Poszliśmy po Młoda do przedszkola. Pani powiedziała, że Młoda nie chce się sama rozbierać ani ubierać ani jeść. Siedzi w tym swoim uporze i palcem nie ruszy. Młoda posłała pani uśmiech mega, który mówił jedno " no i co?". Dla niej to ubaw.
W szatni pytam się tej córy mojej o co chodzi. Władzę w rączkach straciła czy co?
- Bo nie!
"Bo nie" to odpowiedź na wszystko. "Bo nie" i koniec. I odmówiła ubrania się.
- Ty mnie ubierz.
Ubrałam, bo nie miałam czasu ani ochoty na przepychanki. Córka mając ubrać rękawiczki rzuciła je na środek korytarza.
- Ale tobie to co? Mózg się przegrzał? Rękawiczki to nie piłka.
Dziecię na mnie popatrzyło. Zobaczyłam w jej oczach to coś, oj miotały maleństwem sprzeczne emocje. Od zmęczenia po złość, po nie wiadomo co, bo kto wie co tak naprawdę gra w duszy czterolatka. Oho ho ho - pomyślałam - będzie ciężko.
Młoda podniosła rękawiczki mówiąc:
- Ale nie ubiorę!
- Trudno, jak w łapki zarzniesz to może zmienisz zdanie .....
Wyszliśmy. Dzieciaki zaczęły się przedrzeźniać. Co Młoda powiedziała to Starszy powtarzał. Córa zaczęła fuczeć, a syn wpadał w obłąkańczy śmiech. Zaczynało się robić małe piekiełko. I darcie się na całą ulicę.
W końcu Młoda zamilkła i stanęła. Nie będzie szła, bo będzie zakładać rękawiczki.
-Czekajcie na mnie!
No to czekamy. Pięć minut ......i nic nie zmienia się. Młoda stoi i lampi się w rękawiczki trzymane w dłoniach.
- Zakładasz czy idziemy?
- Zakładam - warknęła Młoda po czym znowu rzuciła rękawiczkami na chodnik mówiąc, że są głupie.
Dobrze, że był lekki mrozik, który zmroził mi neurony, bo nawet mały obłoczek pary uchem mi nie poszedł.
- Słuchaj Młoda, bierz rękawiczki, tyłek w troki i idziemy.
- Nie! Ty mi załóż!
- Przesadzasz Maleńka, oj ...
Pomogłam córce założyć rękawiczki, Młodej humor poprawił się i zaczęła biec. A nawet śmiać się. Brat jej towarzyszył i nie było kwachu. Uf, będzie dzień do przeżycia. Chyba ...Bo to wiadomo co dziecku w główce się porobi?!
Po drodze wpadliśmy nad stawik. Walka z lodem zainspirowała młodych do niezłych zabaw. Ostrożnie próbowali wejść na tafle lodową, ale lód łamał się, wiec dorwali gałęzie i oddali się potężnej sile niszczenia pokrywy lodowej.
Dom. Dzieciaki rozsiadły się w kuchni i zaczęły jeść pączki kupione po drodze. Takie z dziurką oblane czekolada. Po prostu pycha. Dali mi po gryzie to wiem. Fajne są te moje szkraby.
Nagle Młodej zaszkliły się oczka. O jej pomyślałam, ale musi jej smakować.
- Prosiaczka zostawiałam w przedszkolu. A ja ....go chcę!!!
I rozpłakała się na całego. Buuuuuuuuuuuuuuu.........
- Kochanie, nie płacz, Prosiaczek niech pobawi się w przedszkolu, a jutro go zabierzmy, co?
- NIE! Bo ja go kocham i tęsknię! Buuuuuu......
Taki żal i taki płacz, ze nie miałam innego wyjścia jak pojechać do przedszkola po zgubę.
