Wieczorem dzieciaki jak zwykle wylądowały w moim łóżku. Trudno. Władowałam się miedzy nimi.Jedno wierzga nogami, drugie wierzga nogami. Western kołderkowy. Iiiiihaaaaa!!!!!!! Zamiast wykombinować plan ewakuacji to zamykające się oczy odcięły mi dopływ myśli do głowy. Odcięły proces myślenia, zanim dotarło pomyśladło - wynieś je do łózek swoich.
Takie proste, a jakie sprytne.Czasami trudno wpaść na najprostsze rozwiązania.
Dzielnie przyjęłam kopy. Od kochanych Stworków nie boli.
Rano patrzę na śpiącego synka. Poprawiłam mu włoski. Kurde, mój Mistrzu...
- Idź precz!!!!
- Co?
-Oooo mama! przepraszam, myślałem, ze to babcia.
- Proszę? Ty do babci tak?
Synek zmieszał się, ale tylko na moment. Spod uśmieszku wypełzło:
- No tak.
No ładnie wita babcię z rana Znowu natłukłam mu do głowy pewną dawkę prawd życiowych. A niech ma.
Później babci, za to, ze nic nie mówi. Niech też ma.
Spotkanie z szefową. Pierwsza cegłówka na łeb. Hiobowe wieści. Choć nie aż tak. Wybory dane i tak są złe. Ale to i tak władza podejmie ostateczne decyzje.
- Pani jest taka młoda energiczna z poczuciem humoru - słowa szefowej zabrzmiały nie jako komplement ale jak wyrok.... Padły po tym jak ich wszystkich parę razy rozśmieszyłam, pomimo cmentarnego nastroju. Zakpiłam ze swego stanu, z naszego położenia. A co pozostaje?! Samobiczowanie się? Zmieni to coś?
A chrzanić wszystko. Wrzuciłam na totalny luz. Jakoś tak mając wszystko w dupie. Rekreacyjny anal. Z uśmieszkiem. Ale mój anal, bo moja dupa. Ha! nikomu nie będę robić dobrze - nie będę nikomu wchodzić do dupy. Towar nie na sprzedaż. A co!
Hm...młoda, energiczna, jasne, kurwa, pojedźmy dalej, co jeszcze usłyszałam? aaaaaaaa!!!!!!!!: inteligentna, zaradna, żywiołowa, kreatywna ble bla ble pierdoły do mydlenia oczu. Nie będę popadać w samouwielbienie. Nie ma nic gorszego niż chełpić się zagubionym słowem co lata od ust od ust, od ucha do ucha. Wyjątkowość człowieka nie polega na akcentowaniu swojego ja. Wyjątkowi ludzie znają swoją wartość, a ich słowa jak perełki są kunsztowne, będąc przy tym świadectwem ich wyjątkowości.
No cóż, nie jestem wyjątkowa, buhahahaha......no ale i nawet w tym nie jestem wyjątkowa....hahahaha
Słowa szefowej. Zwiesiłam się. Zbiesiłam się. Przestałam myśleć zagubiona w czarnej dupie.W tej ciasnocie przedostała się do mnie jedna myśl -myśl niczym latarnia - taki wypasiony błysk -A! renta rodzinna.... Hm....Już pięć samobójstw miasto zaliczyło. Taki klimat. Takie wiatry. Takie czasy. Hm, rodzina kasę by miała .....
- A pani to tak długo będzie o kuli? - nieoczekiwane pytanie wyrwało mnie z myślozamulenia.
- A nie wiem, dzień dobry. - odpowiedziałam znajomej z osiedla.
- Ale to nie choroba?
- Nie, nie, to eeee taki nieszczęśliwy wypadek. Bonus na brak nudy.
- Przepraszam, ze tak się pytam, choć boję się pytać, wie pani, córka teraz kuleje, ma stwardnienie rozsiane.
- Wiem ,wiem, a jak się czuje?
