piątek, 22 lutego 2013

bo tak

Wracam z rehabilitacji, śnieg w oczy, nieprzyjemnie. Z naprzeciwka mija mnie facet na rowerze. Tak jakoś popatrzył, obciął, nogi prawie zaplątał i nagle słyszę za sobą:
- Arte?!
Odwracam się, a to koleś z rowera złazi. Grubo.
- Tak -mówię zdzwiona a procesory palą sie w szukaniu - kto to? skąd?
- Cześć! Jestem K. Nie pamiętasz mnie?
 A mam ? myślę sobie, że kurna, że jak? - impreza? koncert? wtf?!
- No nie Przepraszam, ale jak mi się przypomnisz bedzie miło.
- Bawiliśmy się razem. Jestem synem .......
Sąsiedztwo u babci na wsi. Prawie kuzynostwo. Jezu! Ale i tak nie pamietam, hahahahaha
 - To nie pamietam cię. Pamietam D. i M., .ale chyba mały byłeś hahahah
- No wiesz co? hahahaha. Ale zatrzymałem cię, bo chce wiedzieć co ci się stało.

Rozmowa. Sam  jest po wypadku -czołówka. Wszystko miał połamane oprócz kręgosłupa. 37 lat i rencista, bo krwiak mózgu też zrobił swoje.

 - Kurde, to jak pedałujesz tu i tam to do zobaczenia w parku. Hahahaha, dwie ofiary rodzinne będą się rehabilitować. 

Ale do śmiechu nie było mi. Nie narzekam na los. Naprawdę można mieć gorzej. O wiele gorzej.

Dość często wracam z rehabilitacji  nie pół godziny, a godzinę, dwie. Nie dlatego że szuram nogami, a dlatego, że spotykam znajomych, dalszych, bliższych, ludzi, którzy mnie znają. Miło, naprawdę. Klimat małego miasta ma swoje uroki. Stanąć, pogadać w czasach wilków wydaje się być rzeczą niewyobrażalną, ale jednak istniejącą i jakże cenną.Człowiek bez człowieka dziczeje.
Uśmiechnęłam się na widok grupek ludzi, którzy jak za dawnych lat, zbici w swoje  grona dyskutowali, czekając na wiejskiego dostawcę. Forma sportu, bo przecież towaru nie zabraknie, a facet stoi dość długo na osiedlu chcąc jak najwięcej towaru sprzedać. Ale on jest pretekstem, by wyjść z domu, spotkać się, pogadać.
O swoim życiu towarzyskim nie piszę. Ono się toczy. Jak u każdego. Albo i nie.Nieważne.
Odnotuję tylko fakt- baniak zza kuchennych drzwi znowu jest pusty. Znowu T będzie musiał zapolować w piwniczce swoich rodziców. A mnie  z kolei, dyskusja na temat przechowywania kawy zmusiła  do zanurkowania w googlu.
http://www.przyfilizance.pl/porady/jak-przechowywac-kawe-by-zachowala-swoje-walory.html
http://www.palona.pl/?artykul=82
http://pl.dallmayr.com/index.php?&navID=10
http://forum.gazeta.pl/forum/w,77,98408910,,kawa_ziarnista.html?v=2

I bądź tu człowieku mądry - czy kawę przechowywać w zamrażarce czy też jednak nie?!
---

Dzisiaj to ja wpadłam do mamy na śniadanie. Nie ma jak maminy omlecik, ale czasmi też trzeba porozmawiać bez towarzystwa czujnych uszów.

- Nie wyczyściłaś Młodej kurtki po bananie i wiesz, ze ja to mówię, - opowiada mi matka - a Starszy zwrócił mi uwagę : Mama ma wszystko na głowie, mogła zapomnieć, a co ty myślisz!
- Hahahaha, no co ty? powiedział tak? I dobrze, nie komentuj. 




Pla, pla, pla ....

- Kurde, te zdjęcia z przedszkola to jakiś obłęd. Nie chciałam nic mówić przy maluchach, ale Młoda wyszła jak zmęczona życiem sprzątaczka, znudzona, połamana wiejska baba, a syn jak od pługa oderwany. Obłęd. 
- Co ty mówisz? Fajne masz dzieciaki. Weź przestań!
- Może i fajne, ale jak zobaczyłam te fotki to padłam z brechtu. Czy one są takie brzydkie,  a ja cierpię na ślepotę matki? A swoją drogą ten fotograf to łajza. Nie sztuką jest pstrykanie, ale sztuką jest ustawienie modela. I do tego przekombinował z kolorami. 

