czwartek, 27 czerwca 2013

ciotowato

I znowu dopadła mnie ciota.
I  znowu się dziwie, ze tak szybko. Już?!
Przecież chyba niedawno miałam.
Jeszcze pamiętam ten dzień, dzień kiedy kupowałam podpaski,ten ruch, gdy płaciłam za nie w kasie.
Kurczę.
A dlaczego inne ssaki nie mają tego problemu?!
Oszaleć idzie.
T mówi, ze może mi załatwić spokój na parę miechów. Posłałam go w diabły.
No właśnie ssak ssakowi nierówny, a my chcemy równouprawnienie. Nie ma, w przyrodzie muszą być schody.
Dlaczego taka foka nie krwawi?
To znaczy krwawią wybijane pałkami w Kanadzie. Taki tam sport uprawiają. Fajny, no nie?

Wrażliwym istotom nie polecam.


Świat wie i świat ma to w dupie.
Tak jak biedę afrykańską. Jak komunizm koreański z ich obozami śmierci i pracy.
Jak to co się dzieje w Ameryce Południowej.
Ale ja nie o tym......


Każdy ma swój mały świat i żyje problemami świata swego a nie globalnymi.
Bo co możemy zrobić?!

Więc w moim świecie nastały czerwone czasy.
Śmiałam się nieraz,że to kobiety krwawią, a nie mężczyźni, bo to my byłyśmy aniołami.
Aniołami co podpadły. Bo facet jest do pracy, a kobieta swoje zdanie ma:D:P. Więc wyrwano nam skrzydła. I co miesiąc rana się otwiera. Tam gdzieś miedzy nogami, blisko tyłka, bo w dupie to mamy :D:P.  Gdzieś tam, ale  nie na plecach, no bo jak?! Głupio  to by wyglądało, tak iść z podpaską doklejoną pod łopatki. Przyjdzie ktoś, klepnie w plecy i co?! Bardacha ! Chlap.

Inna wersja głosi, ze dawno, dawno temu mężczyźni toczyli boje broniąc ziem, rodzin, walcząc ze zwierzęciem, by jedzenie zdobyć. Kobiety siedziały w domu. W ramach emapatii dostały swój ból i swoją krew.

Widoczna miesiączka występuje u ludzi i niektórych ssaków naczelnych (np. szympansów)[2]. Inne ssaki łożyskowe mają cykl rujowy, w którym nie występuje krwawienie takie jak u ludzi. 

Hm, ciekawe jak szympansice sobie radzą.....


codziennik


Córka wczoraj była cała na NIE. Nic nie chciała i nic jej nie pasowało Zażądała stanowczym głosem bajek, więc puściłam. Co się będę szarpać z Młodą skoro widzę, ze jest zmęczona. Syn również przywarł oczami do telewizora. Nie chciało mu się rysować ani iść do kumpla. Oboje odlecieli.
Córka zasnęła po osiemnastej i tak spała i spała. Wszelkie próby przebrania ją w piżamkę kończył się dziwnymi odgłosami, więc sobie podarowałam. Co się będę ścierać. ...A niech śpi.
Z synem poczytaliśmy książkę, pogadaliśmy. O wszystkim i niczym.
- Mamo a pojedziemy na basen?
- Spodobało ci się?
- Nooooo i ja chce na tą dużą zjeżdżalnię, bo panie nie chciały nas puścić.
- W porzo. Pojedziemy w sobotę.
- Mamo, a ja chcę jechać nad morze, a nie w góry. 
- Dlaczego? Ej w góry też pojedziemy, no co ty.
- Ale twoja noga!
- Spoko, będzie dobrze. zobaczysz.

Młoda przespała całą noc. Bez słynnego jękopłaczu: - Chcę pic!

Nic.

Miałam dziwne wrażenie, że ją wyciąga i to na moich oczach.
Lubię patrzeć na śpiące dzieciaki - są takie słodkie. Kochane. Słodko milczące.
I wciąż nie wierzę, kiedy urosły?! Jak ten czas szybko mija ...

