W sobotę syn obudził nas o kosmicznej porze. O 7.15. Deszcz bębniąc o parapet przesympatycznie mnie utulał, a ten nadawał, że nie szło ponownie zasnąć. O zgrozo, kolejny weekend z kosmicznym wyrwaniem z łoża. Chwilę później, trąc oczka, przybiegła Młoda. Jeszcze jedna taka pobudka a normalnie szyję odgryzę!
Zakończyło się mega gilgotaniem, przy czym Młoda płakała ze śmiechu a syn grał twardziela.
- Co ty? nie masz łaskotek?
- Mam, ale dzisiaj gdzieś poszły.
O ty!. I piórkiem go. Wymiękł, ha!
Wykopałam towarzycho do kuchni, a sama poległam. Jakoś brak mi motywacja do ściągania zadka z łoża.
W sobotę wieczorem zapowiedzieliśmy Starszemu, że jeżeli obudzi nas po siódmej to czym prędzej go ubierzemy i poleziemy z nim do kościoła. Popytał o godziny mszy, ja mu pogroziłam odpaleniem czerwonych strzał i dziecko poszło spać.
W niedzielę spaliśmy do 10.00. Do dziesiątej!!!!!!! Niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne. Można? Można!
Nie obudził nas ani krzyk, ani gwar rozmów, jaki towarzyszy dzieciakom przy zabawie. Nawet Kudłaczka nie wpadła do nas! Szok!!!!
Co dzieciaki w tym czasie robiły? Oglądały książki. Po cichutku.
Dlaczego nas nie obudziły?
Bo nie lubią kościoła! I nie chciały iść. I owszem miały plan, by nas obudzić, ale po jedenastej, kiedy minie ostatnia msza
- Ale wiecie msza jeszcze jest o 12.45 i o 17.00.
Mina ich była bezcenna.
- ALE MY NIE CHCEMY IŚĆ!!!!
Zakończyło się naszym atakiem śmiechu.
Siedliśmy przy stole kuchennym. Mężulo w roli kucharza obsługiwał nasze towarzycho.
- Jejku, ale przypaliły się kromki - rzekł syn patrząc na to co wyskoczyło z tostera - tato, ja takich przypalonych kromek nie lubię.
- Wiesz mamo, powiedziałam tacie, że ja takich kromek przypalonych nie lubię.
- Synu przecież siedzę koło ciebie, to słyszę, co mówisz.
- A wiesz synu, że ty takich przypalonych kromek nie lubisz i to właśnie powiedziałem mamie, że ty takich kromek przypalonych nie lubisz, i wiesz Arte, że nasz syn nie lubi takich przypalonych kromek...
- Ale klimat - wypalił syn - taki klimat to ja lubię.
Ja nie lubiłam chodzić do kościoła... A jeszcze jak na mszy dla dzieci ksiądz potrafi coś powiedzieć to...
OdpowiedzUsuńjak czasami trafiam na msze to niejednokrotnie mam ochotę wyjść ,albo krzyczeć, że dość, dość tego
UsuńCo to za straszenie dzieci kościołem :)!?!
OdpowiedzUsuńA ja też w niedzielę poleniuchowałam prawie do 10. Istna sielanka ;)
10.00 to idealna pora :)
UsuńJa też jak byłam mała, to nie lubiłam chodzić do Kościoła. Dzieciom chyba z reguły nudzi się w Kościele.
OdpowiedzUsuńte modły z głosem pełnej trwogi przynudzają
Usuńnie wiem dlaczego nie ma więcej śpiewu, aaaa bo śpiew to radość, a w kościele ma być strach i żal za istnienie :)))
My nie chodzimy do kościoła. Tak jakoś... Nie chodzimy i tyle.
OdpowiedzUsuńZa to w weekend to my wstajemy w okolicach szóstej trzydzieści. Więc ta siódma to powód do radości ;-)
hahahaha, dzięki :)
Usuńw swoim czasie Starszy budził nas o 5.00, miałam wrażenie, że tak będzie do końca życia :)
Kiedy moje dzieciaki były małe, przed każdą sobotą zapowiadałam, że jak ktoś ośmieli się obudzić mnie przed 10.00, to osobiście zabiję :) Po czym spokojnie wstawałam sama! o 6.00. Chcieli zabić mnie :)
OdpowiedzUsuńHahaha
UsuńO matko.. ja jako 13 latka chciałam zakonnicą zostać i kościół lubiłam :P
OdpowiedzUsuńpotem się zbiesiłam..
teraz czasmi idę czasami niee.
My też lataliśmy na, cała ekipa, hahahaha po drodze, a potem ......człowiek wyrósł trochę :)
Usuń