- Babciu, ja dzisiaj będę spać u ciebie, dobrze?
- Dobrze, ale pamiętaj, ze rano pójdziesz ze mną do kościółka.
- No dobra mogę iść, ale nie będę się modlić.
Córka cięta riposta. A jeszcze pięciu lat nie skończyła. Bestia ma.
Młoda nie spakowała jednak swoich rzeczy. Wolała zostać z bratem. Zresztą pewnie przemyślała kwestię kościoła. I słusznie. Taka to sobie poradzi w życiu.
W ogóle to umieram przy tych tekstach, a słowo "kościołek" jest jak przyciśnięć guzika, który wywala mi korki tocząc automatycznie pianę na usta.
Kościółek ....ku***a jego mać. Co ja przez niego przeszłam, ech...
Wyciszenie może kojarzyć mi się tylko z cicha modlitwą w drewnianym obiekcie, gdzieś na szlaku, a nie ze spędem owiec, na których jakiś baran krzyczy i grozi. W murach nie ma człowieczeństwa, tam jest ideologia watykańska i nic poza tym.
Modlitwa ....ławka w parku, kanapa w dużym pokoju. Ale nie msza.
Msza dla mnie nie jest modlitwą. Jest klepaniem formułek. To taki rytuał niedzielny -bezwiedne powtarzanie wyświechtanym słów, co by rosół lepiej smakował.
Oczyszczenie swojego ja z sobotniego seksu? Mea culpa.....
A wina są cudowne. Maja niepowtarzalny smak owoców zamkniętych w promieniach słońca. Bukiet co pobudza smak i apetyt. Degustacja esencji życia. Budzi zmysłowość. Zmysłowość, którą zabija się klęczeniem w kościele.
Nic nie wzbudza tak poczucia winy i natręctw jak religia.
Matka w swoim czasie, a właściwie w swoim gorszym czasie, kiedy mąż jej umarł, walczyła o moja wiarę, tak że cudem jest, że nie wylądowałam w AA.
To był akt zatapiania duszy z jednoczesnym kuciem obojętności. Aczkolwiek dla równowagi własnego marnego bytu chwytałam się też za książki.
Jej apogeum wiary pokryło się z moim szczytem obłędu i obojętności na wszystko.
Tak więc ona klepała zdrowaśki, a ja Marksa.
"Istota uważa się za samodzielną dopiero wtedy, gdy stoi na własnych nogach, a stoi na własnych. nogach dopiero wtedy, gdy swoje istnienie zawdzięcza samej sobie". Nie mówiąc już, że "religia to opium dla ludu".
Starcia zatem były. Na tle ideologii. Życia. Wartości. Nawet wyjazd mi nie pomógł, bo ja jako nieuleczalny osioł wracałam co weekend do chatki.
Bo matka ...
Rozdarcie wewnętrzne, wyrzuty sumienia, odruch ludzki prawie mnie zgubił.
A z czasem jednak przychodzi czas bezwzględności - trzeba się odciąć, uciec i ochronić się.
Posłuchać instynktu, a nie serca.
Tylko to jest takie trudne.
Zawikłanie w emocjach potrafi utopić.
Wiara jako nadzieja może i dawała jej siłę. Nie neguję tego. Tam były dla niej wartości chroniące przez złem całego świata. Nadzieją na przetrwanie, na życie poza grobowe. Ceremoniał co niedzielny dawał jej pewną stałą. Było to niczym ściana, o którą w chwili zwątpienia można się oprzeć.Ale ta próba wciągnięcia mnie w to wszystko była trochę dołująca. Trochę to mało powiedziane. Ona za różaniec, ja za butelkę:
- Ahoj matko i tak spotkamy się na dnie piekła!
- Ty się opamiętaj, zacznij się modlić.
Siadłam na skraju dachu bloku jedząc suchary.... Hm .....
