wtorek, 14 października 2014

Wakacje cz. II - full foto :D



Nowy Targ

to

miasto ze smakiem. Dlaczego warto tam pojechać? 
A na lody nowotarskie.

A tak poza tym to miasteczko jest takie sobie,
 choć podobno stolicą Podhala jest. 
Nie wiem. 
Ale skoro tak piszą to widocznie tak jest.
Amen.

Wpadliśmy tam ze względu na coroczne Jarmarki Podhalańskie i trochę zawiedliśmy się. 

Parę bud i stoisk  z serami, z kożuchami i wyrobami własnymi.
Nic nadto.
Mało, za mało.

A jak historia powiada to jarmark już za Kazimierza Wielkiego dudnił tu życiem, że hej.

Ale nic nie trwa wiecznie.

Hej.


sobota, 11 października 2014

Ratowanie klapka cz1 wakacji :D



Zajechaliśmy do rodzimych stron dziadka mego, co góralem był. Prawdziwym. Nie mniej jednak wojna namieszała i z górala ceper zrobi się, więc mój ojciec na nizinach rodzonych stracił góralską krew. Za to w jego córce zagulgotało coś w żyłach, znaczy w moich. To jest ta kraina, gdzie czuję się jak ryba w wodzie. Mogłabym tu żyć, a że nie żyję, za to bywam. Niestety coraz rzadziej.



piątek, 3 października 2014

Red bull, red bike, red majtasy i haeven mój.

- Nie pozwalasz mi grać na tablecie bo mnie nie kochasz! - krzyknęła córa w moja stronę, zaciskając wargi oraz splecione ręce wokół swojego ciała.
- Kochanie, to jest szantaż emocjonalny...


czwartek, 2 października 2014

o, dziwo! :)

Pojechałam do restauracji zamówić przyjęcie komunijne na 2016 rok. Tak, na 2016 rok. Takie czasy.
Wybrałam restaurację, gdzie  10 lat temu odbywało się nasze wesele. Właściciele, o dziwo, pomimo znacznego upływu czasu, pamiętali mnie.
- Ty wiesz, ze oni w ciągu dwóch tygodni zorganizowali wesele na 150 osób i tyle gości było, pomimo, że były to wakacje. Porządna rodzina i znajomi.- zwrócił się szef do swojego znajomego.
- No wie pan, każdy był na tyle zdziwiony, ze jednak bierzemy ślub, że musieli to zobaczyć na własne oczy- zażartowałam sobie - zresztą ja i suknia hahahaha ....wydarzenie roku.
Ale tak było. Było tak, ze firma chciała mnie wysłać w delegację, która kompletnie mi nie leżała. To sobie wymyśliłam ślub.
Ha!
W ciągu miesiąca i paru dni załatwiliśmy wszystko.. Zresztą co ja będę stresować się planowaniem uroczystości.
Szybki strzał po temacie.
Nie było smutnego wyjazdu za to była niezła balanga.
- Ale nie jesteś w ciąży? - zapytania rodzinki były monotematycznie nudnawe.
- A propos ciąży to ciąży mi kieliszek w dłoni, na zdrowie!
Dwa dni zabawy. Nawet ja to pamiętam do dzisiaj. O dziwo.
Natomiast biedny T. do dzisiaj na mnie patrzy dziwnymi oczami. Chyba biedak z szoku wyjść nie może. Za to wyszły nam dwa potworne potworzaste potworki, które potwornie kocham. Pomimo, ze guzdrają się jak ich ojciec. A przy tym tempie ruchów miłość spada do -220 stopni w skali Celsjusza.
- Albo zrobię wam transfuzję krwi albo zmajstruję coś przy DNA, bo nie wytrzymam, normalnie nie jesteście moimi dziećmi, tylko ......nie wiem kogo.......chyba teściowej mojej - a jednak mówię jak opętana kobieta, bo opętane kobiety pętają słowami Bogu winne matki swoich mężów.
- Ja jestem twój, bo mam twoje poczucie humoru hahahaha- syn szybko oponował, Młoda zaś zlała tekst radosnym okrzykiem:
- Kasztaaaanyyyy,....... - i pobiegła pod drzewo prawie nurkując nosem w trawie.

Dzieci odstawiłam do instytucji. Moje mieszkanie: kawa i muza. Luz. Zerknęłam na bałagan. Nie piszczy, nie marudzi, ma się, jednym słowem, dobrze, więc nie ruszyłam go.
Wyciągnęłam nogi i wpadłam w marzenia. Tracę czas, ale co tam. Fajnie tak zwisnąć nad swoim zwojem. Rozłupywać go powoli patrząc z radością dziecka na kryjące się tam robaczki.O jakiś czerwony ...