Córka wstała po siódmej.  Poszła pod prysznic. W ogóle nie jęczała: - chcę pić, chcę jeść, nie chcę iść, nie chcę tego ubierać, nie będę się ubierać, chcę się bawić, puścisz bajkę?! Zero tekstów ze stałego programu.  Zbierała się szybko, bo dzisiaj to ona szła na basen.
Zdziwiona nie wytrzymała:
- Nie jesteś głodna?
- Jestem, ale zjem w przedszkolu. nie mamy czasu!
W łazience czesałam jej włosy a syn w tym czasie mył zęby. Starszy zaczął warczeć i głową zrobił taki ruch jakby siostrze chciał z baranka przywalić
-Synu, panuj nad główka bo ci odleci
- Co?
- Co to było? Co?
- Bo ona macha nogą!
- No i ?!
- Nooo, mogła mnie kopnąć!
- Ale nie kopnęła, prawda?
- Nooo
- A ty mogłeś ją w głowę uderzyć. To nie jest w porządku.
Coś tam zamruczał pod nosem strzelając głupie miny. A może tak na niego działa pasta do zębów?!
W międzyczasie Młoda zaczęła jeszcze bardziej machać nóżką i zerkać na brata. Prowokatorka mała.
- Młoda, nie denerwuj brata. Uspokój się.
- Ale on chciał mnie uderzyć!
- Ale nie uderzył prawda?! Weźcie dajcie na luz i to oboje.

-Starszy, mogę wziąć twoje picie i dać Młodej?
- Tak
- Mamo a ja chce pić - Młoda zjawiła się szybko koło mnie
- To idź do kuchni
- Ale ja chce tego!
- Ale jak wypijesz tego to nie będziesz miała picia na basen
- Aha, chyba że.


Mamy wychodzić. Synowi przypomniało się, że musi zabrać rysunek. Ale gdzie jest?!
- Synu, nie mamy czasu!
- Ale ja chcę!
- Masz minute!
Syn zaczął wywracać stos rysunków, przekopywać teczki.
- SYNU!!!!!!!!!
- Dobra, dobra, już idę. Jak wrócę z przedszkola to taki bardach zrobię z rysunkami że zobaczysz.
- Bla, bla .....
Zamykam drzwi. Dzieciaki schodzą po schodach. Syn zatrzymał się nagle:
- MAMO!, ale przypomnij mi, że mam zrobić bardach. Dobrze?!


Bardach to sobie sama zrobiłam z kawą.


W sumie to wyszło jakby słońce. I oczka widać. Raczej oczodoły, bo oczka wypadły. Leżą poniżej.
Ręka w górze podniesiona. Na znak - nie poddam się!.
Hahahah już wiem! To jest pasażer!!! Ręka trzyma się uchwytu. Tak wygląda osoba w ścisku tramwajowym. Ścisk taki, że oczy wypadają z orbit! Albo ze smorodu. Nie ma to jak przepocony człowiek. Strach czasami stać w kolejkach.









bo warto ...









Spotkałam znajomego. Pla, pla, pla....

- Zawsze marzyłem o kominku w pokoju
- Ja też - rozmarzyłam się -  I co postawiłeś kominek w mieszkaniu?! Dało się?
- No co ty, byłem w spółdzielni, nie dostałem pozwoleń. Jakieś tam sprawy kominiarskie, ściany. Nie ma szans. Ale z marzeń się nie rezygnuje. Nie mogę mieć kominka w mieszkaniu? To kupiłem działkę i postawiłem dom.
- Co? Serio? hahaha
- No tak, z marzeń nie powinno rezygnować. NIGDY, stara, nigdy!
- Pewnie tak. Wiesz, ja na dzień dzisiejszy wiem jedno - każdy krok jaki zrobi człowiek jest ważny. 

Koleś marzył i przetrwał.
Jego kumpel zarobił podobną kasę. Chciał się bawić, rozerwać. Nie ma na chleb dzisiaj.
Milion  jest  takich historii .


Idźmy zatem w stronę marzeń! Zawsze w stronę marzeń.
Niech spełniają się! :)






:PPPPPPPPPPPPP





A propos innych par kaloszy: nieszczęścia i szczęścia - niesamowita historia znaleziona w demotach.





Czasami za pecha los potrafi wynagrodzić.









