Pomiędzy kawą a piwem życie toczy się. Pomiędzy nartostradami a wyprzedażami życie toczy się. Pomiędzy zawsze coś jest.
Jedziemy w góry. na narty. Po raz kolejny zamknięci w puszce spędzamy czas razem.
- Jeju, ile zakrętów. Wrócę tu na wiosnę. Młoda przejdziemy się tutaj co?
- Nie, bo nie mam stroju ani kasku.
- A przestań, nie bądż drętwa - podpuszczam dzieciaka.
- Nie można tak. A poza tym ty jesteś wariatem, wariatem drogowym. Jeździsz za szybko. Nie wiem czy wiesz o tym, pewnie wiesz, że jesteś wariatem, ale masz to pewnie w dupie - dziecko zamyśliło się - jak wszystko.
- Wiesz co kochanie?
- Co?
- Rozmowa z tobą to jak dialog z sama sobą - zbrechtałam, bo już nie wytrzymałam.
Na wyprzedażach kupiłam w końcu strój i buty na moto. I zaczynają się chwile miłego napięcia i oczekiwania, kiedy to przyjdzie? Czy będzie dobre? Jak będę wyglądać? Zmieszczę się ??? Chcę już wiosny. Tych chwil swoich na drodze. Swojej adrenaliny. Ryku silnika. Zapomnienia. Lekkości ducha.
Ucieczki w nieznane.
- Auć, Młoda, wymasuj mi ,proszę, palce u ręki, bo mi zdrętwiały.
Młoda masuje, masuje.
- Wiesz, masz bardzo delikatne dłonie i robisz to rewelacyjne. Świetne dłonie, naprawdę
- To od pykania. Muszę grać jeszcze więcej na tablecie!
Śnieg za oknem. Zima zakradła się na południu kraju. Pięknie wyglądają drzewa iglaste przybrane w biel. Zmrożone zimnym oddechem wiatru. Bajkowa zima. Niewiarygodny krajobrazy. Wystarczyło tylko 100 km przejechać by odnaleźć inny świat. Czasami można zrobić krok w bok by znaleźć inną przestrzeń.
- Ja chce kotka! małego kotka - po raz setny Młoda wydarła się na temat kotka, który jest do wzięcia. Małego kotka. Temat męczy od rana. Ech. W sumie ja jestem za, bo co młode kocie to młode kocie, a nie nasza stara, znudzono-leniwa Diana.
- Nie! - po raz kolejny stanowczo zareagował Mooniek - nie!, przedyskutowaliśmy ten temat i nie, nie zgadzam się!!!
- Będę grzeczna, Mamo, ja spróbuję być grzeczna.Naprawdę będę grzeczna. Przez tydzień będę grzeczna, bo co mi w końcu to szkodzi?
Na co Igor wyparował:
- Jak to co? Życie...życie ci szkodzi, hahahahaha
Młoda jednak jakby nie słysząc uwagi brata dalej jęczała:
- Tato! Ty zawsze jesteś na nie. Nie staniesz na jedzenie, bo kromki są w aucie, kotka też nie chcesz, wszystko nie, nie, nie, nie. Na wszystko Nie! To nie jest fajneeee!!!!
- Kochanie i to sobie zapamiętaj: znajdź sobie faceta który, będzie mówił tak, a jak zacznie mówić nie to się rozwiedź - zripostowałam.
Muzyka lekkiego niepokoju płynąca z głośników była niczym nuta wiatru co za oknem gnał. Za czym my gonimy? Ułuda karmą każdego z nas. Byle tylko by nie zatrzymać się. Passe, passe. Trzeba gnać, zajebać się, by być cool.
A ja lubię tak, siedzieć w kącie, w czterech ścianach, zasłuchać się i trwać. Zanurzyć się w kurzu co osadza się z czasem na ubraniach. Jestem antykiem, reliktem, rupieciem. Przestrzenią między kartami książek.
