie osłodził smak przegranej?!
Przy innej ławce był konkret - bateria butelek po piwie.
Życie płynie. Ludzie żyją. Składają swoje szczęście jak potrafią. I śmiecą z braku śmietników. albo kultury bycia.
Moje życie zostało skazane na rower i pływanie. Same przyjemności, by odzyskać sprawność w nodze. Lekarz powiedział,ze mamy czas. Że mam uzbroić się w cierpliwość.
- Ale jak, panie doktorze, jak mam wrażenie, że z noga jest coraz gorzej. Te bóle dopadają rano, w połowie dnia, nieoczekiwanie i po schodach i w ogóle oszaleć idzie.
 - Mam swoją koncepcję, ale na początek warto spróbować metody bezinwazyjnej. 
- A potem co? 
- Oj, będzie dobrze
- A mogę wyjechać?
- Dlaczego nie?
- Nie wiem, bo zasiłek?
- To jest czas na kurację, musi pani wyjechać. Zrelaksować się.
Jeśli będzie ból nasilony, lub coś niepokojącego się działo to mam dzwonić, a póki co - sio na wakacje. Z rowerem i pływaniem.
Zadzwoniłam do T
- Mam smutną wiadomość
- Co?!
- Bierz wolne, jedziemy na wakacje!!!
- ...... (cisza) Jutro pogadamy.
- Jutro to ja piję piwo,oooooo!!!!

Wpadłam do domu. Córka spała, a syn szalał z kolegą po domu.

- Czemu nie jesteście na podwórku?
- Bo tam są te głupie baby i mamy ich dość.
- Ale co one robią?
-Pytają się : - "A jak tam twoja nóżka"
- I co ? Nie możesz odpowiedzieć - dzięki, dobrze?
- Jutro im to wykrzyczę.


Chłopaki latają od ściany do ściany drąc te kopary niewiarygodnie. A niech się drą. Mnie to nie przeszkadza. Córka zabunkrowała się w pokoju z Pingwinami z Madagaskaru.
Jutro ostatni dzień mojej wolności.
Jutro ostatni dzień dzieciaki są w przedszkolu.
Moja noga załatwiła im wakacje.
Długie wakacje.
I kurna będę musiała gotować.
A to nie jest fajne.
Fajne jest to, ze basen i ścieżki rowerowe będą nasze.
I fajnie, że wiem co jest z kolanem.
Szok jeszcze przeżywa....przybite. Bolące. Może kiedyś przestanie?!
Dobiję sportem - albo wstanie, albo padnie.
Pozostaje tylko kwestia pracy, ale przede mną wakacje i mam to w dupie. Ot co!
Powoli czas walizki pakować .......:)





ciotowato

I znowu dopadła mnie ciota.
I  znowu się dziwie, ze tak szybko. Już?!
Przecież chyba niedawno miałam.
Jeszcze pamiętam ten dzień, dzień kiedy kupowałam podpaski,ten ruch, gdy płaciłam za nie w kasie.
Kurczę.
A dlaczego inne ssaki nie mają tego problemu?!
Oszaleć idzie.
T mówi, ze może mi załatwić spokój na parę miechów. Posłałam go w diabły.
No właśnie ssak ssakowi nierówny, a my chcemy równouprawnienie. Nie ma, w przyrodzie muszą być schody.
Dlaczego taka foka nie krwawi?
To znaczy krwawią wybijane pałkami w Kanadzie. Taki tam sport uprawiają. Fajny, no nie?

Wrażliwym istotom nie polecam.


Świat wie i świat ma to w dupie.
Tak jak biedę afrykańską. Jak komunizm koreański z ich obozami śmierci i pracy.
Jak to co się dzieje w Ameryce Południowej.
Ale ja nie o tym......


Każdy ma swój mały świat i żyje problemami świata swego a nie globalnymi.
Bo co możemy zrobić?!

