piątek, 23 maja 2014
środa, 21 maja 2014
Ekstaza
Zrobiłam to! Zrobiłam to! Zrobiłam to! Po prostu zrobiłam to. Naprawdę! Sama siebie zadziwiłam.
Łoł Arte- tak sobie powiedziałam - łoł Arte! Jesteś szaleństwem nieprzewidywalnym.
Tak pójść na całość?
Niewiarygodne.
Łoł Arte, łoł!
Jeszcze tchu mi brak z fascynacji.
Naprawdę...
Ne wiem czy ochłonę.
Nie bacząc na głosy wewnętrzne, na konsekwencje - zrobiłam to. Tak po prostu- zrobiłam to.
A co!
Zdrada, zdrada własnych ideałów - coś krzyczało przez moment zaduszone wielkim słowem: w dupie to mam,o!
Pieprzyć wszystko! - tak sobie powiedziałam. Własnie tak. Pieprzyć cały świat! Tak mocno sobie w twarz. Na odwagę. Na wszystko.
Na czyn.
Dość! Dość! Dość!
Żyje się raz!
Mam prawo robić co chcę i jak chcę.
Mam prawo być szczęśliwa.
Pieprzyc zasady.
Pieprzyć wszystko!
Wolność czynów!
Mam prawo być szczęśliwa i spełniona. Mam!
Co mnie obchodzi co kto pomyśli?
No co?
Chromolę to.
Moje życie i moje wybory.
I tyle.
Odważnie sięgnęłam po to co moje.
Skradłam co mogłam wziąć.
Jakież uczucie radości przeze mnie przeszło. Niewiarygodne, niewiarygodne.
Tak się rozpłynęłam, że wciąż płynę.
Przemyciłam swoje szczęście cichaczem.
I się zatopiłam.
Cała utonęłam w szczęściu mym.
Wrażenie kolosalne. Niesamowite. Boska błogość normalnie.
Tak w łóżku zjeść czekoladę.Całą. Samotnie.
Łoł!
wtorek, 20 maja 2014
Ślimakofo
Wróciły mi sny ....
Kiedyś nie tylko śniło mi się, ale czasami budziło coś co kazało pisać. Czasami z Rimbaudem, tam w Paryżu, popijałam absyntha. Rozmowy o ....nasze rozmowy.
Tyle, że Arturowi wypalił nasz plan. Pożył sobie niesamowicie bujnie i krótko, i parę wierszy po sobie zostawił.
A mi nie udało się nic. Tyle tylko, że w lodówce trzymam absyntha..
Ale podobieństwo losów było nam bliskie - Jego zabiło kolano, a mnie kolano tylko rozłożyło.
Klęk.
Hm....
Klęk czasami potrafi wznieść.
Nie koniecznie przy modlitwie.
poniedziałek, 19 maja 2014
Wizyta po latach
podrażnione nerwy
rozszarpywały ciało
ręce chciały złapać je
ale wychodziło niemrawo
reakcja odruchowa
ale ruch zamknął
materię
wciskając w kąt łóżka
taniec makabreska
oto trup pod 220
podrażnione nerwy
rzucają ciałem
wystarczy jedno pstryknięcie
by wszystko się posypało
życie przemknęło spłoszone
zostały tylko zwłoki udręczone
Kaszel przemknął nieoczekiwanie niczym błyskawica po czerwcowym niebie.
Z nieśmiałego odgłosu zrobiła się burza.
Zabrakło oddechu, myśli.
Ciało straciło kontrolę nad sobą. Stało się niewolnikiem odruchu.
Nieoczekiwana seria ćwiczeń. Zginanie, prostowanie.
Rzut na podłogę.
I taniec węża.
Ze świszczącym oddechem.
Atak nocny oddziału specjalnego.
Ciało niczym marionetka podrygiwało w takt kaszlnięć.
Bezwolne, bezsilne, zagubione.
Takie marne, osłabione.
Lek utonął w zapomnieniu.
Gdzieś na dnie szafy spoczął.
Kaszel bronił swego jeńca odrzucając ciało od poszukiwań.
Oddech zanikał pod butem przyduszenia.
A jednak udało się! Udało!
Dwa wdechy N-ki.
Ulga. I przytomność.
Na pięć minut, niestety.
Poranek zamknął drzwi od toalety.
Kaszel zniewolił materializując dziwne opowieści.
Historie wrzuciły ciało do pościeli.
Ból mocny, ale koniec nie przyszedł. Niestety.
Człowiek jest jak domek z kart.
Rozsypać potrafi się w mak.
I wszystko trafia szlag.
A ciało najbardziej. A jak.
sobota, 17 maja 2014
Dawno, dawno temu, za górami ...
