wtorek, 1 października 2013

ble, ble, ble ...



- A u nas był dzisiaj teatrzyk - krzyknęła córka.
- Podobało ci się przedstawienie? 
- Taaaaaak.
- A o czym było?
- O zwierzątkach.
- O jakich zwierzątkach?
- Noooo to było o zwierzątkach- córka zawisła nad myślami swoimi - o zwierzątkach, które były, a których nie było - dokończyła radośnie.
Syn w tym momencie poleciał do tornistra:
- Patrz, my też będziemy szli.
i pokazał zeszyt informacji. Mają wyjście na przedstawienie teatralne i trzeba z kasy wyskoczyć. Z zeszytu wyleciała ulotka. O, kolejne przedstawienie.
- Idziemy na to? 
- Tak!!!
Przynajmniej rozerwę się. Choć o mało co mnie nie rozerwało, jak matka z ciotką przyjechały.







Takie dwie wrony przysiadły i wywołały we mnie diabelską moc.
I to nie to, ze obiadek nie smakował im, oj nie. Wręcz przeciwnie.
Ale przy kawie rozwałkowały mnie niczym ciasto na pierogi.
Wdeptały w dywan jak okruszki po serniku.
Kra, kra, kra ...
Zacisnęłam zęby, by nie było. W końcu goście. Goście, goście ....patrzyłam na balkon tęsknym wzrokiem...hm, może by tak je wyp...wyrzucić?!
Szczęka zakleszczyła się od siły nacisku.

I moje milczenie zostało potraktowane jako zgoda, więc dalej krakały, aż przeholowały.
Na końcu stwierdziły, że mam głęboko depresję i nie wiedzą co mają robić.
Serio?! No nie może być! WOW!
Tyle, ze jak ja mówiłam, ze nie rozumiem co się ze mną dzieje to zaliczono to jako atak paniki znudzonego ego. Dostałabym ataku śmiechu, gdyby złość była nieco słabsza.Ale przelało się we mnie.
Nosz kurde mol, cokolwiek nie zrobię i nie powiem to i tak nie jest tak, jak powinno być.
I tak całe życie. Na odwrót. Nie tak.
Oszaleć idzie. Nie rozumiem wciąż po co z nimi rozmawiam. A bo matka! No tak matka ...tyle, że nie jestem dziewczynką, której macha się palcem przed nosem, stawia się do kąta.
- I na dodatek palisz! - ryknęła matka,specjalnie, by syn słyszał.
No cyrk jakich mało. No ludzie!
Dość tego. Poczułam się zmęczona. Bo ile można? Czy kiedyś to się skończy?!
Zagubiona tożsamość pod odwiecznym słowem krytyki.
Sama siebie podziwiam, że jeszcze nie strzeliłam sobie w łeb. Pewnie dlatego, że srebrnej kuli nie mam.

Otworzyłam okna, wywietrzyłam mieszkanie po tym ptactwie. Za duszno się zrobiło.
A potem cały świat wywaliłam za okno - a gońcie się wszyscy. Mnie nie ma.


Wskoczyłam do księgarni internetowej, by wyluzować swoje myśli. Namierzyłam Kinga. Dziewczyna, która pokochała Toma Gordona? Regulatorzy? Rose Madder? I jeszcze jakiś tytuł rzucił mi się w oczy. Ten koleś jest niemożliwy, zbok twórczy. On normalnie ma wieczną erekcję słowa.
No cóż zbankrutuję trochę, ale co tam.
Dorzucę Skrzaty(dzięki Ri :)) oraz  501 trików mistrza rysunku (sama porysuję)- niech dzieciaki też mają swoje książki. Humor uległ poprawie. Nieznacznej.


Bo wróciły słowa wypowiedziane. Zrobił się natłok myśli. Analiza. Nie ma nic gorszego od myślenia. Dlaczego? Po co? Jak to? A może? 
Chyba najlepiej jest strzepnąć słowa, jak muchę z ramienia i tyle.
Nie przejmować się tym obsraniem.

Tyle, że wszystko wraca. Bo trudno jest oderwać się od swojego życia żyjąc.
Normalnie czuję się jak kapeć. Ciepły bambosz co zakłada się na nóżki.




I tak szur, szur, szur ....szura rodzinka.

O co chodzi? Przecież to jest masażyk stopami, no nie?!
Tyle, że to jest jedna strona, a druga?!
No właśnie ...Dobijanie do ziemi i rozsmarowanie po podłożu. Trudno po tym wstać.




Obudziła się we mnie złość. Agrecha. Bunt. Dość. Vaffanculo !!!!





A mam to wszystko w dupie.

Ukierunkowanie - wysoka specjalizacja wylewki na wszystko. Jak dawniej.
Dawniej to było za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za hektolitrami piwa ...

I nakrzyczę strasznie na męża, jak tylko wróci:
- GDZIE JEST MÓJ ROWER!!!!!
Nie odpuszczę niczego. Już nie odpuszczę.
Nie mogę sobie kupić, bo wiecznie słyszę, że można kupić lepszy. I tak kupuję ten rower...I z tego wszystkiego lepszego kupie chyba jakiś kosmiczny model, hehehe, bo widocznie na taki czekam.

Cholera, całe życie nawalanka, a potem wszyscy są zdziwieni, ze za każdym krokiem jaki robię do przodu to oglądam się trzykrotnie dla akceptacji postawionego kroku. I jeszcze się pytam - dobrze?!
Bo z czasem ma prawo mnie wszystko przerastać. Bo można naprawdę oszaleć.
A niech życie w pizdu mnie niesie. Na oślep.
Nie będę mówić już nic.
W końcu życie to zabawa. Gra. Sztuczka iluzjonisty.
Byleby tylko zdążyć uwolnić się z kajdanek, zanim zabraknie powietrza.
I kupić rower.