środa, 26 czerwca 2013

o pogiętości

Wkurzyłam się na swoje włosy. Grzywka jak dach spadzisty domu góralskiego. Obłęd.
Czasami ją spinałam spinką i była to fryzurka ala cipofryzurka. Takie mega ulizanie, że aż sama z siebie się brechtałam.
Nie myśląc za długo, zamiast fryzjera wybrałam nożyczki i ciach, ciach, ciach. Hm? Ciach!
Jak se ucięłam włosięta to paczam i paczam w to lustro i nie wierzę, a tu patrzy na mnie chłopiec z plakatu,
a raczej ten od zaczarowanego ołówka!!!!!!

on ma chociaż ją równo przyciętą, jak od ołowka

 Mówiąc krótko: - to nie był dobry pomysł!!!!
Załamka.
I ja mam wyjśc na ulice?!
No way!!!!!!!
Jednak musiałam wyjść  do sklepu i co?
I oczywiście musiałam napatoczyć się na swoja fryzjerkę, widzianą ostatnio w grudniu!!!!
Jak pech to pech. Nie miałam jak uciec przed wzrokiem profesjonalistki.

-O pani zapuszcza włosy?! I chyba sama pani grzywkę przycięła?

- Ehe, jutro do pani wpadnę -
widziałam ten wzrok...."co za kosmos a nie grzywka!"

- Tak będzie najlepiej....





Deszcz zmoczył przebiegłe moje plany, by matkę wysłać do przedszkola po dzieciaki. Pojechałam zatem sama. Dzizas, z tym fryzem......
Dzieciaki się ubierają, a ja sobie paplam to z jedną matką to z jakimś ojcem. Zapakowałam Młodych do auta i pojechaliśmy do domu.
Wysiadka na parkingu i .........AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!! nie obiłam karty elektronicznej wyjścia!!!! A Kurczęta moje się rozbiegły....
Pozbierałam, wpakowałam z powrotem do auta i pojechaliśmy jeszcze raz do przedszkola.

Głowę kiedyś zgubię, ale dzieci nie zgubię. Sama nie dadzą się. Albo łapią mnie za rękę tudzież nogę albo w akcie desperacji, gdy odległość jest za duża, a ręka za krótka drą się:
- MAAAAAAAAAAAAAMOOOOOOOOOOOOOOOO!!!!!
i biegną jak po złoto olimpijskie.
A w nocy, po ich krzyku, spadają gwiazdy z nieba :P

Roztrzepanie. W sumie T jest też nie lepszy. Wczoraj zapytał się co na obiad.
- Co mnie to? Rób co chcesz.......- warknęłam i zaszyłam się w porządkowaniu książek.
- Ty jakaś pogięta jesteś ostatnio, wiesz?! - rzucił słowem i znikł z horyzontu.
I dobrze, nie dostał książką.
Trzask lodówki, wzdychniecie, komp - po pół godzinie woła:
- Obiad gotowy!!!
Zapiekankę zrobił.
- Hm nie miały tu być pieczarki? - zapytałam, bo wcześniej luknęłam w kompa podglądając co też chłop planuje.
- Ty robisz sałatkę z tuńczyka bez tuńczyka to ja mogę robić zapiekankę bez pieczarek.
- Aha, no dobra.

Dzisiaj wieczorem dalsza część czytania Drobno ustrojów. Książkę, którą znalazłam na półce, o której przypomniała mi  Kumpela :).

Ja nie wyrabiam przy tej książce.

Ale Syn mówi :
- Czytaj. 
To czytam.




