Marudzę pod nosem, nie czytać .......
Czytam w horoskopie:
Układ gwiazd może przynieść lekkie poddenerwowanie, bądź bardziej rozsądny i nie nadwyrężaj swojego organizmu.
Lekkie poddenerwowanie?! Zeszłam do skrzynki i o mało mnie szlag jasny nie trafił. A właściwie wciąż mnie niesie. Nic tylko kupić flaszkę i urznąć się. Ale nie mogę, bo jutro idziemy na festyn do przedszkola. Więc sączę piwo. Chmiel zamiast prochów. Zdrowiej.
Mam dość. Znowu ZUS ma problem. Jeszcze nie dojechałam, a już coś mu brakuje. Zakład Upodlenia Społeczeństwa. Jak ja to przeżyję to będzie super, a jak nie przeżyję to normalnie umrę.
Dostałam też mega pocieszenie, że ZUS tak lubi dręczyć ludzi.Taka sprawa to nawet i 3 lata może potrwać opierając się o sądy. Hura, kurwa, normalnie, szok.
Ale nie uprzedzajmy faktów, a nuż będzie inaczej w moim przypadku.
Choć widzę pierwsze schody. Do wieży ciśnień.
Jednym słowem - mój optymizm powiesił się w kiblu. Spadł i spuścił się w kanał.
Popadam w stan przytępienia.
Wiem, nie byłam tam jeszcze, a marudzę.
Ze stresu pewnie. Orzecznicy to wyjątkowi ludzi. Naprawdę. A rozmowa z nimi to niesamowita przyjemność.
Choć co mi tam.
I tak już wiem, że artroskopia mnie czeka. Ano. Lekarz bez rezonansu wykminił co to może być. No tak myślał nade mną. Ale czeka na wynik rezo. Jeden taki przypadek miał. Jeden. Jestem drugim.
Zawsze muszę być wyjątkowa.
Arte jak artro.
Więc mogą mi naskoczyć, bo i tak skończy się szpitalem, czyli dalszym zwolnieniem. Najwyżej wrócę do pracy, garść ketonalu zapiję kawą, przyjmę zmianę warunków pracy a może i wypowiedzenie i pójdę wyleżeć się w szpitalnym łóżeczku. Plan doskonały. Potem wyjdę i wakacje. Żyć, a nie umierać normalnie.
Bo tym razem na zwolnieniu nie będę tkwić długo - jupi. Bo podobno wystarczy wyjąć, przyciąć i zaczynam nową epokę - bez bólu! Oby tak było.
Tyle, ze kurde nie można było mnie wziąć miesiąc temu pod nóż?!
Ano nie można było.
I cieszę się, bo z dziećmi trzeba jechać w góry czy i nad morze, a na zwolnieniu by było, oj było. Jeden donos życzliwego z podwórka i dupa blada, choć opalona.
Potem batalia o uznanie wypadku. Potem nie wiem co. A potem nawet może i odżyję.
Choć pewnie los coś wymyśli.
On tak lubi - bo turla się ze śmiechu jak się pocę.
A póki co wszystko mnie wkurza.
Lewa strona nawala, pewnie nerwowy stan odjechania w stresowe klimaty.
Kiedyś pierdolnę na serce, bo i ile człowiek może wytrzymać?
Może dużo.
Tyle, ze kreska zbliża się do końca wytrzymałości a potem, co? Big Bang.
Selekcja naturalna i życie należy do twardzieli.
Ciekawe czy dożyję 40-tki?
Czytam w horoskopie:
Układ gwiazd może przynieść lekkie poddenerwowanie, bądź bardziej rozsądny i nie nadwyrężaj swojego organizmu.
Lekkie poddenerwowanie?! Zeszłam do skrzynki i o mało mnie szlag jasny nie trafił. A właściwie wciąż mnie niesie. Nic tylko kupić flaszkę i urznąć się. Ale nie mogę, bo jutro idziemy na festyn do przedszkola. Więc sączę piwo. Chmiel zamiast prochów. Zdrowiej.
