Zapakowani wsiedliśmy do auta. Autostrada, na liczniku 140-180 i wio w Tatry. Po drodze jeden przystanek. Bo oczywiście ja musiałam to toalety wyskoczyć. Normalnie powinnam wydać Przewodnik po wc.
- Gdzie jest kawa? - T zaszył się w bagażniku w poszukiwaniu uprawnionego napoju.
- Nie wiem, przecież to ty ją robiłeś.
- No to ją robiłem, Ale ty miałaś ją wziąć.
- Jak mogę wziąć coś co ty robisz? Jak robisz to bierz.
- No ale mówiłaś zrób kawę. Nie powiedziałaś weź.
Zabawne. I kawa została w domu. Zaczyna się świetnie, hehehe
Oczywiście to żaden problem, ale zapowiedź dobrego wyjazdu jest!
Tym bardziej, ze nie wiem co T strzeliło do głowy z tym termosem.
Dojechaliśmy na miejsce. My ubrani na lato +30 stopni, a zastał nas deszcz w temperaturze 9 stopni. No i taka pogoda towarzyszyła nam przez cały czas.
Przez te parę dni padało, lało, padało. Ale co tam pogoda, gdy spotyka się zajefajnych ludzi.
Przyjechaliśmy do naszej góralskiej rodziny. Bo korzenie mojego dziadka tkwią w Tatrach. Prawdziwy góral to był. Potem przeniósł się w poznańskie, gdzie się zapił. Chyba z tęsknoty. W każdym bądź razie konie szkolone miał i zawsze spod oberży zawiozły go do chaty.
A z tego poznańskiego rodzina niczym rodzina pajęczaków - duża i wędrująca - rozpełza się od morza po góry.
W każdym bądź razie tradycją góralsko-polską obróciliśmy parę flaszek. Co by nam się sucho w gardłach nie porobiło od tego gadania. Rok czasu nie widzieliśmy się to i było o czym jęzorami mielić.
Zresztą jak tu nie skosztować słynnej ciotki cytrynówki! I tych jajek - własnej roboty likier jajeczny. Otworzyły się bramy niebios ......zaprawdę powiadam wam, nie ma nic bardziej lepszejszego.
A kiedy ta sobie pytlowaliśmy dostałam sms - Pozdrawiamy z Zakopanego. Zadzwoniłam do znajomych, ze właśnie my też jesteśmy tutaj. Umówiliśmy się na wspólną wędrówkę po Dolinie Chochołowskiej.
Kurde, a we własnej osadzie od pół roku spotkać się nie możemy...Doprawdy świat jest zabawny. No cóż, skoro nie możemy spotkać się u siebie, zatem spotkamy się na tatrzańskim szlaku.
My sobie siedzieliśmy i tankowaliśmy, a dzieciaki ganiały z kuzynem. Kuzyn w wieku Starszego - straszny łobuz. Dzieciaki pozwiedzały resztki gospodarstwa. Chowały się po wszelkich zakamarkach, latały, krzyczały, super się bawili.
Mama śmiała się, że kiedy byłam z bratem nieco starsza od Starszego i po raz pierwszy przywieźli nas w Tatry, to słysząc mowę góralską darliśmy się:
- Mamo, mamo, a oni mówią jak w Janosiku!!!
A mowa góralska nas rozwalała. Cytować nie będę, bo tylko skaleczę gwarę. W każdym bądź razie ciotka licząca sobie 77 roków jest czortem niesamowitym i uwielbiać ją to mało powiedziane. Krucafuks.......co za kobieta!
Im więcej piliśmy tym bardziej rozumieliśmy. A zrozumieć gadkę pomiędzy dwoma góralami to sztuka nieziemska. A że trunki były nieziemskie to i lotność umysłu poprawiały.
Następnego dnia zebraliśmy się jakbyśmy poprzedniego wieczoru nic nie pili. Górskie powietrze ma w sobie moc. Energia mi wróciła.
Wystarczy opuścić swoje domostwo, by mieć wszystko w dupie. I tak też się stało. Nie, że analny seks (nie tym razem hehehehe) tylko odzyskałam zdrowy stosunek do świata.
- Gdzie jest kawa? - T zaszył się w bagażniku w poszukiwaniu uprawnionego napoju.
- Nie wiem, przecież to ty ją robiłeś.
- No to ją robiłem, Ale ty miałaś ją wziąć.
- Jak mogę wziąć coś co ty robisz? Jak robisz to bierz.