Diagnoza lekarzy zapadła miesiąc przed ślubem córki pani E. Chciała zrezygnować, oddając wolność facetowi, ale chłopak nie zrezygnował z niej: - Przecież chcę ci ślubować miłość , wierność i to, że nie opuszczę cię do śmierci, więc teraz jakbym mógł postąpić co? Co ty o mnie myślisz? Kocham cię. Wesele odbyło się w stylu gotyckim: muza, stroje, świece. Bosko. Wiele razy słyszałam tą historię. I nie mam jej dość. Prawdziwa miłość. Kochać kogoś -nie siebie. "Ja" przy miłości nie istnieje. Chyba, ze kocha się samego siebie ponad wszystko.
- A wie pani, że lepiej. Choroba postępuje, ale jakoś się fajnie córka czuje. Nie daje się. Podobno na stwardnienie to marihuana ma być dobra. Prowadzą eksperymenty. W końcu czym szamani leczyli? Ziołami. Paliła pani kiedyś?
- Marychę? nie, nie paliłam nigdy - śmiejąc się dodaję - I bez tego mam jazdy hahahaha, wystarczy.
- O a szkoda, ja paliłam. Dwa razy. Wie pani byłam w pani wieku, zawsze znałam młodszych ludzi, bo starzy są nudni, więc poszłam na imprezę. Cudna była, zjeżdżaliśmy na tyłkach po schodach, latały buty i ktoś mi podał, myślałam,że to papieros. Jak się położyłam w domu to mnie wzory z dywanu atakowały.
- Nic tylko zapalić hahahahaha
- Ale nic mi nie było. Przereklamowane to jakieś Ech, wie pani jak mnie wkurzają ludzkie pierdolamenty. Mają wszystko a narzekają nie szanując tego co mają. Chcą więcej i więcej. I narzekają na zdrowie, choć to są drobne ułomności. Wie pani, pracowałam w przedszkolu, na stażu, Był tam chłopczyk prawie trzyletni. Chodził na kolanach. Zanik mięśni. Jaki on ma cudny uśmiech, jaki jest kochany, zadowolony ze wszystkiego. Bałam się dotknąć myśląc ze to boska istota, anioł jakiś. Taki blondynek z takim uśmiechem równych, białych zębów. I nigdy nie płakał, nie grymasił, był zadowolony ze wszystkiego a tu wyrok śmierci...
- Może to jest M?
- Tak, zna go pani?!
- To synek kuzynki męża, przecudny chłopak, kurde, szkoda go, jest naprawdę nieziemski, ale cała rodzina żyje wyrokiem, nie ma szans, to niewyobrażalne, niesprawiedliwe, ech......urodził się miesiąc później od mojej córki i jak sobie pomyślę ...
- Takie życie, a szkoda chłopczyka, na prawdę przecudowne dziecko i ten uśmiech i ta radość - pani E pojawiły się łzy w oczach, mnie też, bo to naprawdę przewspaniałe dziecko, naprawdę ujmuje swoja całą rozanieloną osobowością - Ale już tam nie pracuję. Jestem teraz bez pracy. Czeka mnie operacja na przepuklinę, nie wiem kiedy to będzie, ale cieszę się każdym dniem. Tą codzienną kawą, Kiepskimi. Muzyką. W domu opuszczam zasłony, tak jakbym odcinała się od problemów. No co da jak się będę martwić?! Pracę mi da? Odda zdrowie córki? Mąż zmarł na raka w wieku 28 lat, teraz córka.....a koleżanka mówi -że jestem próżna bo śmieję się na komediach, a co mam robić?! Jakbym się zamartwiała to bym zwariowała. Cieszę się każdym dniem. Życie jest takie piękne. Trzeba się cieszyć tym co się ma. A nie marudzić. Bo boli, bo strzyka.
Co racja to racja - trzeba się cieszyć życiem. Z wiekiem życie smakuje coraz lepiej. Zmieniają się wartości priorytety, postrzeganie świata.