Więc w moim świecie nastały czerwone czasy.
Śmiałam się nieraz,że to kobiety krwawią, a nie mężczyźni, bo to my byłyśmy aniołami.
Aniołami co podpadły. Bo facet jest do pracy, a kobieta swoje zdanie ma:D:P. Więc wyrwano nam skrzydła. I co miesiąc rana się otwiera. Tam gdzieś miedzy nogami, blisko tyłka, bo w dupie to mamy :D:P.  Gdzieś tam, ale  nie na plecach, no bo jak?! Głupio  to by wyglądało, tak iść z podpaską doklejoną pod łopatki. Przyjdzie ktoś, klepnie w plecy i co?! Bardacha ! Chlap.

Inna wersja głosi, ze dawno, dawno temu mężczyźni toczyli boje broniąc ziem, rodzin, walcząc ze zwierzęciem, by jedzenie zdobyć. Kobiety siedziały w domu. W ramach emapatii dostały swój ból i swoją krew.

Widoczna miesiączka występuje u ludzi i niektórych ssaków naczelnych (np. szympansów)[2]. Inne ssaki łożyskowe mają cykl rujowy, w którym nie występuje krwawienie takie jak u ludzi. 

Hm, ciekawe jak szympansice sobie radzą.....


codziennik


Córka wczoraj była cała na NIE. Nic nie chciała i nic jej nie pasowało Zażądała stanowczym głosem bajek, więc puściłam. Co się będę szarpać z Młodą skoro widzę, ze jest zmęczona. Syn również przywarł oczami do telewizora. Nie chciało mu się rysować ani iść do kumpla. Oboje odlecieli.
Córka zasnęła po osiemnastej i tak spała i spała. Wszelkie próby przebrania ją w piżamkę kończył się dziwnymi odgłosami, więc sobie podarowałam. Co się będę ścierać. ...A niech śpi.
Z synem poczytaliśmy książkę, pogadaliśmy. O wszystkim i niczym.
- Mamo a pojedziemy na basen?
- Spodobało ci się?
- Nooooo i ja chce na tą dużą zjeżdżalnię, bo panie nie chciały nas puścić.
- W porzo. Pojedziemy w sobotę.
- Mamo, a ja chcę jechać nad morze, a nie w góry. 
- Dlaczego? Ej w góry też pojedziemy, no co ty.
- Ale twoja noga!
- Spoko, będzie dobrze. zobaczysz.

Młoda przespała całą noc. Bez słynnego jękopłaczu: - Chcę pic!

Nic.

Miałam dziwne wrażenie, że ją wyciąga i to na moich oczach.
Lubię patrzeć na śpiące dzieciaki - są takie słodkie. Kochane. Słodko milczące.
I wciąż nie wierzę, kiedy urosły?! Jak ten czas szybko mija ...

Córka wstała po siódmej.  Poszła pod prysznic. W ogóle nie jęczała: - chcę pić, chcę jeść, nie chcę iść, nie chcę tego ubierać, nie będę się ubierać, chcę się bawić, puścisz bajkę?! Zero tekstów ze stałego programu.  Zbierała się szybko, bo dzisiaj to ona szła na basen.
Zdziwiona nie wytrzymała:
- Nie jesteś głodna?
- Jestem, ale zjem w przedszkolu. nie mamy czasu!
W łazience czesałam jej włosy a syn w tym czasie mył zęby. Starszy zaczął warczeć i głową zrobił taki ruch jakby siostrze chciał z baranka przywalić
-Synu, panuj nad główka bo ci odleci
- Co?
- Co to było? Co?
- Bo ona macha nogą!
- No i ?!
- Nooo, mogła mnie kopnąć!
- Ale nie kopnęła, prawda?
- Nooo
- A ty mogłeś ją w głowę uderzyć. To nie jest w porządku.
Coś tam zamruczał pod nosem strzelając głupie miny. A może tak na niego działa pasta do zębów?!
W międzyczasie Młoda zaczęła jeszcze bardziej machać nóżką i zerkać na brata. Prowokatorka mała.
- Młoda, nie denerwuj brata. Uspokój się.
- Ale on chciał mnie uderzyć!
- Ale nie uderzył prawda?! Weźcie dajcie na luz i to oboje.