Pla, pla, pla.......

Omówiłyśmy menu. Mama kończy 65 lat. Wpadają jej "czarownice", tzn. koleżanki od lat. Pozytywnie trzaśnięte babki. I rodzinka. Będzie tłumniasto. Super!
Babki żyją pełnią życia. Podróże, ludzie, odwieczne szaleństwo. Łapie ich energię. Na przyszłość.

Sześćdziesiąt pięć lat! Niesamowite! W sumie z matki fajna babka, jak mnie nie wkurwia. A ma w tym wyjątkowy dar.  
Ale jak mama nie świruje i jak mi nie odbija - mamy fajny kontakt. Zresztą dzieci patrzą- niech się uczą budowania dobrych relacji i wzajemnej troski. Hahaha, to tak egoistycznie, by samemu nie dostać  miotłą na starość od własnych dzieciaków, hahaha.
Starość lubi mieć bzika, a wiek średni winien mieć wyrozumiałość.
Uczę się, uczę ...

I tak mamę dorwę w kuchni i ugryzę w piętę, jak za dawnych lat. A niech ma!






bunt



Młoda przebudziła się w nocy:
- Chcę pić.
Córcia jest bombowa, grzecznie ze mną maszeruje do kuchni. Wie, że nie mam jak przynieść jej picia. A skakać nie będę. Wystarczy, że za dnia mam tygrysiasty klimat. Pierdzielę kule, mam dość, naprawdę.
- A teraz myjemy ząbki - mówi córka.
Super, że pilnuje się, bo przecież Gwiazda wody nie wypije.
Powrót do łóżka. Oczywiście mojego. Nie ma T jest atak klonów. Zamykam oczy, chcę odpływać, a tu:
- Mamo, a ile to jest 5 dodać  6? - pyta się córka.
- Jedenaście - mruczę.
-A ile to jest jedenaście odjąć sześć?
- Pięć. Kochanie śpij, porozmawiamy póżniej- jejku ją też pogięło?
- Mamo, a ile to jest trzy dodać dwa?
No zaraz mnie kuźwa trafi....

- Pięć. Zaraziłaś się od brata ? I słusznie, bo masz mądrego brata, ale proszę nie rozmawiajmy o tej porze! Litości!
- Mamo -NIE WIERZĘ!!! tym razem braciszek, nagle wybudzony włącza się do rozmowy -a prawda, ze zero razy zero to zero i wszystko razy zero to zero?
No trafi mnie!!!!!!!!!!!!!AAAAAAAAAAAA!!!!!!!

-Tak - mówię już lekko wkurzona, patrzę na zegarek a tam 5.35! - nie! no, zaraz kogoś zatłukę! - A może porozmawiamy o fizyce kwantowej, co?!
- Nooooo - synowi otworzyłam oczy, ze ja nie mogę. Co ja zrobiłam!!! Ratunku!!!- a co to jest, mamo? 
- Jak zaśniesz a potem otworzysz oczy to ci powiem, a teraz spijcie.
JASNENie było takiej opcji.

Eureka!, dzieci mnie obudziły a nie ból! Hura! Już wole takie pobudki, jeśli takowe musza być.

Mama przyszła, bo odprowadza dzieci, a ja pogoniłam na rehabilitację. Dobrze, ze pogoniłam, bo dogoniłam szczęście. Młot prawie po pięcie mi przejechał jak przechodziłam przez ulicę i to wyjątkowo na pasach. Chciałam rzucić za trolem kulami, ale stwierdziłam, ze nie będę się potem po ulicy pałętać by je pozbierać. Jeszcze jeden młot nadjedzie i będzie dupa blada. Fuck!, młot cholerny.
Zadzwoniłam do T:
-Ty wiesz, że jak umrzesz to ja nic nie wiem, za co ile płacić, kiedy, gdzie i w ogóle? Nawet haseł do kont nie znam! Musimy to zmienić!
- Ale dlaczego mam umierać?!
- Bo dureń mógł mnie przejechać i tak pomyślałam o śmierci.
- Ahahahaha,  i ty mnie już pogrzebałaś? Spadaj, bo nie mam czasu.
I się wyłączył. I może słusznie, bo jak gadam to muszę stać, a w nogi przypiździć potrafi. Zwłaszcza jak ma się na sobie tylko dresowe spodenki. Dresiara, a jak! hahahaha.....