Arturo Sz gadał, ze gdyby cierpienie nie było najbliższym i bezpośrednim celem naszego życia, egzystencja nasza byłaby zupełnie bezsensowna. Wow, jak fajnie, mam swój sens, swój krzyż, wow, nic tylko radować się -przez ból wzrasta wartość życia..
Kto doceni picie? Spragniony.
A ci co nie mają zmartwień-szukają. Na sile. No i racja, bo przecież bez jęczenia byt traci na znaczeniu. Jestem więc jęczę. Jęczę, więc jestem.
A niektórzy jęczą, by jęczeć. Tylko trzeba pamiętać, ze losu nie oszuka się, los można skusić.
A życie cudem jest. Odwieczny uśmiech. I lot - wysoko, wysoko.....Umiejętność zachowania dystansu do świata, do siebie wyzwala uśmiech. Ale trzeba żyć, cierpieć, by przestać czuć to co jest nieważne, chwilowe. I dziękować za to co się miało, ma. I cenić dzień póki dnia starcza.
Fryderyk też pocieszył klepiąc mnie banałem po lewej łopatce: - hej hej, co nas nie zabije to nas wzmocni.
- Stary, a byłeś na fb?!
I jak poszedł tak nie wrócił, zemdlał chyba ...
Hahaha, no tak, trwajmy zatem w cierpieniach
- niech cierpienia trwają dodając siły naszego żywota,
by z naszych rąk czy ust nie wypadała głupota!
Ha, ha, ha ...to byłam ja.
Bo jak człowiek doświadczył wiele w życiu to potrafi wznieść się ponad wszystko. Taki paradoks - im cięższe buty, tym lżejszy krok.
A każdy bluszcz kołka musi swego znaleźć.
Będę w tej sile trwać. Życie coraz bardziej bawi. Taki bieg z przeszkodami. Nie patrzę pod nogi, rozglądam się. Jakie widoki!!! Piękne, nawet te przepaście zadziwiają zielenią mchu. I kwiatkami. Takimi małymi, kolorowymi, które cudnie pachną. I te wierzby, drogi polne ...Więc pobiegnę gdzieś tam, gdzie mnie niesie....na manowce, rozdroża, do nieba, ....hahahaha.
Orzecznik, badanie. Cegłówka druga na łeb. Jest źle. Ale zawsze mogło być gorzej. Więc źle nie jest. Trudno. Bywa. Szarpanina słowna.
- Ja nie jestem lekarzem! To lekarz decyduje o formie leczenia a nie ja!
Ja miałam sugerować lekarzowi jak ma mnie leczyć, ja miałam sugerować lekarzowi jak mam chodzić, ja miałam sugerować lekarzowi, ze ma mnie wysłać na rekonstrukcję?! Wara mi się podwinęła i to mocno.
Miałam ochotę przywalić tej babie biurkiem krzycząc:
- No tak kochana sama sobie zjebałam kolano by mieć ta wasza wypasioną rentę
Albo jej krwią napisać to na ścianie, by dotarło..
Noż kurwa jego mać .......przepraszam.
Potem przeprowadziłam telefoniczną, dziwną rozmowa. Dzień wrzeszczących głów. Mam dość wrzeszczących głów. Dookoła sami mądrzy. Wszystkowiedzący.
Sama chyba w końcu zacznę drzeć ryja.
Ale nie potrafię. Ale to nie znaczy, ze dałam się, oj nie.
Hm... no tak jakoś pojebało mi się w życiu. Z leksza.
Ale życiowa wywrotka przydaje się, by poukładać wszystko od nowa. Posegregować. Co na złom to na złom, co fajne na półkę.
Skarżyć się nie będę. Każdy z nas ma balast. Przylazło? Odejdzie! Zamknięte drzwi są po to, by przeciąg nie porwał przy otwieraniu innych drzwi, czy też okna.
Zawsze może być gorzej, a nie jest. Sukces? Kurczę i to jaki.
Jest zajebisty dzień, kochane dzieci, T na gadu , słońce świeci, kawa ma wyśmienity smak i ach te ciasteczka zbożowe z pełnoziarnistej maki- czego chcieć więcej?