Czas wolności minął nieubłaganie. Poleciałam po Potworki. Oczywiście kultowe pytanie musiało paść:
- Synu, jak było  w szkole?
- Rysowałem komiks.
- Aha, ale na lekcjach jak było?
- No to mówię, rysowałem komiks.......
Młoda w tym czasie była podrywana przez przedszkolnego kolegę. On wołał ją po imieniu, a ona zerkając zza ramienia uśmiechała się jak to ona potrafi.
- A czyj to rower? Młodej? - zapytał się zdziwiony Kacper, pokazując na mój rower, który prowadziłam.
-  Pewnie, że to Młodej.
- Taki duży? Jak Młoda jeździ?
- Normalnie. Ma magiczne siedzenie i jak siada to nogi jej rosną.
- TAK?
- NOOO
- To pokaż.
- E tam, Młoda pokazywała jak była mała, teraz wstydzi się.
No to pogadałam sobie z ...., jak by to powiedzieli na pewnym obszarze, z przyszłym zięciem

Ledwo dotarliśmy do domu i wybiła 15.00.- godzina męczeństwa, przepraszam, obiadu,
Dzieciaki zawisły nad rybą.
- Bo my dzisiaj śpiewaliśmy - Młoda wstała z krzesła i stanęła, po środku kuchni, na baczność - Jeszcze Polska nie zginęła...
Brat jej zawtórował i oboje gubili nie tylko melodię, ale i słowa. Lepsi byli w tym od Kaczyńskiego, choć myślałam, ze jego to nikt nie przebije. A jednak! Zdolne mam dzieci.

A Wodzu tak śpiewał ....i tego jeszcze można wysłuchać :)



- Mamo, jak ci coś pokaże, ale nie denerwuj się.
- Dobra, jak sam mi pokażesz zero nerwu.
Syn pokazał mi swój komiks. Zdębiałam bardziej niż u orzecznika ZUSowskiego.
Narysowany był samochód, a w nim dwa ludziki, które mówiły:
-  Jest McDonalds!
- Kurwa, nareszcie.
Syn chichrał się jak z najlepszego dowcipu, a ja zapowietrzona jak kaloryfer nieodkręcony w sezonie grzewczym, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przekleństwa należą do świata, dorosłych, jak wali nam się tona na łeb, a ty masz ich nie używać, rozumiesz?
- Ale tona na łeb mi spadła - i chichra się.
- Spadnie ci jak tylko wrócimy z tańców. Synku, naprawdę to nie jest fajne....
A najgorsze w tym wszystkim, ze przez swoje 8-letnie życie był zaledwie 4 razy w Mekszicie. Hm...może stąd to "nareszcie"?

Wybiła godzina 15.40. Z Młodą pojechaliśmy na rowerach na taniec, który zaczynał się o 16.00. Córa co rusz hamowała.
- Maaaaamoooo....
- Kurcze, czas kobieto, czas!pedałuj a nie mamuj!
Chwila moment....znowu: pisiiiisk...fuck! o mało co nie wylądowałam na dziecku.....
- Młoda, czy ty chcesz mi klawiaturę wymienić?
- Co?
- Jajco!
- Proszę?
- Nic, jedź...
Dotarłyśmy na czas, co nie lada było sukcesem. Młoda skoczyła na parkiet, a ja miałam czas na zakupy i pogaduszki przez telefon. Fajnie mieć z kimś porozmawiać, bo nie zawsze ma to się szczęście do ludzi.

- I jak Młoda na zajęciach?
- Tym razem lepiej. Na początku nie chciała nic robić, ale potem, widocznie z nudów, przyłączyła się i fajnie jej to wychodziło.
- To co zostawiamy ją tutaj?
- Pewnie
Zapłaciłam za semestr 350 zł i luz. Niech ćwiczy taniec nowoczesny.
- A ja muszę trenować w domu wiesz?
- Teraz już wiem. Będziesz?
- NIE!


Wróciłyśmy do domu. Córka została odesłana do babci, za to syn wrócił od mojej matki. Tylko schowałam rower Młodej, siknęłam, wyciągnęłam rower syna i pojechaliśmy na karate. Zajęcia zaczynały się o godz. 18.00
- Nowy miesiąc to wyskakuję z kasy, póki mam, hahaha
- Teraz to będzie 140 zł bo licencję trzeba przedłużyć na rok, a ona kosztuje 40 zł.
- Super.

Z 500 złoty, które wybrałam dzisiaj ze ściany płaczu, zostało mi 10 zł. Nawet na fajki zabrakło. Za to starczyło na 40 jajek w biedronce. No takie jaja.

- Mamo a opowiedzieć ci wierszyk? - radośnie zapytał się syn wychodząc z sali po treningu.
- Pewnie!
- Wlazł kotek na płotek, pierdolnął go młotek...
- DOŚĆ!!! Dość przekleństw!
Syn uchichrany próbował dokończyć, kiedy ja mu zamykałam usta.
- Czyś ty oszalał doszczętnie? Czy dzisiaj jest dzień świra?
- Miko mi opowiedział a on chodzi do III k;asy, wiesz, i jego to nauczył kuzyn...
- Wstrząsające, zapomnij o tym wierszyku. Nie chcę przekleństw, rozumiesz?
- Rozumiem, ale siostrę nauczę, co?
- Nawet nie waż się! Nie chcę słyszeć przekleństw. Koniec.

Dojechaliśmy do domu. Młoda była już wykąpana przez babcię. Starszy poszedł do łazienki, a ja w tym czasie przygotowywałam kolację.

- Młoda gdzie jesteś? - wydarł się syn.
- Tam, gdzie świeci się światło!!!
- Nie widzę, gdzie się świeci. Chodź do mnie.
Młoda weszła do łazienki.
- ........................... - co mówił syn, pomimo nastawianych radarów, nie doleciało do mnie. Jednak szeptanie zapaliło czerwoną żarówkę: uczy ją wierszyka?!
- Wszystkich kocham, bo jesteśmy rodziną -  usłyszałam głos Młodej.
Hm...miłość? Ale co do pierdolnięcia młotkiem  ma miłość? Nie, no ma ...
Córka wpadła do kuchni
- Wiesz, Starszy pytał się kogo kochasz bardziej mnie czy mamę? a ja mu powiedziałam, że wszystkich kocham tak samo, bo jesteśmy rodziną, wiesz mamo...
- Wiem. To piękne co powiedziałaś.