"Drobne ustroje" to zbiór krótkich opowiadań o warszawskiej rodzinie z tamtych czasów. Komizm odrobinę wywietrzał, natomiast niewątpliwą atrakcję stanowią ciekawostki obyczajowe. Gruszka to atrakcyjny deser, którym szantażuje się dzieci, żeby zjadły zupę. Remanent polega na tym, że trzy sprzedawczynie siedzą na ladach i robią sobie manicure. Mieszkańcy stolicy trzymają w piwnicach świnie, króliki i kury. Posiadanie psa uznawane jest za ekstrawagancję i marnotrawstwo. W Polsce nie ma Katowic, jest Stalingorod. Jedni obchodzą Gwiazdkę, inni Nowy Rok. Choć autorka pokazuje tamte czasy w śmiesznym zwierciadle, czytanie o nich niekiedy budzi dreszcz. Życie chłopców nie ogranicza się wyłącznie do przedszkola. Odwiedzamy ich również w domowych pieleszach. W rodzinie Janka i Andrzejka każdy ma ściśle określone obowiązki. Gros zadań przypada na mamusię. Wszelkie zmiany wywołują panikę: "- A kto ugotuje obiad? - Tatuś. Tatuś spojrzał wzrokiem przerażonym."[4] Ojciec jest natomiast strażnikiem ideologicznego płomienia w domowym ognisku. Do znudzenia czyta potomstwu "Baśnie narodów Związku Radzieckiego" i książeczkę o koziołku, co wpadł do studni w pegeerze, a potem go wyciągali zetempowcy, choć chłopcy domagają się "Kaczki Dziwaczki". To nie zmienia faktu, że Janek i Andrzejek zadają czasem kłopotliwe pytania: "Mama, czy przed wojną było niebo?"[5], a poza tym nie wszystko daje się wyjaśnić szkiełkiem, okiem i zgęszczonym powietrzem. Metody wychowania znacznie różnią się od aktualnie obowiązujących trendów. Progenitura jest bardziej samodzielna, nikt się z nią nie pieści. Już przedszkolaki wysyłane są na kolonie, nawet nad morze, na których obowiązuje zakaz odwiedzin przez rodziców. Nie zmienia to faktu, że niejaka pani Buraczkowska pojechała tam potajemnie, cały dzień siedziała w krzakach i obserwowała swoją pociechę. "Drobne ustroje" nie są bynajmniej hymnem o macierzyństwie lub tacierzyństwie. Ojciec Janka przytacza francuskie przysłowie: "pierwszą połowę życia marnują człowiekowi rodzice, a drugą - dzieci"


http://lekturylirael.blogspot.com/2011/10/peerelowski-mikoajek-raczej-dla.html




Nie, no muszę iść do fryzjera, bo jak nie daj co, tfu, tfu, tfu, położą mnie w łóżeczku szpitalnym to będę wyglądać obłędnie. Tylko koszuli nocnej będzie brakować do wyglądu rasowej wariatki ....



Czekolada i lody na takie coś to za mało.
Dobrze, ze mam orzeszki .........







bo plan musi być







Rano dzieciaki znowu wstały bez zapału. Ostatnie dni przedszkola i ostatnie resztki energii.
- Wstawaj Młoda!
- Nie jestem Młoda!
-To kim jesteś?
- Star Wars!!!

Rozmówki poranne trwały w najlepsze. Młoda miała fazę.
- Nie będę zakładać butów. Ty mi ubierz.
- Nie, zakładaj sama.
- Dlaczego?
- Bo jesteś duża
- Ty też jesteś duży!
- Młoda!!!!
- Jak mówię "nie" to znaczy "NIE"!

T się poddał, bo nie było czasu. Założył córce buty. Młoda z miną zwycięzcy pognała po torebkę. Była gotowa. Oto Kobieta!

Syn zaś nie dołożył żadnego słowa do porannego zamieszania. Milczący zakręcony cień śpiący na żywca. Tak się zakręcił, że zapomniał wziąć plecak z ręcznikiem i kąpielówkami. Dzisiaj dzieciaki idą na basen. Szedł bez zapału. Jak zwykle. Malkontent jeden. Taki wiek. Jakiś dziwny.
A w sobotę pewnie będę z nimi szła na basen, bo będą chcieli zjeżdżać, pływać i co tam jeszcze. I będę wysłuchiwać, ze pływanie to jednak kapitalna sprawa

Pojechaliśmy po wyniki. Z obojętnością. Będzie co ma być. Zero nastawienia na cokolwiek. Zasnęłam w aucie. Jak dziecko.

Patrzę, patrzę, hmmmm, ooooo. Uśmiech na twarzy. Nie są złe.
Nie wiem co to znaczy.

"Uszkodzenie śródłąkotkowe rogu tylnego łąkotki przyśrodkowej. Śladowa ilość płynu w zachyłku nadrzepkowym oraz w przedziale środkowym stawu kolanowego".
Reszta ok!!!!!





 Kolano to bardzo złożony staw. Bardziej niż stawy rybne. Tam wiadomo co jest - ryby, a kolano to raczej ocean.