A jutro?
Kto wie co jutro dzień nam przyniesie...Może ochotę na pączka z lukrem?
Takie proste, a jakie sprytne.Czasami trudno wpaść na najprostsze rozwiązania.
Dzielnie przyjęłam kopy. Od kochanych Stworków nie boli.
Rano patrzę na śpiącego synka. Poprawiłam mu włoski. Kurde, mój Mistrzu...
- Idź precz!!!!
- Co?
-Oooo mama! przepraszam, myślałem, ze to babcia.
- Proszę? Ty do babci tak?
Synek zmieszał się, ale tylko na moment. Spod uśmieszku wypełzło:
- No tak.
No ładnie wita babcię z rana Znowu natłukłam mu do głowy pewną dawkę prawd życiowych. A niech ma.
Później babci, za to, ze nic nie mówi. Niech też ma.
Spotkanie z szefową. Pierwsza cegłówka na łeb. Hiobowe wieści. Choć nie aż tak. Wybory dane i tak są złe. Ale to i tak władza podejmie ostateczne decyzje.
- Pani jest taka młoda energiczna z poczuciem humoru - słowa szefowej zabrzmiały nie jako komplement ale jak wyrok.... Padły po tym jak ich wszystkich parę razy rozśmieszyłam, pomimo cmentarnego nastroju. Zakpiłam ze swego stanu, z naszego położenia. A co pozostaje?! Samobiczowanie się? Zmieni to coś?
A chrzanić wszystko. Wrzuciłam na totalny luz. Jakoś tak mając wszystko w dupie. Rekreacyjny anal. Z uśmieszkiem. Ale mój anal, bo moja dupa. Ha! nikomu nie będę robić dobrze - nie będę nikomu wchodzić do dupy. Towar nie na sprzedaż. A co!
Hm...młoda, energiczna, jasne, kurwa, pojedźmy dalej, co jeszcze usłyszałam? aaaaaaaa!!!!!!!!: inteligentna, zaradna, żywiołowa, kreatywna ble bla ble pierdoły do mydlenia oczu. Nie będę popadać w samouwielbienie. Nie ma nic gorszego niż chełpić się zagubionym słowem co lata od ust od ust, od ucha do ucha. Wyjątkowość człowieka nie polega na akcentowaniu swojego ja. Wyjątkowi ludzie znają swoją wartość, a ich słowa jak perełki są kunsztowne, będąc przy tym świadectwem ich wyjątkowości.
No cóż, nie jestem wyjątkowa, buhahahaha......no ale i nawet w tym nie jestem wyjątkowa....hahahaha
Słowa szefowej. Zwiesiłam się. Zbiesiłam się. Przestałam myśleć zagubiona w czarnej dupie.W tej ciasnocie przedostała się do mnie jedna myśl -myśl niczym latarnia - taki wypasiony błysk -A! renta rodzinna.... Hm....Już pięć samobójstw miasto zaliczyło. Taki klimat. Takie wiatry. Takie czasy. Hm, rodzina kasę by miała .....
- A pani to tak długo będzie o kuli? - nieoczekiwane pytanie wyrwało mnie z myślozamulenia.
- A nie wiem, dzień dobry. - odpowiedziałam znajomej z osiedla.
- Ale to nie choroba?
- Nie, nie, to eeee taki nieszczęśliwy wypadek. Bonus na brak nudy.
- Przepraszam, ze tak się pytam, choć boję się pytać, wie pani, córka teraz kuleje, ma stwardnienie rozsiane.
- Wiem ,wiem, a jak się czuje?