Wyszliśmy na podwórko. Syn z kolegą grał w piłkę. Rozgrywali mecz na dwie ławki. Synowi nie chciało się grać kompletnie i tylko od czasu do czasu machnął nogą czy pobiegł. Kiedy mu się chciało deklasował przeciwnika. Łatwo odbierał mu piłkę, wbijał gole. Ale jak mu się nie chciało, przeciwnik zdobywał przewagę. Jednak większość meczu Starszy stał jak kołek, albo tarzał się w trawie jak koń pogryziony przez gzy.
-Jestem lepszy - krzyczał M.
- No a ja jestem głupkiem - cieszył się syn.
Szlag mnie trafił. M. wcale nie był lepszy tylko Starszemu nie chciało się grać, więc przy takim podejściu to każdy wygrałby. Postawcie konia na bramce i co? Każdy go ogra.
Zwróciłam uwagę synowi, że nie jest pajacem tylko leniwcem i żeby tak nie mówił.
Na dodatek w całym meczu M oszukiwał z zasadami.
- Dlaczego oszukujesz?! Sam złapałeś piłkę w ręce i mówiłeś,że można bo bramkarz może. A Starszemu za to samo chcesz dać żółtą kartkę i karniaka? hola hola.No synu, nie daj się frajerować!
- Zostanie pani sędzią? - zapytał się M.
- Pewnie. I pamiętaj, co jak co, ale kumpla nie oszukuje. 
Zagrali. Syn dalej pajacował, więc M wygrał.
Nie chodzi o wygrane czy przegrane tylko o postawę. Dać się oszukiwać ?
To już mnie zmroziło.
- Ok synu, jeszcze mogę zrozumieć, że nie chce ci się grać, ale tak dawać się oszukiwać?! REAGUJ, nie daj się. 

Mam alergię na takich cwaniaków.

A za syna to ja już się wezmę. Za długo to trwa.












poniedziałek, 30 września 2013

i niedziela minęła

Sobotni poranek był bolesnym porankiem. Nie dość, że była niemoc to jeszcze syn mnie ograł.
Ale wczoraj wstałam wyspana, wygładzona taka po tej nocce nowonarodzona i rzekłam pewnym głosem:
- Synu, rewanż!






Syn podjął rzuconą rękawicę. Pionki zostały wrzucone.
Kurde, znowu porażka, porażka i remis i porażka i łał! jedna moja wygrana! I porażka. Tłumaczę się przed sobą -ach ten love, głowa wciąż w odlocie, te problemy i zawirowania życiowe. No szukam wszelkich tłumaczeń. Przecieram okulary. Powieki przypinam spinaczami do uszów.
Trud mój próżny - chyba zaczynam cierpieć na zwapnienie mózgu....martwicę mózgu ...zanikam.
Mężu się zbrechtał, cierniarą nazwał i sam zasiadł do rozgrywek. Wynik?! Remis. Potomek nie dostał batów. Gra była wyrównana.
Synu, albo jesteś mistrzem albo fuksiarzem. Albo twoi starzy tracą zdolność do myślenia.

Starszy ulotnił się na imprezkę urodzinową kolegi, a my pojechaliśmy do parku. Poszukiwania pani Jesieni oraz kasztanów wyzwoliły wielką babską bitwę na liście, a mężuś, choć nie miał zorki 5 to i tak porobił parę zdjęć.












- Jestem głupia - powiedziała córa wchodząc do kuchni - bo wiesz co zrobiłam? zdjęłam rajtuzy zamiast myć ręce.
- Nie jesteś głupia tylko zakręcona!
- Jestem głupia!
- Nie mów tak.
- Jestem głupia.
- Skoro ty jesteś głupia to ja też jestem głupia. W końcu moim dzieckiem jesteś, no nie?!
Dziecko popatrzyło na mnie, uśmiechnęło się i wypaliło:
- To ja nie jestem głupia, ale ty jesteś głupia.
Ha ha ha zabawne.
Ale Młoda miała radochę. Tak wyrolować matkę w wieku 4 latach to sztuka wyrośnie niezła.


Wieczorkiem dzieciaki zajęły się twórczością. To głupio tak siedzieć i patrzeć na to jak dzieciaki fajnie się bawią. Poczułam zew artystyczny. Też zrobiłam swoje stworki.




mam talent :PPPP





- Mamo, ale wampirów nie ma? - Młoda lubi o to się pytać, ze trzy razy dziennie. Efekt oglądania Scooby Doo. Lubi sobie śpiewać pod nosem: "Skała wampira, skała wampira..."
- Jasne, że nie ma. Dzieci mają bajki i dorośli też lubią się straszyć. To bujda. Zresztą w czosnku nie śpisz, prawda?
- Nie lubię czosnku, ani cebuli...

Siedzieliśmy więc tak sobie w trójkę rozmawiając o wszystkim i o niczym. O imprezie urodzinowej nie dało się porozmawiać. Syn nie był zbyt wylewny. Było fajnie, był czarodziej, była ekipa i tyle.

Wspólny czas to jest ten czas, kiedy wskazówki mogłyby się nie spieszyć, mogłyby stanąć. Trwać. Życie bez pięknych chwil byłoby masakrą. Udało mi się uciec od mych spraw ziemskich, choć trucizna rozlana w trzewiach cieniem swym muliła. Trudno pogodzić się z brakiem sprawiedliwości.
Musze jednak przetrawić pewne rzeczy, by resztki nie rozkładały mojej duszy. By nie capić ścierwem monotematyczności, bo ile można trawić ten sam temat?! Ale szlag jasny mnie trafia.

Wieczorem czytałam dzieciakom o piegach i pieprzykach.
- Mamo, a ja wiem co to jest pieprzyk. to wygląda jak kupa chomika ....

Hahahahaha, Młoda zaczyna gadkę mieć coraz lepszą.

- Dobranoc.


Siedzę przy kompie pisząc kolejne oświadczenie -przymulenie, bo ile można?! a tu nagle przybiega  córcia i nieoczekiwanie całuje mnie w rękę:
- Kocham cię, mamusiu
i poleciała z powrotem do wyrka.
No odlot po prostu odlot. Wiatr w skrzydła.

I tak sobie myślę, ze z uczuciami  jest jak z lokata bankową - ile się włoży, tyle się dostanie, a w przyszłości może i więcej w ramach procentowania.

Tyle, że rano dostałam wścieklicy. Zrobiło się późno, a dzieciaki jakby stały się z gumy. Im bardziej czas się kurczył, tym mocniej ich ruchy się rozciągały. Mało tego. Syn  po umyciu zębów wyszedł z pochlapaną bluzą, a córka zawisła nad zakładaniem buta.  Mogłam sobie mówić, że to nie ta noga, żeby ubierała się, bo czas goni, a synowi by sie przebrał. Lepiej jest mówić do skarpetki, głaskać chomika.
I szlag jasny trafił mnie. W jednej chwili  miłość zmieniła konsystencję. Stała się pianą na pysku. Warczałam dziko miotając słowem.
Wybuch nie zatrzymał czasu, ale krzyk przyspieszył ruchy.
 - Mamo, ale ja cię kocham
- Ja Was też, ale na litość boską miejcie ruchy. Dlaczego o wszystko muszę prosić milion razy, co?!!! dlaczego?!!! 