Hm, główka zaczęła pracować. Mózgownica jest jak komp - wystarczy trochę danych i zaczyna się proces przetwarzania. Na własną modlę.

Czyli co? - wyrównać pilnikiem, odessać płyn, rower, może prochy na coś tam, wspomagające - kolano gotowe. Hm.... 2 tygodnie, powrót do pracy. Wypowiedzenie. Wolność. Wypad wakacyjny. Kasa za kolano. Remont pokoju dziecięcego. Życie bez obciążeń. Jasne. Wolne. Własne.
Jak będzie? Nie wiem.
Jutro wizyta u ortopedy. Mam nadzieję, że wyjaśni mi wszytko.
Zabierze ból, odda zakres ruchowy.
Przywróci życie.

Kurczę, tak sobie myślę, wolę siedzieć w dole wiedząc, że jest to dół i szukać drabiny, nory, by wyjść, uciec.
Wolę dół  niż żyć w zawieszeniu, na obłokach niepewności - strach zrobić jakikolwiek krok, by nie rozwalić się jak tupolew.
Choć gdybym miała skrzydła to co mi tam, gdzie jestem. Ale aniołem nie jestem. Oj nie.
Człowiek nogi ma i to dwie, więc potrzebuje podłoża, by móc iść.

Odpaliłam kompa. Zrobiłam kawę. Napiłam się kawy. Piję, krzywię się, piję, krzywię się, pije, ale jestem twarda. Co to za kawa? myślę sobie, krzywię się i łyk. Onet i kawa i czekolada na zabicie smaku kawy. Kurde, naprawdę paskudna! Co to jest?! O! BLEEEEEEEEE!!!!!

O Związki Zawodowe w końcu może zrobią rozpierduchę. To dobrze. Jak komuniści przesadzali ludzie zbratali się w Solidarności. Teraz Tusk robi sobie co chce i wciąż cisza. Dajemy się rolować na maksa. Czas z tym skończyć. Ludu na barykady!!!

Kurde, czemu nie popatrzymy w stronę Islandii. Mieli dół. Wylali się na Unię i wszystkie inne kumoterstwa bankowo-przemysłowe. Postawili na siebie. I psze. I git jest. Weszłam na portal z pracą. Po rusku. O, uff jest polski.

http://www.eures.praca.gov.pl/zal/warunki_zycia/islandia/zycie_i_praca_w_islandii.pdf

https://ec.europa.eu/eures/

To przez kawę
Tfu, !!!
Fujasta jak nic. W połowie kubka wymiękłam.
Poszłam do kuchni wylać to coś i wtedy doznałam olśnienia!!!!
Rzuciłam się na czajnik elektryczny, niuch nosem, niuch-  No tak!!!!

Zadzwoniłam do T.
- Hasło: czajnik,  mówi ci to coś?!
 - Nooo, odstawiłem z kuchenki na miejsce w obawie ze podpalę pod czajnikiem gaz, a co?!
- I nie myłeś go, co?
- Nie, a co?!
- A nic. Właśnie sobie zrobiłam kawę z octem!!!!
- Uuuuuuhahahahaha

Czajnik został zapomniany do dziś- kiedy zrobiłam sobie kawę z octem.
Nie polecam. Zdecydowanie nie polecam.
Chociaż niektóre kobiety sięgają po ocet by schudnąć. Ale tak działa chyba ocet jabłkowy.

http://www.zeberka.pl/art.php?id=6951



Otworzyłam kalendarz. Dość motania się. Z głowy zrzuciłam balast pamięci. Jest tego trochę.
Nadal obserwujemy gulkę w buzi Młodej. Nie rośnie. Jest dobrze. Wizyta dentystyczna -lipiec.

Komisja lekarska w sprawie nogi syna - zapisana. Dostanie kasę za cierpienia. Niech ma. Zapisać - laryngolog - Koniecznie.

Moje terminy - bla , bla bla bla. ........bla.
Bla. Tu zadzwonić, tam być, napisać, zrobić. Bla, bla, bla...
Wrzesień - joga, angielski. 
A co tam.
Jak chce się być kwiatem to trzeba rozwijać się.