Włączyłam dzieciakom bajki. Bajka to lek na wszystko. Prawie na wszystko. Mloda wprawdzie przestała płakać, ale za to chlipała z tęsknoty. No to pojechałam do przedszkola. Odnalazłam różowego pluszaka i pognałam z powrotem do domu. Radość córki była wielka.
- Dziękuję mamusiu.
Czy trzeba czegoś więcej?! Prosiaczek wywiał wszelkie muchy z nosa córki. Stała się słodka, a rączki odzyskały władzę.
Zresztą sama ucieszyłam się ze znalezionej zguby. Wieczorem padłam do wyra. Padłam z bólem brzucha. Jakby mi było mało wrażeń to jeszcze kichy zbuntowały się. Leżałam złożona jak leżak, gdy nagle poczułam ukłucie. Ukłucie jednego kolczyka w głowę mą. Jednego? Ręką zaczęła szperać po drugim uchu. NIE MA !!! nie ma .........buuuuuuuu......nie ma .....Chciałam się ubierać i w tą noc z latarką gnać, ale nie miałam sił, by machnąć nogą. Ani wyprostować się.
Mój kloczyk ....buuuu. To naprawdę był fajny komplet. Pewnie zgubiłam gdzieś na ulicy jak niosłam śpiącą córę. Ech.....Buuuuuu....... Zasnęłam smutna z wizją, że a nuż może koło ławki przed klatką leży?!
Rano kiedy ścieliłam dzieciakom łóżka wlazłam na coś lewą nogą. Pieprzone lego - pomyślałam. Schyliłam się i........nie wierzyłam swemu szczęściu. To był kolczyk! Mój kochany kolczyk! Życie cudem jest.
Tak więc z całej radochy Zygmunt dostał swoją choinkę. A co tam. Idą święta - magiczny czas, więc niech magia trwa.
Choinkę przystroił syn -sam!:)
A poza tym nie mogłam się oprzeć i kupiłam w dronce świecące cosiki :)
Na półkach wyglądają radośnie i barwę zmieniają :)))
I bałwanka mam i gwiazdkę i totalnego pozytywnego zajoba. Aż micha mi sie cieszy.
A atmosferę podgrzewa fakt, że zamówiliśmy bilety na Hobbita i porywamy syna do kina.
Czuję, mówię Wam, że nadchodzi zajebisty czas!!!!!!!!
:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Na tyle zajebisty, że pieprzonych kierowców, innych kierowców będę bić słowem po Nowym Roku :PPPP
Uwielbiam te świąteczne świecidełka zmieniające kolor-chłopaki mając cały pokój nimi przyozdobione :D
OdpowiedzUsuńdzieciaki tak jak my-czasami maa gorszy humor, czasami muszą czymś porzucać czasami,.. no wiadomo.
ale czy wyobrażasz sobie bez nich świat?
pewnie tak jak ja nie..
Świat bez moich ryjków?! no way
OdpowiedzUsuńi nie ma takiej opcji :)))
Jeszcze takich świecących janiołów nie widziałam. Ale tak patrzę na zdjęcia i stwierdzam, że Wasz Zygmunt to ma wypasioną "chatę", jakieś zjeżdżalnie czy rury tam widzę. I jeszcze własną choinkę dostał. Takiemu to się powodzi. ;) :)
OdpowiedzUsuńDzień pełen wrażeń :D
OdpowiedzUsuńA Hobbita? drugą część ? Ja ściągnęłam pierwszą i chcieliśmy obejrzeć ale była tak nudna,że szybko zrezygnowaliśmy :P
A ja zgubiłam piękny kolczyk od kompletu i nigdy się nie odnalazł :(
Arte. Dam Ci Młodszego do kompletu. Normalnie chyba po jednych rodzicach są. A takie cuś świecące też sobie kupię. A moje zwierzaki chojaka nie dostaną, bo zeżrą. :)
OdpowiedzUsuńMasz cierpliwość do Młodej nie powiem. Może kup jej prosiaczka xero, tak na wszelki wypadek :)
OdpowiedzUsuń