W przedszkolu zapytałam się wychowawczyni o córkę. Młoda ma swoje zdanie i wie czego chce. Jak mówi;  nie,  to one z tym nic nie zrobią -córka zdania nie zmienia - nie to nie i kropka.  Czasami bawi się z dziećmi,  a czasami nie ma na to ochoty, więc odłącza się od grupy i sama sobie organizuje zabawę  np. układa puzlle. Jest uparta otwarta, wie czego chce ma charakterek.
Oj, wiem o tym.

Po drodze rozmawiamy. Dzieciaki też mają dość mojej kontuzji. Nie ta mama. Buuuuuuu, ale co mogę?

- Synku, też mam dość. Nawet na zakupy nie mogę iść, bo jak mam trzymać koszyk, zakupy?! - hm, a mam już małą listę książek do kupienia, a jak, tylko jak je w ręce wsiąść jak w ręce kule są.
- Ale małe możemy zrobić, bo lekkie rzeczy mogę nieść, wiesz mamo?! Ja ci mogę pomagać.
- Kochany jesteś! Taki synek to skarb - mówię wzruszona.

No to poszliśmy do sklepu. Po płatki. Urwis kochany.

Synek wpadł w wiek humorów -od anioła po czorta. Jestem mamą najfajniejszą na świecie, i bywam też i najgorszą. Oj obrywa mi się. Nie misiem.


- Synu, idź się kapać, bo zaraz będą Pingwiny. A bez piżamki nie ma bajki, pamiętaj!
- Zaraz, mamo. Tylko kraba zrobię.
- Ok, ale pamiętaj.

Oczywiście nie idzie. Dwa razy przypomniałam mu, ale oczywiście padło nieśmiertelne:
-Zaraz!
Za to Młoda zaczęła krzyczeć, że chce Pingiwny.
-Kąp mnie!!!
Szybki prysznic. Piżamkowo. Tv. Pingwiny lecą. Syn przyleciał. Pcha tyłek przed tv. Hehehehe, hola, hola.
- Nie kochanie. Prosiłam cię byś się wykąpał. Mówiłam - nie ma piżamki nie ma bajki. Proszę, idż i szybko umyj się.
- Jesteś niefajna! Jesteś okropna. To niesprawiedliwe!!!
Dziecię wyje przeokrutnie.  Płacz. Jęk. Normalnie jakbym mu głowę  wyrwała,  serce żywcem zjadła. I na koniec obrzydliwie bekła.  Wyje, strzepi jęzora, ale idzie do łazienki. Konsekwencja jest bolesna, ale skutkuje. Na szczęście woda zgłusza słowa skragi. Nie słyszę, nie uduszę. Niech się wykrzyczy. Ja krzyczeć teraz nie będę. Bo po co? Krzyk zagłusza słowa.  Droga donikąd.
Przyleciał wykąpany.
- Mogę oglądać? Ząbki umyję później, dobrze mamo?
 - Jasne, ale chyba należą mi się jakieś słowa?
Popatrzył.
 - Przepraszam.

Obejrzeliśmy Pingiwny w trójkę, a po bajce wróciłam do tematu. Spokojna rozmowa, wytłumaczenie. No kuźwa - nie chcę być już widzem tak żałosnego teatru. Hahahaha, zapewne do następnej akcji jak się narażę szanowanemu panu. Albo szanownej pani. Bo pani też niczego nie brakuje.



środa, 20 lutego 2013

K jak ....

Narada- chcemy by przeszła cała grupa.  Zobaczymy jak szkoła jest otwarta na sugestie i prośby rodziców.
Grupa jest zgrana, mocna, pozytywna. Jak rzadko kiedy. Przedszkolanki są ZA.



 Mój telefon znowu wpadł do kibelka. Ja pierdzielę.
Tym razem zdążyłam wodę spuścić... .:P



bo woda była za czysta


Blada kurza twarz. Buuu, lubiłam go. Trudno. Może pogadam do niego to się reaktywuje?!
Ale czas zmian nadchodzi.

Hm, wezmę sobie tela z Hello Kitty, polubiłam tego kociaka po przeczytaniu tego artykułu:

http://www.gloria.tv/?media=386731

Zresztą, z telem nie mam co szaleć, jak widać.

K-jak kanał

K jak kibelek.