Grunt to mieć plan.
Choć spontan to kapitalna rzecz.
Ale nie we wszystkich aspektach życia.
Plan musi być. I koniec.
Bo plan to miska życia, spontan to sałatka a Towarzycho jak sos.
A los miesza! :)


O! :)







Tyle, ze serce nie złamane. Na szczęście.
Jeszcze by mi do tego korowodu rozwodu brakowało!
A jednak zawsze może być gorzej, więc może lepiej cieszyć się tym co jest?!

Ta huśtawka doprowadza mnie ......grrrrrrr.....ech....



wtorek, 25 czerwca 2013

zamet duszy





Zrobił się ze mnie paskudus marudus. Pada deszcz i pada mi na łeb. Jakby słońce świeciło to też by mi mózg wypaliło.
Dziwne uczucie - strach. Dopadają mnie bezimienne lęki. Schowałam się przed nimi za szmatą. Zaczęłam sprzątać. I myśleć. Cholera, o co w tym życiu chodzi tak naprawdę?!
Ooooo znalazłam książki zapomniane ....hm, ciekawe ...
Więc kurde co z tym lajfem cholernym?!
By fajnie życie przeżyć?!
By rozbudować dusze tak by stała się perełką w szkatułce Boga?
Jakoś tak, nie wiem ....
By być szczęśliwym?!
No bo skoro już się jest.
E, wszystko bezsensu.
Nie wymyśliłam nic.
Nawet tego- dlaczego wszystko poplątało mi się.
Kiedyś -praca, rodzinka, wypady.
A teraz?!
Zwieszenie, wszędzie zawiecha.
Same niewiadome bez możliwości i szans rozwiązania równania.Żeby choć jedna dana była.
Są nawet trzy: córka, syn, T.
Najważniejsze, ale....
Cholera boję się o nogę. A jak znowu będzie coś. I coś . I coś .
Chcę wyjechać.
Chcę by to się wszystko skończyło.
Zamknąć te drzwi.
Wyłączyłam myślenie.
Lęki pozostały.
Dzwoniący telefon napawa mnie odruchem wymiotnym.
Dzwonek u drzwi też.
Jak mam  iść gdzieś to nogi stają się jak z betonu.
Zakopałabym się najchętniej pod kołdrą i przestała istnieć.
Dopada mnie dół choć staram się negatywnym uczuciom uciec.
Zagłuszyć śmiechem podczas zabawy z dziećmi.
Zbić kostką podczas gry.
Ale ten strach wciąż kurczowo trzyma się mnie. Nie chce odejść.
Huśtawka emocjonalna rozrywa mnie.Tu warczę, milczę, jestem sobą. I znowu jazda w dół.
Niektorzy grożą, że mi tyłek skopią.
Włącznie z matką i z T.


W czasie sprzątania odkryłam masę albumów.
Wciąż są bez zdjęć.
Miałam powybierać spośród setek zdjęć te najlepsze fotki, najważniejsze. Rozlazło się.
Oprócz fot miały być bilety wstępu - do muzeów, parków, wystaw itp. Kronika rodzinna.
Ludzie powiadają, że nigdy na nic nie jest za późno.
Nie chce mi się.
Nic.
Myślę, że brakuje mi planów i wizji na przyszłość i to dryfowanie w morzu niepewności kołysze mnie aż do odruchów wymiotnych.

Musze odnaleźć się na nowo.
Dobry czas.









Kurde, normalnie mam mega wkurwa.
Normalnie wpadam w obojętność.
Nienormalnie rozwala mnie.

Za dużo tego....

Jedynie co mogę to podziękować Bogu za rodzinę.
To wielka rzecz mieć takie mega wsparcie.
To dzięki T nogi mi się nie rozjechały do szpagatu.
I nie skończę z kołkiem w tyłku!!!




o masturbacji

Tak sobie czytałam artykuł i normalnie - nie wierzę

Słyszałem o matce, która wąchała ręce swojego siedmioletniego syna, aby sprawdzić, czy przypadkiem się nie masturbował podczas pobytu w łazience. Jaki wpływ na rozwój naszego dziecka mogą mieć takie zachowania?
To, niestety, jedna z częstych metod, o których sama słyszałam. Czasami rodzice posuwają się do dużo bardziej drastycznych środków i wylewają na prześcieradło śpiącego dziecka czerwoną farbę lub sok z buraków. Rano wmawiają mu, że wykrwawia się z powodu masturbacji. Jestem przekonana, że ich metody odnoszą skutek. Przecież kilkuletnie dziecko panicznie boi się krwi. Niestety, wpływa to bardzo negatywnie na rozwój dziecka. Odbiera pewności siebie, oraz uniemożliwia właściwie akceptację własnego ciała. Przecież tym samym dziecko uczy się, że dotykanie siebie jest czymś bardzo złym, a nawet szkodliwym dla jego życia. To ogromna trauma, z którą potem zostanie na całe życie.