Co rano windą wjeżdżam prawie na dach
Jest tu w osiedlu taki najwyższy blok
Codziennie myślę, patrząc z niego na świat
Co będzie, kiedy wreszcie zrobię ten krok
Ostatni krzyk, łabędzia nuta
I dalej nic w teatrze lalek
Ogólnie mówiąc - life is brutal
Poza tym wszystko doskonale
- I zobaczysz dziecko jak Bóg cie pokarze.
Nasza wymiana zdań zawsze kończyła się takim optymistycznym zakończeniem.
No przecież powinnam wziąć mamusię pod paszkę i z nią szorować co niedzielę do kościoła, gdzie wyjąc głośno winnam pokazać całemu światu swoje zaangażowanie. I co środę latać na maryjne coś tam. I może codziennie najlepiej tak szurać chodnikami do kościółka. I to z mamusią obok. Ojej jakby ludzie podziwiali, że córeczka jest taka mądra i ułożona. Prawda?
Czasami coś się dzieje dziwnego z kobietami, kiedy te tracą swojego partnera. Nagle kobiety koncertują się na potomstwie. Albo zamykają się w sobie i w modlitwie. Mają jakieś jazdy. A zmęczenie ich nie odpuszcza. Nie wierzyłam tej przemianie.
Aczkolwiek matka tracąc męża straciła stabilność we wszystkich zakresach. Zasiłek i renta. Lot w dół mega. Została jej wiara i bieda. I ja.
W tym czasie dostałam się do szkółki.
- Ale i tak przecież jestem nikim, więc po co mam tracić czas?
Chciałam rzucić, ale nie pozwoliła mi ani ona ani rodzina.
- No wiesz, dziecko ty się opamiętaj!
- No proszę, to ja mam się opamiętać?. Mamusiu, ja pamiętam, powtarzam tylko twoje słowa.
Czmychnęłam na stancję. Inaczej dostałabym korby. A tak miałam swoją jazdę. Ale ta przynajmniej mnie bawiła. Choć też do czasu. Ale studium postawiło mnie na nogi. Ukształtowało mnie od nowa. Zajęcia, ludzie - wejście na inny wymiar. Gdzieś w tym wszystkim zobaczyłam świat i siebie. Na nowo.
- Znowu ciebie nie było w domu, a ja nie mogłam wstać, mogłam umrzeć - pamiętam ten weekendowy tekst do dzisiaj. To było jak komunikat - nie masz prawa żyć, masz być przy mnie.
- Ty się ciesz, ze w ogóle jeszcze jestem tutaj i mnie nie szantażuj takimi gadkami, dobra?
To był przełom. Szlag mnie trafił maksymalny.
Na szczęście pozbierała się sama w sobie. Poszła do pracy. Z czasem odpuściło w zakresie indoktrynacji religijnej. Wróciła do ludzi i zaczęła się cieszyć życiem. Zaczęła znowu gdzieś ganiać, wyjeżdżać, bywać. Uff....Stawiając się jej postawiłam ją na nogi.
I do dzisiaj nie usiedzi w miejscu. Nie zamyka się w domu. Żyje. Z uśmiechem. I można znowu z nią pogadać jak z człowiekiem.
Nie ma płaczu, nie ma żalu, nie ma zamartwiania się, nie ma pretensji do losu - jest życie, którym trzeba cieszyć się. Cieszyć się póki to życie jest.
- I zobaczysz dziecko jak Bóg cie pokarze.
Zapadło mi w pamięć to jakże pełne chrześcijańskiego miłosierdzia życzenie.
No i pokarało mnie. Czasami majty uwierają mnie w dupsko okrutnie.
No może nawet sama nie wiem, że noszę stringi, może ...nie wiem. Może nawet nie wiem, ze rozum mi odebrało. Może ...
Zacytowałam kochanej mamusi jakiś tam swój tekst w kontekście poruszanego tematu.
- Niezłe, to ty córeczko jednak myślisz...
- No wiesz oprócz tego, ze jestem pierdolnięta to pomimo wszystko jestem intelektualnie rozwinięta.