Uf, czyli znowu pytanka: kogo wolisz bardziej: tego czy tamtą?, co lubisz bardziej: to czy tamto?, a nie wierszyk o kotku . Ufff, uf....ufffuuuuu....

- Mamo, ale ja zadań nie mam odrobionych!
- To odrabiaj.
- A ja chcę bajkę.
- Żadnej bajki!
- Będę bratu śpiewać...
- To chodź na bajkę
- Ale ja też chcę oglądać!
- Nie, masz zadania!
- Ale ja jestem ciekawy i będę bajkę podglądał
- To nie ma bajek!
- Ale ja chcę baaaajkęęęęę........!!!!
- Synu do lekcji, Młoda masz kwadrans na bajkę i KONIEC DYSKUSJI!

- Mamo, sama wyłączyłam telewizor.
- To super. Dobranoc
- Dobranoc

- Wyłącz to światło, bo chcę spać
- Muszę się spakować, bo jutro nie będzie czasu! Co ty sobie myślisz!

- Mamo, a podręczysz mnie?
- Mamo, a poczytasz?

Sama zaczęłam szukać wyłącznika: Koniec dnia.

Nie przejechał mnie traktor ani kombajn, ale ten dzień tak mnie wyorał, że padłam prawie trupem.  A mam tylko dwójkę dzieci i nie pracuję. Za to z ciekawością obejrzałam program Lisa - dlaczego Polacy nie mają dzieci.
Przyznam, że był moment, kiedy wahaliśmy się nad trzecim potworkiem, skoro te dwa są takie wystrzałowe, ale odpuściliśmy. Mój argument "przeciw" był jeden, ale jakże konkretny : potworki są podobne do mnie, trzeci może pójść nie daj Boże w urodę teściowej ....Nie, nie, nie ...ryzyko nie jest dla mnie. Jednak była to siła innej argumentacji nie opartej na ekonomii ani prawie.

W każdym bądź razie zasiadłam, jak rzadko kiedy, przed tv, by uświadomić sobie dlaczego naród polski nie rozmnaża się i czy państwo świadome przyczyn zamierza coś z tym zrobić.
Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Program wydawał się być wyreżyserowany pod propagandę rządu, czyli kompletnie z czapy wyjęty i oderwany od życia.
Nie wiem jak w tym kraju, mając normalną pracę można utrzymać 5/6 dzieci. Za to przedstawiciel rządu dumnie mówił o karcie rodziny, która daje zniżki do teatru, kina, na basen.
Super! Nic tylko rodzić! To był mega argument za powiększaniem rodziny i bosko wspierający rodziny wielodzietne. Będziemy mieć strawę duchową zamiast chleba! Wow!
Tylko a napisałam specjalnie o kosztach zajęć dodatkowych, zastanawiam się jak mogłabym zapewnić dzieciom  dodatkowe zajęcia  mając ich gromadkę. 490 zł kosztowała mnie tylko dwójka, a pozostała trójka, czwórka? Pomijam problem dogrania harmonogramu, ale bez auta ani rusz, czyli już potrzebny jest rodzinie drugi samochód. Koszty utrzymania dwóch aut nie są niskie.
Zresztą co ja mówię: jak mogłabym zapewnić zaspokojenie elementarnych potrzeb, przy takich płacach jakie są w Polsce.  Jak pracując mogłabym zapewnić im opiekę? Bo system godzin elastycznych jest raczej w powijakach.  A co w przypadku choroby? Przecież jedno dziecko zazwyczaj zaraża drugie i powstaje ciąg chorobowego. A wiadomo jak pracodawcy podchodzą do zwolnień lekarskich.
A tak w ogóle zastawiam się, kiedy miałabym czas, by każdemu z dziecku poświęcić trochę czasu. Moja dwójka potrafi mnie zagadać, osiodłać i przegonić równo.
Każde dziecko potrzebuje rozmowy, zainteresowania, czułości i przy dwójce jest czasami trudno. Nierzadko mam ochotę sklonować się.
A szóstka????
W sumie to podziwiam takie rodziny, własnie z takiego aspektu - spędzania wspólnie wolnego czasu.
Najlepiej to wywieźć do lasu: - Biegamy!
Bo o wakacjach to raczej można zapomnieć ....

