Takie cudo zrobiła córa na zajęciach przedszkolnych z plastyki. Oczywiście nie sama, bo aż tak zdolna nie jest. Patrzę na sowę i sama mam ochotę wziąć kozik w ręce i podłubać. Artystyczne poszukiwanie spokoju. Rycie dłutem jak poszukiwanie drogi życiowej. Jedno życie, a tyle wyborów i przypadków, które wszystko burzą. Albo budują.
Drewniane rzeźby kojarzą mi się z Bieszczadami. Bieszczady, ten kawałek ziemi, który niesie coś z sobą niesamowitego. Dzika przyroda, dzikie dusze. Miejsce ucieczki. Stachura, Hłasko (wiem, wiem, ze Bieszczady są mu tylko przypisywane), miejsce buntowników, miejsce tych którzy chcą żyć inaczej. Coś zgubić, coś znaleźć....Siedzieć przed chałupą i dłubać z dala od cywilizacji. Od tłumu, instytucji. Przyjemna forma niebytu. Dłubać w drewnie, w nosie, w ziemi, w duszy ....
Zresztą uciekłam w te swoje Bieszczady....
Uciekłam z kolesiem poznanym przez ogłoszenie w gazecie. Miałam 17 lat. Siedziałam w filozofii, w religiach, poszukiwałam sama nie wiedząc czego. Egzystencjalizm wraz z Buddą mieszały mi w duszy. Filozofia hinduska z materializmem odciskały swoje piętno. W poszukiwaniach swych odnalazłam jednak ułudę miłości.
Wsiadłam do pociągu i pojechałam. Rodzicom powiedziałam - jadę z koleżankami. Ha! uwierzyli, bo obarczyli mnie czymś strasznym - zaufaniem. Nigdy jakoś nie zawiodłam. Nigdy zaczęło być nudne.
A jak nigdy jest nudne to nadchodzi czas zmian.
On miał wsiąść po drodze. Tyle, że przy kontroli biletów okazało się, że jednak muszę z tego pociągu wysiąść. Więc na najbliższej stacji opuściłam wagon. Obce miasto i ja. I pociąg za dwie godziny. Poszłam do budki i zadzwoniłam do niego, by powiedzieć, że jadę następnym, ale jego już dawno nie było w domu. Wyszedł na dworzec. Zonk.
Samotne wakacje? Czemu nie. Zew przygody. Zresztą głupio do domu wracać. Wsiadłam do pociągu: kierunek Bieszczady. Z paroma złotymi w kieszeni, bez namiotu, za to z paczka papierosów. Nie będzie źle.
Kiedy pociąg hamował na jego stacji, wychyliłam się przez okno krzycząc:
- Grzegorz.
Bez wiary, że się odnajdziemy. Dostałam pstryczka w nos -trzeba wierzyć. Był. Poznałam faceta ze zdjęcia.
On nie wiedział jak ja wyglądam. Ha! Taki numer. I znaleźliśmy się.
To że odnaleźliśmy się powaliło mnie na kolana, jego powaliłam ja, a iskra cudu zamieniła to wydarzenie w coś mistycznego. Dwa tygodnie włóczenia się po górach. Włażenia w doliny, na połoniny i na szczyty nie tylko górskie. Świat przestał istnieć. Eksplozja zatracenia, a jednak odnalezienia czegoś ważnego. Odkrycie, że miłość jest tym wszystkim co każe nam żyć, być, nakręca. I ta duchowa, i ta zmysłowa jest turbiną dla pozytywnego istnienia. A takie istnienie przezwycięża uczucie osamotnienia, zagubienia w poszukiwaniach. Odnalazłam sens istnienia i siłę życia.
Grzesiu później do mnie przyjechał. Przyjechał w sobotę. A sobota u mnie był dniem udręczenia. Matka sprzątała jakby to była misja życia. Sobota była masakrycznym dniem. Naszą miłość wciągnął odkurzacz.
Grzegorz odszedł, ale ja miałam Fromma. To lepsza pamiątka niż Grzesiu Junior. Jednym słowem miłość trwała, zmienił się tylko obiekt.
Parę miesięcy później jednak zawisłam nad życiem i zleciałam w dół. Trafiałam do szpitala ....Ale to inna historia.
Jednak Bieszczady z tą moją duszą szepczą mi, by kiedyś jednak kupić tam chałupę i żyć na uboczu świata. Żyć w zgodzie z naturą. Odnaleźć prawdziwego człowieka choćby przy szklance wódki. Tak siąść, wyciągnąć nogi i gwizdać pod nosem. Odnaleźć wolność istnienia nie obarczoną niczym poza chęcią życia.
.
A póki co dałam się uwieść historiom o Bieszczadzkich Zakapiorach*. Cudowna opowieść o ludziach, którzy istnieją. Ich historie były niesamowite. Rzucić wszystko i uciec. W tchórzostwie odnaleźć odwagę, czy w odwadze jednak wskoczyć w tchórzostwo. To kolorowe ptaki, które fruwając nad górami nadają im magię. Takie są właśnie Bieszczady.W mojej duszy.