- Hahahahaha to pierwsze to najbardziej do ciebie pasuje.
Tak jest. Błazen. Od zawsze. Głupek.
Roześmiany cień.
Szkoła, rodzina, życie.
Najlepsze zasieki.
Nie do przeskoczenia.
Zabić żartem i spier***lić.
Standard mój.
Dobrze skrojony strój, który nie uwiera.
Bez krochmalonych kołnierzyków.
Jak siedziałam na dnie przepaści to te żarty wbijałam jak haczyki, pod żeberka.To była moja winda do góry.
Żadnego leżenia plackiem i płaczu. Za bardzo kojarzyło mi się z obrzydliwą religijną upadłością, ze nie szło mi leżeć w takiej rozpierdolce dłużej niż parę chwil. Tyle, że każda chwila miała swój inny wymiar. Zresztą na leżącą głupio się piło. Można się było zakrztusić. A jeśli chodzi o moją śmierć to mam inne plany niż zadławienie się jak mechanicznie karmiona gęś.
A idąc inną drogą, a raczej jadąc autostradą mistycyzmu religijnego to co jak co, ale ludzie zamknięci w zakonach muszą by mistrzami masturbacji. I nie tylko tego. Owszem energię można spożytkować na różne sposoby, ale ...bez seksu ludziom naprawdę odwala. Może to było i jest źródłem agresji sióstr zakonnych?
- Kurde, mężulo to jednak sztywniak. Wkurza mnie to już. Jestem tym zmęczona.
- No jeszcze jednego brakuje takiego wariata ja ty. Pozabijalibyście się.
Przeciwieństwa we wszystkim. Oprócz muzy, książek i filmów.
Nie ma to jak tolerancja własnych ułomności.
Dawanie sobie prawa do własnej przestrzeni i życia na wspólnej płaszczyźnie.
Zresztą kto miałby tyle cierpliwości, by szukać moich kubków kawy pozostawianych w dziwnych miejscach. Kto miałby w ogóle tyle cierpliwości dla mnie i zrozumienia?
Chyba tylko psychiatra. Ale on ma prochy, więc nie liczy się.
Hm, prochy ....
Tyle jeszcze przede mną.
Życie naprawdę jest cudowne.
- Mamo, a kiedy umarł Jezus - zapytała się córa, która krzycząc "boję się" wpadła mi do łózka.
- Wiesz, chyba jakieś dwa tysiące lat temu.
- I już go nie ma?
- No skoro umarł to przestał istnieć.
- A to smutne?
- No raczej tak.
- A my? kiedy umrzemy?
- Nie wiem. tego nikt nie wie.
- Aha to może umrzemy tej nocy.
- Nie umrzemy.Chyba. Nie wiem.
- A jakby była wojna to umarlibyśmy, prawda?
- Raczej tak. Chociaż tego też nie wiem.
No i tak na lajcie rozmawiałyśmy słuchając sobie Mozarta
https://www.youtube.com/watch?v=sPlhKP0nZII&list=RDoWIK2goT2Ew.
a potem to:
I Młoda przy pierwszych dźwiękach zasnęła prosząc, by jej nie przenosić. Pieszczoch mały.
Dzisiaj stała w przedpokoju z pewną taką nutka zadziory. W jednej kieszeni miała wystający kawałek cegłówki, a w drugiej swoją pomadkę. Kill Bill jak nic.
Ma swoje zdanie. Jak syn. I dobrze. Nie dajcie się nikomu dzieciaki!
Warto pamiętać jacy rodzice byli dla nas i unikać tego, jak otwartych okien na 15 piętrze.
Jeden z Twoich najlepszych tekstów, Dziewczyno. Szacun.
OdpowiedzUsuńDzięki! :)
UsuńJuż to kiedyś słyszałam od jednego z blogerów, że religia chrześcijańska powoduje u niego poczucie winy, życie w ciągłym przekonaniu, że wszystko robi źle.. Może i coś w tym jest..
OdpowiedzUsuńoj jest, jest ...
Usuń