- No ale mówiłaś zrób kawę. Nie powiedziałaś weź.
Zabawne. I kawa została w domu. Zaczyna się świetnie, hehehe
Oczywiście to żaden problem, ale zapowiedź dobrego wyjazdu jest!
Tym bardziej, ze nie wiem co T strzeliło do głowy z tym termosem.
Dojechaliśmy na miejsce. My ubrani na lato +30 stopni, a zastał nas deszcz w temperaturze 9 stopni. No i taka pogoda towarzyszyła nam przez cały czas.
Przez te parę dni padało, lało, padało. Ale co tam pogoda, gdy spotyka się zajefajnych ludzi.
Przyjechaliśmy do naszej góralskiej rodziny. Bo korzenie mojego dziadka tkwią w Tatrach. Prawdziwy góral to był. Potem przeniósł się w poznańskie, gdzie się zapił. Chyba z tęsknoty. W każdym bądź razie konie szkolone miał i zawsze spod oberży zawiozły go do chaty.
A z tego poznańskiego rodzina niczym rodzina pajęczaków - duża i wędrująca - rozpełza się od morza po góry.
W każdym bądź razie tradycją góralsko-polską obróciliśmy parę flaszek. Co by nam się sucho w gardłach nie porobiło od tego gadania. Rok czasu nie widzieliśmy się to i było o czym jęzorami mielić.
Zresztą jak tu nie skosztować słynnej ciotki cytrynówki! I tych jajek - własnej roboty likier jajeczny. Otworzyły się bramy niebios ......zaprawdę powiadam wam, nie ma nic bardziej lepszejszego.
A kiedy ta sobie pytlowaliśmy dostałam sms - Pozdrawiamy z Zakopanego. Zadzwoniłam do znajomych, ze właśnie my też jesteśmy tutaj. Umówiliśmy się na wspólną wędrówkę po Dolinie Chochołowskiej.
Kurde, a we własnej osadzie od pół roku spotkać się nie możemy...Doprawdy świat jest zabawny. No cóż, skoro nie możemy spotkać się u siebie, zatem spotkamy się na tatrzańskim szlaku.
My sobie siedzieliśmy i tankowaliśmy, a dzieciaki ganiały z kuzynem. Kuzyn w wieku Starszego - straszny łobuz. Dzieciaki pozwiedzały resztki gospodarstwa. Chowały się po wszelkich zakamarkach, latały, krzyczały, super się bawili.
Mama śmiała się, że kiedy byłam z bratem nieco starsza od Starszego i po raz pierwszy przywieźli nas w Tatry, to słysząc mowę góralską darliśmy się:
- Mamo, mamo, a oni mówią jak w Janosiku!!!
A mowa góralska nas rozwalała. Cytować nie będę, bo tylko skaleczę gwarę. W każdym bądź razie ciotka licząca sobie 77 roków jest czortem niesamowitym i uwielbiać ją to mało powiedziane. Krucafuks.......co za kobieta!
Im więcej piliśmy tym bardziej rozumieliśmy. A zrozumieć gadkę pomiędzy dwoma góralami to sztuka nieziemska. A że trunki były nieziemskie to i lotność umysłu poprawiały.
Następnego dnia zebraliśmy się jakbyśmy poprzedniego wieczoru nic nie pili. Górskie powietrze ma w sobie moc. Energia mi wróciła.
Wystarczy opuścić swoje domostwo, by mieć wszystko w dupie. I tak też się stało. Nie, że analny seks (nie tym razem hehehehe) tylko odzyskałam zdrowy stosunek do świata.
Jajcówa,cytrynówka...mmm pycha:)Ja też takie trunki lubię.Fajnie,że wypad Wam się udał,a zdjęcia są przepiękne.
OdpowiedzUsuńzagubiona
I to jest w podróżach najlepsze. Dystans, który łapie się do swojego życia.
OdpowiedzUsuńSłuchajcie, alkohol robiony przez ciocię po prostu wymiata - to jest po prostu miodzio, tyle, że potem jakoś się nogi płaczą :D
OdpowiedzUsuńOj, wyjazd jest najlepszym lekarstem na skołataną duszą.
Zbrechtałam się z siebie - nakazując sobie żyć tą chwilą.
Ale za tydzień znowu wyjeżdżamy - w Beskidy tym razem i pod namiot - mamy nadzieję, że pogoda nas tym razem rozpieści :)))