-Starszy, mogę wziąć twoje picie i dać Młodej?
- Tak
- Mamo a ja chce pić - Młoda zjawiła się szybko koło mnie
- To idź do kuchni
- Ale ja chce tego!
- Ale jak wypijesz tego to nie będziesz miała picia na basen
- Aha, chyba że.


Mamy wychodzić. Synowi przypomniało się, że musi zabrać rysunek. Ale gdzie jest?!
- Synu, nie mamy czasu!
- Ale ja chcę!
- Masz minute!
Syn zaczął wywracać stos rysunków, przekopywać teczki.
- SYNU!!!!!!!!!
- Dobra, dobra, już idę. Jak wrócę z przedszkola to taki bardach zrobię z rysunkami że zobaczysz.
- Bla, bla .....
Zamykam drzwi. Dzieciaki schodzą po schodach. Syn zatrzymał się nagle:
- MAMO!, ale przypomnij mi, że mam zrobić bardach. Dobrze?!


Bardach to sobie sama zrobiłam z kawą.


W sumie to wyszło jakby słońce. I oczka widać. Raczej oczodoły, bo oczka wypadły. Leżą poniżej.
Ręka w górze podniesiona. Na znak - nie poddam się!.
Hahahah już wiem! To jest pasażer!!! Ręka trzyma się uchwytu. Tak wygląda osoba w ścisku tramwajowym. Ścisk taki, że oczy wypadają z orbit! Albo ze smorodu. Nie ma to jak przepocony człowiek. Strach czasami stać w kolejkach.









bo warto ...









Spotkałam znajomego. Pla, pla, pla....

- Zawsze marzyłem o kominku w pokoju
- Ja też - rozmarzyłam się -  I co postawiłeś kominek w mieszkaniu?! Dało się?
- No co ty, byłem w spółdzielni, nie dostałem pozwoleń. Jakieś tam sprawy kominiarskie, ściany. Nie ma szans. Ale z marzeń się nie rezygnuje. Nie mogę mieć kominka w mieszkaniu? To kupiłem działkę i postawiłem dom.
- Co? Serio? hahaha
- No tak, z marzeń nie powinno rezygnować. NIGDY, stara, nigdy!
- Pewnie tak. Wiesz, ja na dzień dzisiejszy wiem jedno - każdy krok jaki zrobi człowiek jest ważny. 

Koleś marzył i przetrwał.
Jego kumpel zarobił podobną kasę. Chciał się bawić, rozerwać. Nie ma na chleb dzisiaj.
Milion  jest  takich historii .


Idźmy zatem w stronę marzeń! Zawsze w stronę marzeń.
Niech spełniają się! :)






:PPPPPPPPPPPPP





A propos innych par kaloszy: nieszczęścia i szczęścia - niesamowita historia znaleziona w demotach.





Czasami za pecha los potrafi wynagrodzić.









środa, 26 czerwca 2013

o pogiętości

Wkurzyłam się na swoje włosy. Grzywka jak dach spadzisty domu góralskiego. Obłęd.
Czasami ją spinałam spinką i była to fryzurka ala cipofryzurka. Takie mega ulizanie, że aż sama z siebie się brechtałam.
Nie myśląc za długo, zamiast fryzjera wybrałam nożyczki i ciach, ciach, ciach. Hm? Ciach!
Jak se ucięłam włosięta to paczam i paczam w to lustro i nie wierzę, a tu patrzy na mnie chłopiec z plakatu,
a raczej ten od zaczarowanego ołówka!!!!!!

on ma chociaż ją równo przyciętą, jak od ołowka

 Mówiąc krótko: - to nie był dobry pomysł!!!!
Załamka.
I ja mam wyjśc na ulice?!
No way!!!!!!!
Jednak musiałam wyjść  do sklepu i co?
I oczywiście musiałam napatoczyć się na swoja fryzjerkę, widzianą ostatnio w grudniu!!!!
Jak pech to pech. Nie miałam jak uciec przed wzrokiem profesjonalistki.