Za to panie będące w programie tryskały niesamowitym optymizmem i energią. Pracują, mają opiekunki do dzieci, jest super. Szkoda, że Lis nie zapytał się, czy także mają pomoc domową, bo jakoś nie sądzę, by to one siedziały przy garach tudzież przy pralce.
Jedno jest pewnę: jak ma się status materialny i pozycję zawodową to można rozmnażać się. Kasa pozwala na wszystko. Powstaje wtedy sztab przy armii, czyli pomoce przy dzieciach. Tylko przecież do tego nie potrzeba programu Lisa, bo każdym o tym wie. W tym samym czasie zwykły zjadacz chleba zastanawia się mieć czy nie mieć choć jednego potomka. A media i bez tego krzyczą, że polskie dzieci głodują. Przy tak niskim wzroście naturalnym państwo pozwala małym obywatelom na puste brzuszki? No jak? Ale dajmy dzieciakom karnet do kina ....
Pewna para młodych ludzi z dumą orzekła, że państwo nie jest im potrzebne do posiadania dziecka. Hm, ale gdyby tak było, nie było problemu z przyrostem naturalnym, prawda?
I wszystko byłoby może ok, gdyby nie to, ze jednak większa część społeczeństwa nie należy do ludzi zamożnych, ba! niektórzy żyją na granicy ubóstwa.
Przedstawiciel rządu rozwodził się nad dokonaniami jego partii w zakresie przedłużenia urlopu macierzyńskiego. Super. Tylko ten sam rząd wprowadził umowy śmieciowe, z których to pracodawcy chętnie korzystają.  Więc de facto kobieta w imię prawa i umów nie skorzysta z urlopu.
Suma sumarum dyskusja była jałowa i oderwana od realiów.
Realia zaś wytyczają płace, umowy, budownictwo i dostęp do darmowych placówek opiekuńczych.
Jak jest to wiadomo.
Kryteria pomocy najuboższym też są znane ze swojego absurdu.
Zasiłki rodzinne, pomoc socjalna, zasiłki dla bezrobotnych to tylko żałosna jałmużna, a nie realna pomoc.
Zresztą granica płacy minimalnej jest śmiechem na sali. 1240 zł. Szkoda,  ze posłowie tyle nie zarabiają, może wówczas wiedzieli, by coś o życiu. Ale w miarę dobrobytu wzrok jakby tracił na sile dostrzegania rzeczywistych problemów.

Pana Lisa natomiast zachęcam do rozmowy z ludźmi z  ulicy. Może wtedy zobaczy jak wygląda Polska.









-----------------------------------

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD



A tu polecam nowość wydawniczą -:)
http://www.empik.com/zlodziejka-marzen-sakowicz-anna,p1101665518,ksiazka-p

którą można będzie wygrać  u autorki na Jej blogu
http://kuradomowa.blogujaca.pl   (w piątek )

Szybciej przeczytałam Złodziejkę marzeń  (wciąż się śmieję :D) niż Margueza, choć od "Miłości w czasach zarazy" nie mogłam oderwać się :DDDD.


-------------------------------------------------------

Poranna rozmowa z mężulkiem. Bla, bla, bla.....
- Cholera!
- Co cholera?
- A bo czegoś nie mogę znaleźć...
- hahaha, jajek?
- Przestań, telefonu szukam....
- Yyyyyyy....tego przez który ze mną rozmawiasz?
- AAAAAAAAAAAhahahahaha







niedziela, 28 września 2014

.........

Rzadko mi się zdarza, ale jednak czasami przeglądam onet. Nie wiem po co, bo jałowość niektórych informacji pokazuje, że świat zmierza ....a nie wiem dokąd zmierza.
- Między Baronem a Górniak iskrzy. Iskrzący temat na pierwsza stronę.
- Baron zaliczył wiele towaru.
- To źle czy dobrze?
- Dobrze
- To czemu nie zaliczysz towaru?
- Bo nie jestem Baronem.
Nie jest Baronem za to jest znawcą płynu do demakijażu.
- Kochanie, jak używasz płyn to potrząsaj nim, bo widzę, że olejku nie ma a została ci tylko woda....
- Proszę?! O czym ty dla mnie rozmawiasz?
Byłam w takim szoku, że zamiast kawy i papierosa zjadłam śniadanie. Jednak lepszy jest mój zestaw.
Wolę przymulenie, lepsze jest na nie myślenie. Choć czasami myśleć trzeba. Niestety.

- Synu, dlaczego masz moje skarpetki na nogach?
- Twoje? Hahahahaha to dlaczego masz taka małą nogę?

Były  w jego szufladzie to ubrał. Proste. Proste jest sięganie ręka po to co jest nie zastanawiając się nad własnością. Moja szuflada, moje rzeczy. Proste myślenie jednak nie wyeliminuje błędów, jeśli sięga się w ciemno.
A ciemno zrobiło mi się od płaczu Młodej, która na wieść, że czeka ją szczepienie zaczęła wyć przez całą drogę: od przedszkola do domu zalewała się łzami i jęczeniem. Żadne sztuczki nie pomogły. Słowa też okazały się zbyt słabe, by przebić się przez pancerz rozpaczy.
W końcu syn tonem pełnym rezygnacji rzekł:
- Mamo, ja nie wytrzymam tego. Zresetuj mózg Młodej!!!.