Opanowałam się. Młoda znalazła na mnie sposób. Wie, ze są słowa co działają jak sole trzeźwiące.

Zrehabilitowałam się i w aucie rozbrzmiewał już śmiech.

Samo życie. Przeplatanka emocji.
Ech...





sobota, 28 września 2013

i nastała sobota, dzień szósty












Dorwał mnie Conan Barbarzyńca. Wciąż konam po barbarzyńskiej imprezie.

Bo czasami tak trzeba.

Nieskładne myśli me wciąż latają po parującej głowie.
Parę spraw idzie jak po grudzie. Telefony, zaświadczenia, oświadczenia. Mam dość tego wszystkiego.
Więc by nie wpaść w doła przybyli znajomi na odsiecz, a wraz z nimi przybyły koncerty i wycie.

 Katharsis. Wiec skichałyśmy się z sis duchową.

Za tydzień dla równowagi pojedziemy górki, by na szlaku pogubić troski dnia codziennego.
Zresztą córa upomina się o wyjazd:
-Mamo, ja chcę tam jechać, bo ja tam stawiałam pierwsze kroki?
-Tak kochanie.Ale byłaś uparta i to ci zostało do tej pory.




Młoda- 10 miesięcy na szlaku





 Starszy na szczycie. 



Młoda zasnęła. Z Matyldą :)








Młoda wleciała rano do wyrka:
- Mamo! Ryż na mleku, zrób, proszę.
- Znowu?
Dzieciaki dostały obłędu żywieniowego - jak nie ryż to płatki, a reszta może nie istnieć. Przepraszam, jeszcze jest łaska dla kromek z dżemem truskawkowym.
Wstałam, moja głowa!, ale co tam, dla dzieciaków to i fruwać się nauczę. Nie ma, że boli.
Papu i zabawa. I to na całego.
- Dręcz mnie jeszcze mamo! - Młoda uchachana skakała sobie po mnie. Skakała z takim pełnym brzuszkiem po moim pustym brzuszku.
- Zjem ci pięty i dostaniesz martwicy mózgu, jestem ble zombi - tonem umarlaka straszyłam córę gilgocząc ją przy tym okrutnie.
- hahahahahahaa mamo hahahaha...litości ...
Syn też wpadł na mnie. Walka była męcząca. T ulotnił się do pokoju spokoju. Taki to pożyje.

Córka kazała mi pilnować kanapy na której wybudowała fortecę.
- A kto ma ci ją zburzyć skoro nikogo nie ma?
- Starszy tu był i widziałam ten uśmiech więc wiesz mamo dlatego ci to mówię. Przypilnujesz?!

Ten uśmiech ...widziała ten uśmiech, hahahhaa.
Ale oboje są dobrzy.
Córa wtuliła się w brata, który przyszedł i siadł na kanapie.
- Kochasz mnie?!
- No przestań, MAAAMOOO!!!! weź ją!
- No kurde, nie możesz poczochrać Młodej po główce, patrz jak cię kocha, no synu...
Zabił mnie wzrokiem normalnie.

Nie drążyłam tematu.Wzięłam córę na ręce:

- Wiesz tacy są faceci. Jedno czują, a drugie robią. Ale ja cię kocham nad życie.
I pierdzioch w brzuszek. I nadszedł drugi etap dręczenia. Uwielbiam jej śmiech.



Słońce zza okna uśmiechało się kusząco, więc polecieliśmy na podwórko. Graliśmy w piłkę, huśtaliśmy się.
- Cześć jestem Ziutka. Pohuśtamy się razem?
- Mamo ahahaha przestań.
- Ja nie jestem mamą, ja chodzę do drugiej klasy. A ty?
- Do pierwszej.
- A jak masz na imię?
- Starszy.
- A u nas jest taki Miecio i wiesz, ze on ciągnie mnie za warkoczyk. Musiałam mu książką strzelić po głowie. U was w klasie też zaczepiacie dziewczyny?
- Hahahaha, no mamo, no weź ...hahahaha
- Tak tęsknisz za mamą? Ja też czasami. Mogłaby się więcej ze mną bawić. A co lubisz robić?
- Rysować komiksy.
- No co ty? ja tez lubię rysować. A co rysujesz?
- Historie o głupku.
- No u nas chłopaki w klasie też rysują, ale tam są bójki i bomby i zabierają nam czerwone kredki bo im wciąż brakuje, wiesz? A co głupek robi?
- Mamo hahahah przestań, nie rób tego.
- Kurde synek, nie bądź drętwy, pogadajmy se, co? - zbrechtałam na maksa. Uwielbiam takie gadki i wkręty.

Przestałam zadręczać synka i zajęliśmy się nauką. Uczyłam Starszego skoków z huśtawki, rzucania "kaczek" do wody. Pozbieraliśmy kasztany. Żołędziami trafialiśmy w drzewo. "Pogoniłam" Młodą. Czas zleciał nie wiadomo kiedy. Kocham te chwile. Nawet zapomniałam o głowie. Fajowo.

T w tym czasie posprzątał mieszkanie, ogarnął pranie, zrobił idealny porządek w kuchni. Taka to pożyje przy takim kolesiu.:)


- Ale czemu zakupów nie zrobiłeś?! - zapytałam się z wyrzutem.
- Idź, i nie denerwuj mnie!
- No weź, to ja z dzieciakami latałam a ty siedziałeś w domu, więc mogłeś pójść - zbrechtałam.
Popatrzył.
- No co kochanie? Heloł, kogo ja cytuję? hahahaha. No dobra dzisiaj to ja robię kawę.

Zadzwoniłam do mamy.Wczoraj miała zabieg. Czuje się wciąż dobrze. W poniedziałek zapewne wyjdzie. Super.

- A kwiatki podlałaś?
Standard. Chwasty rulez.
A moje zioło odeszło. Bazylia is dead. Muszę kupić nową ofiarę.

A póki co sama idę pozdychać. 

:P





piątek, 27 września 2013

Bo środa nudą wiała ....

więc czwartek musiał swój klimat mieć.