-O pani zapuszcza włosy?! I chyba sama pani grzywkę przycięła?

- Ehe, jutro do pani wpadnę -
widziałam ten wzrok...."co za kosmos a nie grzywka!"

- Tak będzie najlepiej....





Deszcz zmoczył przebiegłe moje plany, by matkę wysłać do przedszkola po dzieciaki. Pojechałam zatem sama. Dzizas, z tym fryzem......
Dzieciaki się ubierają, a ja sobie paplam to z jedną matką to z jakimś ojcem. Zapakowałam Młodych do auta i pojechaliśmy do domu.
Wysiadka na parkingu i .........AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!! nie obiłam karty elektronicznej wyjścia!!!! A Kurczęta moje się rozbiegły....
Pozbierałam, wpakowałam z powrotem do auta i pojechaliśmy jeszcze raz do przedszkola.

Głowę kiedyś zgubię, ale dzieci nie zgubię. Sama nie dadzą się. Albo łapią mnie za rękę tudzież nogę albo w akcie desperacji, gdy odległość jest za duża, a ręka za krótka drą się:
- MAAAAAAAAAAAAAMOOOOOOOOOOOOOOOO!!!!!
i biegną jak po złoto olimpijskie.
A w nocy, po ich krzyku, spadają gwiazdy z nieba :P

Roztrzepanie. W sumie T jest też nie lepszy. Wczoraj zapytał się co na obiad.
- Co mnie to? Rób co chcesz.......- warknęłam i zaszyłam się w porządkowaniu książek.
- Ty jakaś pogięta jesteś ostatnio, wiesz?! - rzucił słowem i znikł z horyzontu.
I dobrze, nie dostał książką.
Trzask lodówki, wzdychniecie, komp - po pół godzinie woła:
- Obiad gotowy!!!
Zapiekankę zrobił.
- Hm nie miały tu być pieczarki? - zapytałam, bo wcześniej luknęłam w kompa podglądając co też chłop planuje.
- Ty robisz sałatkę z tuńczyka bez tuńczyka to ja mogę robić zapiekankę bez pieczarek.
- Aha, no dobra.

Dzisiaj wieczorem dalsza część czytania Drobno ustrojów. Książkę, którą znalazłam na półce, o której przypomniała mi  Kumpela :).

Ja nie wyrabiam przy tej książce.

Ale Syn mówi :
- Czytaj. 
To czytam.