Wąchanie palców?! Wylewanie na prześcieradło czerwonego coś i straszenie, że się wykrwawia?!
Co to za ludzie?!
Ludzie!!!

Homo sum humani nihil a me alienum puto

Ale jednak co ludzkie bywa dla mnie obce. I niezrozumiałe.
Człowiek.... Jaki potrafi być dziwny, sam Bóg wie. Albo nie wie.
Bo mam wrażenie, że dawno machnął ręką na ten świat i poszedł sobie.

Też bym nie chciała patrzeć jak człowiek katuje człowieka w ramach zasad religii, tradycji, kompleksów własnych.











Gra w klasy

chłopaki graja, rewela! :D


Rzadki to widok na podwórkach. Ale jak cieszy. Kto z nas nie skakał? I ach te kłótnie o linie. Rzut kamieniem, skok. Czekanie na swoją kolejkę.
Rzadki to widok, bo dzisiaj dzieciaki siedzą najczęściej po domach. Nie ma band latających jak za moich czasów. Kto wtedy chciał siedzieć w domu?! NIKT!
Jak odzyskam kolano to też poskaczę! Mam z kim, hahaha
Nie wiem jak książka, bo nie czytałam :P. Ale podobno warto.
"Gra w klasy", najsłynniejsza pozycja w dorobku Julio Cortazara, to "zabawka dla dzieci starszych" - autor daje klocki, a sam staje z boku i patrzy, co czytelnik z nich ułoży, zmuszając go tym samym do współdziałania. Powieść ukazała się w Polsce w roku 1968, stając się niemal z miejsca - i na długie lata - biblią ówczesnej młodzieży
Teraz z synem rzucam piłką do kosza. Na razie rzucamy, bo jakoś tak nie mogę biegać. Nie wiem czemu. Trenuję z nim też kozłowanie. Dla Starszego jest to nie lada wyzwanie.
A ja swoim kozłowaniem robię w konia dzieciaki. Uwielbiam z nimi się droczyć.
Kosz, siata - moje ulubione sporty. Kurczę, w końcu  mam wreszcie z kim rzucać! Fajna sprawa mieć dzieciaki.
Nie mówiąc, ze w zeszłym roku syn połknął bakcyla w badmintona. Co też mnie cieszy.




Młoda od trzech dni zadaje pytanie:
- Mamo a kiedy pojedziesz do sanatorium?
Albo:
- Mamo, ja chcę byś pojechała do sanatorium!
Dlaczego?!
Bo Młoda chce wyjechać. Chce jechać na wycieczkę. Chce wyjechać na wakacje. Bo tam było fajnie. Bo Młoda lubi jak coś się dzieje.
A na razie nic się nie dzieje. Stan zawieszenia.
To też mnie przygnębia.
Kuzynka dzwoniła, i to spod samych Taterek:
- Przyjedziecie?!
- Pewnie, tylko nie wiem kiedy.
Ciocia też dzwoniła:
- To jak z tym Kazimierzem?!
- Wciąż nie wiem ....

Co roku miałam plan na wakacje. Wyjazd już od wiosny zaplanowany. Teraz - jesteśmy gotowi w każdej chwili myknąć, ale ...ale jutro wszystko się okaże.
Już jutro ...
Cieszę się. Niech to wszystko się kończy, albo zaczyna na dobre zakończenie.
Mam wciąż nadzieję, że to tylko pierd utrudnia mi ruch sprawiając ból. Ze wystarczy go tylko usunąć i będę mogła biec.
Chcę powrotu do normalności.
Bo to nie jest normalne, że jedną nogą mogę kopnąć się w zadek, a druga zgina się tylko do kątu prostego.
Porażka normalnie. I to totalna porażka.






