Przetrwałam. Przeżyłam. Będzie dobrze. Bo macie moc. Dzięki za ciepłe słowa. Modlitwy * i wsparcie.
Ale po kolei ....
W poniedziałek zgłosiłam się na Izbę Przyjęć. Było gęsto od ludzi. Czekaliśmy nie wiadomo na co. Pani siedząca za okienkiem popijając kawę klepała coś na klawiaturze. Nikogo nie przyjmowała.
W końcu zgłupiałam i zapytałam się kolesia stojącego obok, czy też czeka na przyjęcie na oddział.
- Tak jak tu wszyscy,,,
- To dlaczego nikt nie przyjmuje?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Stanęłam jak baran w tym stadzie i czekałam na swoją kolei. Pani zaczęła przyjmować, ale szło to jak krewa z nosa. Miałam ochotę wpaść tam, za okienko i odgryźć jej szyję. Noż kurde, jak nie klepała jednym palcem to myliła się, to wpadała w zagubienie do osłabienia mojego.
Głód tylko zaostrzał moje zmysły. Zbliżałam się do granicy szaleństwa...
- Ale ja, ja nie mam skierowania - doleciał do mnie głos starszej kobiety. Dygotała cała - to ja zostawię bagaż, zaraz mam autobus, skierowanie na pewno leży w kuchni, na stole, przyjadę, mogę tu zostawić swoje rzeczy?
Pani uspokoiła kobietę, że nic się nie stało, że zostanie przyjęta i niech spokojnie jedzie po zapomniany dokument. Starsza kobiecina wyrwała jak na miotle. Miała szczęście, że mieszkała w tym mieście.
Znowu zapadła nuda, a ja zapadłam się w sobie..