Nie mam za dużo tych chwil. Ostatnio nie mam żadnych chwil. Nie mam nic. Praca. Zarypanie. Bez sił i energii. Żywy trup.
Dobrze, że na narty jeździmy. Mooniek już patrzeć nie mógł. Nawet mnie nie wkurwiał mnie. Nic nie działało na mnie. Nic. Zobojętnienie na świat.
- Mooniek, rozwiodę się z tobą......
- Ale po co? robisz co chcesz, wszystko masz gdzieś, i co ty chcesz?
- Miłości? Ej Młoda jak będziesz mieć nie czułego faceta to się rozwiedź, tzn. nie wychodź za mąż, znajdź takiego co będzie dla ciebie wszystkim...
- Czyli jak nie będzie fajny to mam się rozwieść, a potem znaleźć fajnego?
- No tak. Żyję się raz. I mam być bosko. Miło. Czule.
Zamyśliła się.
- Wiesz mamo, życie to jest jednak trudne, trzeba podejmować ciężkie decyzje...
Zapadła cisza.
Konsternacja.
Jednak nie trwała ona za długo. Tym razem syna wzięło na opowieści.
- Starszy, ale dlaczego nie wypowiadasz się precyzyjnie? Jesteś jak twoja babcia, ten, tego, no wiesz, tam...
- Bo oszczędzam słowa.
- Nie oszczędzasz słów tylko nie tegujesz.
- Zaimki są od zaimkowania wiec zaimkuję.
Wypożyczalnia. Znowu zaczynają się dramaty dzieci. nie te buty, Kaski. Denerwujące skarpetki. Uwierające rękawiczki.
Zaciskam zęby.
Kolejny dramat jest solowym występem córki.
Kiedy wjechaliśmy na szczyt Młoda nagle dostała szału. Nie będzie zjedżać.
No stanęła i w płacz.
Nie docierało nic. Nic nie docierało. Tylko gile leciały gęstym strumieniem z nosa.
Zostawiłam ją z Moonkiem a sama pognałam za synem.
Musiałam ochłonąć.
Ostre zjazdy, muldy. piękna trasa. Wymagająca już jakiś umiejętności. Co chwilę ktoś gdzieś zarył sobą w śniegu.
Kiedy wjeżdżaliśmy kolejka zadzwoniłam do męża:
- I jak tam?
- Stoję w tym samym miejscu.
- Ok, już jadę z synem. Wezmę Młodą.
Dojechałam.
- Dawaj rękę Młoda i zjeżdzamy.
- Boję się - i płacze a gile lecą ...jak ja nie znoszę zasmarkanych dzieci...
Złapałam Młodą za rękę. Zjeżdżałyśmy wzdłuż stoku:
- Nic się nie dzieje, jedziesz wzdłuż i skręt. Skręcaj!!!
- Ale ja się boję!!!!!
- Gówno mnie to obchodzi. Umiesz jeździć więc koniec. skręcaj!!! w prawo!!!
Udało się jakoś.
Stanęłyśmy:
- Młoda , powiem tak nie wychowawczo, ale kurwa mać , zaraz szlag mnie trafi , potrafisz zjeżdżać, potrafisz!!! inaczej nie wjechalibyśmy tutaj, ja pierdolę, Młoda, weź się w garść. Błagam Cię. A teraz jedź, jedź i zakręty, nie na dechę, zakręty i wzdłuż stoku. Rozumiesz??!!!
I zjechała.
Zjechała sama.
I po co te dramaty? no po co?
Ech...
Stałam wyżej patrzą jak sobie radzi, czasami jechałam nad nią krzycząc:
- Pięknie! Brawo! Jestem z ciebie dumna!!!!!
Na dole wycałowałam buziola.
- No i brawo ty. Dałaś radę!!!! a teraz chodź na ośla łączkę...
- Nie!, chce jeszcze spróbować.
- Serio?