- A co to za śrubka? - Młoda pobiegła do taty.
- Nie wiem. Wiesz od czego to jest? - z kolei T zapytał się mnie. Wzruszyłam ramionami.
- A skąd mam wiedzieć? Nie mam czasu na pierdoły - synu, zbieraj się, bo się spóźnimy!
- O! a co to jest? - Młoda pokazała kolejne znalezisko, które trzymała na rączce.
Zmarszczyło się czoło mężulka.
- Daj mi okulary.
- Nie mam czasu, wyrzucić to do śmieci i już. Synu, no weź się ogarnij w końcu!
- Dawaj okulary.
 Popatrzyłam na niego jak na kolesia z kosmosu. Co jest? Nie dowidzi? A masz!
- Czy ty kobieto nie czujesz, ze nie masz noska?!
- Że co?!
Okazało się, że to od okularów odpadła część.
Hm, ostatnio nic nie czuję, a mam czuć brak takiej pierdoły?!
Nie ogarniam świata, a mam ogarnąć brak śrubki?!
Rodzinka jednak czuwa. Oj, co ja bym zrobiła bez rodzinki?!
Bystre oko, bystry mózg, i rozciapany porankiem syn.
- Idziesz w końcu chłopie?!
- No już....
Telefon złapał mnie na schodach.
- Proszę?
- To kiedy po mnie przyjdziesz? - ach, to matka.
- JA? Oszalałaś? Chodź do nas. Zaraz będę. I jedziemy.
-A gdzie idziesz?
Chyba naprawdę oszalała albo stres zamącił w jej pamięci. No gdzie ja mogę rano iść?!

- Syna mam? A syn do szkoły chodzi?

W aucie głowa mi opadła na kolana córki. Ta mnie głaskała, czochrała.... odleciałam.
Obudziło mnie nagłe hamowanie, pisk opon i wielkie:
-SZLAG! CO ZA PAJAC!
Otworzyłam oczy. Kadr - tir jechał naprzeciwko, a T zjechał na nasz pas i fiuuuuu, tir pojechał.
Oczy jak ocean. Ławica myśli, nie wiadomo, którą łapać.
- Co ty robisz?!!! Oszalałeś?!
- Chciałem wyprzedzić a ten pajac przed nami przyspieszył.
Tja z winy pajaca rozsmarowałby nas na ciężarówce. Normalnie facet mi oczadział. Matka była zielona. Nie odezwała się słowem. Ja też nie. Po prostu słów mi zabrakło.
Ale byłaby ironia losu. Tu mama martwi się, że przy operacji wyzionie ducha, a tu proszę: byłaby niespodzianka zięcia -  zderzenie czołowe. Ha! jaki przebiegły lis?!

Odstawiliśmy mamę pod szpital. Buziaki i poszła ku swojemu przeznaczeniu. My zaś korzystając z bycia w wielkim mieście ruszyliśmy na galerie.

Świat zakupów ....
- CHCĘ KUUUPĘ!!! CHCĘĘĘĘE KUPĘEEE !!!- me dziecko zaczęło się drzeć na parkingu.
...jest nieobliczalny.

Szukanie odpowiedniego oświetlenia to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, gdy mężulo ma wizje. To nie to, to też nie, oj, nie tak, ojej kable? nie będziemy ryć w ścianie, to nie ten gwint, ale gówno...Pojechałam z córą między półki, a niech sam wybiera.


Córa po raz pierwszy wlazła do takiego wózka. Zawsze biegała i miała w nosie siedzenie tyłkiem na miejscu. Zresztą nie posiedziała zbyt długo. Szwendała się jak chomik po klatce.
Mężulo zadowolony pokazał plafon. Żarówki przestaną straszyć w przedpokoju. Ale obraz z kawałkiem ściany będzie tonął w ciemnościach.
- Wiesz, jeszcze możemy skoczyć i tam i tam.
Ale jestem dobra.

Wjechaliśmy w miasto. T jedzie jedzie. Sygnalizacja świetlna, światło czerwone, nie głęboko pomarańczowe - czerwone! a mężulo co?  nie zatrzymał się tylko  jedzie przed siebie jakby nic .!!!!!. JEDZIE!!!Pisk opon, klaksony.
- JEEEEEDŹ, JEEEDŹ KURWA! - 
Tego już nie wytrzymałam. Wydarłam się ze strachu, paniki, totalnego rozpierdzielu....Co jest?!!!
Szukając oświetlenia wpadlibyśmy w ciemność. Ja pierdzielę. Ja nie mogę.
Wjechać na skrzyżowanie przy czerwonym świetle wzmaga pracę serca.
- Czy ty oszalałeś?!!! Co ty robisz?!!!
- Nie widziałem tych świateł...- ten ton, nie drążyłam tematu.
Oto kierowca z kupą lat doświadczenia i znajomością miasta.
Bywa? Bywa. Niewiele trzeba, by przestać istnieć.
W drodze powrotnej głowa mi już nie odleciała w sen. Nie mogłam.

- Mamo, mamo, poczytasz?
- A nie czytam wam wieczorem?
- Czytasz.
- Więc czemu się pytasz czy poczytam?
Cisza. Po zdziwionych minach widać, że ruszył proces myślenia.
- To chodź....

Zaczęłam czytać Czerwonego Kapturka.

" Dawno, dawno temu ..."

Ja czytam, a dzieciaki odpływają w swoje klimaty. Młoda wyskoczyła z łózka i skacze (jakby chciała przegonić wilka), a  Starszy z przejęciem zaczął oglądać inną książkę.

.... a wtedy wilk wpadł do domku rzucił się na przerażoną babcie połknął ją. Potem włożył jej ubranie i okulary i wskoczył pod kołdrę..."

Hm, chyba sama sobie czytam. Sprawdzę.

- I puścił bąka aż kołdra przykleiła się do sufitu.

- Ahahahahahahahahaha - dzieciaki zaczęły się śmiać.

HA! a jednak słuchają.
:D
Tyle, że było po czytaniu. Broń biologiczna człowieka okazał się być ciekawsza od dalszej historii, którą i tak znają na pamięć.
Zaczęły się prześcigać w wymyślaniu.


Syn zasnął, a córa nie. Młoda skręca się rano, a wieczorem jej sił przybywa.
- Mamo a żarciki i kłamstwo to to samo?
- Nie, kochanie- odparłam zaskoczona. Co to za pytanie! Wow! Szok.
- Chociaż, czekaj, jakby się tak zastanowić - zaczęłam się zastanawiać, chociaż nigdy nad tym się nie zastanawiałam - to to samo. Bo jedno i drugie wymyślamy Tyle, ze żarciki śmieszą. Żartujemy, by kogoś rozbawić, a kłamstwo rani, boli, oszukuje, jest złe. Lepiej milczeć niż kłamać.
Młoda jakoś to przetrawiła, popatrzyła.