Hm

K -11 litera w alfabecie

11 przykazanie:  Kurwa, uważaj.






prasowanie

Prasowanie jest tą czynnością, która zabija bądź uwalnia proces myślenia.
Tak sobie myśłałam o synku i jego fascynacji liczbami. Pomyślłam też o sobie.
I tak sobie pomyślałam, ze może synek wymyśli domowy sposób na odsysanie tłuszczu.
W końcu wszystko da się sprowadzić do liczby, i wszystko podobno składa się z atomów. Kurde, a na pewno istnieje zapis matematyczny atomów!
Neciu, neciu i mam!
Występujące w atomie elektrony znajdują się w ściśle określonych stanach. Stany te są określane przez liczby kwantowe. Wyróżnia się cztery rodzaje liczb kwantowych:

 Kabina prysznicowa spełniałaby formę domowego gabinetu odnowy biologicznej. Żeby oddessać tkankę trzeba poluzować atomy, a potem odeseparowaną grupę zdetronizować.

Szybko, pięknie i bez bólu.
Hm, poluzowanie atomów człowieka byłoby wstępem do przeniesienia się w czasie albo teletransformacją.
Tylko trzeba od nowa dobrać się to teorii Einsteina, hahahahahaha

Jednak wiele istniejących teorii pokazuje, że nie można ich wykluczyć. Szczególna teoria względności czy ogólna teoria względności (obie autorstwa Alberta Einsteina) pokazują, że odpowiednie geometrie w czasoprzestrzeni albo szczególne rodzaje ruchu w przestrzeni kosmicznej mogą umożliwić podróże w czasie, jeśli spełnione zostałyby odpowiednie przesłanki. Obserwatorzy zauważają jednak, że fizycy formułując swoje teorie, unikają używania fantastycznej terminologii, dlatego rzadko odnajdziemy w ich pracach pojęcia takie jak: podróże w czasie czy wehikuł czasu.

No, kurczę .....


; P




Yin i yang!


Wszystko fajnie - ale ład i spokój ....u nas?! Hm......chyba po transfuzji krwi i to obojga:)

Wczoraj byliśmy na spotkaniu informacyjnym w szkole. Dzieci zwiedzały sale, a nam przedstawiono ofertę edukacyjną. Piękne słowa i idee. Zobaczymy "w praniu". 

- Chce sam chodzić i wracać do szkoły! -stwierdził po raz n-ty  Starszy - to siara być odprowadzanym.
Proszę, proszę, dwa zęby kolesiowi wypadły i wyrosła bestia. A zaczyna cwaniakować, oj.

Synowi spodobała się szkoła. On już może iść, bo przedszkole jest nudne. A rok temu?
- Szkoła jest głupia, chce do przedszkola.
Nie chciał słyszeć o szkole. Ani słowa. Nie i nie i nie!!!! Kategoryczne NIE! no NIE i już!!!

A co by było gdyby musiał pójść?! Może zaadoptowałby się, a może zraził. Nie wyobrażam sobie, by dziecku fundować jazdę emocjonalną w imię obowiązującego prawa. 
Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać.
Córka niestety nie będzie miała wyboru.

Dzisiaj mam kolejne spotkanie, tym razem w przedszkolu. No mega. Ale jestem karnym rodzicem- grzecznie chodzę jak trzeba. 
Przy okazji ustalimy z matkami czy chcemy, by nasze dzieciaki poszły w swojej grupie do jednej klasy.  Dyrektorka szkoły mówiła, że weźmie to pod uwagę, jak zapiszemy kto z kim chce być, aczkolwiek z doświadczenia pedagogicznego nie poleca. No, ale w końcu całej grupy przedszkolnej nie chcemy przenieść. Jest ich tylko 7 wspaniałych.
Fakt, że dzieciaki szybko potrafią się zintegrować, zaprzyjaźnić, ale skoro już w domu zaczyna się:
- Ja chce być z .........(i pada lista imion)
to co można zrobić?!
I syn nie jest wyjątkiem - jest 7 takich głosów!!! Trudno być głuchym. Więc w swoim gronie zrobimy za i przeciw. Narada druga-tajna.

Rozmawiałam z synem na temat zajęć szkolnych. Nie chce zajęć sportowych,
- Że co? Kopać pilkę? To głupie.
 Ucieszył się, za to, że liczenie będzie. 
Kurde, zamienił się w synka tatusia!!!! Kiedy?!!!
- A wiesz, ze jest liczba kwadrylion? Tata mi mówił.
Matematyka matematyką, a sportu i tak mu nie daruję. Nie ma takiej opcji.
T stanie będzie mózgiem, a ja ciałem. Nauka i sport. Idealnie.
T jest umysłem ścisłym, a ja ....bajki mogę opowiadać.
Yin i yang!