Do Mooonka wpadł kolega. Skin,schizofrenik, opętany gościu muzyką. Gość nie z tej planety, ale jakże wymiatający.
Choroba nie wybiera. Koleś nie dość, ze musi walczyć z głosami w głowie to jeszcze martwi się o byt, bo renta jest tylko jałmużną. Wstyd drogi rządzie, wstyd. Nie tak powinno być.
Zaczęliśmy rozmawiać. Długo go nie widziałam. Ale zapamiętał mnie, bo ostatnim razem jak widzieliśmy się to poczęstowałam go papierosem.
- I to był malborasek.
- Żartujesz? hhahaha
A było to jakieś dwanaście lat temu. A mówią, że palenie szkodzi. Bzdura, pomaga w wielu sprawach. Ha! Przecież ludzie na uczelniach zawsze integrowali się na palarni.
Ambitny plan
Ding dong.
Wezwanie do ZUS-u?
Dawno u nich nie byłam. Aż głupio normalnie. Ci orzecznicy są tacy mili, potrafią wesprzeć dobrym słowem.
Hm...
piątek, 16 maja 2014
dylematy
Dzisiaj syn wstał mówiąc:
- Wiem co powiem im.
- Tak? Co?
- Kto się przezywa ten się sam nazywa.
- Aha, Ok.
- I niech się wyzywają.
czwartek, 15 maja 2014
Agrecha
Nie poruszam swojego tzw. środowiska lokalnego. Dziwne rzeczy się dzieją. Na przykład kobieta, która od 10 lat marzy, by mieć dziecko, nie potrafi mówić do swojego brzucha uważając, ze to jest głupie, a zabawki z fishera price są za kolorowe i takie plastikowe.
Dziwni są ludzie, wiec jak mogę to unikam.
Wiele jest rzeczy dziwnych i nie zrozumiałych dla mnie. Ale nie będę tego rozkminiać. Nie chce mi się.
Bo nie ma ideałów.
Sama mam wiele przetrąceń.
Więc choć słyszę wiele rzeczy dziwnych to mam je w dupie. Nie mój lajf.
Ale teraz to mnie trafiło. I pojadę.
środa, 14 maja 2014
Będę....
Będę palić
będę pić
będę kaszleć
smarkać krwią
i w łózku gnić
będę pisać
i marzeniami żyć
będę sobie
swoim bezżyciem żyć
dopóki nie uduszę je
tą poduszką
co głowę podtrzymuje mi
niepotrzebnie
chwycona ptasimi piórami
co hamują lot
a jednak wciąż
wciąż wciąż
spadam w dół
niepotrzebnie
chwycona ptasimi piórami
co hamują lot
a jednak wciąż
wciąż wciąż
spadam w dół
mur,
mur,
mur,
mur
gówno
Motam się więc, a magik, co zasiadł gdzieś, koło biodra mego, bawi się wyśmienicie: pstryk, pstryk, pstryk. Euforia zamienia się w smutek, radość w otępienia, śmiech w zawieszenie, muzyka w smarkanie. Za dużo tego. Jakaś ezoteryczna dłoń wciąż budzi mnie w pustym mieszkaniu.
Nieposłuszeństwo karane jest pociągnięciem jajnika prawego. Szybki, sprawny ruch. CIACH!
AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Ku***!, miał być prawy, a nie lewy!
Zaskoczenie.jest to siłą, co zamienia mnie w piłeczkę tenisową. Pyk, pyk, pyk po ścianach latam, albo siedzę pod łóżkiem, niczym w trawie, udając, że mnie nie ma. Nie ma. Pustka. Taniec pijanego powietrza.
Gdzie moja poduszka?!
Więzienie.
Klatka.
Kim jestem?
Zamykam oczy, by nie wpatrywać się w obrazy kreślone przez słowa innych.
Słowa tworząc co rusz inne formy zaburzają wszystkie zmysły.
Kim ja jestem? Kim?
Tożsamość została spłukana wraz z zawartością wiadra na ekskrementy.
Kreślę na skórze grypsy. Ale to tylko dziki taniec węży uwikłanych w swój strach.
Zderzenia atomów zmienia substancję.
Wszystko płynie.
Spływa.
Wypływa.
Topi.
A jakakolwiek stała okazuje się być tylko wykałaczką. Dłubię. Bezmyślnie. W zębie.
Kim jestem?
Psychiatra zadzwonił do lekarza:
- Oddajcie jej nogę! Bo pierdoli okrutnie.
- Przepraszam - wtrącam się nieśmiałym głosem - ale nie mam słuchawki w dupie. Ma pan ja w ręce.
- Ale czemu w tyłku a nie w pochwie?
- Sprawdzałam tylko czy pan mnie słucha. Proszę odłożyć słuchawkę.A poza tym czasami tak lepiej.
