piątek, 9 sierpnia 2013

kolankofo

Moja historia z kolanem trwa nadal. Tak naprawdę znowu orzecznicy otworzyli mi oczy.

Pojechałam z nastawieniem, ze wracam do pracy. Bo chodzę i nie jęczę. Bo ból jest, ale już nie taki by pomstować pod nosem do nieba. Ruszam się. Po raz pierwszy jechałam bez stresu - wiem na czym stoję. Na ruchomych nogach. A że kolano boli, przejdzie. Przecież rezonans nie wykazał nic takiego. Ot drobne uszkodzenia. Drobne ...Przecież można żyć z bólem.

Wcześniej jednak spotkałam się ze swoim  ortopedą, który stwierdził, że chyba nastąpi koniec chorobowego, bo nie ma co. Wracam do formy. No wracam. Nawet czasami uśmiecham się. I znowu w dupie mam cały świat. Cudowne uczucie. Więc  nie interesowało mnie  jaką decyzje podejmie zus . Bo każda decyzja będzie dobra. Byle do przodu. Wiśta wio ...Ja swoje i tak będę robić.

Czy wracam do formy? Wracam, ale ...

Orzecznik zrobił badania. Przyrost mięśni o 2 cm. Radocha, sukces. Różnica między nogami wynosi  już tylko 1,5 cm. Tylko 1,5 cm.
Ile wynosiła zatem parę miesięcy wcześniej? Bóg raczy wiedzieć ....

Mój poprzedni ortopeda zbagatelizował sprawę - bo przecież to normalne, że po artroskopii jest zanik mięśni. I nawet pod tym kątem mnie nie badał.  Zresztą żaden  z lekarzy nie badał. To orzecznik stwierdził te fakty. I wysłał do sanatorium. Pomimo, że wcześniej wcisnął mnie w krzesło swoimi rozważaniami pod tytułem ile zamierzam chorować i co ja sobie myślę.

Po sanatorium nie otrzymałam żadnych zaleceń i pomimo, że kulałam miałam wracać do pracy. No bo jak to? Już chorobowego wystarczy. No tak. Co tam zdrowie pacjenta. To był dobry lekarz - ratował kasę zusowską.

Poszłam na konsultację do innego specjalisty. No bo jak mam żyć? Jak koń, który stracił podkowę?!
Badania i parametry wykazały, ze ja mogę, ale siedzieć w domu i rehabilitować się bezwzględnie.

Badał mnie także ortopeda na wniosek zusu. Po raz pierwszy otrzymałam taki zaszczyt. I fajnie, że inny fachowiec na to kolano spojrzał. Zdziwiłam się także jego opinią.

Mam płyn w kolanie. Tarcie rzepki i przeskoki na złamaniu. Problemy z chrząstką. Źle była prowadzona rehabilitacja oraz leczenie. To kolano jest do leczenia. I to bezwzględnie.

- Proszę pani złamana rzepka jest poważnym urazem i powinna pani nie 8-12 tygodni chodzić o kulach. Przecież w tym wypisie ze szpitala nie ma napisane co zostało zrobione. Czy kolano zostało oczyszczone, co zostało zrobione.
- Jakby to powiedzieć, hm, lekarz, który zrobił artroskopię na moje pytanie co zrobił w kolanie krzyczał, że napisane jest w wypisie i czy nie umiem czytać. Wysłał mnie do pracy po 1,5 miesiąca. I nie było rozmowy. 

Okazuje się,że przeszłam poważny uraz kolana. Złamana rzepka i uraz chrząstki są wymagające pod względem leczenia. A tego u mnie nie zastosowano.

Chrząstka ma to do siebie, że musi być stymulowana i muszą być podawane preparaty na odbudowę inaczej po upływie czasu będę mieć duże problemy z kolanem. Będą robić się coraz większe szczeliny. Szczeliny są super, ale w jaskiniach, a w kolanie wolałabym ich nie mieć.

Dostałam wykaz leków (koszt 400zł) i mam zapoznać się z prp. Ile to kosztuje? Od 1000 zł w górę i jakoś nie doczytałam się, że jest refundowane.
A co tam, zarobki w naszym kraju są wypasione to można sobie pozwolić. Tja ...... A miałam sobie kupić rower. Postawię na zdrowie. A rachunek wystawię, oj wystawię.

PRP  to podanie preparatu z własnej krwi. Metoda podobno bardzo skuteczna i na zachodzie stosowana od lat. Ciekawe.

http://czynnikiwzrostu.pl/strona/schemat-leczenia/ - artykuł dot prp, ciekawe


 Zatem czekam na decyzję, ale z opinii wygląda na to, że nie wrócę jeszcze do pracy. Do pracy. Powiem inaczej - jeszcze nie wrócę po wypowiedzenie. Mam to w nosie. Jakoś to będzie. W końcu co jak co, ale głupcom szczęścia nie brak.

Jednym słowem - to nie jest tak, że chodzę i jest spoko. Spoko nie jest. Ale i dramatu nie ma. Więc nie dramatyzuję. Żyję. I chwilo piękna trwaj. Nie będę marudzić na temat kolana. Będę pedałować łykając lekarstwa. Homolekowa terapia, hahaha. Więc stukanie w klawiaturę zamieniam na kręcenie pedałami. Jakby mi było mało zakręcenia. Ale trudno. Więc zakręcić się muszę, a nie zrobię tego aż w  takim wymiarze jeśli będę siedzieć przed monitorem. Wyruszam po brakujące 1,5 centymetra. To będzie podróż. Za jeden uśmiech.

Póki co mam i widzę światełko w tunelu. I w głowie też. W końcu wyrwałam się z mroku frustracji, zniechęcenia i marazmu. Stryczek, póki co,  wyrzucam w kąt piejąc, że życie cudem jest.
Cel: postawić się na nogi. Postawić się na narty. Spotkać się na stoku z towarzystwem. I wypić grzane wino za życie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz