środa, 30 października 2013

wejście smoka

Wróciłam do pracy. Biuro jest w nowym miejscu. Nowa lokalizacja, budynek, życie.
Zaparkowałam cała szczęśliwa, ze nikt mi nie wpadł pod auto, bo jakoś tak ludzi ogarnęło totalne bezmyślne pałętactwo . Niecierpliwość niesie zgubę. Kiedyś kupię pałkę bejsbolową i wtrzepię cierpliwość i rozumność.
Dojechałam, nie zabiłam - jest dobrze.
Wysiadłam z auta, zawinęłam się chustą i poszłam do drzwi. Zamknięte?! Hm? Nikogo nie ma?  O tej porze? Dziwne ...Wyciągnęłam klucze i włożyłam do zamka. Klucz jakoś dziwnie wszedł do trzech czwartych. No może to nie ta strona ... Odwróciłam klucz i to samo. Mocuję się, mocuję....nic! No kurde! Jak ja drzwi otworzę?! Co to za klucze, które nie wchodzą?!
Podjęłam walkę od nowa, co za uparty zamek, ale nie poddam się lekko.
Pięć minut i nic. Albo padnę trupem albo zapalę albo zaklnę na czym świat stoi. Cholera! Zaczęłam rozglądać się wokół, ale pech -nie ma nikogo kogo można prosić o o pomoc. Szlag!
Siadłam na murku wkurzona na maksa. Piękna wtopa jak na pierwszy dzień.
Nagle wynurzał się facet, facet znikąd. Dozorca! A!
- Dobrze, że pana widzę...
- Ale dlaczego - mówi ubawiony - chce pani się dostać do mojej części budynku?
- Coooo?!?
- Drzwi biura są, hahahaha, obok, hahahaha, tam, hahahaha trochę dalej.

Zeszło ze mnie wszystko! Popierdzieliłam drzwi. A ten stał sobie w krzaczorach i rechotał. Super. Super glut normalnie.

- To może pan je na zielone pomaluje, co? By znowu nie było siary ......

Weszłam rozbawiona. No początek piękny.

- A ty co tak rżysz?
- Bo przez pięć minut walczyłam z demonem własnego zakręcenia.
- CO?!
- Arte wróciła, zaczyna się.
- Dobra, dobra ...idę po wodę - ucięłam gadkę i poszłam do łazienki.

Z kranu buchnęło wodą. Wiwat stare rury. Moje spodnie mokre, i podłoga też. Bosko! Wyszłam napięcie i ......jak mi się nogi rozjechały, normalnie  balet "Łazienkowy ślizg"...
 -  AAAAA!!!!!! 

- A ty co? - przyleciał kumpel.
- Nic, rozkładam się, wiesz takie soft porno.......
- Hahahaha, dobrze, że wróciłaś ......
- Myślę, ale kawę robisz ty. Ja siadam na dupie. Dość.


Potem, z czasem,  było lepiej.

Sms, sms, sms..kilik, sms, klik, sms. Kumpel nie wytrzymał:
- O widzę, że nałóg zabawy z telefonem ci nie przeszedł?
- Przeszedł.  Za to mam inny nałóg - zaczęłam się rechotać, wystawiając jęzora z przekory - odpowiedni do wieku..
- Nie, no ona znowu będzie o seksie....
- A co chłopaki wolicie fantazyjne ciało czy fantazyjną wyobraźnię?
Zamilkli. Zapadli. Zamlaskali
- Dwa w jednym - ach ten rozmarzony ton kumpla rozłożył nas do końca.

 Fajnie, że sobie wróciłam do pracy. Oderwę się od prania, sprzątania, gotowania. Choć to  i tak na mnie czeka. Bezlitośnie. Ale jaki mam świeży powiew.

Czas się dłużył, leciał, wybiła godzina wyjścia. Pognałam do chatki.

Domofon. Wbiłam kod. Ledwo weszłam na klatkę, ledwo przeskoczyłam parę stopni już słyszałam wrzask córki:
- MAAAAAAAAAAAAA    MAAAAAAAAAAAAA!!!!! MAAAAA MAAAA!!!!
Wbiegłam na górę, otworzyłam drzwi i ......
- Kocham cię mamusiu - córka objęła mnie za szyję mocno, objęła jakby mnie sto lat nie widziała. Przyklęknęłam - uwielbiam wtulić się w to słodkie ciałko. A tu syn wlazł na plecy i tuląc się rzekł
- Wiesz pani kazała podziękować Bogu za rzeczy ważne. Podziękowałem za rodzinę. Za ciebie, bo jesteś najfajniejszą mamą,  moja bohaterką.


Wyniosło mnie do raju. I zostanę tam na dłużej. Bo fajnie jest.



niedziela, 27 października 2013

wspomienia kobiety która przemija



Jak można nazwać firmę produkującą okna Drutex?!

- Mam w domu Drutexa....


Buhahaha ....Drutexa?

hm..........Ha! Czyje myśli wtedy lecą do okien?!

Na pewno nie moje, hahahahaha


Tak jak patrząc na butelkę Coca-Coli, która zawojowała świat.

Nie wiedziałam dlaczego napój ten powalił masę ludzką. Nie wiedziałam do pewnego czasu.
Legenda głosi, że była to siła napoju,ale tak patrząc na butelkę to nie wiem czy tak do końca tak było ... .




Prędzej uwierzę, że siła leżała w butelce. Wyczytałam z niejednej książki, które mówiły o zabawie butelkami.
U Gretkowskiej była to butelka szampana.
I nie chodziło o kręcenie przedmiotem, no może i kręcenie, ale nie na podłodze.

Ale kto się do tego przyzna?

Że brzuch, wagina były suto zastawionym stołem a fallus robił za pałeczki do jedzenia.

Nikt.
I słusznie.

Bo kogo to?

Tylko potem można znaleźć na internecie takie oto obrazki:


Byle tylko to.
To się nazywa przeprowadzenie doświadczenia. Ha!
Ha, ha, ha ...


Czasami moje myśli mają jeden kierunek, a w tym kierunku ścieżek wiele.
Takie wskrzeszenie przed obumarciem.

Czterdziecha to taki wiek, że wiesz, że można, że trzeba, bo zaraz będzie lipa. Rozkład totalny.
Nie interesują mnie limity i ograniczenia hahahaha normalnie.
Ostatni dzwonek na eksperymenty wszelkie.

Dobra nabijam smuty w butelkę.
Żartuję znaczy się.
Proszę nie pocić się.



Dzisiaj spotkałam znajomych. W parku, wśród liści szli sobie.
Pracowaliśmy naście lat temu przez sześć miesięcy w biurze.
I wciąż się spotykamy. Na wyjazdach wspólnych. Przy grillu, winie, filmie.
Teraz jesteśmy poważni, dzieciaci, starzy, ale nie na tyle, by nie dojrzeć jeszcze jednego kumpla. Z żoną, z dzieckiem. Jego też pogięło na zmianę stylu życia.

- Co za spotkanie, nie wierzę...
- Kupa lat, musimy się spotkać na browarze, pogadać.
- A może wspólny wyjazd?
- No, w górki! Ale dwudniowy
- Teraz? Krotki dzień jest!
-To więcej wieczoru na winko i opowieści o starych latach.
- A pamiętacie ten wyjazd do Zakopca? Wiecie, że jedenastego listopada minie 14 lat!
- To było 11 listopada?!
- Aha, hahaha,
 - Jak można to zapomnieć? Kierowniczka była wstrząśnięta trupami hahahaha
- Mówię wam to spotkanie to przeznaczenie, bo nie w życiu przypadków.

- Czas na nową historię?!
- Dobra to musimy się umówić.


A to było tak, kiedy byliśmy młodzi, niezależni ....




Wpakowaliśmy się do auta. W piątkę. Kierunek - Zakopiec. W drodze już pykały browarki. delikatnie, bo jak dojedziemy na miejsce to od razu w góry idziemy. W końcu szkoda czasu!


- To teraz gdzie mam jechać?!
To był czas kiedy znałam Zakopane, jak przysłowiową własną kieszeń.
- W lewo!
Kumpel skręcił w prawo na co dziewczyny krzyknęły, że to nie w tą stronę.

- Dobrze skręcił - odparowałam.

- Nie wiecie, ze Arte jak mówi lewo to znaczy prawo?

Dojechaliśmy bezbłędnie do pensjonatu. Z bagażnika wyrzuciliśmy plecaki, do lodówki wrzuciliśmy wódkę i można ruszać.

- A może seks grupowy?!
Mina kumpeli niezła, prawie różaniec z torby wyciągnęła.
- Żart! hahaha idziemy!

Wybraliśmy standard - Morskie Oko. Cudowne Morskie Oko z tymi żlebami wokół i z tym Mnichem sterczącym samotnie. Jak palec.
Zawsze opowiadam jak pod Mnichem wciągałam czekoladę mając dupsko w śniegu. I zawsze słyszę - znamy to.
- No to co? Dajcie mi pogadać wstręciuchy!!! A opowiadałam wam jak weszłam zimą na Rysy? I mnie porwało, ale czekan mnie uratował?!
- Taaaakkk
- No dobra, to opowiem wam o....

Następną historią jest, jak zatrzasnęłam się w wc w schronisku. Mogłam sobie prosić o pomoc.
- Ratunku, zatrzasnęłam się, zawołajcie kogoś! POMOCY!
Wc nauczyło mnie, ze ludzie są obojętni na los drugiego człowieka. Psychoza tłumu. Jak nikt nie pomoże to reszta olewa. No tak, a może majtek nie ma na dupie?! Spadajmy!
W końcu wylazłam, chyba drzwi puściły. Albo nie tak zamek przekręcałam. Nie pamiętam, ale to nie był pierwszy raz jak w toalecie zaległam.

Mam wiele wad, a w tym zachłanność. Zwłaszcza na widoki tatrzańskie. Jakimś cudem porwałam ekipę na wędrówkę nad Dolinę Pięciu Stawów, a co tam.
- Nie za późno?!
- E tam, tam jest półtora godziny, pokonamy w godzinę a z górki to sobie na parking pobiegniemy....
Wchodzicie w to?! No weźcie Pięć Stawów zabiera oddech....Być tak blisko i nie zobaczyć ....

Nienormalni nie mają normalnych znajomych.

Ekipa zaklepała plan. Poszliśmy. To nic, że po drodze był śnieg, i co dla niektórych przerażające łańcuchy. Choć tylko przez moment nam towarzyszyły. Pół drogi przepłakaliśmy ze śmiechu. Nie ma to jak fobie - zawsze rozśmieszą. Pozostałych, hahaha.

- Tam była przepaść, jejku o mało co nie wpadłam..
Dramatyzm kumpeli zabierał nam oddech. Nie mieliśmy sił się śmiać
A ta by nas dobić zaczęła klepać "Ojcze nasz..." Byliśmy ze śmiechu ugotowani.

Jej fanatyzm z wiekiem przybrał na sile, ale ta historia to pominie. Tutaj jeszcze nas nie przerażała.


Odkrycie mega- kurde, śnieg, śnieg tu leży. Znaczy się dużego tego śniegu leży. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że tatrzański klimat i listopad to początek zimy.


z netu



Dolina Pięciów Stawów. Kolejny cud boski. Można zalegnąć i nie ruszać się. Trwać w tym krajobrazie. Kocham Tatry. Zastygliśmy w górskim pejzażu. Ekipa wybaczyła mi wędrówkę.

Zrobiło się późno, a  dzień był krótki, tak jak listopadowe dni do siebie mają.
- Spadamy, póki coś widzimy!
Droga w dół. Pełna oblodzeń. Padaliśmy jak muchy. Bo jak nie poślizgnął się ktoś, to ktoś poleciał ze śmiechu. Co krok to czyjś upadek. Jakby jakieś palce w nas pstrykały.  Pyk, leży, pyk, leży ....
Wodospad Siklawa zrekompensował wszystko.

Ale zmrok zapadł. Bez latarek, jedzenia, kawałka czekolady wleźliśmy w las.

- Będziemy chyba macać wydeptaną drogę!
- Arte, ty masz zawsze głupie pomysły.
- A mówiłam biegusiem?

Cholera, nie którym miny zrzedły. Mi zresztą też - ciemność i las to nie najlepsze zestawienie. Ale przecież byliśmy w stadzie. To zawsze coś.

- Patrzcie światełko idzie.
- Lecimy do światełka
- Jak duchy
- A jak umarliśmy i to jest tunel?!


To były dwie harcerki. Wybawczynie. I czekoladą poczęstowały. Choć tyle dla ceprów.
Doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a potem nas asfalt poprowadził.
Wieczorem polała się wódka na rozgrzanie.

Na drugi dzień ekipa stwierdziła, że ma gdzieś moje pomysły i wybrali opcję mało wstrząsową pod każdym względem - wędrówkę po Zakopanym i Gubałówkę.

Zeszliśmy na obiadokolację do jakiejś knajpy. Z kominkiem. Obsługa w strojach ludowych. Po boku palenisko  gdzie przypiekały się kiełbaski, szaszłyki i nie wiem co jeszcze. Było ciepło, klimatycznie, pachnąco
Zasiedliśmy.
Jedzenia i picia dajcie tu nam!
Piwo polało się. Na jedną osobę wypadły kluczyki samochodowe, reszta odpłynęła. Były nawet sesje zdjęciowe, bo jak z góralem zdjęcia sobie nie zrobić?! Obsługa robiła za tradycyjnego zakopiańskiego misia.
I tańce też były do muzyki ludowej.
Totalna korba!

- Spadamy, jutro do pracy mamy!

Wesołe auto pognało. Zamiast prosto do domu pojechać to pojechaliśmy do Krakowa. Bo pić się chciało.

Kraków nocą wyglądał cudnie, a piwo w knajpie jeszcze lepiej smakowało.

- Ja nie mogę, ale czaderski murzyn....hm, takie ciacho. poszłybyście do łóżka z murzynem?
- Weź przestań hahahha
- No weź, idę pogadać, bo ....bo nigdy z murzynem nie rozmawiałam.
- Głupek!

I poszłam. To był sympatyczny nauczyciel angielskiego rodem z Jamajki. Sobie kawały opowiadaliśmy.

Tak to jest jak z wioski pochodzi się.

Pierwszego człowieka o karnacji ciemniej spotkałam na Kasprowym Wierchu.
Miałyśmy wówczas 17 lat i wyrwałyśmy się z chaty. Był maj i w dolinach pachniało bzem ...
To były czasy, kiedy bilety były tanie i wszystko było tanie. Można było jeździć.
Więc na tym ośnieżonym szczycie stał murzyn i zajadał czekoladę.
Widok nieziemski.
- Patrz kanibal! buahahaha
-Weź Arte, przestań.

Nie wiem jak to wyglądało, ale koleś się przywitał i zapytał czy chcę czekoladę
- Tak,ale inną. Dziękuję -hahahaahaha



Tak więc w Krakowie nie odmówiłam sobie przyjemność łączenia kultur. Facet był super. Z poczuciem humoru.

Czas jednak płynął nieubłaganie. Zapakowaliśmy się w auto i z nieprzepisową prędkością pognaliśmy do domu. Zajechaliśmy przed piątą nad ranem.

O 7.30 wszyscy byliśmy w biurze. Wykąpani, najedzeni i cholernie śpiący...








Mam szczęście do ludzi :))))))








Dzieci  wstały o siódmej i nas nie obudziły. To znaczy nie chciały nas obudzić, bo Starszy zarządził rysowanie, i choć Młoda chciała do nas na dzień dobry gnać to jednak zasiadła do kredek. Ufff, uległa sile perswazji. Na Starszego nie ma mocnych.





 rysunki Młodej - szkic i po pomalowaniu :)









Ich rozmowy dobiegały do mnie jak z zaświatów. Ale jakoś tak nie chciało mi się wyłazić, by im po buziaku dać. Byłam tego poranka wyrodną matką.
Fajnie móc się wyciągać w leniwy poranek w ramionach faceta, który ...a co ja tam będę mówić, pomimo upływających lat wciąż ma lekkiego fioła, na moim punkcie. Choć wciąż się zastanawiam jak może znosić moje jazdy, jazdunie... i takie tam w ogóle z patrzeniem włącznie.





tacy byliśmy wczoraj - na szczęście to tylko skóra się starzej, bowiem miłość nie płowieje :D:P








- Ty się już dawno powinieneś się ze mną rozwieść! Seryjnie. Weź!
- Ja tak łatwo się nie poddaję, ale wiesz nie mów hop....
- Hop i co?!

Ha! Ale zamilkłam wtapiając się w idealną chwilę ...Bo są takie chwile, które wypełnione są po brzegi mega szczęściem, radością, spełnieniem, kiedy chce się krzyknąć - chwilo trwaj, bądź, nie przemijaj....W takich chwilach aż chce się umrzeć. Właśnie w takich....Kurde, czasami myślę sobie, ze naprawdę mam zajebiście.





Rano polecieliśmy na zajęcia. Męża zostawiłam w spokoju. Wrócił z pracy niech ma swój czas.
-  Mamo, patrz, same mamy są z dziećmi, a gdzie tatusiowie?
Faktycznie..Same baby i ani jednego samca. To nie był poranek kojotów, hahahaha


Syn poszedł na warsztaty, a my z Młodą, tradycyjnie, do parku. W te alejki, do tych drzew.
Tym razem dla wygłodniałego ptactwa wzięłam chleb, choć tak naprawdę nie powinno się ich tym karmić.









                                                - Patrz, ile ptaszek  - wyrwało mi się, na co córka odparła:
- Kaczków.

Hahahahaha, mistrzynie słowa normalnie.









Wieczorem Młoda zawinęła się w pościel i sama odpłynęła. Natomiast syn oznajmił, że będzie rysował i koniec.
- Idź spać kochanie, bo późno jest.
- Ograniczenia i limity nie interesują mnie, hahahaha

Ostatnio to jego ulubiony tekst.


Sobota była nudnym rodzinnym dniem. Starzeję się, bo kocham te dni.
Albo znowu imprezka upierdliwych bakterii szykuje się ....bo coś do tyłu chodziłam.
Imprezka bakterii, bo z mojej to nici wyszły -  po dwóch strzałach odmówiłam dalszej konsumpcji.
Nie wierzę - coś na rzeczy jest.
Naprawdę nos wpada mi w piach coraz bardziej.....I w głowie kręci się....
Przemijanie, mac jego, jelita toczy me.
Rozkładam się.
Już czas.
Taki czas.
Pięć minut po północy,
A z zachodu wiatr wieje bez zmian, hahaha




piątek, 25 października 2013

dwudniówka

Syn został odstawiony na karate, a my w tym czasie miałyśmy iść do parku. Córka miała jednak inne plany:
- Chce iść do teki.
-Teki?!

Teki?Jezu co ona mówi? Mlekiem się opiła czy co?! Teka?! Jaka teka?! Czarna aktówka Stana?! Będzie szukać haków? Podobno wciąż to w modzie jest. No ale...

- Nooo, chcę bawić się w tece.

  W tym wieku? Podobno na każdego można znaleźć coś ....coś mi zaświtało ....chwila moment, moje zwoje ruszyły do galopu - bawić się, hm ..teka ...MAM! EUREKA!

 - Do biblioteki chcesz iść?
- No mówię do teki
- Dobra, to idziemy. Powtórz bi blio te ka
- Te ka
- Chyba ka tet. - zbrechtałam, Mroczna wieża w sercu mym ...

- Co?
- Jajco, chodź. - no co będę z Kingiem wyjeżdżać, to jeszcze nie ten czas....hm, chyba ...


Dziecko prawie godzinę bawiło się zwłokami zabawek. Stare, plastikowe rzęchy oczarowały córę. Normalnie jakby w domu nie miała nic oprócz kocyka przytulanki. No biedne maleństwo ....




Zanurkowałam w półki: Pippi, Emil, Puchatek ... Mała encyklopedia potworów domowych?, hm ..biorę, Niesmacznik? hm...biorę.

Wieczorne czytanie ma na celu zarażenie młodych strasznym wirusem- książkomanią. No i też odesłaniem ich w krainę magii...by tam na noc zostali. Zresztą czytałam im jak pływali w mych wodach oceanicznych.

Emil ze Smalandii nie był dobrym pomysłem. Starszy wił się ze śmiechu rycząc przy tym przeraźliwie. Tak rżał, że zęby swe wbił w moje ramię. Te wielki przednie łopaty wrył w  me ciało.
Wyciągnełam go ze swojego ramienia i dzielnie czytałam dalej. Dalej było coraz gorzej. To nie był dobry pomysł na wieczorna lekturę. Oczywiście Młoda zaraziła się śmiechem brata i razem dogorywali ....



Dzisiaj syn został oficjalnym studentem Uniwersytetu Dziecięcego. Otrzymał koszulkę i indeks. Wziął udział w dwóch warsztatach.




A te dwie godziny były tylko moje z córką.
Poszłyśmy do parku. Pogoda boska, gama kolorów powalająca. Trzeba się nacieszyć, zanim świat zamieni się w chlapę, w biel, w błoto.







tyle liści a Młoda buuuuuuu nie chciała wojny 






Mówiłam: - -dziecko łap mięcho, będzie na kolację!
No w końcu nie przelewa się ...
Młoda zamiast czynić karmę wpadła w śmiech.
;P







niektórzy ludzie są jak bluszcz ....









zazdroszczę tym, którzy potrafią malować - pędzlem, słowem
choć umiejętność zatrzymania się i zachwycenia też jest darem
w tym pędzącym świecie



 złych ludzi spotkał ten los - zakopani głową w ziemi przez setki lat tak tkwią...





















wujek mi mówił, ze kamienie to ślad po wojnie między czortami a czarownicami



 fajnie jest mieć kogoś, na kim można się oprzeć....






 Syn wyszedł z zajęć zadowolony. Chętnie weźmie udział w następnych warsztatach. I dobrze, bo jutro rano ma kolejne zajęcia. I nie będzie walki o nic. Ufff.....

Ledwo wróciliśmy do domu. Syn wciągnął papu i pojechaliśmy na karate. W aucie paplał, że dzisiaj spać nie będzie.
- Dlaczego?
- Bo nie chce. Chce nie spać całą noc.
Nie wiem czemu ma zajawkę na bezsenność, ale w głowie zamajaczyła mi się myśl o strasznej nocy przy świecach i upiornych opowieściach i filmach. Taki halloweenowy prezent. Hm.....Czego matka nie zrobi dla syneczka?!

W tym czasie Młoda została pod opieką babci. Wróciłam do domu.
- Chcę kromkę z wędlinką i pomidorkiem - zażądała córa stanowczo.
- Naprawdę? - ucieszyła się babcia
- Ja lubię pomidorki! - córka wykazywała coraz większy entuzjazm. Nie ma to jak wkręcić babcię.
W przeciwieństwie do mnie, bo wiedziałam czym to się skończy.
- Zobaczysz te jej lubienie - szepnęłam matce i poszłam do kuchni.
Kanapki podałam na stół i tak zostały. Nie ruszone. Entuzjazm dla kromek znikł w momencie pojawienia się ich na talerzu przed nosem.

Pojechałam po syna. Kolejny kurs.Na szczęście ostatni dzisiaj.
Im więcej jeżdżę tym większa mam ochotę oznakować niektóre samochody taką nalepką: UWAŻAJ, JEŻDŻĘ JAK PIZDA
No inaczej się nie da. Dobija mnie to już ruszanie na światłach, albo  wyskakuje taki prawie na blachę, bo tak się śpieszy i co? i wlecze się prawie 30tką.  Co za......kierowcy .....

- Młoda, idź umyć zęby albo jedz!
- Ty nie jesteś mamą
- Ale mama zaraz ci to powie! MAMO POWIEDZ COŚ!
- Za pięć minut widzę was w łóżkach z czystymi kłami! 

Dzieciaki zażądały Emila. Fajnie jest zasnąć z uśmiechem na twarzy. I tak zjechały.
Mi też ryjek dzisiaj się wykrzywił na uśmiech - Sapkowski wydał Sezon burz. Uwielbiam Wiedźmina. Ten świat jest moim alternatywnym światem.
I znowu, cholera, mokro mam w majtach.
Choć mąż ledwo zdążył otworzyć drzwi ...........
Gotowa na wszystko, hahahahahaha













czwartek, 24 października 2013

mocne, nie dla delikatnych



Są historie, które nie są do opowiedzenia. Bo nie i już. Ale ja opowiem.  Całą historię ciała ludzkiego, choć Abelardem Gizą nie jestem.




On może mówić o wszystkim,  i zawsze to swój urok ma.
U mnie uroku nie będzie, ostrzegam.


Bo był to fatalny dzień. Gorszy dzień od wtorku. Bo we wtorek to była masakra. Strzał znikąd, który pozamiatał mnie.
Bywają takie dni, bo ciało ludzkie duszą nie jest i nie kumuluje tego co mu szkodzi. Tylko pach - wyrzuca wszystko na zewnątrz.
Co za perfidia boska, by duszę ludzką, taką artystyczną lotność, zamykać  w tych zwojach pełnych dziwnych organów, które swoje robale mają.
Wyższy stan istnienia uwięziony w takiej powłoce. O, bleeee
Przeżyłam wtorek, ale to jak się okazało było tylko preludium.....




- Chłopaki robimy zadymę?
- Jasne.
- Włączamy sprzęt!!! 


 Bakterie potrafią imprezę rozkręcić jak nikt. Bruuuuuuu....grummmmm jelita wpadły do miksera. Bruuuuuuuuummmmm.
Skręcone zafurczaly ...bul glych, ech, bul .....aż dupsko krzyknęło oburzone, bo już czuło, że ktoś oszukał je w wyliczance:
- Chłopaki, się bawicie to się bawcie, ale czemu ja mam bawić się z wami?! Nie chcę.....

Za późno było. Usta dupska zamilkły ....

Jednak po chwili łobuzy strawiwszy "veto" zadka zmieniły koncepcję. Zresztą nudno się zrobiło....


- No to teraz wulkan!!!! - krzyknęły chłopaki.

Blehhhhhh.....łokcie opadły na rozgrzaną już porcelanę, tym razem wyliczanka wskazała głowę - paw.

- A teraz mikser! Włączaj!

Jasna dupa....FUCK!!!!!!!!!!

Siad, klęk, siad, klęk........zabawa trwa.
Bakterie wyłączyły mózg zabawiając się ciałem. Mają moc.
Siad, klęk, siad, klęk.
Tresura trwa - tańcz, głupia, tańcz.  Danse macabre.


Ciało padło w  loże.
Zadrżało blade.
Zamarło.
Zamknęło oczy.
To był błąd.
Kiedy bakterie wariują, ciało powinno być czujne. Ciało jednak zapadło w sen ...w nieistnienie całe zdruzgotane siłą przeżyć.

Bakterie nie darowały, zakradły się i:

- Wulkan!!!

Atak był za silny. Wizja bakterii zaś kolosalna.

Paw w deszczu.


Blade i bezmocne ciało musiało zmienić pościel. Udręczony organizm musiał zdjąć pokrowiec z materaca. Materaca, które wazy ok 40 kilo.
To wyzwanie nie lada. Podnieść, przytrzymać, materiał ściągnąć. Kawał ciężkiego materiału ...

Biedne ciało wciąż targane do porcelany, i to biegusiem, dzielnie walczyło z pokrowcem. Pokrowiec duży - nie wszedł do pralki.
Ciało padające na podłogę, opadające na porcelanę nie dawało się. Wyprało. Ręcznie.
Ostatkiem sił zaniosło materiał na balkon. Wzięło zamach, by ten pokrowiec na sznur zarzucić. Taki duży zamach, bo cholerstwo ciężkie było...
Błąd kolejny ......



Byłoby fruuuuuu. Jak jesienny liść.
Na szczęście mniejsza cześć pokrowca była na zewnątrz i nie pociągnęło w dól swoim ciężarem.


A może tak nie było. Może to był spirytus w towarzystwie bezrobotnej kumpeli na sprecyzowanie wizji:
- Tak, tak, założymy firmę.
I wyniosło mnie dalej gdzieś tam, gdzie rozum nie mógł dojść.

Jedno jest pewne - byłam blisko Nagrody Darwina.







-------
****   A potem byłam bliska zejścia z tego padołu ze śmiechu. Bo udręczone, przerażone ciało chciało się swoim nieszczęściem ze światem podzielić,  a świat zadrżał,......ze śmiechu. Śmiech jakoś te zwłoki otrzeźwił, postawił na nogi, aż zwłoki ciałem się zrobiły i krupnik uwarzyły. Dzięki  !!!:))))))))















środa, 23 października 2013

sito w korze





Jestem szurniętą szują, która czasami wypływa na oceany spokoju, a czasami coś zrobi w główce PSTRYK i pozamiatane.

I nie to, ze jadę na negatywnych emocjach od wczoraj. Nie. Choć może człowieka szlag trafić.Wczoraj oglądałam program publicystyczny w którym poruszono sprawę wypuszczania psychopatów. A mają wypuszczać. Bo im, w okresie zmian, karę śmierci zamienili na 25 lat!!! Nie dostali dożywocia, bo nie było takiej opcji w kodeksie. Prezent od państwa. Przecież miało być solidarnie i bosko, hehehehe.
I teraz będą wychodzić. Jak zombi z grobów. Jak kreatury ze ścian.
Podobno sejm podjął pracę, by prawo działało wstecz. Super. Może zdążą. Choć jak sędzia z trybunału powiedział, że to w sumie jest zamach na demokrację to mnie szlag jasny zalał. Na ciula mi demokracja jak psychopaci wyłażą na ulice!!!
No ale z drugiej strony rozumiem, wymiar sprawiedliwości czasami bywa niesprawiedliwy, więc może dojść do nadużyć. Choć to raczej nie ustawa a ludzie zawodzą. A do dupy z tym wszystkim. Trzeba być czujnym i tyle. Jak zawsze ....o ile pamięta się o tym. Mam nadzieję, że będzie głośno.

Ale ja nie o tym chcę mówić, chcę napisać o tym swoim szale. Nie, takim na szyję, tylko emocjonalnym granacie. Choć to smutne jest ...i przydałoby mi się leczenie farmakologiczne. Albo biały pokój.

Więc teściów podrzuciłam do lekarza. Teściowa kawał kobiety a teściu też jakiś wiekowy. Więc pod drzwi przychodni zajechałam - prze bardzo.  Nawet do poczekalni weszłam zobaczyć czy wszystko w porządku.
- Wiesz mamy nowego lekarza. Jest taki młody i fajny taki - teściowa zaczęła rozpływać się po wyjściu z gabinetu lekarskiego
Kiedy teściu wchodził - zerknęłam. Hm, niezły. Przynajmniej jest na kogo popatrzeć. Nie mówię by od razu badał cycki, ale ...hahahaha.
Teściów wpakowałam do auta i pod dom, psze bardzo. Teściowa wyskoczyła, pognała. Nagle wrzask teściowej spod samego domu, po przejściu paru metrów i to niezłych jak na nią.
- Moja laska została w aucie!
Zbrechtałam:
- Tobie kobieto młodego ciała brakuje. Jedno zerkniecie na klatę i lecisz do przodu jak strzała, buhahahaha.....i laski nie potrzebujesz...buhahahaha
Mina jej bezcenna.

Od razu poszłam po syna, odpalam auto: kierunek: sklep. Jazda na zakupy, jasne nie mam co robić tylko nosić te cholerne wody, soki i w ogóle.To że mężulo wyprał firanki i powiesił to nic- on nie zrobił zakupów i będzie miał przekichane, bo teraz ja muszę się pałętać, grrrr. Ciśnienie idzie do góry. Warga podniesiona obnaża jednego zęba.
Nie policzyłam do dziesięciu ....Włączam muzę. Na wyciszenie. Gucio. Płyta wyskakuje. Znowu ją pcham, znowu wyskakuje. Wepchnięcie - wyskok. wepchnięcie - wyskok. Wepchnięcie- wyskok. Klikam gdzie się da i gówno - nic, nic, NIC!!!! Nie mam muzy swojej!!!!! AAAAAAAA!!!!!!!!GRRRRRRRR!!!!!!
Dostałam szału.
Znowu mi sprzęt wyłączył. Ledwo dupsko wsadzi za moją kierownicę od razu offuje odtwarzacz, bo go to wkurwia. Ale ja z jego psychodeliczną muzą muszę jeździć po całej Polsce i jest okej.
- Zatłukę gada normalnie, ręce mu obetnę.....
KURWA! znowu wyskoczyło. I płyta i płytka bezpieczeństwa z głowy.
Ja pierdolę zbiegło się z uderzeniem pięści w radio. I tak ze trzy razy, a co. To sobie ulżyłam..AAAA, pisk, skrzyżowanie, dałam po hamulcach i stojąc na czerwonych światłach przeprosiłam grzecznie syna za wybuch.
-Wiesz bo muza mnie nosi a cisza mnie zabija,...i jeszcze te zakupy, kurde....
- Wiem, wiem, nic nie szkodzi......
Stoimy na tych światłach. W ciszy ...Nie, nie w ciszy....co to? Coś klika. Migacz. Przecież nie mam włączonego migacza. Co jest? Kurwa, no ja pierdolę. Jeszcze to. Macham drążkiem, a cyk, cyk wciąż słychać....Coś mi przeskoczyło w drążku jak wiozłam teściów, zrobiło gryk plech i pewnie szlag trafił. Ja pierdzielę. Jak mam jechać jak mi migacz nawala?
A moje zakupy? Cyk, cyk, cyk ...I jeszcze bankomat muszę zaliczyć! Cyk, cyk, cyk .... A do tego słońce nawala, nawala przez szyby - ugotuję się normalnie żywcem. .......Przygrzało mi  masakrycznie. Cyk, cyk cyk, migacz mruczy. Wróciłam pod teściów. Wściekła, ugotowana, żądna mordu....
- Idź po dziadka - powiedziałam do syna a sama sięgnęłam po telefon. Oczywiście dryń dryń do męża.
- Halo?
- Halo? Ja ci dam halo!!!! Kurwa, jak mi ruszysz jeszcze raz muzę w aucie to cię zatłukę rozumiesz? i szlag kurwa jego mać trafił migacz, nie żyjesz stary i jeszcze te cholerne zakupy, nie! no kurde rozwód normalnie! Bez auta w tym tygodniu trupem jestem!!
Wyłączyłam tela, bo co będę gadać z kolesiem, gdy teściu nadchodzi.
- Patrz dziadek, migacz oszalał. Nie wiem co jest. I kurde auto mam wyłączone. Co  za grat...
- No widzę, że mruga.
- Co?! Z tamtej strony też?! - ryknęłam zszokowana....
Ja pierdzielę, zamawiam złomiarza, niech zabiera tą kupę żelastwa.
- A ty czasem nie masz włączonych świateł awaryjnych, co?
- CO?!

Słów mi zabrakło na siebie .....kierowca z koziej dupy.

Ale tak to jest -furia oślepia. A mnie jak poniesie to w ciemny las szaleństwa.

A na gadu mężulo odpowiedział spokojnie:

włączyłaś awaryjne ale przecież nie dałaś mi dojść do słowa

Palantka ze mnie czasami jest normalnie. Pif paf w ten pusty łeb.

Oczywiście mój wybuch spłynął po nim  jak po kaczce.

Wie, że szaleństwo mi mija i znowu jestem do życia. Na moment.

Jak on ze mną wytrzymuje?!

Mężu, podziwiam cię, naprawdę.

Ale wyłączanie mojego sprzętu w moim aucie jest ZBRODNIĄ!!!! I to mega! Więc drzyj, jak wrócisz!!!!





-------------
Starszego rysowanie :)


------------------


Ale tak sobie myślę, ze skoro muzyka wycisza lekkich psychopatów, jak np mnie, to nagle uderzyła mnie taka wizja. Muzyka w więzieniach. Nie ma, że boli. Muza i taniec. Nie mówię balet, bo to by było hahahaha chyba za mocne. Takie wydzierane morduchny i lekkość kroków, buahahaha  I te obcisłe getry i baletki. I ten zryw i krok.  Chyba  łykaliby tonami  gwoździe  by nie było takiej obsuwy. "Zimny Bolo" rozgrzany łabędzim drygiem. Choć może Figle Szatana skusiłyby niektórych. Tytułem, a potem ups .....przepaść, hahahaha
Ale ogólnie przydałby sie przymus dwu godzinnych dryfowań w muzie. Na pozbycie się wszystkiego. Muza i taniec dobre są na wszystko. Artystyczne doznania w pląsach. Wszak muzyka łagodzi obyczaje.





z kopyta

Syn wrócił ze szkoły. Pierwsze moje pytanie:
- I jak ci poszło z anglika? 
- No nie wiem ...kiepsko jakoś - a oczka śmieją się, przy uwadze też się śmiały...hm...
- No trudno. Pokaż mi test.
Przecież nie będę szat rwać. Bywa ....
Syn pokazał, a ja patrzę i nie wierzę. Test zaliczył na szóstkę. Wszystkie punkty zdobyte. Chapeau bas.
Aaaaaaa -  zatańczyłam taniec radochy, z synem na rękach. Bosko, Starszy, bosko.

To ważne, że pierwszy test tak wyszedł, bo dodaje skrzydeł i wiary. I dziecku i rodzicom, że jakoś obleci. Może, hahaha
Choć mam wrażenie, że po synu spłynęło jak po kaczce i większą radochę miał z naszej reakcji.
Nawet to, że dostaje pieczątki znakomicie muszę wyduszać, albo widzę w zeszycie.
- Ej co się nie chwalisz, co?
- Zapominałem  ...
No właśnie, podobno ocen miało nie być w pierwszej klasie, a tu "szóstka". Mam nadzieję, że nie jedyna.
Ale z powodu słabszych ocen jazdy synowi nie zamierzam robić. Bo wół nie zapomniał jak cielęciem był hahahaha.....
Najważniejsze, by był kumaty i szedł do przodu. I ogarniał ludzkie stado.



Postanowiłam być dzielna i zmierzyć się z bestią kuchenną - nie z rogami, a z kopytkami. Właściwie to obeszłam temat od tyłu prosząc mężula o ugotowanie ziemniaków. Potem facet sam rozwinął skrzydła, spojrzał na przepis, wrzucił mąkę, jajka i robotem zamieszał mówiąc:
- Dalej ty rób.
I zaczęło się piekło. W jasnościach wielkich. Nie wiem co on zrobił, ale wyszedł jakiś klejący się glut, więc dosypałam maki. Większość na siebie. Trzeba mieć talent. I to wyjątkowy, więc w ogóle wszystko do dupy poszło. Albo na podłogę. Albo na mnie. No kuchnia wyglądała tak jakby ktoś ją z kopyta pociągnął.
Upaprana byłam niesamowicie, a ta breja nie chciała zamienić się w produkt jadalny.
To nie był dzień na gotowanie, po prostu. Jak większość moich dni, hahahaha.
Dobita zaczęłam myć stolnice. Wielkie, drewniane nieporęczne coś. Woda podstępnie wyciekła na podłogę. Mężulo z synem jak loża szyderców stanęli w progu kuchni i z uśmieszkiem mówili o jakimś zakrętasie.
- No mama tak ma, hahahahaha.....
Wysłałam ich do piekieł. Znaczy się do sklepu po ziemniaki. Bo myślę, ze tam diabeł utkwił z rogami i żadne kopytka wyjść nie mogły. Chyba ...
Opanuję tego czorta. 
Jeszcze raz spróbuję, niech tylko ochłonę.

Zajęłam się układaniem puzzli. Trening cierpliwości i opanowania, zwłaszcza przy tych, gdzie niektóre elementy lecą. Przyszedł Starszy.
- Pomożesz?
- No pewnie.
Zaczął układać.
- No, no ... nieźle ci idzie.
- Bo wiesz mamo, im jest się mniejszym tym bardziej kumatym.



I złożył globus sam.

Ten dzień rozłożył mnie na łopatki. Z kopyta.





poniedziałek, 21 października 2013

bo to poniedziałek był :)

Wracamy z synem ze szkoły. Spacerkiem w ten cudny dzień idziemy sobie leniwym krokiem, a liście szeleszczą pod nogami...
- A wiesz dostaliśmy jabłko i paprykę od pani. Jabłko zjem, ale papryki nie ruszę....
- No właśnie, dlaczego nie lubisz już papryki?
- Nie wiem, nie ruszę jej i koniec
- Mówisz tak jakby ci kazali zjeść robala jakiegoś,o na przykład takiego tępoodwłokowca!
Syn popatrzył na mnie i z uśmiechem rzekł:
- Wiesz, jakby go fajnie przypiekli to może bym go zjadł, ale papryki nie ruszę.




 robal konta warzywo


(fotki z netu)


Młodą ścięło po przedszkolu. Zażądała bajki, więc dostała. Patrząc zasnęła. Spała do Pingwinów. Pierwsze akordy pieśni od razu wyrwały ją z wyra. Po prostu wkroczyła do pokoju jak zombi. Ledwo patrząc na oczy żądała obrazów.
Uzależnienie mega, bo jak jeść nie chce wystarczy, że powiem:
- Ok, to nie będziesz oglądać Pingwinów
A Młoda natychmiast kapituluje mówiąc:
- Noooo dobraaaa.
i zaczyna wcinać "tą paskudną zupę", ten "wstrętny kotlet" .
Dzisiaj też tak było. Odmówiła jedzenia. Jasne obiad w przedszkolu był taki wypasiony, ze wystarczy do śniadania. Ehe.
- Mam wyłączyć?
- Nooo dobraaaaa zjem.

A potem zamiast spać jej świeży, wyspany umysł zażądał gry w memo. Zagraliśmy. Wygrałam.
- Młoda co z twoją koncentracją, co?
W drugiej rundzie córka zrobiła mi pogrom i zaśpiewała:
- Baran, baran, baran - z diabelskim chichotem.


Kazałam iść im spać, nawet ojciec czekał na nich w pokoju z książką ....

Dzieciaki jednak spać nie chciały. Miały inny plan. Zachciało im się jeść. Dawno już wykminiły, że jest to dobry sposób na niespanie. Która matka odmówi pożywienia głodnemu dziecku?! No  która?!
Więc utkwiłam w kuchni przygotowując im super wyżerkę. Parówki.
- Kurde, ale mnie wkurzacie. Teraz zaczyna się mój czas, mój film i co? I tkwię z wami w kuchni. Ja już nie chcę mówić, że jest późno i powinniście spać. A jak się pytałam czy jesteście najedzeni to tak tak, tak mamo i co? gucio....Normalnie trafi mnie kiedyś.

Ha, nie ma to jak groźba, wręcz szantaż psychiczny...

- A co maleńka, myślałaś że będzie łatwo? Nie ma takiej opcji.

Syn dobił mnie doskonałym strzałem. I zbójeckim uśmiechem.

Wyszłam z kuchni, by nie wyjść z siebie. Dzieciaki przegadały pół godziny. Bez kłótni. W komitywie.

A ja zrobiłam prawie mostek! :)

"Wyginam śmiało ciało
to dla mnie -MAŁO"


Mózg zresztą też, by opanować swoje Gadziątka.





kuref-ski tekst

Swoje emocje, złe emocje, paskudne emocje zamykam w jednym słowie: KURWA!!!

Kurwa jest dobra na wszystko.

O czym najlepiej wiedzą niektórzy mężczyźni. Na szczęście niektórzy faceci. 

Ale ja nie o tym.

Ja o słowie, ostrym słowie, co hamuje wybuch emocji, a właściwie jest produktem finalnym eksplozji.

Taki słowny tunel, który z przykrego stanu wyrzuca na brzeg luzu.

Patrząc do lustra pytam się, taka zdruzgotana pytam się - kurwa, gdzie są rysy twarzy mej?

Patrząc do lustra przed wyjściem wyrywa mi się - Kurwa! ale wylewa się.......

Dostałam list z odszkodowań - kurwa! za co im płacę?!

Wpadłam w stan frustracji. To takie przyciasne ubranko, co hamuje ruchy. I psuje smak jedzenia wszelkiego. I w ogóle zaburza wszelkie receptory.

Noż, kurwa ...

Wzięłam się za się. Padłam na podłogę. Zestaw ćwiczeń. Nie będę sztywniarą! O! NIE!

Zaczęła się ma walka o przetrwanie.

Starość kontra Arte.

Pewnie weszłam  w wiek kryzysu. Będzie mi odbijać. Będę szaleć. Czepiać się pazurami, by w trzydziestce pozostać. By nie spływać tak szybko w mroczną toń pięćdziesiątki. no chyba, że ktoś wódkę poleje ....

Ale tak pijąc cole i jedząc chipsy, czego zazwyczaj nie robię, więc tym razem pałaszując wszelkie gówna tego świata jak typowy patrzałkowiec tivi, co już sam fakt takich poczynań jest już świadectwem mego upadku, więc tak wpierdzielając patrzyłam na Kill Billa.

Bing bang,...... bing -bang......




Uma Thurman porwała. Te sceny w kuchni, ahahaha. I te wyskoki. I ta przemoc w wykonaniu Tarantino.  I ta muza.  Rozpływam się, bo ten facet mnie rozwala, po prostu....zabawny jest.
Zmieniałam pozycję.
Ała!

Zamieniam się w dupę wołową. Kotlet przysmażony.

Bing-bang....bing - bang ....

Arte zastrzel siebie. Bo gdzie ty podążasz?! .

Chyba w stronę światła. Zmasowane kalorie stają się ubitą drogą prosto w bramy zaświatów. I jeszcze z tą dupą w bramy raju nie zmieszczę się. Do diabelskiego kotła też nie, ale to marne pocieszenie....właściwie załamka ...bo gdzie z takim dupskiem iść?!

Jak się człowiek rozlewa na wszystkie strony to traci energię. tracąc energię staje się masą. Masą bez polotu. Bo co? Podskoczyć umie?! Chyba, że po lody ....