Diagnoza lekarzy zapadła miesiąc przed ślubem córki pani E. Chciała zrezygnować, oddając wolność facetowi, ale chłopak nie zrezygnował z niej: - Przecież chcę ci ślubować miłość , wierność i to, że nie opuszczę cię do śmierci, więc teraz jakbym mógł postąpić co? Co ty o mnie myślisz? Kocham cię. Wesele odbyło się w stylu gotyckim: muza, stroje, świece. Bosko. Wiele razy słyszałam tą historię. I nie mam jej dość. Prawdziwa miłość. Kochać kogoś -nie siebie. "Ja" przy miłości nie istnieje. Chyba, ze kocha się samego siebie ponad wszystko.
- A wie pani, że lepiej. Choroba postępuje, ale jakoś się fajnie córka czuje. Nie daje się. Podobno na stwardnienie to marihuana ma być dobra. Prowadzą eksperymenty. W końcu czym szamani leczyli? Ziołami. Paliła pani kiedyś?
- Marychę? nie, nie paliłam nigdy - śmiejąc się dodaję - I bez tego mam jazdy hahahaha, wystarczy.
- O a szkoda, ja paliłam. Dwa razy. Wie pani byłam w pani wieku, zawsze znałam młodszych ludzi, bo starzy są nudni, więc poszłam na imprezę. Cudna była, zjeżdżaliśmy na tyłkach po schodach, latały buty i ktoś mi podał, myślałam,że to papieros. Jak się położyłam w domu to mnie wzory z dywanu atakowały.
- Nic tylko zapalić hahahahaha
- Ale nic mi nie było. Przereklamowane to jakieś Ech, wie pani jak mnie wkurzają ludzkie pierdolamenty. Mają wszystko a narzekają nie szanując tego co mają. Chcą więcej i więcej. I narzekają na zdrowie, choć to są drobne ułomności. Wie pani, pracowałam w przedszkolu, na stażu, Był tam chłopczyk prawie trzyletni. Chodził na kolanach. Zanik mięśni. Jaki on ma cudny uśmiech, jaki jest kochany, zadowolony ze wszystkiego. Bałam się dotknąć myśląc ze to boska istota, anioł jakiś. Taki blondynek z takim uśmiechem równych, białych zębów. I nigdy nie płakał, nie grymasił, był zadowolony ze wszystkiego a tu wyrok śmierci...
- Może to jest M?
- Tak, zna go pani?!
- To synek kuzynki męża, przecudny chłopak, kurde, szkoda go, jest naprawdę nieziemski, ale cała rodzina żyje wyrokiem, nie ma szans, to niewyobrażalne, niesprawiedliwe, ech......urodził się miesiąc później od mojej córki i jak sobie pomyślę ...
- Takie życie, a szkoda chłopczyka, na prawdę przecudowne dziecko i ten uśmiech i ta radość - pani E pojawiły się łzy w oczach, mnie też, bo to naprawdę przewspaniałe dziecko, naprawdę ujmuje swoja całą rozanieloną osobowością - Ale już tam nie pracuję. Jestem teraz bez pracy. Czeka mnie operacja na przepuklinę, nie wiem kiedy to będzie, ale cieszę się każdym dniem. Tą codzienną kawą, Kiepskimi. Muzyką. W domu opuszczam zasłony, tak jakbym odcinała się od problemów. No co da jak się będę martwić?! Pracę mi da? Odda zdrowie córki? Mąż zmarł na raka w wieku 28 lat, teraz córka.....a koleżanka mówi -że jestem próżna bo śmieję się na komediach, a co mam robić?! Jakbym się zamartwiała to bym zwariowała. Cieszę się każdym dniem. Życie jest takie piękne. Trzeba się cieszyć tym co się ma. A nie marudzić. Bo boli, bo strzyka.
Co racja to racja - trzeba się cieszyć życiem. Z wiekiem życie smakuje coraz lepiej. Zmieniają się wartości priorytety, postrzeganie świata.
Arturo Sz gadał, ze gdyby cierpienie nie było najbliższym i bezpośrednim celem naszego życia, egzystencja nasza byłaby zupełnie bezsensowna. Wow, jak fajnie, mam swój sens, swój krzyż, wow, nic tylko radować się -przez ból wzrasta wartość życia..
Kto doceni picie? Spragniony.
