Odprowadziłam dzieciaki i zapadłam z kawą przed kompem. Zaczęłam sobie czytać o karate Kyokushin.
Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego i niewzruszonego ducha.
Będziemy dążyć do prawdziwego opanowania sztuki karate, aby kiedyś nasze ciało i zmysły stały się doskonałe.
Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności.
Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
A tu dzwonek. Jakie licho? O tej porze?! Hm, może ksiazki w końcu przyszły!
- Dzień dobry. mogę na moment?
- Dzień dobry, proszę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Kowalskiej matka umarła, a my mamy taki zwyczaj klatkowy, że zrzucamy się na jeden wieniec. Dołoży się pani?
- Skoro jest taki zwyczaj to oczywiście. Ile?
Poszłam po portfel i dałam sąsiadce pieniądze.
Jakiej Kowalskiej? Hm ..
Nieważne. Potem przeprowadzę wywiad. Nie wszystkich sąsiadów znam z nazwiska. Ale zwyczaj dobry. Jeden wieniec od sąsiadów. Miły gest.
Jak kawa to i papieros. Jedyny doskonały duet. Wyskoczyłam na balkon. Jak się jest fajnie tak zaciągnąć ...
- Nie szkoda zdrowia? - sąsiadka wieszając pranie zaczęła tokować - ja rzuciłam po trzecim dziecku.
- Jak urodzę trzecie to przysięgam też rzucę.
- Hahaha, a to Państwu życzę.
Dym wlazł mi bezczelnie nie tam, gdzie trzeba. Właściwie to chciałam babkę z balkonu wyciągnąć, do drzewka zaciągnąć i niech puka w niemalowane drewno spluwając przy tym po trzykroć za lewe ramię. Odkaszlałam.
- A mówiłam, ze szkoda zdrowia ...
No to teraz dowaliła do pieca. Dostałam ataku kaszlu. Ze śmiechu.
Ale to mnie porwało ...
- Mamo, dostałem uwagę - synowi śmiały się oczy.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę.
Pokazał zeszyt a tam była adnotacja o złym zachowaniu syna. W kolorze czerwonym jak na uwagę przystało.
Tłumaczył się nudą, jaka wiała podczas prób na pasowania ucznia.
- Dobrze synu, że sam przyznałeś się. To ważne. Powiedz mi ile razy Pani zwracała ci uwagę?
- Parę razy.
- I dlaczego nie posłuchałeś się?
- Bo biegałem z kolegą po scenie, bo.... oj, mamo, nudno było.
Porozmawialiśmy sobie. Krótko. Moje oczy zrobiły się czarne, a jego przestały się śmiać. Bez krzyku, na lajcie i dobitnie.
Syn zaszył się w pokoju. Jak odrobił lekcje tak zajął się zadaniami z ćwiczeń "Uczę się starannie pisać i czytać". Pod okiem taty. Sam chciał, bo kara jaką dostał ode mnie to zero bajek i angry. Na dzisiaj.
Moje wolne popołudnie .... zasnęłam obok Młodej. Baterie się nam wyczerpały.
Śniło mi się, że zgięłam nogę, a skóra kolana naciągała się, aż pękła, razem ze stawem. Czarna dziura wyrwała mnie ze snu. Ble, co za koszmar. Normalnie głowa mogła tam wpaść ...No, ale kolano boli mnie tak jakoś. Zaczęłam oglądać nogę. Psychoza stawowa.
Polazłam do mężusia.
- Spadamy na kawę?!
- Co? Gdzie?
- Do kuchni.
Byliśmy z T w szoku. Syn przez całe przedszkole był grzeczny. Zawsze chwalony. Zawsze super zachowanie wobec wychowawców jak i koleżeństwa. A tu co? Pierwsze koty za płoty?! To jak dla nas na ten rok wystarczy. Nam może ...
Przy kolacji Starszy podszedł do mnie.
- Przepraszam cie za to mamo.
- Dziękuję, myślę, ze jeszcze komuś innemu należą się przeprosiny.
-Tacie?
-Tak i komu jeszcze?
- Panią też jutro przeproszę. Mamo, ja już tak nie będę robił.
- Mam nadzieję. Rozrabiasz okej, ale jak pani zwraca uwagę to przeproś i uspokój się.
Chciałam, by się syn z marazmu wyrwał? No to mam. Zdolny facet, szybko mu to idzie.
Dzieci są jak latawce.
Cała sztuka polega na sztuce popuszczania sznurka i wyczucia wiatru.
Nie można za wcześnie puścić sznurka, nie można za późno puścić i nie można zwlekać, bo latawiec może opaść. A każdy wie, ze jak latawiec opadnie to trudno jest wzbić się mu z powrotem w górę i poszybować.
Ale i też trzeba uważać, by daleko nie odleciał.. A wiatry wieją niespokojne, a czasami brak powiewu.
Nie można dzieci stracić z oczu.
Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego i niewzruszonego ducha.
Będziemy dążyć do prawdziwego opanowania sztuki karate, aby kiedyś nasze ciało i zmysły stały się doskonałe.
Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności.
Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
A tu dzwonek. Jakie licho? O tej porze?! Hm, może ksiazki w końcu przyszły!
- Dzień dobry. mogę na moment?
- Dzień dobry, proszę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Kowalskiej matka umarła, a my mamy taki zwyczaj klatkowy, że zrzucamy się na jeden wieniec. Dołoży się pani?
- Skoro jest taki zwyczaj to oczywiście. Ile?
Poszłam po portfel i dałam sąsiadce pieniądze.