A gówno.

10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2,1, 0 start!

Zrobię mostek, a co! :)


I to bez kupy w gaciach.

Choć chcę pożegnać 6 kilo :)))))))))))



W ramach tego -poszłam na spacer. Do cukierni. Po w-ztkę. Mniam. Pyyyyyyyyychaaaaa.
Pani rzuciła okiem na mnie i chyba widziała ten sprytny plan odchudzania, bo zamiast dwóch zamówionych porcji dostałam trzy!
To dopiero wyzwanie.














sobota, 19 października 2013

Synkofo

Syn miał już pierwszy test. Test z angielskiego.
- I jak ci poszło?
- Dobrze...źle...nie wiem.
- Aha, a na czym polegał ten test?
- Nie pamiętam.
Syn ma swój świat, a szkoła bynajmniej nie jest nim. Zresztą nie wiem czemu się dziwię. Ja do tej pory nie czaję świata ....
Dziecko z próbówki fajna rzecz.
- Proszę mi tu z tej drabinki wywalić to i to i tamto....a dać to i owo....
Nie! nie! co ja mówię.
Syn ma prawo być sobą.
Tylko muszę to przełykać, przetrawić, by w gardle nie stawało.
To jest trudne.
Podobieństwo. Jak lustro. Ja pierdzielę - ale jestem koszmarem, buhahahahaha.
Ha, to wcale nie jest śmieszne ...
Zmiana frontu, by nie oszaleć - " nie, nie to jest urocze ...." Tylko kurde nie wiem dla kogo. Czasami czuję się zmęczona tym wszystkim.....Nie jest to bynajmniej brak akceptacji tylko po prostu porażenie mózgowe.
Koszmar rodziców - taki taniec cieni na ścianie.
A syn przecież tłumaczył mi, np. kiedy wpadał na framugę drzwi:
- Gdzie masz oczy?
- Mamo, jestem taki sam ja, też sobie robię krzywdę ....

Są uroki, które bywają wkurzające.

Roztrzepanie .... o pasowaniu na ucznia też wiedziałam i jakoś nie pomyślałam, że z niektórych ubrań syn mógł wyrosnąć, choć wszem i wobec gadam: - kurde, ale rośnie!!! FUCK, strój wizytowy mały! Na szczęście okazało się, że sztruksowe czarne spodnie mogły zastąpić na luzie spodnie garniturowate.Mogły, bo jeszcze z nich nie wyrósł. Koszulę zakrył sweter - jakoś uszło z przykrótkimi rękawami. A miałam już gnać do sklepu. Dwie godziny przed uroczystością. Bywa.

Syn wymiata więc podwójnie - co spodnie, to do kostek, a co pytanie - mina kosmity. I te miny do zdjęć...wypisz, wymaluj cała mamusia....Tak matka ma twierdzi. Mamusia, kurna jego ....Apage satanas...brrrr...Ostatnio tak mnie zjeżyła, ze szkoda słów ....

Na uroczystości przeżyłam szok. Syn brał udział w programie artystycznym. A jak się pytałam  to powiedział tylko, ze na próbach jest tak nudno, że wygłupiał się z kolegami, aż dostał uwagę.
No taki facet.... nie będzie jęzora strzępił ...

Starszy dla odmiany zaczął z chęcią chodzić na karate. Odwróciło się. Może dlatego, że swą przebiegłością zalałam niechęć synka:
- Okej , wypisuję cie z karate i zapisuję na gimnastykę korekcyjną...
- CO?
- To co słyszałeś ...... - nanananan w duszy mi gra hahahahaha
- Noooo dobra - po chwili syn skapitulował totalnie - będę chodził na karate.
I śmiga. Ostatnio nawet kazał mi przyspieszać, bo nie chciał się spóźnić ...

- Mamo, trener mówił, ze mamy w domu trenować.
- To potrenujemy
- Ja nie mogę z tobą trenować bo ja mam silnego kopa, wiesz? Ale możemy się siłować na ręce. Jak przegrasz robisz trzy pompki.
- Dobra - odpowiedziałam zaskoczona, bo co tu powiedzieć słysząc poważny ton syna. Zaduszony śmiech uleciał uszami.

W nagrodę dostał kompa. Hahahaha z zadaniami matematycznymi. Dodawanie do 50.
121 odpowiedzi dobrych. Jedna zła, bo źle wpisał  ....Starszy to lubi. Mówiłam: kosmita!
I taki roztrzepaniec ogarnia matmę. Jak Albercik normalnie, hahahaha






Zabawa wspólna - rysowanie. Mistrz rysunku rządzi. Nawet ja potrafiłam coś narysować!!! :))))
Naprawdę, super zabawa.
Syn wyrysował parę rzeczy, ale swoje dzieła gdzieś zaszył, więc prezentuję swoje dzieło. Oto ja beztalencie maznęłam kresek parę.




 TO MOJE DZIEŁO NARYSOWANE W OPARCIU O KSIĄŻKĘ :DDDDD




A potem stało się coś czego nasze mózgi nie ogarnęły. Dzieci postanowiły nie spać.
Syn pajacował udając pirata. Córka zajęła się rysowaniem.
Można było mówić, grozić, gasić światło. Wypełzały z łóżek i dalej swoje. Po prostu odbiła im typowa palma.
Hahahaha, wysunęliśmy teorię, że tym razem nie było balangi, więc dzieci starały się potrzymać tradycję, hahahaha. Chociaż jak jest imprezka to raczej idą spać. Bo co będą się na nas lampić jak spływamy :)

Machnęliśmy ręką. Jutro sobota, zobaczymy do której pośpią ....
Około wpół do pierwszej nocy zaległa cisza. Polazły do łóżek. Odpaliliśmy film z Tomem Cruisem. Film leci, leci, akcja nabiera tempa i nagle:

- Która jest godzina?!

Zszokowani popatrzyliśmy po sobie. No on chyba zwariował....jeszcze nie śpi?!?!?!

- Synu, jest już szósta! - O mało nie parsknęłam brechtem z blefu męża. Zatkałam sobie usta.

- ŁOOOOŁ - entuzjazm syna był tak wielki, że już trudno było nam pohamować śmiech, łzy same płynęły.

Tup, tup tup...

- Co kłamiecie, jest pierwsza. Nie będę spał do rana.
- Dobrze synu, ale czuwaj sobie w łóżku.

Film skończył się o trzeciej. Syn spał.

O której dzieciaki wstały nie wiem. Wiem, ze ja pospałam do dziewiątej. Wow.


Kiedy robiłam śniadanie dopadł mnie głos syna:

-Mój miecz świetlny zaraz dopadnie twój żałosny tyłek.

On mówił do mnie!!!!

Mój tyłek....aaaaaaaa!