Następnego dnia  Młoda siedziała uśmiechnięta w przychodni. Dzieci  wchodziły i wychodziły radosne, nikt nie płakał, nie było dramatów. Do czasu...
Weszłyśmy do gabinetu.
- Młoda, proszę rozbierz się do badania.
Młoda  strzeliła wielkimi oczami, które zaczęły być niebezpiecznie mokre i zrobiła parę kroków w tył.
- Nie .....nie chcę ...NIE ....
- Młoda od urodzenia nie lubi badań - poinformowała lekarka nową pielęgniarkę, która była zdziwiona zachowaniem dziecka.
I w tym momencie córa rozpłakała się na dobre. Nie dała zbadać się. Cudem połknęła dwie krople. Natomiast wbrew woli córki musiałam zdjąć jej rękaw bluzki, by otrzymała zastrzyk w ramię.
- Kurde, co za dziecko....wysiadam po prostu... -
- A ty co, lepsza byłaś?
- Hm.... a tak poza tym co ty robisz w przychodni?
- No przyjechałam do wnusi...
- Po cholerę?
Matka staje się moim cieniem. Podąża za mną. Mam wrażenie, że sprawdza czy jednak nie wybieram się w podróż bez powrotu. Tyle, że kiedy potrzebuję pomocy i proszę okupowane to jest dziwnymi słowami.
- To ja wyjadę, a ty zajmiesz się młodymi, ok?
- Jasne, jedź
Super? Genialnie. Kochana mamusia. Tylko jak zbliża się termin wyjazdu, nagle słyszę:
- To ja nie mogę wyjechać, bo muszę zajmować się twoimi dziećmi, a ty jedziesz?
Jest coś czego nie wiem? Na pewno jest coś czego nie rozumiem. Najpierw nie ma problemu, a potem, gdy zbliża się dzień wyjazdu, nagle jest. Jakby nie wierzyła, ze mówię serio. A kiedy zaczyna wierzyć to wraz z wiarą stara się mnie pacnąć. Po co mam się za bardzo cieszyć ...
Bywa, kiedy jej nie potrzebuję, a kiedy liczę na pomoc słyszę dziwne treści. Cała mamusia.
Fakt, ostatnio zajmowała się to Młodymi. Zajmowała się, kiedy załatwialiśmy pogrzeb. Kiedy pomagałam teściowej: odgruzowałam jej dom i podwórko. Zamiast dziękuję usłyszałam:
- No w końcu mogłaś zapoznać się z gospodarstwem.
- Chyba z syfem.
- No wiesz co!!!!!
- Wiem, bo napracowałam się ciężko...

Chciałam wyjechać. Skoro nie góry to może morze? Wypocząć w doskonałym towarzystwie. Zapomnieć o tych cholernych realiach. Po prostu poczuć radość życia...
Podobno chcieć to móc. Ale plany szlag trafił. Kolejna wyższa siła nieoczekiwanie wydymała mnie na cacy. Moja dusza rozpierdzieliła się na milion kawałków .... znowu niewypał, znowu coś ...
- Nie dramatyzuj ...
Boska stawiała mnie na nogi. A mi się chciało....łzy same leciały  ....Za dużo tego....
Nie tak miało wszystko być.
Lekkość bytu skamieniała i rozkruszyła się w drobny piach.
Dawno nie czułam takiej słabości, braku wiary, rezygnacji....zamieniłam się w mięczaka, aż wstyd.

Tym razem zamiast śmierci wyskoczyła historia z kolanem, która przyjmuje coraz bardziej absurdalny kierunek. Ignorancja instytucji i lekarzy wywala mi korki bezpieczeństwa.
- Zobaczy pan, panie doktorze jak nie zeświruję to palnę sobie w łeb ...
Niektórzy mówią: odpuść, olej ZUS, znajdź pracę i zacznij żyć, a z kolanem idź lepiej prywatnie na konsultację do kliniki, na rehabilitację.
Ilu ludzi tak zrobiło?
Wielu, zbyt wielu i instytucje czuja się coraz bardziej bezkarne.
Ale przecież płacę składki właśnie po to, by uzyskać pomoc, kiedy jej potrzebuję.

Orzecznika ZUSowka  zignorowała mój stan mówiąc, że  ból jest to subiektywne odczuwanie i o niczym nie świadczy. Hm, tylko dlaczego czując ból, własnie wtedy, kiedy nas coś boli, zgłaszamy się do lekarza?
Pewną młodą dziewczynę nasi ortopedzi ignorowali. Ból? Można z tym żyć. Co może boleć młodego człowieka? Tyle, ze po roku okazało się, że owy ból był związany z rakiem kości. Obecnie prowadzona jest akcja zbierania pieniędzy na leczenie. Oby udało jej się uniknąć amputacji nogi. A przede wszystkim pokonać szpiczaka. A ortopedom gratuluję poważnego podejścia do problemu pacjenta.
Wcześniejsza diagnoza pozwala na szybsze wyjście z choroby, ale z drugiej strony jak pacjent rozchoruje się to w 100% wiadomo co mu dolega i nie ma tu miejsca na mylną diagnozę, prawda?

Orzecznik podczas badania zamiast zając się stanem mojego zdrowia miała inny problem: jak śmiałam założyć sprawę przeciw ZUSowi i to moja wina, ze tak późno mnie wzywają na komisję. No tak moja wina ...Śmiałam zaskarżyć decyzję nieomylnych,  więc teraz czas na wyrównanie rachunków.
.
Wezwano mnie na komisję pięć miesięcy po złożeniu wniosku. Po czym, chyba w ramach zemsty, orzecznik przyznała mi świadczenie do pierwszego września. To nic, ze była już połowa miesiąca. Absurd? Absurd, bo nie miałam zakończonego leczenia. Ale co tam ....

Uznaję zatem nowy system wartości. Po Bogu nie są księża tylko orzecznicy. Potem lekarze. A potem księża. I politycy. Oto świta nietykalnych, którzy mogą zrobić z drugim człowiekiem wszystko. I to bezkarnie.

A te dwa tygodnie różnicy to co? Nie ważne, że rehabilitacja wciąż trwała, nieważne, ze odczuwam bóle, nieważne jest nic....
- Nie interesuje mnie co pani ma do powiedzenia ...
Proste? Proste.

A wystarczyła ludzka życzliwość: przyznanie świadczenia na określony termin i wysłanie do sanatorium na rehabilitację. Może to wystarczyłoby? Może.
Tak niestety nie stało się.