I wjechałyśmy na szczyt i to nie jeden raz.
Jedziemy w góry. na narty. Po raz kolejny zamknięci w puszce spędzamy czas razem.
- Jeju, ile zakrętów. Wrócę tu na wiosnę. Młoda przejdziemy się tutaj co?
- Nie, bo nie mam stroju ani kasku.
- A przestań, nie bądż drętwa - podpuszczam dzieciaka.
- Nie można tak. A poza tym ty jesteś wariatem, wariatem drogowym. Jeździsz za szybko. Nie wiem czy wiesz o tym, pewnie wiesz, że jesteś wariatem, ale masz to pewnie w dupie - dziecko zamyśliło się - jak wszystko.
- Wiesz co kochanie?
- Co?
- Rozmowa z tobą to jak dialog z sama sobą - zbrechtałam, bo już nie wytrzymałam.
Na wyprzedażach kupiłam w końcu strój i buty na moto. I zaczynają się chwile miłego napięcia i oczekiwania, kiedy to przyjdzie? Czy będzie dobre? Jak będę wyglądać? Zmieszczę się ??? Chcę już wiosny. Tych chwil swoich na drodze. Swojej adrenaliny. Ryku silnika. Zapomnienia. Lekkości ducha.
Ucieczki w nieznane.
- Auć, Młoda, wymasuj mi ,proszę, palce u ręki, bo mi zdrętwiały.
Młoda masuje, masuje.
- Wiesz, masz bardzo delikatne dłonie i robisz to rewelacyjne. Świetne dłonie, naprawdę
- To od pykania. Muszę grać jeszcze więcej na tablecie!
Śnieg za oknem. Zima zakradła się na południu kraju. Pięknie wyglądają drzewa iglaste przybrane w biel. Zmrożone zimnym oddechem wiatru. Bajkowa zima. Niewiarygodny krajobrazy. Wystarczyło tylko 100 km przejechać by odnaleźć inny świat. Czasami można zrobić krok w bok by znaleźć inną przestrzeń.
- Ja chce kotka! małego kotka - po raz setny Młoda wydarła się na temat kotka, który jest do wzięcia. Małego kotka. Temat męczy od rana. Ech. W sumie ja jestem za, bo co młode kocie to młode kocie, a nie nasza stara, znudzono-leniwa Diana.
- Nie! - po raz kolejny stanowczo zareagował Mooniek - nie!, przedyskutowaliśmy ten temat i nie, nie zgadzam się!!!
- Będę grzeczna, Mamo, ja spróbuję być grzeczna.Naprawdę będę grzeczna. Przez tydzień będę grzeczna, bo co mi w końcu to szkodzi?
Na co Igor wyparował:
- Jak to co? Życie...życie ci szkodzi, hahahahaha
Młoda jednak jakby nie słysząc uwagi brata dalej jęczała:
- Tato! Ty zawsze jesteś na nie. Nie staniesz na jedzenie, bo kromki są w aucie, kotka też nie chcesz, wszystko nie, nie, nie, nie. Na wszystko Nie! To nie jest fajneeee!!!!
- Kochanie i to sobie zapamiętaj: znajdź sobie faceta który, będzie mówił tak, a jak zacznie mówić nie to się rozwiedź - zripostowałam.
Muzyka lekkiego niepokoju płynąca z głośników była niczym nuta wiatru co za oknem gnał. Za czym my gonimy? Ułuda karmą każdego z nas. Byle tylko by nie zatrzymać się. Passe, passe. Trzeba gnać, zajebać się, by być cool.
A ja lubię tak, siedzieć w kącie, w czterech ścianach, zasłuchać się i trwać. Zanurzyć się w kurzu co osadza się z czasem na ubraniach. Jestem antykiem, reliktem, rupieciem. Przestrzenią między kartami książek.
Nie mam za dużo tych chwil. Ostatnio nie mam żadnych chwil. Nie mam nic. Praca. Zarypanie. Bez sił i energii. Żywy trup.