"Drobne ustroje" to zbiór krótkich opowiadań o warszawskiej rodzinie z tamtych czasów. Komizm odrobinę wywietrzał, natomiast niewątpliwą atrakcję stanowią ciekawostki obyczajowe. Gruszka to atrakcyjny deser, którym szantażuje się dzieci, żeby zjadły zupę. Remanent polega na tym, że trzy sprzedawczynie siedzą na ladach i robią sobie manicure. Mieszkańcy stolicy trzymają w piwnicach świnie, króliki i kury. Posiadanie psa uznawane jest za ekstrawagancję i marnotrawstwo. W Polsce nie ma Katowic, jest Stalingorod. Jedni obchodzą Gwiazdkę, inni Nowy Rok. Choć autorka pokazuje tamte czasy w śmiesznym zwierciadle, czytanie o nich niekiedy budzi dreszcz. Życie chłopców nie ogranicza się wyłącznie do przedszkola. Odwiedzamy ich również w domowych pieleszach. W rodzinie Janka i Andrzejka każdy ma ściśle określone obowiązki. Gros zadań przypada na mamusię. Wszelkie zmiany wywołują panikę: "- A kto ugotuje obiad? - Tatuś. Tatuś spojrzał wzrokiem przerażonym."[4] Ojciec jest natomiast strażnikiem ideologicznego płomienia w domowym ognisku. Do znudzenia czyta potomstwu "Baśnie narodów Związku Radzieckiego" i książeczkę o koziołku, co wpadł do studni w pegeerze, a potem go wyciągali zetempowcy, choć chłopcy domagają się "Kaczki Dziwaczki". To nie zmienia faktu, że Janek i Andrzejek zadają czasem kłopotliwe pytania: "Mama, czy przed wojną było niebo?"[5], a poza tym nie wszystko daje się wyjaśnić szkiełkiem, okiem i zgęszczonym powietrzem. Metody wychowania znacznie różnią się od aktualnie obowiązujących trendów. Progenitura jest bardziej samodzielna, nikt się z nią nie pieści. Już przedszkolaki wysyłane są na kolonie, nawet nad morze, na których obowiązuje zakaz odwiedzin przez rodziców. Nie zmienia to faktu, że niejaka pani Buraczkowska pojechała tam potajemnie, cały dzień siedziała w krzakach i obserwowała swoją pociechę. "Drobne ustroje" nie są bynajmniej hymnem o macierzyństwie lub tacierzyństwie. Ojciec Janka przytacza francuskie przysłowie: "pierwszą połowę życia marnują człowiekowi rodzice, a drugą - dzieci"


http://lekturylirael.blogspot.com/2011/10/peerelowski-mikoajek-raczej-dla.html




Nie, no muszę iść do fryzjera, bo jak nie daj co, tfu, tfu, tfu, położą mnie w łóżeczku szpitalnym to będę wyglądać obłędnie. Tylko koszuli nocnej będzie brakować do wyglądu rasowej wariatki ....



Czekolada i lody na takie coś to za mało.
Dobrze, ze mam orzeszki .........







bo plan musi być







Rano dzieciaki znowu wstały bez zapału. Ostatnie dni przedszkola i ostatnie resztki energii.
- Wstawaj Młoda!
- Nie jestem Młoda!
-To kim jesteś?
- Star Wars!!!

Rozmówki poranne trwały w najlepsze. Młoda miała fazę.
- Nie będę zakładać butów. Ty mi ubierz.
- Nie, zakładaj sama.
- Dlaczego?
- Bo jesteś duża
- Ty też jesteś duży!
- Młoda!!!!
- Jak mówię "nie" to znaczy "NIE"!

T się poddał, bo nie było czasu. Założył córce buty. Młoda z miną zwycięzcy pognała po torebkę. Była gotowa. Oto Kobieta!

Syn zaś nie dołożył żadnego słowa do porannego zamieszania. Milczący zakręcony cień śpiący na żywca. Tak się zakręcił, że zapomniał wziąć plecak z ręcznikiem i kąpielówkami. Dzisiaj dzieciaki idą na basen. Szedł bez zapału. Jak zwykle. Malkontent jeden. Taki wiek. Jakiś dziwny.
A w sobotę pewnie będę z nimi szła na basen, bo będą chcieli zjeżdżać, pływać i co tam jeszcze. I będę wysłuchiwać, ze pływanie to jednak kapitalna sprawa

Pojechaliśmy po wyniki. Z obojętnością. Będzie co ma być. Zero nastawienia na cokolwiek. Zasnęłam w aucie. Jak dziecko.

Patrzę, patrzę, hmmmm, ooooo. Uśmiech na twarzy. Nie są złe.
Nie wiem co to znaczy.

"Uszkodzenie śródłąkotkowe rogu tylnego łąkotki przyśrodkowej. Śladowa ilość płynu w zachyłku nadrzepkowym oraz w przedziale środkowym stawu kolanowego".
Reszta ok!!!!!





 Kolano to bardzo złożony staw. Bardziej niż stawy rybne. Tam wiadomo co jest - ryby, a kolano to raczej ocean.