Lekarz prowadzący, ku mojemu rozczarowaniu, też pokazał swoją władzę i brak zrozumienia dla całej sytuacji, która stała się wyjątkowa  Nie przyjął mnie nie wiem czy z braku chęci czy czasu, każąc przyjechać na badanie w innym terminie. Co mu tam.
- ZUS nie śpieszył się, więc ja teraz mam się śpieszyć?
- Ale tu chodzi o mnie, proszę pana i o moja sytuację, proszę...
Nic z tego, Nie ubłagane NIE.
- Proszę przyjechać w ..... zrobimy badanie i zobaczymy.
. Kiedy pojawiłam się w wyznaczonym czasie uznał, ze nie ma czasu i skierował do innego ortopedy.
- Ale dlaczego pani nie przyjął? Nie chciało mu się pewnie....Pani nie jest moja pacjentką..
- Ale proszę mi pomóc wyjść z tej sytuacji, której jestem...bo nie wiem co robić.....
Jego ignorancja była kolejnym ciosem.
Pani w ZUS jak zobaczyła jakie wystawił mi zaświadczenie o dalszą rehabilitację sama z siebie wyciągnęła wniosek o przyznanie sanatorium.
- Lekarz rodzinny to pani wypełni.
Lekarz rodzinny przyjął mnie bez słowa i rejestracji.
- Wie pan, poczułam się w tych trybikach jak śmieć ...a kolano, ono ..
- Piszemy skargę do rzecznika praw pacjenta i do Warszawy. A ja pani wypisze nowe wnioski ...

Co z tego wyniknie? Nie wiem.

Niedługo miną dwa lata od wypadku, a ja wciąż słyszę';
- Nic pani takiego nie stało się ...to żadne uszkodzenie ...
tyle, ze jakoś nie odzyskałam swojej sprawności. A biegły sadowy uznał, ze trudno jest napisać jednoznacznie jakich doznałam uszkodzeń, ponieważ z każdego dokumentu wynikają inne ubytki.
No ale przecież to jest mój problem.
Ból? Ból to nie istotny czynnik, z którym można żyć.



z opinii biegłego sądowego:


Orzecznik na podstawie tej samej dokumentacji stwierdzila, ze nic mi nie jest, tylko staw mi przeplukano.....














środa, 24 września 2014

[*]

Pogrzeby mają to do siebie, że podczas ceremonii pogrzebu pogrzebać kogoś trzeba. Tak więc ziemia osunęła się na trumnę z ciałem, a ciałem tym był teściu.
Było to tak niewiarygodne wydarzenie, że nawet mucha, nie wierząc w to, kołowała nad nosem ciała chcąc je swoim brzęczeniem poderwać do siadu. Ciało jednak leżało. Bez oddechu.
I teraz Panie świeć nad duszą.

Teściowa została sama. Pocieszenie znalazła w lodówce. Tym razem, Panie, zgaś światło.
W lodówce.
Bo będziesz musiał światło zaświecić. Nad jej duszą.



Chcę by mnie spalono. Lubię ciepło. I zimne piwo. Ziemia jednak nie jest tak zimna jak trunek. Zatem wybieram spacer po chmurach. To lepsze od bycia przekąską.

Dziecko, te starsze, stwierdziło, ze kiedy ja umrę skończy się jego życie, zaś młodsze dziecko zaintrygowała myśl:
 - A jak wszyscy umrą to kto nas pochowa?

Sztuką jest wstrzelić się ze swoją śmiercią.

Teściu nie wstrzelił się.
Wybrał się w podróż w momencie, kiedy trzymałam bilet w dłoni. Chciałam powłóczyć się po Tatrach, a on w tym samym czasie postanowił pobujać się po zaświatach.
Więc kiedy on wyruszył w podróż, ja zostałam.

T. płakał za ojcem, a ja płakałam za ............tak, tak za teściem, oczywiście, jak najbardziej.
Każde z nas coś w tym dniu straciło.
Tylko teściu się bujał. Nie wiadomo gdzie. Miejmy nadzieję, że choć on miał uśmiech.

Na cmentarzu okazało się, ze nasz śmiały plan pochowania teścia obok mojego ojca nie wypali, bo teściowa woli prezentować swoje wdzięki w trumnie niż stać się prochem w urnie.

Zmieniliśmy cmentarz.

- Ale tu będzie pochowany na kimś innym.
-  Nic nie szkodzi, w końcu cały świat jest cmentarzyskiem.
- Powiedziałabym, że raczej kuwetą ...


Pan Andrzej, który miał na fotografii wytrzeszcz oczu wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej, bo to jego nagrobek poszedł do likwidacji. Przepraszamy bardzo, ale nikt za pana nie zapłacił. Pieniądze to nie wszystko, ale bez pieniędzy to jeden wielki ch ...


Teściowej też kupiliśmy miejsce. Jak szaleć to szaleć. Rząd dalej.

- No niestety musimy tak zrobić, bo tutaj nie ma już wolnych podwójnych...
- Nic nie szkodzi. Za życia spali osobną, więc czemu po śmierci mamy to zmieniać?


Zakład pogrzebowy był czystą formalnością. Wybranie trumny, klepsydry i krzyża.
- To już?
- Już.
Normalnie można umierać, bo to żaden problem.

- Patrz, w takiej urnie możesz mnie pochować.
- Ale to wygląda jak szkatułka na biżuterię.
- A czy ja nie jestem twoim skarbem?