A ci co nie mają zmartwień-szukają. Na sile. No i racja, bo przecież bez jęczenia byt traci na znaczeniu. Jestem więc jęczę. Jęczę, więc jestem.
A niektórzy jęczą, by jęczeć. Tylko trzeba pamiętać, ze losu nie oszuka się, los można skusić.
A życie cudem jest. Odwieczny uśmiech. I lot - wysoko, wysoko.....Umiejętność zachowania dystansu do świata, do siebie wyzwala uśmiech. Ale trzeba żyć, cierpieć, by przestać czuć to co jest nieważne, chwilowe. I dziękować za to co się miało, ma. I cenić dzień póki dnia starcza.
Fryderyk też pocieszył klepiąc mnie banałem po lewej łopatce: - hej hej, co nas nie zabije to nas wzmocni.
- Stary, a byłeś na fb?!
I jak poszedł tak nie wrócił, zemdlał chyba ...
Hahaha, no tak, trwajmy zatem w cierpieniach
- niech cierpienia trwają dodając siły naszego żywota,
by z naszych rąk czy ust nie wypadała głupota!
Ha, ha, ha ...to byłam ja.
Bo jak człowiek doświadczył wiele w życiu to potrafi wznieść się ponad wszystko. Taki paradoks - im cięższe buty, tym lżejszy krok.
A każdy bluszcz kołka musi swego znaleźć.
Będę w tej sile trwać. Życie coraz bardziej bawi. Taki bieg z przeszkodami. Nie patrzę pod nogi, rozglądam się. Jakie widoki!!! Piękne, nawet te przepaście zadziwiają zielenią mchu. I kwiatkami. Takimi małymi, kolorowymi, które cudnie pachną. I te wierzby, drogi polne ...Więc pobiegnę gdzieś tam, gdzie mnie niesie....na manowce, rozdroża, do nieba, ....hahahaha.
Orzecznik, badanie. Cegłówka druga na łeb. Jest źle. Ale zawsze mogło być gorzej. Więc źle nie jest. Trudno. Bywa. Szarpanina słowna.
- Ja nie jestem lekarzem! To lekarz decyduje o formie leczenia a nie ja!
Ja miałam sugerować lekarzowi jak ma mnie leczyć, ja miałam sugerować lekarzowi jak mam chodzić, ja miałam sugerować lekarzowi, ze ma mnie wysłać na rekonstrukcję?! Wara mi się podwinęła i to mocno.
Miałam ochotę przywalić tej babie biurkiem krzycząc:
- No tak kochana sama sobie zjebałam kolano by mieć ta wasza wypasioną rentę
Albo jej krwią napisać to na ścianie, by dotarło..
Noż kurwa jego mać .......przepraszam.
Potem przeprowadziłam telefoniczną, dziwną rozmowa. Dzień wrzeszczących głów. Mam dość wrzeszczących głów. Dookoła sami mądrzy. Wszystkowiedzący.
Sama chyba w końcu zacznę drzeć ryja.
Ale nie potrafię. Ale to nie znaczy, ze dałam się, oj nie.
Hm... no tak jakoś pojebało mi się w życiu. Z leksza.
Ale życiowa wywrotka przydaje się, by poukładać wszystko od nowa. Posegregować. Co na złom to na złom, co fajne na półkę.
Skarżyć się nie będę. Każdy z nas ma balast. Przylazło? Odejdzie! Zamknięte drzwi są po to, by przeciąg nie porwał przy otwieraniu innych drzwi, czy też okna.
Zawsze może być gorzej, a nie jest. Sukces? Kurczę i to jaki.
Jest zajebisty dzień, kochane dzieci, T na gadu , słońce świeci, kawa ma wyśmienity smak i ach te ciasteczka zbożowe z pełnoziarnistej maki- czego chcieć więcej?
A jutro?
Kto wie co jutro dzień nam przyniesie...Może ochotę na pączka z lukrem?










.jpg)