- Aha, a my lubimy żartować, prawda?
- Chyba ty! - zaczęłam się śmiać i Młodą gilgotać.
- Mamo, maaaamooo, patrz pająk!
- AAAAAAAA!!!!! Nie strasz mnie dzwońcu - hahahahhaa

Nasza zabawa - Młoda wie, czym mnie straszyć i z czego mieć ubaw. W takich momentach przestaję ją gilgotać i to w trybie natychmiastowym drąc się wystraszona :).
Wciąż w to gram, bo kocham jej śmiech. Rechot Starszego też jest dla mnie cudowną muzyką.
Kocham nad życie te swoje klony. I codziennie im to mówię, no bo kurde, jak im tego nie mówić, kiedy kochane są?! Więc mówię, do znudzenia. Mantra, która luzuje gumki w majtach, gdy jest eksplozja negatywnych emocji. Kocham, kocham kocham, jak jeden, dwa, trzy ....wrzuć na luz, wrzuć na luz ...

Więc niech ubaw trwa póki życie trwa, bo ono może odejść nie wiadomo kiedy.
Trzeba mówić co się czuje, póki można mówić.
Idę w mężulka się wtulić. I poszeptać mu parę ciepłych słów:
- Jeszcze raz a sama ci prawko zabiorę, ty ociemniały mózgu!!!!!

Hahahahaha

Choć tak naprawdę do śmiechu mi nie jest....











wtorek, 24 września 2013

wtorek -dzień cudów

 Wyszliśmy jak co rano do instytucji edukacyjnych. Przy krawężniku leżał jeż. Jeż z wyrazem twarzy. Ze zdziwioną miną leżał. Zszokowany. Nie mogłam oderwać oczu. Widać było, ze śmierć  zaskoczyła go niespodziewanie - w biegu. Niesamowite. Niby zwierzę, a jednak jak człowiek.

  Syn przejął się jeżem, ale bardziej przemówiła do niego kupa leżąca obok.
- To jeża?
- Nie wiem. 
- Na pewno jego.
- Być może. Śmierć to taka nieczysta siła jest.
- Kupę się robi?
- No wiesz, mięśnie przestają działać i wszystko może się zdarzyć.

Wszystko może zdarzyć się. Po wczorajszym dniu nie chciałam żadnych zdarzeń. Zaszyłam się w kacie pokoju i zaprzestałam bycia. Ale istnienie odezwało się.
Wyszłam do apteki po zamówiony wziew.
-3, 20zł. 
Wow, fajna cena.
- A ten lek to macie może w promocji, bo ostatnio zabiliście mnie ceną? -pokazałam kolejną receptę.
- Tak, jedno opakowanie. Zamówić ci  w takiej cenie resztę?
- Się pytasz -jasne! Dzięki za pomoc!
Jeden lek, jedna apteka a ceny potrafią różnić się nawet o 30 zł. Niepojęte to jest! Dzięki znajomości -100 zł zostało w kieszeni. Nie dużo, a jednak cieszy. Po co przepłacać?! Będzie na wypad w górki.
A póki co wypad zrobiłam do ortopedy. Chciałam tylko pokazać lekarzowi wyniki rezonansu i spadać. Przecież parę miesięcy temu moja noga nie była dla niego żadnym problem.
-Proszę pani,ale nic nie można zrobić. Ludzie nie mają wiązadeł i biegają 
- To dlaczego ja nie biegam?
 Sio do pracy i nie ma dyskusji. Kuśtykająco. A co tam. Modern art kroku, kurwa, ja pierdolę. Potraktował mnie po prostu jak naciągaczkę-panikarę. Pewnie dlatego nie chciało mi się z nim rozmawiać, gdy robił za komisję lekarską.

- Proszę pani, to na razie niech pani bierze ten lek, i proszę przyjść do kontroli za dwa miesiące. Rozważymy zastrzyki, bo tak jednak być nie może...

Huston, mamy problem! - a jednak. Musiałam mrugać szybko powiekami, by oczy nie potoczyły się podłodze. No cud po prostu, cud. Nie wierzę! Tylko ciekawa jestem co napisał w opinii. Nieważne. Może jednak cudu zdrowotności dostąpię?! Ha! Satysfakcja  ma, bo jednak problem jest. A nie mówiłam?!

I to nawet dwa problemy są.

- Nie będę jeść obiadów w szkole- syn oznajmił kategorycznie - będziesz mi dawać kromki do szkoły i tyle.
- Ale synu, musisz jeść obiady!
- To będziesz gotować!
- Ja? No weź, do swojej matki to mówisz...- i zaczęłam się śmiać.
I tak oto syn mnie załatwił. Szlag trafił mój diabelski plan, plan żywienia dzieci w instytucjach. Syn nie dał się przekonać. Ja w kuchni? Toż od przekleństw zwali się Mur Chiński! Hahahaha....




Dzieciakom puściłam Epokę Lodowcową 3 , a sama zasiałam na rower. W końcu muszę rehabilitować się, albo i nie bo zadzwonił telefon.
- Dzwonię, by pochwalić się. Wygrałam ekspres do kawy, więc kiedy przyjedziecie będę mogła zrobić wam dzban.
- Ej to czad, naprawdę. Ty to masz dar.
Gadka potoczyła się, a tu dzwonek do drzwi.
- Czekaj, bo ktoś dzwoni do drzwi. Nie rozłączaj się, dobra?

- Cześć. Słuchaj mam nadzieje ze nie przeszkadzam, ale doszło do nas ze jesteś bez pracy, a nam niańka odchodzi i zona pomyślała o tobie, daj mi telefon to sobie pogadacie.
- Ja? Niańka? E?
- No, na parę godzin tylko. Dawaj numer.
- Ok - podałam numer -ale powiedz zonie niech wpadnie na kawę to pogadamy.
- Dobra, to na razie.

- Jesteś?- rzuciłam w słuchawkę.
- Jestem
- Siadaj, bo padniesz. Był sąsiad, który chce ze mnie zrobić niańkę.

Zdjęłam okulary i oparłam głowę o dłoń, bo tego moje oczy nie były w stanie wytrzymać. Chciały wyskoczyć ze zdumienia. Ja niańką? I to bliźniaczek!
Co za szatański pomysł!
Nie mówię nie i nie mówię tak - nie mówię nic.
Ogarnia mnie coraz większy śmiech.
To jakieś jaja są?!