 -Państwo w sprawie chrzcin?
- Nie w sprawie pogrzebu.
Kancelaria księży znowu strzeliła ponad bramkę. Tak jak 10 lat temu.
- Państwo w sprawie pogrzebu?
- Nie, w sprawie ślubu.
- Aaaa ? Tak? Bo tak na czarno jesteście ubrani.
Strój nie zmienił się, ale patrzenie Kościoła na nas owszem. Co za przeskok: ze śmierci na wiek produkcyjny.

Nastał poniedziałek. Organy, rodzina i zwłoki.
Emocje opadły.
A dusza dalej wzlatywała.


Teściu, szczęśliwej drogi .....







czwartek, 11 września 2014

by siebie zrozumieć...



"Nie mogę sobie dać rady. Ciągnie mnie. Tak jakby mnie coś omijało. Chwytam, muszę mieć – i znowu nic. I znów sięgam po coś nowego. Wiem z góry, że skończy się tak samo, ale nie mogę się opanować. Chwyta mnie, rzuca w coś, wypełnia mnie na chwilę i znów odrzuca, i pozostawia pustą jak głód, i znów powraca."
Erich Maria Remarque "Łuk Triumfalny"







A teraz stoję tu, z rozpostartymi ramionami
Oddycham czystszym powietrzem

Znalazłem wszystko, co utraciłem wcześniej

I kiedy spadam, lecę ku bezkresnym okręgom

Nikt mnie nie łapie, nikt mnie więcej nie zatrzyma

Znów nadeszły szare dni
Czas więc odpocząć, odnaleźć siebie
Zawsze chciałem to poznać
To rodzaj śmierci, w której nie jest się martwym




Pieprzona dusza. Latami obrabiałam ją na wolnym ogniu przyprawiając ją przyprawami płytkości. Biegłam próbując oszukać czas. Przekręcałam słowa, by zgubić ich sens. Milczałam. 
Obiecałam sobie nigdy nic nie czuć . Zamieszkać samotnie na szczycie obojętności, obojętności wobec świata. Ślizgałam się miedzy ludźmi, tak by jak najszybciej wypaść z tłumu i wpaść w cichy zakątek.
Nie ma mnie.

Ale byłam.

Słowa wracały nocą. Nabierały siły, z czasem stając stając się pułapką. W sieci słów złapane są dusze. Krążąc po nitkach wpadają na siebie. Jednak lep istnienia nie pozwala na odlot.
Tkwię znudzona w sektorze, gdzie blachy informujące już dawno wyblakły, zardzewiały. Tkwię nie wiedząc, gdzie jestem.
Brak orientacji jest jak gwóźdź co przybił.
Nie mam sił ani odwagi, by  wyciągnąć go.
Zresztą znajomość miejsc niczego nie zmieni. Wszystko jest iluzją. Rzeczywistość poprzez zalew słów zmienia swoje kształty jak powietrze w promieniach światła. Pryzmat spojrzenia kształtuje wszystko.
Uciekam w sen.

Budzą mnie słowa...

Tak dużo mam, a tak niewiele. Nienasycenie spowodowane nagłym głodem bycia.
Paradoks życia nokautuję żołądek. Nie chcąc nic więcej jest jak zaproszenie śmierci.
Ale czego mogę jeszcze oczekiwać od życia?
Chyba tylko końca.


Dojrzałość – powiada Bokonon – jest gorzkim rozczarowaniem, na które nie ma lekarstwa, chyba że uznamy za jakieś lekarstwo śmiech.        
  K. Vonnegut "Kocia kołyska"



Myśleniem można siebie wdeptać w glebę rozgoryczenia. A przecież na glebę przyjdzie czas. I na rozgoryczenie też, gdy dusza rozpływając się w ciemnościach westchnie ostatnim słowem:"Ups, nic nie ma? Nie ma nic...ku...wa!"

Po piątym pstryknięciu czajnika zalałam w końcu kawę. Siadłam przy stole. Mieszając nieskładnie łyżką w kubku wpatrywałam się w czarną ciecz. Zastygnięte ciało z ruszającą ręką rozśmieszyło mnie. Ciekawe czy jak pociągnę za drugi sznurek to ruszy się druga ręka? O! jest! Marionetka żyje! Tyle, że głowa w dół spadła...Uszkodzony egzemplarz. Przybicie. Cholerny gwóźdź.

Wyrwałam go niepokojem. W niepokoju tkwi nieziemska siła. Niepokojąco szybko czas mija. Niepokój zżera niepokój. Perpetuum mobile, które każe mi gnać. Poszukiwać. Czego skoro wszystko mam?  A moze jednak...?
Niepokój rozkłada skrzydła...

Nie godząc się tak jakoś intuicyjnie na to co jest, a tym samym chcąc więcej, zaczęłam poszukiwać nowych dróg. Idę po linie sieci słów. Niech wyrazy co krążą budzą moją duszę. Niech będą pokarmem, ubraniem, stylem. Drewnem w stosie.

Wydeptuję przestrzeń. Nowa ziemia, nowe niebo, tylko moje.

Na nagrobek.






wtorek, 9 września 2014

się zaczyna ...