Hm, główka zaczęła pracować. Mózgownica jest jak komp - wystarczy trochę danych i zaczyna się proces przetwarzania. Na własną modlę.

Czyli co? - wyrównać pilnikiem, odessać płyn, rower, może prochy na coś tam, wspomagające - kolano gotowe. Hm.... 2 tygodnie, powrót do pracy. Wypowiedzenie. Wolność. Wypad wakacyjny. Kasa za kolano. Remont pokoju dziecięcego. Życie bez obciążeń. Jasne. Wolne. Własne.
Jak będzie? Nie wiem.
Jutro wizyta u ortopedy. Mam nadzieję, że wyjaśni mi wszytko.
Zabierze ból, odda zakres ruchowy.
Przywróci życie.

Kurczę, tak sobie myślę, wolę siedzieć w dole wiedząc, że jest to dół i szukać drabiny, nory, by wyjść, uciec.
Wolę dół  niż żyć w zawieszeniu, na obłokach niepewności - strach zrobić jakikolwiek krok, by nie rozwalić się jak tupolew.
Choć gdybym miała skrzydła to co mi tam, gdzie jestem. Ale aniołem nie jestem. Oj nie.
Człowiek nogi ma i to dwie, więc potrzebuje podłoża, by móc iść.

Odpaliłam kompa. Zrobiłam kawę. Napiłam się kawy. Piję, krzywię się, piję, krzywię się, pije, ale jestem twarda. Co to za kawa? myślę sobie, krzywię się i łyk. Onet i kawa i czekolada na zabicie smaku kawy. Kurde, naprawdę paskudna! Co to jest?! O! BLEEEEEEEEE!!!!!

O Związki Zawodowe w końcu może zrobią rozpierduchę. To dobrze. Jak komuniści przesadzali ludzie zbratali się w Solidarności. Teraz Tusk robi sobie co chce i wciąż cisza. Dajemy się rolować na maksa. Czas z tym skończyć. Ludu na barykady!!!

Kurde, czemu nie popatrzymy w stronę Islandii. Mieli dół. Wylali się na Unię i wszystkie inne kumoterstwa bankowo-przemysłowe. Postawili na siebie. I psze. I git jest. Weszłam na portal z pracą. Po rusku. O, uff jest polski.

http://www.eures.praca.gov.pl/zal/warunki_zycia/islandia/zycie_i_praca_w_islandii.pdf

https://ec.europa.eu/eures/

To przez kawę
Tfu, !!!
Fujasta jak nic. W połowie kubka wymiękłam.
Poszłam do kuchni wylać to coś i wtedy doznałam olśnienia!!!!
Rzuciłam się na czajnik elektryczny, niuch nosem, niuch-  No tak!!!!

Zadzwoniłam do T.
- Hasło: czajnik,  mówi ci to coś?!
 - Nooo, odstawiłem z kuchenki na miejsce w obawie ze podpalę pod czajnikiem gaz, a co?!
- I nie myłeś go, co?
- Nie, a co?!
- A nic. Właśnie sobie zrobiłam kawę z octem!!!!
- Uuuuuuhahahahaha

Czajnik został zapomniany do dziś- kiedy zrobiłam sobie kawę z octem.
Nie polecam. Zdecydowanie nie polecam.
Chociaż niektóre kobiety sięgają po ocet by schudnąć. Ale tak działa chyba ocet jabłkowy.

http://www.zeberka.pl/art.php?id=6951



Otworzyłam kalendarz. Dość motania się. Z głowy zrzuciłam balast pamięci. Jest tego trochę.
Nadal obserwujemy gulkę w buzi Młodej. Nie rośnie. Jest dobrze. Wizyta dentystyczna -lipiec.

Komisja lekarska w sprawie nogi syna - zapisana. Dostanie kasę za cierpienia. Niech ma. Zapisać - laryngolog - Koniecznie.