Sny, koszmary, wizje. Czarne noce, czarne dnie.
Tylko magik z rozbrajająca miną, tą całą breją, maluje mi wnętrze mrucząc: - tak, tak, tak będzie dobrze.
A gdybym był młotkowym ....mruczę. Wiem jednak, ze dla mnie nawet bomba atomowa to za mało.
I wszelkie pęta świata.
Mnie zniewala tylko łózko.
Z moja poduszką.
Energia zmieszana z ospałością, Nie rzucajcie mnie na linę! Nie zdam testu z równowagi.
A sama pełznę w stronę przepaści.
Chwytem zębami kępki trawy. I posuwam się. Sama. Się posuwam.
Instynktownie chce się rzucić.
By się narodzić trzeba umrzeć.
Wydłubuję z zęba małą myśl. Zielona jest jak groszek. Spogląda na mnie filuternie. I uciekając krzyczy: - złap mnie.
Beznadziejnie szybko czmychnęła nadzieja.
W reszcie tylko tkwią puste czarne dziury.
Zapycham je chlebem dnia powszechnego.
Popijam wodą.
I tak wszystko mi się odbija. Odbija mi. Się mi odbija.
będę wzlatywać
unosić się siłą marzeń
będę
zatracać się w toni
jeziora wyławiając
muszle co opowiadają
sweet historie
i wzruszać się błękitem nieba
i ta jedną chmurką
i umierać ze śmiechu
gilgotana w stopy źdźbłami trawy
gonić za motylami
do upadłego
będę
(bo ja to wszystko k.....a mać, pier.. lę)
Teraz to się zacznie
Akt 1, scena 1
Pewien wieczór .....
Matka wpadła do nas wieczorem. Siedzieliśmy w trojkę w kuchni. Sałatka, wino i ustawianie planów na tydzień. Moja niemoc miesza w planach.
- Znowu z oliwkami? - zdziwiła się matka.
- No wiesz z oliwkami jest jak z seksem, im dłużej smakujesz tym lepszy mają smak. - odparłam - hm...mniam.
Oboje roześmieli się. Wow...
- No proszę, proszę co za słowa...
- A skoro mi tylko oliwki zostały to je jem -dokończyłam myśl aktorsko smutnym tonem.
I roześmiałam się.
Ale dostaję świra bez seksu. Kompletnego. Parę dni za mocnej menstruacji i zajob włącza się No taki wiek po prostu.
Wiem co chcę.
Dużo chcę.
Ale mężulo zamiast mnie zwalił kaktusa.
Wyciągnął odkurzacz i zaczął przede mną świrować z długą rurą. Dłuuugą rurą. Ech....
Poszłam ćwiczyć. Przytargał dupsko. Siadł i lampi się. To taka nowa forma zbliżeń. Oczojebność.
- No, no, no, masz ciało dwudziestolatki.
Popatrzyłam na niego po czym wstałam i zdjęłam mu okulary. Poszłam do łazienki umyć je.
Wróciłam do pokoju i włożyłam na nos czyste patrzałki.
Wróciłam do ćwiczeń mówiąc:
- Teraz spójrz jeszcze raz. Wyglądam gorzej, o wiele, ale dzięki za miłe słowa. Szkoda tylko, że takie ciało marnuje się ....
A gucio, nie zmarnuje się.
Nie dam się pochować na żywca za żywca.
Porozmawialiśmy.
Powiedziałam mu to co myślę.
Zbladł.
Teraz to się zacznie.
Akt 1, scena 2
Kolejny wieczór ....
Wpadła matka. Z krokietami.
- Znowu w łóżku? Zrób coś - zwróciła się do zięcia.
- Nie mam sił do niej.
- A mama to dzidziuś - zaczął wyć syn.
- Synuuuu- ryknęłam.
- No co? leżysz całe dnie w łóżku.
- Tja chyba umarła gejsza, a nie dzidziuś - mruknęłam pod nosem i poszłam przywitać się z matką.
- O, wylazłaś w końcu- rzekł mąż- no to jedziesz ze mną na zakupy.
Nie było wyjścia. Wlazłam w buty, potem w auto i pojechaliśmy.
I tak jedziemy tą jazdą. Oboje mamy jazdę..
- Wiesz - nagle odezwał się mężulo - widziałem zajebisty wibrator, mówię ci, nie wyglądał jak wibrator ....ale kosztuje swoje, 400 zł .....normalnie w cenie kosiarki do trawy.....
Teraz to się zacznie.
Akt 1 scena 3
Bo teraz się zacznie.
/cenzura/
Akt 2
Zdarzenia na Wyspie El.
/cenzura//
Akt 3
Markiz de Sade poczuł, ze jednak jest cieńkim bolkiem.
/cenzura./
KONIEC
Subskrybuj:
Posty (Atom)