Syn przy obiedzie strzelał fochami. Jak nie jedzenie to coś.....
- Zupa jest za gorąca!
- I super. Wygotuję wszystkie robale z przewodu pokarmowego - zaczynam żartować, by syna nie udusić, bo co jak co, ale  marudzenie uruchamia we mnie zapadkę: cierpliwość znika w otchłani złych emocji.
- Co? Jakimi robalami?Żartujesz?
- Ja? Ja nigdy nie żartuję. Każdy ma robale w sobie. Posłuchaj jak piszczą gdy wrzątek ich w tyłek parzy - przełknęłam łyżkę zupy i zaczęłam piszczeć wewnętrznym głosem.
- To ty!
- Jak ja? Przecież mam zamknięte usta.
Żart na trochę poprawił humor synowi. Ale jakaś chmura gradowa nadal wisiała nad jego głową.
- Ale i tak nie zjem
- I nie jedz ....
Wyszedł z kuchni i zaczął krążyć między pokojami.
Oho! Coś się stało...
W końcu przyszedł, ze łzami.
- Bo ja nie wiem jak ci to powiedzieć.....
- Ale co synku? - przytuliłam Starszego sadzając go na swych kolanach.
- Bo ....bo ...bo ... - chlipał.
- Powiedz prosto.
- Ale to nie to, ze ktoś mi zrobił krzywdę - syn wciąż popłakiwał - tylko, ze pani powiedziała, że mamy być pod klasą po drugim dzwonku, bo mieliśmy iść na plac zabaw a my z kolegami byliśmy na podwórku, więc - chlip, chlip, chlip - nie poszliśmy, bo po co mieliśmy iść skoro zaraz wychodziliśmy .....
- I co pani na to?
- I pani wyszła na podwórko i nie krzyczała. Powtórzyła co mówiła, wiesz o tym drugim dzwonku i ....powiedziała, że za to, ze nie słuchamy mamy obniżona ocenę z zachowania ....
Porozmawialiśmy na ten temat. Chłopcy logicznie myśleli, jednak polecenie było inne - proszę czekać pod klasą
- A wiesz nie miałem odwagi ci to powiedzieć...
- Dlaczego?
- Bo bałem się, ze dostanę manto.
- A kiedy dostałeś?
- Nie wiem
- To nie mów tak.
- I nie będę mieć kary?
- Nie. Przyznałeś się, porozmawialiśmy, jaka kara? za co? za rozmowę? Ale wiesz co masz robić?
- Tak słuchać się pani.
- I nie bać się mówić jak coś zbroisz.
Wtulił się we mnie mówiąc przepraszam.

Cholera, skąd wziął to lanie? Nie wiem ...

W przedszkolu wychowawczyni poinformowała mnie, ze córka nie chciała pracować. Wszystkie dzieci rysowały, a Młoda powiedziała:
- Nie!
i nie wzięła kredki do ręki. Panie zachęcały, pomagały, a córka wyła rycząc:
- NIE CHCEĘĘĘĘ.........NIE!!!!!!!!

Po drodze porozmawiałam z Młodą.
- Bo nie umiem, rozumiesz to czy nie rozumiesz....

Młoda po dłuższej rozmowie ze mną zrozumiała, ze jednak pewne rzeczy umie. W domu zaś znowu dopadła ją wielka niechęć.
- Nie umiem
- Chodź, pokażę ci - wtrącił się Starszy - zaufaj mi, dasz radę, potrafisz.
- Ale ty mnie nie kochasz....- wyła Młoda.
- Kocham nie kocham, ty dalej swoje, chodź rysować, bo mama ci bajek nie puści...
To był argument nad argumenty.
Młoda wytarła oczka  i pod czujnym okiem brata rysowała przejście dla pieszych, sygnalizator świetlny...
- Popatrz- rzekł Starszy to łatwe  i narysował Młodej światła.
Młoda wpadła w wir pracy
- Świetnie ci idzie - brat co rusz chwalił swoją siostrę.

Taki brat to niezła matka. Czy tam ojciec.

Młoda jutro ma zanieść pracę do przedszkola.
- I wiesz co masz zrobić?
- Przeprosić?
- Dokładnie.
- I nie chcę słyszeć, że nie pracujesz, rozumiesz?
- Noooo tak...

- Mamo, a kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Nie tak, powiedz tak jak mówisz: Noooo pewnieee...
- Noooo pewnieee...
- Ja ciebie też.











niedziela, 7 września 2014

wyłapane za dnia ...:)

Godzina pierwsza w nocy. Piękna pora na oglądanie księżyca i zapalenie papierosa. 
-  Zrobiłam sałatkę.
- O, sałatka! kolacji nie jadłem ...
- Ej to nie jedz, a sałatkę zostaw, niech się przeżre do rana...
- Mogę ją przeżreć ....do rana

Poranek. Śniadanie Młodych.
- Synu, do szkoły pójdziesz w krótkich spodniach skoro ci tak gorąco. Nóg nie przegrzejesz, jak wczoraj.
Na co Młoda:
- Ani jajek


Kąpiel Młodej to pora jej zaawansowanego gadulstwa.
- Mamo ja chcę mieć pomalowane paznokcie. Na fioletowo. Kobieta musi mieć zadbane dłonie
......
- Mamo, a kiedy urosną mi cycki? Chcę mieć takie duże jak ty ....albo jak tato....


Jedziemy autem. Babcia siedzi z tyłu pomiędzy dzieciakami.
- Babciu a co wolisz: przytulać się czy całować?
Babcia zapowietrzona spojrzała na wnuczkę ...i foteliki w boczki zaczęły uwierać.


Przed wyjazdem wpadł kolega Starczego, a Młoda do niego:
- A będziesz tęsknił jak nas nie będzie?