Moje terminy - bla , bla bla bla. ........bla.
Bla. Tu zadzwonić, tam być, napisać, zrobić. Bla, bla, bla...
Wrzesień - joga, angielski. 
A co tam.
Jak chce się być kwiatem to trzeba rozwijać się.


Grunt to mieć plan.
Choć spontan to kapitalna rzecz.
Ale nie we wszystkich aspektach życia.
Plan musi być. I koniec.
Bo plan to miska życia, spontan to sałatka a Towarzycho jak sos.
A los miesza! :)


O! :)







Tyle, ze serce nie złamane. Na szczęście.
Jeszcze by mi do tego korowodu rozwodu brakowało!
A jednak zawsze może być gorzej, więc może lepiej cieszyć się tym co jest?!

Ta huśtawka doprowadza mnie ......grrrrrrr.....ech....



wtorek, 25 czerwca 2013

zamet duszy





Zrobił się ze mnie paskudus marudus. Pada deszcz i pada mi na łeb. Jakby słońce świeciło to też by mi mózg wypaliło.
Dziwne uczucie - strach. Dopadają mnie bezimienne lęki. Schowałam się przed nimi za szmatą. Zaczęłam sprzątać. I myśleć. Cholera, o co w tym życiu chodzi tak naprawdę?!
Ooooo znalazłam książki zapomniane ....hm, ciekawe ...
Więc kurde co z tym lajfem cholernym?!
By fajnie życie przeżyć?!
By rozbudować dusze tak by stała się perełką w szkatułce Boga?
Jakoś tak, nie wiem ....
By być szczęśliwym?!
No bo skoro już się jest.
E, wszystko bezsensu.
Nie wymyśliłam nic.
Nawet tego- dlaczego wszystko poplątało mi się.
Kiedyś -praca, rodzinka, wypady.
A teraz?!
Zwieszenie, wszędzie zawiecha.
Same niewiadome bez możliwości i szans rozwiązania równania.Żeby choć jedna dana była.
Są nawet trzy: córka, syn, T.
Najważniejsze, ale....
Cholera boję się o nogę. A jak znowu będzie coś. I coś . I coś .
Chcę wyjechać.
Chcę by to się wszystko skończyło.
Zamknąć te drzwi.
Wyłączyłam myślenie.
Lęki pozostały.
Dzwoniący telefon napawa mnie odruchem wymiotnym.
Dzwonek u drzwi też.
Jak mam  iść gdzieś to nogi stają się jak z betonu.
Zakopałabym się najchętniej pod kołdrą i przestała istnieć.
Dopada mnie dół choć staram się negatywnym uczuciom uciec.
Zagłuszyć śmiechem podczas zabawy z dziećmi.
Zbić kostką podczas gry.
Ale ten strach wciąż kurczowo trzyma się mnie. Nie chce odejść.
Huśtawka emocjonalna rozrywa mnie.Tu warczę, milczę, jestem sobą. I znowu jazda w dół.
Niektorzy grożą, że mi tyłek skopią.
Włącznie z matką i z T.


W czasie sprzątania odkryłam masę albumów.
Wciąż są bez zdjęć.
Miałam powybierać spośród setek zdjęć te najlepsze fotki, najważniejsze. Rozlazło się.
Oprócz fot miały być bilety wstępu - do muzeów, parków, wystaw itp. Kronika rodzinna.
Ludzie powiadają, że nigdy na nic nie jest za późno.
Nie chce mi się.
Nic.
Myślę, że brakuje mi planów i wizji na przyszłość i to dryfowanie w morzu niepewności kołysze mnie aż do odruchów wymiotnych.

Musze odnaleźć się na nowo.
Dobry czas.









Kurde, normalnie mam mega wkurwa.
Normalnie wpadam w obojętność.
Nienormalnie rozwala mnie.

Za dużo tego....

Jedynie co mogę to podziękować Bogu za rodzinę.
To wielka rzecz mieć takie mega wsparcie.
To dzięki T nogi mi się nie rozjechały do szpagatu.
I nie skończę z kołkiem w tyłku!!!