Mam dość. Znowu ZUS ma problem. Jeszcze nie dojechałam, a już coś mu brakuje. Zakład Upodlenia Społeczeństwa. Jak ja to przeżyję to będzie super, a jak nie przeżyję to normalnie umrę.
Dostałam też mega pocieszenie, że ZUS tak lubi dręczyć ludzi.Taka sprawa to nawet i 3 lata może potrwać opierając się o sądy. Hura, kurwa, normalnie, szok.
Ale nie uprzedzajmy faktów, a nuż będzie inaczej w moim przypadku.
Choć widzę pierwsze schody. Do wieży ciśnień.
Jednym słowem - mój optymizm powiesił się w kiblu. Spadł i spuścił się w kanał.
Popadam w stan przytępienia.
Wiem, nie byłam tam jeszcze, a marudzę.
Ze stresu pewnie. Orzecznicy to wyjątkowi ludzi. Naprawdę. A rozmowa z nimi to niesamowita przyjemność.
Choć co mi tam.
I tak już wiem, że artroskopia mnie czeka. Ano. Lekarz bez rezonansu wykminił co to może być. No tak myślał nade mną. Ale czeka na wynik rezo. Jeden taki przypadek miał. Jeden. Jestem drugim.
Zawsze muszę być wyjątkowa.
Arte jak artro.
Więc mogą mi naskoczyć, bo i tak skończy się szpitalem, czyli dalszym zwolnieniem. Najwyżej wrócę do pracy, garść ketonalu zapiję kawą, przyjmę zmianę warunków pracy a może i wypowiedzenie i pójdę wyleżeć się w szpitalnym łóżeczku. Plan doskonały. Potem wyjdę i wakacje. Żyć, a nie umierać normalnie.
Bo tym razem na zwolnieniu nie będę tkwić długo - jupi. Bo podobno wystarczy wyjąć, przyciąć i zaczynam nową epokę - bez bólu! Oby tak było.
Tyle, ze kurde nie można było mnie wziąć miesiąc temu pod nóż?!
Ano nie można było.
I cieszę się, bo z dziećmi trzeba jechać w góry czy i nad morze, a na zwolnieniu by było, oj było. Jeden donos życzliwego z podwórka i dupa blada, choć opalona.
Potem batalia o uznanie wypadku. Potem nie wiem co. A potem nawet może i odżyję.
Choć pewnie los coś wymyśli.
On tak lubi - bo turla się ze śmiechu jak się pocę.
A póki co wszystko mnie wkurza.
Lewa strona nawala, pewnie nerwowy stan odjechania w stresowe klimaty.
Kiedyś pierdolnę na serce, bo i ile człowiek może wytrzymać?
Może dużo.
Tyle, ze kreska zbliża się do końca wytrzymałości a potem, co? Big Bang.
Selekcja naturalna i życie należy do twardzieli.
Ciekawe czy dożyję 40-tki?

ZUS i wszystko Jasne... Podpalić :) urzędy He He
OdpowiedzUsuńbo tu już tylko śmiać się zostało :) dziś przeszła kolejna ustawa genialna :) jesteśmy niewolnikami... Gorzej niż murzyni Kiedyś :) na płacz za późno
UsuńJa też jestem "wyjątkowa".W wakacje,albo jestem w szpitalu,albo mam nogę lub rękę w gipsie.W tym roku wypadł szpital.
OdpowiedzUsuńRok temu miałam np.nogę w gipsie,całą po tym wypadzie w góry,co Ci pisałam.Krew człowieka potrafi zalać.
Trzymaj się.Życze Ci dużo siły i mniej bólu.
zagubiona
Mówię Wam - chciałabym żeby wszystko to skończyło się. I chyba nie pozostało nic innego jak olać, dać się ponieść i bronić się, jeśli taka będzie konieczność. Nie dać jednym słowem. Albo zbrechtać z systemu, y nie dać się zabić, stłamsić.
OdpowiedzUsuńGrrrrrrr
Dzięki :)