Kiedyś tam się zagubię, by się odnaleźć na nowo. Z koza pasącą się przy lawie, na której będę siedzieć i dłubać w kawałku drewna.
* http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62785/majster-bieda-czyli-zakapiorskie-bieszczady
O amamuniu, ile to minęło odkąd byłam w Bieszczadach? Nawet nie chcę liczyć. Pamiętam połoniny.... coś niesamowitego. Jakby tak bozia dała, żeby na te późne lata tam zamieszkać. Tam to i nawet bardziej w tę Bozię się chyba wierzy. Ale mnie nastroiłaś. W sam raz przed snem :)
OdpowiedzUsuń:)))))
UsuńJa w górach nigdy nie byłam, żadnych :P Ale nie myślałam, że z Ciebie taka niespokojna dusza... Chociaż wpisy o Twoich Dzieciach dają troszkę do myślenia. Aż strach pomyśleć, gdzie za parę lat będą spędzać wakacje.
OdpowiedzUsuńja mam nadzieję, że w górach z głową na karku :)
Usuńoj, niespokojna, niespokojna ........
i jeszcze korzystając z Twojego zaproszenia nie napisałam o 7 rzeczach jakich nie pisałam, pamiętam, może dzisiaj wieczorkiem ogarnę się:)
Zazdraszczam. Nigdy nie miałam dość odwagi, żeby się zawinąć i prysnąć. A chciałoby się. ;) KSU rulez :) I choćby dlatego :)
OdpowiedzUsuńhahahaha to latem urywamy się w górki na weekend, co?! :D
Usuńa w tym wszystkim najgorsze było, ze dzień czy dwa dni po wyjeździe kumpela wpadła do mnie a mnie nie ma, rodzice oczy wytrzeszczyli: a ty nie jesteś w Bieszczadach?, ta z kolei oczy wytrzeszczyła i ...refleks: zaczęła się pałętać ze zapomniała ze one (hehehe) jadą bla bla bla. Był to piekny czas braku smyczy znaczy się telefon komórkowych, więc nieświadoma i szczęsliwa, bez wrzasku w słuchawce pałętałam się po połoninach :D. Jak wróciłam to dostałam opierdziel od wszystkich, ale co tam przeprosiłam, i byłam potem grzeczna :D:P
Buahahaha, ja się nie urywam, dalej nie mam odwagi, ale jak skończę 70 lat to i na bandżi skoczę i ze spadochronem i polecę samolotem i zrobie wszystko, bo juz nie będę musiała się o nic martwic, a tak świat sie moze beze mnie zawalic :D
UsuńWidzę, że Ci podobnie gra jak w mojej duszy. Kocham Bieszczady, zakochałam się w nich najpierw przez literaturę, a potem o tak na żywo. :) A Fromm właśnie jest u mnie mocno odświeżany i nawet w tym tygodniu mam zamiar coś w tym kontekście napisać na blogu. :)
OdpowiedzUsuńOooooooooo to czekam z niecierpliwością.
OdpowiedzUsuńErich rulez :)
Bardzo ładna sowa :D Ja mam za to ochotę porysować :)
OdpowiedzUsuńA co do mnie to czasem trzeba się rozpieszczać i każdy ma to co chce :P Ja też się roztyłam ( no dobra, przesadzam, ale brzuch mi wydęło :P ) ale zamierzam ćwiczyć ładnie bo jakoś energii mi to dodaje, rozładowuje się przed świętami :)
weź mnie nawet nie denerwuj :DDDD
Usuńale masz rację - ćwiczenia dodają energię, tylko skąd wziąć energię by zacząć?! :D
Śledzę Twój blog od jakiegoś czasu i stwierdzam, że zasługuje on na wyróżnienie !
OdpowiedzUsuńPo więcej informacji zapraszam na:
http://furiacki.piszecomysle.pl/2013/12/19/furiacki-nagrodzony/
Pozdrawiam
Dziekuję :DDD To strasznie miłe :)))
UsuńWielki buziol :P
Ha, czasy młodości i beztroskich wakacji. Też kiedyś pojechałem z kolegami na Mazury, tak bez żadnych planów, bez kasy i bez zgody rodzicieli. Mieliśmy po szesnaście lat i dwa tygodnie cudownych wakacji.
OdpowiedzUsuńA Bieszczady są piękne w całości. Spędziłem tam wakacje na polu namiotowym nad Soliną a przy okazji przejechaliśmy całą pętlę bieszczadzką.
no właśnie a teraz jakoś człowiek oczadział i zrobił się taki jakiś wygodny :))))
UsuńMoja Droga Niespokojna Duszo..
OdpowiedzUsuńczytam czytam i się nie mogę nadziwić
że z takiego Zakapiora taka fajna Dziołcha wyrosła..
:)
Wiesz, ze ja nigdy w górach nie byłam?
Kiedyś pojadę..
musisz koniecznie :)))))
Usuńto jest niesamowite uczcucie - wejśc, być, rozłożyć ramiona, zgory spojrzeć na świat, zasiąść na skałce :)))))