Wczoraj dzieciaki zagadałam do snu.  Na prośbę synka o Himalajach i o Yeti na prośbę córki.
Nic tak nie zabija jak niewinne, dziecięce -dlaczego? Potrafią tym zaplątać zwoje w jeden supełek. Aż do oblania potem. Jak na ringu - grunt to opanować sztukę uników. By nie paść znokautowanym"daczego".


Rano dzieciaki znalazły powód do wydarcia ryjków, co uczyniły to z pewną radością w głosie:
- Ja to znalazłem pierwszy!
- Nieeeeee!!! ja  to znalazłam pierwsza!
- A wcale że nieeee!!, bo jaaaaaaa!!!!!!!
-NIIIIEEEEEEE!!!!!! JAAAAAAAA!!!!!!!!
- Nie klóć się zasmarkana marudo!

Zasmarkana marudo? -nowość.
To sobie potrzeszczeli. Nie doszło do wojny to nie wtrącam się.

A mi za to potrzeszczało w kolanie od kolejnych ćwiczeń. I zatrzeszczało z bólu.
Mam dość. Chcę swobody ruchu!
Kiedyś jednak skończyć się to musi. O! Zimie podrzucę kule, jak będzie odchodzić.Niech idzie sobie z nimi gdzieś.

Znajomi twierdzą, ze nie dane mi będzie umrzeć śmiercią naturalną. No nie wiem, nie wiem. Zakrętasem jestem, ale z dużą dozą szczęścia. Pożyjemy zobaczymy. Ale i stąd ten blog. Piszę, póki żyję.
Ha, ha, ha...
I to rękoma! A nie nogami! Zawsze może być gorzej, więc dobrze jest jak jest.






wtorek, 19 lutego 2013

next level

Co tu dużo mówić:



JEST! JEST! JEST! - lewa noga schodzi coraz niżej, coraz swobodniej. 

Poczuć z siebie dumę- fajna rzecz. I nie ma co dumać, tylko trzeba siebie doceniać. Choć bez przesady. Równowaga musi być, by nie oślepnąć. "Ślepi" ludzie depczą po innych ludziach.
Czasami lepiej nie przekraczać granic, czasami lepiej zachować dystans.
Zachować dystans, by nie pogubić sie w manii. Bo mania ma wiele imion i twarzy. Z manii łatwo wpaść w matnię. A w matni oślepnąć.
Z czlowiekiem jak z autem- co z tego, że maska wydaje sie być idealna skoro silnik zesputy? Daleko się nie zajedzie. Niestety.
Warto więc pielegnowac i cialo i duszę. W pokorze.

Dystans do świata, a zwłaszcza do siebie zapewnia swobodne spojrzenie na świat. Radość istnienia, bez cienia. W cieniu chowa sie wiele dziwnych potworów, które czynią z nas potworaków. Choć w lusterku tego nie widać. Podobno. Więc tacy ludzie przeglądają sie w oczach innych ludzi. Patrzcie- jestem ech, ach!!!! Hm,....mania, zarośla wybujałego ego. Matnia. Óślepienie.

Umiejętność zdrowego balansowania jest trudną sztuką, tak jak poczucie humoru. Ale warto nad nią pracować. I pewne rzeczy sobie uzmysłowić. Dla siebie, dla dzieci. 



Artykuly niczym nitka do konstrukcji wychowania. Warto swoją duszę wciąż uplatać, bo przecież wciąż się rozwijamy, ewoluujemy.
Kolejny level- samoświadomość, autonaprawa i jazda bez trzymanki. Sztuką jest nauczenie siebie lekkości bytu.
Warto zachować dystans wobec świata, by zachować dystans wobec siebie. By tej sztuki nauczyć dzieci. Lepiej się żyje.
Bez emocjonalnych pierdów.



Zaszalałam. Kupiłam poduszkę sensoryczną. Jaka kapitalna rzecz na udręczone stopy. Masażyk i rehabilitacja. Fajna rzecz także na kręgosłup. Skoro tyle siedzę przed kompem, to warto i o tyłek zadbać.