Ja dzisiaj nie idę spać. Ja nie chcę jutrzejszego dnia!







uważajcie na jeże











one day - monday


Zrobiłam przedstawienie dla dzieci. Ubrałam jedna skarpetkę i jednego buta. Ubrałam druga skarpetkę, wkładam drugiego buta i jak nie ryknę, jak nie rzucę butem, jak nie wyskoczę ze skarpetki w pląsawicy obłąkania. Dzieci patrzą zszokowane.
- No co! Coś mnie ugryzło!
- Może ten pająk na którego wpadłem i do domu przyniosłem. Obrzydliwy był
– powiedział syn.
Na nodze malutka strużka krwi. Naprawdę coś mnie dziabnęło. Nie wiem co to było. Nie mam odwagi do buta spojrzeć.
- Jak to przyniosłeś do domu? Skąd?
- Wczoraj wpadłem w pajęczynę i tam był ten pająk, i chyba siedział na mnie. Nie wiem. Obrzydliwy był.
- Aha. Dobra, nieważne, sio do auta!

Polecieliśmy do przedszkola, szkoły. Poranny jogging. Czas?! Czas to abstrakcja w pewnym wieku. Potem staje się czymś realnym, by za chwilę znowu upodobnić się do gumy żucia. Ciągnie się ciągnie, wydaje się, że nie ma końca i jeb! Koniec. Rozchlapuje się człek na życiu.
Życie człowieka ...cieszymy się daną chwilą, ale dokąd ten most prowadzi...Wychylam się ...

Czuję się jakbym siedziała na rozklekotanej ławce pod rozklekotanym drzewem z rozklekotaną szczęką swą i błądząc w piachu czubkiem rozklekotanego buta, oparta o rozklekotaną laskę, czekała na śmierć.
Dół jak chuj mnie dźgnął.

Ten zastój, ta stagnacja, to nic przerasta mnie. Przerasta mnie wszystko. Cienie wyłażą ze ścian.

Poszłam do osiedlowego sklepu i stanęłam w kolejce.
- To za 5,30
- Za 5,30?
- No! Nalewka!
- Dwa piwa.
- Setka i cebula.
- A dla pani?
- Dla mnie tylko chleb. Kurde, aż głupio przy tak wybornych śniadaniach kupować pieczywo.
 - To  może coś dorzucić?!:D:D:D
- Hm...dobra, zaszaleję. Mleko poproszę.
Zbrechtałam się. Choć przecież nie pierwszy raz tak było. Jest ambrozja i jest nektar. Każdy ma swój wybór. Choć wydaje się, ze niektórzy już wyboru nie mają. Choć może mają - nalewka czy setka?
I jedyny problem - kasa na płyn. Reszta w pompie. Można tak żyć? Można.
Wywalić się na cały system.
Choć lepiej "sprzedać lodówkę" i pójść boso przez świat.
Do Afryki.
Pod nóż.
Bleh.




Wyro uśmiechało się do mnie. Właź i zapomnij. No chodź ...Sen. Miła wizja przespania czasu. A niech życie gna. Mogę być już staruszką. Mogę już sobie iść. Odkryć ten absolut. Wpaść w otchłań niebytu.

Zamykam oczy. Wznoszę się wśród kolorów. Płynę wśród mieniących się kaskad barw. Lekkość bytu....
Nagłe ktoś wylał gówno ...znowu wróciła myśl, ze wszystko jest bezsensu, jałowe, niesprawiedliwe, popaprane... ble, ble, ble ....

Szmaciane myśli do szmat won. Zajęte ręce plączą myśli. Muza zagłusza wszystko.




Spojrzałam na buta. Jeśli tam coś było to chyba polazło. O, żesz. Wyobraźnia podpowiadała strasznego włochatego, obrzydliwego pająka. Stado robactwa przyczajone w kącie.
Czułam jak ze wszelkich zakamarków  łypią  na mnie  oczy.



Bleeeeeeeeeeeeeeee.... Z koszmarnych obrazów wyobraźni wyrwał mnie telefon.
- A ty wiesz, że masz dzisiaj do alergologa?
- Wiem, że mam we wrześniu, nie wiem, ze mam dzisiaj.
- To ci mówię. Kartkę zerwałam z kalendarza i mam zapisane.
- Dzięki mamo.
- Będę później.
- Jak chcesz, nara.




Popłynęłam  na szmacie, w muzie, nie myślenie, w klniecie, w rozmowę sama z sobą, w zapomnienie. PLASK. Mokra wykładzina pozbawiła mnie równowagi. Obiła dupsko. Słuszna nauka, gdy zapomina się o istotnych rzeczach. Należało mi się.

Nie wierzę, ten poniedziałek nie istnieje! Nie istnieje! Nie ma go! Przecież to jakiś absurd jest. Tania komedia.

 SZLAG!!!!

Czas po tajniaku przeskoczył w godzinę "w", w godzinę mać jego chyba nie zdążę.
Popędziłam do łazienki. Nogi rozjechały mi się ponownie. Drugi raz nie dałam się. O, nie.
Dzwonek do drzwi.
O! matka.
Poleciałam ze szczoteczką w zębach, uwalona pastą, właściwie nadal myjąca zęby, otwieram drzwi.
- Dzień dobry. Mam dla pani paczkę.
- Ugy yhy - wyciągnęłam szczotęczkę z gęby- dzięki.
Ja pierdzielę, nie wierzę. To jakiś kosmos. Hehehehe, ale koleś ma widok, czad po prostu.

Hm, w sumie mogło być gorzej.  Myśląc, że to matka mogłam otworzyć drzwi będąc w samej bieliźnie.
Chyba odleciałby na tej szczoteczce, hahahaha.

Pognałam na rowerze, a na rowerze dognała mnie myśl - czy ktoś cie próbuje rozbawić?! Przecież to jest jakiś absurd. Nie wierzę ...albo coś zaczyna czaić się. Śmiech na zmniejszenie bólu?


Lekarz pozbawił mnie złudzeń. Wyniki piękne, ale muszę brać leki  i mieć przy sobie wziew na duszności.

- Na duszności mam papierosy - kiepski żart. - żartuję. Tzn nie żartuję, bo pale, ale mało. 
Myślałam, że wymigałam się z tych chorób podejrzeń a tu gucio. Szok. Szok? WTF?! pytam się grzecznie.
Myślałam, ze minęło.
Są jednak rzeczy, które nie mijają.

W ulotkach jeszcze raz sprawdziłam co to są za leki i na co. Bo one leżały sobie w szafce. Zakupione i nie dawkowane.
Pobuszowałam w necie, by dowiedzieć się więcej o przypadłości co rzekomo męczy mnie.