Dobrze, że na narty jeździmy. Mooniek już patrzeć nie mógł. Nawet mnie nie wkurwiał mnie. Nic nie działało na mnie. Nic. Zobojętnienie na świat.
- Mooniek, rozwiodę się z tobą......
- Ale po co? robisz co chcesz, wszystko masz gdzieś, i co ty chcesz?
- Miłości? Ej Młoda jak będziesz mieć nie czułego faceta to się rozwiedź, tzn. nie wychodź za mąż, znajdź takiego co będzie dla ciebie wszystkim...
- Czyli jak nie będzie fajny to mam się rozwieść, a potem znaleźć fajnego?
- No tak. Żyję się raz. I mam być bosko. Miło. Czule.
Zamyśliła się.
- Wiesz mamo, życie to jest jednak trudne, trzeba podejmować ciężkie decyzje...
Zapadła cisza.
Konsternacja.
Jednak nie trwała ona za długo. Tym razem syna wzięło na opowieści.
- Starszy, ale dlaczego nie wypowiadasz się precyzyjnie? Jesteś jak twoja babcia, ten, tego, no wiesz, tam...
- Bo oszczędzam słowa.
- Nie oszczędzasz słów tylko nie tegujesz.
- Zaimki są od zaimkowania wiec zaimkuję.
Wypożyczalnia. Znowu zaczynają się dramaty dzieci. nie te buty, Kaski. Denerwujące skarpetki. Uwierające rękawiczki.
Zaciskam zęby.
Kolejny dramat jest solowym występem córki.
Kiedy wjechaliśmy na szczyt Młoda nagle dostała szału. Nie będzie zjedżać.
No stanęła i w płacz.
Nie docierało nic. Nic nie docierało. Tylko gile leciały gęstym strumieniem z nosa.
Zostawiłam ją z Moonkiem a sama pognałam za synem.
Musiałam ochłonąć.
Ostre zjazdy, muldy. piękna trasa. Wymagająca już jakiś umiejętności. Co chwilę ktoś gdzieś zarył sobą w śniegu.
Kiedy wjeżdżaliśmy kolejka zadzwoniłam do męża:
- I jak tam?
- Stoję w tym samym miejscu.
- Ok, już jadę z synem. Wezmę Młodą.
Dojechałam.
- Dawaj rękę Młoda i zjeżdzamy.
- Boję się - i płacze a gile lecą ...jak ja nie znoszę zasmarkanych dzieci...
Złapałam Młodą za rękę. Zjeżdżałyśmy wzdłuż stoku:
- Nic się nie dzieje, jedziesz wzdłuż i skręt. Skręcaj!!!
- Ale ja się boję!!!!!
- Gówno mnie to obchodzi. Umiesz jeździć więc koniec. skręcaj!!! w prawo!!!
Udało się jakoś.
Stanęłyśmy:
- Młoda , powiem tak nie wychowawczo, ale kurwa mać , zaraz szlag mnie trafi , potrafisz zjeżdżać, potrafisz!!! inaczej nie wjechalibyśmy tutaj, ja pierdolę, Młoda, weź się w garść. Błagam Cię. A teraz jedź, jedź i zakręty, nie na dechę, zakręty i wzdłuż stoku. Rozumiesz??!!!
I zjechała.
Zjechała sama.
I po co te dramaty? no po co?
Ech...
Stałam wyżej patrzą jak sobie radzi, czasami jechałam nad nią krzycząc:
- Pięknie! Brawo! Jestem z ciebie dumna!!!!!
Na dole wycałowałam buziola.
- No i brawo ty. Dałaś radę!!!! a teraz chodź na ośla łączkę...
- Nie!, chce jeszcze spróbować.
- Serio?
I wjechałyśmy na szczyt i to nie jeden raz.
