Jakiej Kowalskiej? Hm ..
Nieważne. Potem przeprowadzę wywiad. Nie wszystkich sąsiadów znam z nazwiska. Ale zwyczaj dobry. Jeden wieniec od sąsiadów. Miły gest.
Jak kawa to i papieros. Jedyny doskonały duet. Wyskoczyłam na balkon. Jak się jest fajnie tak zaciągnąć ...
- Nie szkoda zdrowia? - sąsiadka wieszając pranie zaczęła tokować - ja rzuciłam po trzecim dziecku.
- Jak urodzę trzecie to przysięgam też rzucę.
- Hahaha, a to Państwu życzę.
Dym wlazł mi bezczelnie nie tam, gdzie trzeba. Właściwie to chciałam babkę z balkonu wyciągnąć, do drzewka zaciągnąć i niech puka w niemalowane drewno spluwając przy tym po trzykroć za lewe ramię. Odkaszlałam.
- A mówiłam, ze szkoda zdrowia ...
No to teraz dowaliła do pieca. Dostałam ataku kaszlu. Ze śmiechu.
.
Dla zdrowia ucięłam sobie przejażdżkę rowerową. Przez parki. Po hamulcach dałam zatrzymując się zauroczona deszczem liści. Spadały z drzew w jednym momencie. Ludzie szli nie zwracając uwagi, a ja stałam jak zaczarowana. To była jesień. Ta prawdziwa, wspaniała, magiczna. Szkoda, że tak nie leciały jak byłam z dziećmi. Musze je znowu porwać ...Ale to mnie porwało ...
- Mamo, dostałem uwagę - synowi śmiały się oczy.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę.
Pokazał zeszyt a tam była adnotacja o złym zachowaniu syna. W kolorze czerwonym jak na uwagę przystało.
Tłumaczył się nudą, jaka wiała podczas prób na pasowania ucznia.
- Dobrze synu, że sam przyznałeś się. To ważne. Powiedz mi ile razy Pani zwracała ci uwagę?
- Parę razy.
- I dlaczego nie posłuchałeś się?
- Bo biegałem z kolegą po scenie, bo.... oj, mamo, nudno było.
Porozmawialiśmy sobie. Krótko. Moje oczy zrobiły się czarne, a jego przestały się śmiać. Bez krzyku, na lajcie i dobitnie.
Syn zaszył się w pokoju. Jak odrobił lekcje tak zajął się zadaniami z ćwiczeń "Uczę się starannie pisać i czytać". Pod okiem taty. Sam chciał, bo kara jaką dostał ode mnie to zero bajek i angry. Na dzisiaj.
Moje wolne popołudnie .... zasnęłam obok Młodej. Baterie się nam wyczerpały.
Śniło mi się, że zgięłam nogę, a skóra kolana naciągała się, aż pękła, razem ze stawem. Czarna dziura wyrwała mnie ze snu. Ble, co za koszmar. Normalnie głowa mogła tam wpaść ...No, ale kolano boli mnie tak jakoś. Zaczęłam oglądać nogę. Psychoza stawowa.
Polazłam do mężusia.
- Spadamy na kawę?!
- Co? Gdzie?
- Do kuchni.
Byliśmy z T w szoku. Syn przez całe przedszkole był grzeczny. Zawsze chwalony. Zawsze super zachowanie wobec wychowawców jak i koleżeństwa. A tu co? Pierwsze koty za płoty?! To jak dla nas na ten rok wystarczy. Nam może ...
Przy kolacji Starszy podszedł do mnie.
- Przepraszam cie za to mamo.
- Dziękuję, myślę, ze jeszcze komuś innemu należą się przeprosiny.
-Tacie?
-Tak i komu jeszcze?
- Panią też jutro przeproszę. Mamo, ja już tak nie będę robił.
- Mam nadzieję. Rozrabiasz okej, ale jak pani zwraca uwagę to przeproś i uspokój się.
Chciałam, by się syn z marazmu wyrwał? No to mam. Zdolny facet, szybko mu to idzie.
Dzieci są jak latawce.
Cała sztuka polega na sztuce popuszczania sznurka i wyczucia wiatru.
Nie można za wcześnie puścić sznurka, nie można za późno puścić i nie można zwlekać, bo latawiec może opaść. A każdy wie, ze jak latawiec opadnie to trudno jest wzbić się mu z powrotem w górę i poszybować.
Ale i też trzeba uważać, by daleko nie odleciał.. A wiatry wieją niespokojne, a czasami brak powiewu.
Nie można dzieci stracić z oczu.
![]() |
| foto z netu |

Dobrze wiedzieć, że są jeszcze ludzie, którzy mają tak zdrowe podejście do swoich dzieci. Jako czytelnik obiektywny jestem z Ciebie dumny!:)
OdpowiedzUsuńDzięki :)
UsuńWiesz, niektórzy mówią że dziecko bez uwagi w zeszycie to jak żołnierz bez karabinu, myślę że jak narazie nie ma się czym przejmować. My z Młodą też byliśmy wczoraj na spacerku, pogoda śliczna, szelest liści, wspomnienia z dzieciństwa.. cudnie było :)
OdpowiedzUsuńno tak, ale odpuszczać nie mogę by nie było, ze synek hultaić może, bo co tam uwaga :)
Usuńcudny park jest o tej porze roku :)
Bardzo mądra puenta :)
OdpowiedzUsuńAle się tutaj zrobiło energetycznie :)
OdpowiedzUsuńKorzystne zmiany :)
a teraz? :)
Usuń