Poduszeczka, piłeczka i doginam się. Niedobrze, gdy ubrania uwierają. To znak odwrotu. W życiu wszystko jest znakiem (...) Wszechświat przemawia jednym tylko językiem, mogą go rozumieć wszyscy, tyle, że wszyscy o nim zapomnieli- Paulo Coelho - Naucz się szanować znaki i iść ich śladem.
Odstawiam słodycze. Klamka zapadła.
Nie chce mi się zmieniać garderoby.
Hm, a może wypadałoby  przejść na ciuchy "starszej pani"? Przecież wchodzę w poważny wiek, hahahaha. Sweterki zamiast bluz. Czas dorosnąć, proszę pani.
Ale czy warto?!

Z rozmów przeplatanych rozmowami dopadło mnie:

Mniej internetu-więcej ruchu.

Uchu, uchu, uchu ...oby nie do lodówki.






















poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






o worku

Życie jednak nie trwało za długo. Czas wspólnej zabawy został zakłócony przez brak swobody ruchu. Nie znoszę ograniczeń. I trafiło mnie. Ta kontuzja dobija mnie. Masakrycznie. Zawiesiłam pysk na płocie "jest do dupy" i poszłam się zaszyć. W książkę.
Walka kogutów- obrzydliwość. Ale każda kultura ma coś na sumieniu.

Popołudniu wpadła rodzinka. Rodzinka przyjechała w sobotę i zatrzymała się u mamy. Pędzą znad morza w góry. Przystanek -my.

- Cześć kaleko rodzinna. kiedy przestaniesz się psuć?W góry musimy jechać.
- No to dawajcie mi ten wór!!!
- Wór? Jaki wór?!
- Noooo, wór szczęścia, hahahahaha. Nie przywieźliście?!

Fajni ludzie. Spotkaliśmy się 4 lata temu nad morzem  i  do tej pory miłość wzajemna trwa. Widzimy się gdzieś na wakacjach. Nowa tradycja stała się starym zwyczajem.Więc starym zwyczajem może i tym razem spotkamy się na szlaku. Wujostwo rzekło, że koniecznie musimy temat przemyśleć, bo jestem motorem napędowym i ich przegonię. Jasne, hahaha. Najlepsza opcja - razem na 2 tygodnie. Pole biwakowe obowiązkowo! Kusząca wizja kuszącego towarzystwa.

Starszy wpadł w opętanie. Dostał tela i pyka. Nie miał czasu by  pożegnać się z wujostwem. Nie oderwał głowy, ani oczu od gry, a grając jedną ręka wystawił drugą na "cześć", a potem nadstawił policzek tzn przechylił głowę i "całujcie mnie". Zero zainteresowania światem- wsiąkł w grę.

Bez oderwania głowy - zegna się. Głowa otrzymała kazanie


- Hahahaha, ale agent - uśmiało się wujostwo -jak nasz wnuk.

 No tak, miły jest, w końcu mógł w ogóle nie wyjść.

Do zobaczenia za 2 tygodnie!




niedziela, 17 lutego 2013

o! :)

Obudziło mnie:

- Ja chcę jeść!!!

7.30 - ja się zabiję. Drugie pisklę tez otworzyło dzioba mówiąc, że chce pić.
Poranek niedzielny tym razem należał do mnie. T wrócił z koncertu Bóg wie o której, niech śpi.
Lubię spać jak nie muszę robić nic.
No nic.


Świetna wiadomość z rana.

http://kultura.onet.pl/ksiazki/artykuly/trudy-dojrzewania,1,5421708,artykul.html

Zapomniałam o tym gościu, a Middlesex - rewelacja.


Młoda domaga się komputera. Chce grać. Aha, po moim trupie. Świat gormitów, jednorożców, księżniczek i atakujących zamek miśków czas wdrożyć. Lubię się bawić. I słuchać śmiechu dzieciaków.
To jest życie.







sobota, 16 lutego 2013

potworzasto



Wieczór. Córa, nie dość, że wlazła mi do wyra to na dodatek zażądała mojej obecności. Próbowałam się wykręcić ćwiczeniami. A ona swoje:

 - Możesz tutaj ćwiczyć. Mamo, pokaż potwora - i zaczęła się chichrać.

Cwaniara.
Młoda  na moje kolano mówi potwór, po tym jak do śladów po zabiegu, które wyglądały jak oczy, domalowałam resztę twarzy. I zaczęło się...


Nocne straszenie koszmarnym kolanem