Najczęstszą przyczyną  jest narażenie na dym tytoniowy, ale inne czynniki, takie jak substancje drażniące z powietrza oraz stany wrodzone, na przykład niedobór alfa1...

Niedobór alfa ......Hahahaha...aaaaaaaa ahahahahaha.......alf hahahahaha.


Staliśmy ze Starszym na skrzyżowaniu czekając na zielone światło.
- Mamo patrz paź królowej. Leży, o tutaj.
Zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć syn wszedł trochę na ulicę i podniósł motyla. Motyl jednak się nie podniósł.

"Co za facet, facet niosący motyla. Będziesz monarchą" - zchichrałam myśląc o serialu "Pod Kopuła".

- On nie żyje, mamo.
- No cóż, jego czas minął. Daj go na trawę. To lepsze od jezdni.
Co za wrażliwy facet, nie mogę.
Chciałabym być motylem ..- te myśli, ten gumowy czas ...
Czasami.
Pojechaliśmy do dentysty. Starszy siadł na fotelu. Zaczął się kręcić jak nigdy. Sprawdzać. Dotykać. Lekarka go uspokajała, a on na nią łypał okiem.
Zaczęło mną targać, bo przypomniał mi się Jaś Fasola. Syn mniej więcej miał taką minę i tak się zachowywał. Miej więcej, bo wpadł w ręce, które leczą, więc nie miał okazji przebadać dokładnie terenu.


https://www.youtube.com/watch?v=SGO-bGjCZu0


Potem ja zasiadłam i zatonęłam nie we śnie, ale w chrześcijańskich pieśniach. Siedziałam z otwartą gębą, po prostu.
Płakać mi się chciało ze śmiechu. Łza pociekła.
- Aż tak boli?

Aaaaaaaaaaaaaahahahaa hahahahahaha aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa  ahahahaha

Zmasakrowana dusza ma.

Nie miałam sił, by pokręcić głową, by zrobić cokolwiek.
Są fotele, które leczą.

Są dni, które nie dzieją się.

W domu była już córa. Zagrałyśmy w zgadulę.
- Ten pan w kawiarni do stolika, przynosi kawę lub herbatę, potem, by nie przeszkadzać, znika, aż w końcu wraca po zapłatę.
- Nie wiem.
- Wiesz.
- Kucharz?!
- Nie, kucharz gotuje jedzenie, a kto roznosi potrawy?
Młoda myśli, myśli:
- Potrawnik?!
Hahahaha, potrawnik
- Córciu, potrawnik to chyba posprzątałby trawnik.  Chodziło o kelnera. Kelner przynosi do stolika kawę, ciacho.


Czas kolacji. Czas męczeństwa mojego, bowiem dzieciakom zachciało się naleśników. Z dżemem truskawkowym.
Smażę i smażę te placki i wywracam oczami i smażę i przestawiłam patelnię na inny palnik, bo zaczęło się jarać...jara się! Jak złapałam za patelnię tak puściłam.

- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA FUCK!!!!!!!!! - wydarłam się jak opętana, dłoń szybko powędrowała pod zimną wodę. Kurde, co jest?
Ja pierdzielę, nie wyłączyłam poprzedniego palnika i przypiekłam rączkę od patelni.
Auć, auć, boli, szlag.
- Biedna mama.
Młoda wtuliła się w moją nogę.
Syn też przyleciał zwabiony krzykiem.

Boli mnie wszystko. Moja dusza. Moja głupota.
I chyba po to wycięłam tłuszczaka, by pamiętać o rodzince swej.





W życiu nie ma przypadków. To wiem.







niedziela, 22 września 2013

bum!



Magia dzieciństwa tkwi w tym, ze marzenia są na wyciągnięcie ręki. Dzieciaki zostały uszczęśliwione maskotkami. Maskotkami marzeniami.
- Dziękuję! O tym marzyłam!!!
Radocha była wielka. Dzieciaki wpadły w szał.
Dla uśmiechu warto zrobić wszystko.





- Jestem ptakiem - krzyczała radośnie córa- będę bić Starszego! Hahahahaha......

W końcu tak jest w grze - ptaki spuszczają łomot świniom.

Walka była wielka. Walka ptaków latających. Śmigały po całym przedpokoju, śmigały po pokojach. Latały wszędzie.I maskotki i dzieciaki.

 Nagle BUUUUUUUUUUUUUUUCHHHHHHHHHHHHHHHH!!!!!!!!!!!!!

Krzyk. Wrzask. Strzał maskotką był idealny.



Poleciało szkło.
Plafonierę szlag trafił.
Zamarliśmy.
Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Dzień bez sprzątania to dzień stracony po prostu.
To było jak rozbicie nudy. Przecież rozbicie lampy to już jest coś! To coś innego niż rozlanie napojów ze szklanek, roznoszenie okruchów wszędobylskich, porozrzucanie rzeczy, zrobienia plątawiska zabawek, zrobienie dziury w ścianie.
To było coś! Wielkie bum.
Dzieciaki spod oka spojrzały na nas nie wiedząc jaka będzie reakcja . Z szoku nie wydaliśmy żadnego głosu, Z szoku albo z radości, że szkło nie spadło nikomu na głowę.

-Ale narozrabialiśmy ... - mruknął Starszy szczęśliwym tonem.
Jasne, a my mamy coraz bliżej  do remontu.


Remont przydałby się i duszy. Kryzys wieku albo jesienne klimaty malowane w tonie szarości pozbawiają mnie siły wstawania z łóżka. Jak mogę korzystam z każdej chwili, by tam wrócić i spać. Nie istnieć.

Spojrzałam w lustro.
Poszłam po lampkę wina.
Znowu spojrzałam w lustro.
Poszłam po lampkę wina.
Znowu spojrzałam w lustro.
Poszłam po lampkę wina.
Znowu spojrzałam w lustro.
Głupi uśmieszek nie zmienił widzianego obrazu.
Lampa wina ....

Wyro to miejsce zatonięć. Moje dno na którym pławię się w morzach snów.
Nie chce mi się wychodzić.
Po co? Dokąd?
A włosy dołują mnie jeszcze bardziej.
Wolno rosną na głowie, choć szybko zarastają dusze.
Czas przemian.
By dorosnąć.
Zabić w sobie kolorowego ptaka.
Choć po co?!

Już nic nie wiem.



Młoda wpakowała się do łózka.
- Mamo, mamo a pamiętasz?
- Co?
- Patrz tam pająk jest! - krzyknęła łobuzersko wskazując na sufit.
- Gdzie? - 
- No tam!
- AAAAA! Nie strasz mnie!!!!- wydarłam się choć pająka oczywiście nie było, ale Młoda wie jak robić matkę w bambuko.
Młoda w tej samej chwili wcisnęła swoje paluszki w me boki krzycząc:
- Prądzik!!!!

I wpadła w słodki śmiech.
Ten śmiech zrzuca mnie z wyra.




Życie jest jak spływ. Spływ kajakiem. Niby płynie się spokojnie, wolno, przepięknie, bo i  słychać ptaków śpiew, aż tu nagle znienacka wpada się na korzeń i dupa umoczona.

Zachłysnęłam się wodą.
T mnie stuka.
PO PLECACH!!!!!

I jedno wiem - że i tak w trumnie będzie słychać mój brecht.
Bo cokolwiek by się nie działo i tak w końcu zamieniam na śmiech.
Przekichane tak śmiać się, gdy nogi się rozjeżdżają powodując utratę życiowej  równowagi.
Gdy dusza rozpieprza się tak jak platfoniera.
Może kiedyś dorosnę.
A wcześniej dopadnę maszynkę, na którą łypię okiem. Na łyso tak.
A co.




Gubię się. Tonę. Nie wiem nic.

A strach przed jutrem  bezczelnie  w nocy  wiąże mi sznurówki.























sobota, 21 września 2013

Zygmunt i sweter












































































































































Takie właśnie jestem :D







Dziękuję za uwagę - Zygmunt :DDDDDDDDDDD
















oświecenie :P







Syn strącił książkę.
-Podnieś jak strąciłeś.
-Nie, to nie moja książka.

- Podnieś książkę, bo TY ją strąciłeś. Proste, prawda?



Jezus umierając na krzyżu pytał się:

- Eli, Eli, lema sabachthani?


Ja to teraz pojęłam, dlaczego Go opuścił.
Bo kiedy dzieci się rodzą to Bóg zwija żagle - nie dla Niego taka masakra. Więc myka od razu.

Krzyż macierzyństwa. Ciernie wychowania.
Poczucie humoru wybawieniem.



 Idę dalej rozważać nad garnkiem gotującego się rosołu.







piątek, 20 września 2013

dzień świra


Poszliśmy ze Starszym do pediatry, by uzupełnić kartę zdrowia. Syn po prostu przechodził samego siebie. Rozbierał się tak jakby pierwszy raz w życiu to robił i wciąż się śmiał. Dostał głupawki. Panie same zaczęły od tego podchichiwać. Miał stanąć to się giął. To udawał "Stefana". Wygłupiał się na maksa.  NIE DO OPISANIA! Przeprosiłam mówiąc, ze to chyba taki wiek. One, ze wiedzą.
Generalnie zachowywał się tak, jakby do niego nic nie docierało. Dziecko specjalnej troski.
Pogroziłam palcem synowi, a on za plecami lekarza i pielęgniarki zrobił mi to!


Wzrok mi zalała czerń a koleś, ten mój syn, dalej sobie kpi:


Totalnie jaja sobie robił.
Pediatra zapytał się jak z wymową. Mówię, że w zeszłym roku chodziliśmy do logopedy i w tym roku też musi iść, bo wymowa pozostaje wiele do życzenia zwłaszcza jak mówi szybko.
Pediatra kazała powtórzyć parę słów a Starszy powtórzył je idealnie. Idealnie. Myślałam, ze znowu padnę trupem. Przedstawienie trwało dalej.
- A ja znam wierszyk o kole!
- Tak? to powiedz.
- Weź koło i stuknij się w czoło.


Myślałam, ze ...w ogóle przestałam myśleć.. Służba zdrowia roześmiała się, mówiąc, że tego się spodziewały. A ja nie!


Wyszliśmy z gabinetu.
- Ale co to było za zachowanie?
- Jakie? - jakie niewiniątko.
- Byle jakie. No no no, ale powtórzyłeś słówka.
- Heheehehe, bo nie będę łaził do jakiegoś logopedy hahahaha
- Synu, ale ostatni raz widziałam cię takiego, takie zachowanie było nie na miejscu.
- Śmiesznie było.
- TO NIE BYŁO ŚMIESZNE!
- A co jest śmieszne?
Nie wiedziałam. Już nic nie wiedziałam.
- Słuchaj synu, prosiłam cię o dobre zachowanie. Niestety twoje wygłupy będą cie kosztować dzień bez tableta. Nie grasz i już!

Potem usłyszałam, ze jestem złą matką i że chce mieć nowy dom i nową matkę.
Faceci wiedzą jak ranić.
- Skoro tak chcesz to trzymaj się. Powodzenia.
Poszłam sobie przyśpieszonym krokiem. Dogonił. Zapłakany. Przeprosił.
Ufffff.
 - Jesteś najlepsza, najukochańsza ......

Ble, ble,ble, jasne.

Porozmawialiśmy.
Ja wiem,ze powyżej genów nie przeskoczy się, ze to moje dziecię ma moją krew, no ale przecież muszą być jakieś granice. Niech wygłupia się tak w domu przy znajomych,  a nie. Grrrr...


Zakotwiczyliśmy na chwilę w domu i poszliśmy po Młodą. W przedszkolu okazało się, że nie wzięłam portfela. Cholera! Jedyny dzień, kiedy można zapłacić za ubezpieczenie, a ja portfela zapomniałam! Szlag!
- To ja pani pieniądze pożyczę.
- Serio? Dziękuję. Oddam.

Zapożyczyłam się, czego nie lubię robić, u babki, którą z widzenia znam z placu zabaw. Niesamowite.
Naprawdę.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc.



W domu córka oświadczyła, ze idzie spać do babci. Kazała się spakować. Ona wzięła zabawki, książkę o jednorożcu i misia i torebkę z Hello Kitty.
- Ty weź szczotkę i pastę, dobra? I szlafrok.

I szlafrok. Hahahaha. Córka to jedyna osoba w domu, która ma szlafrok i lubi go używać. Księżniczka.
Poszliśmy do matki. I zasnęłam przy kawie.

- Ale już sobie idźcie - obudziła mnie córa.
- Wyrzucasz mnie, buuuu, będę płakać. Jak możesz mnie zostawić samą?
- Nie będziesz sama. Masz Starszego. - i brechta się. Wycałował mnie na do widzenia.


Jedno dziecko "sprzedane". Drugie, by odzyskać szansę na granie pomogło w porządkach i zatonęło w mordowaniu świń.


A ja sobie siedzę i tyle.
Też fajnie móc nie robić nic.






------


foto domowe, na moje zamówienie :P