 Jedna zgina się do tyłka   (obrazek wyżej),
a druga do kątu prostego  ( obrazek poniżej -jak ta noga oderwana od podłoża)



















niedziela, 23 czerwca 2013

Sinead O' Connor - koncert :)



Były życzenia, kwiaty, tort, prezenty. Rodzinka wspólnie zrobiła mi mega niespodziankę.
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień .....i nie mam zamiaru zmarnować ani jednego dnia. Takiego lśnienia doznałam w czasie koncertu. Bogini sceny była i było też objawienie.
Nosi mnie cały dzień, a w uszach brzmi jej głos. Fatalne zauroczenie. Ale co tam. Każdemu by się rzuciło.
Kurde, ma powera laska, naprawdę.
Chciałabym tak śpiewać.
Umieć coś.

Mówiłam - w nosie mam cały świat. Nie chcę urodzin. nie robię. Choć raz. Też byłoby oryginalnie.
Mieszanka emocji od wściekłości po rezygnację tarmosi mnie niesamowicie. Nie wiadomo, czy zatłuc mnie jak muchę czy przytulić jaki misia.
Noga jest motorem co nosi mnie w różne strony, zakątki, kątki, toalety. Docieram do bagna własnego ego.  Jest coraz gorzej, niestety. Budzi mnie pieczenie nogi. Jakbym była na patelni ludożerców.
Wiecie ile noga znaczy?!
Właśnie poznałam cenę.
Ograniczenie możliwości ruchowych strzaskało moja duszą niemiłosiernie. Jakby ktoś koneserowi potłukł porcelankę z Miśni.
Nie sadziłam, ze z nogi rzuci mi się na głowę. Jednak czas, jak kropla co wydrążyła skałę, wydrążył mnie z pozytywnych emocji. Erozja. Monument wiary piachem się stał i został rozwiany przez wiatr. Nicość.

Ale rodzina nie miała mnie w nosie, pomimo moich much w kinolu.
Zorganizowali mini przyjęcie a potem T porwał na koncert. Koncert urodzinowy.
Cholera, sobie pomyślałam nawet przez moment, ten koleś naprawdę musi mnie kochać.
A niedługo stuknie nam 9 lat ślubu., 13 wspólnych i o zgrozo! wciąż się świetnie razem bawimy. By nie powiedzieć zabawiamy.
Ja rzucę nożem, on przekleństwem.
Żartuję oczywiście.
Uzmysłowiłam sobie po raz tysięczny sto trzynasty raz, ze ...nie ważne. On wie.

Łysa postawiła mnie nogi.
Pozytywny kop.
Jak sms i życzenia w necie.
Mam szczęście do ludzi i ludziom mówię - wielkie dzięki.




Siedziałam sobie przed koncertem. Ludzie zbierali się. Obserwowałam nogi. Im bliżej godziny START tym większy robił się tłum, ale mój wzrok wyżej nie chciał iść.
Patrzę na nogi, patrzę.
- Ty, patrz - zwróciłam się do T - jakie nogi opalone, ale czad!!!
-- Zbaraniałaś?! przecież to jest Murzyn!!!

Hahahahaha, nie zauważyłam!!!



Flying  Moses zagrał support. Ten kawałek .......mogę słuchać i słuchać. I słuchać.





A potem Łysa wyszła na scenę i zaczęło się. Uczta.
Ten głos, ta siła.
Na boso, łysa, z uśmiechem.
Kurde, trudno jej nie lubić. 
Przestałam istnieć. Stałam się dźwiękiem.
Nie wierzyłam, kiedy nastąpił koniec.

- To już koniec?! Naprawdę? - ze trzy razy pytałam się T nie wierząc, że to nastąpiło.
Muzyka niosła, głos niósł i nagle - bęc o ziemię.

Koło nas skakała fanka. Darła się - Szina, aj law ju! stil law ju!
I po kolei wykrzykiwała tytuły swoich ulubionych utworów. I śpiewała. I normalnie eskplozja jej orgazmu zagłuszała mój.
120 kg rozkochanej, rozjuszonej fanki zagrażała naszej pozycji pionowej. Na szczęście rzutem przednim oddaliła się przestając krzyczeć nam do ucha. I co najważniejsze - w swym szale tanecznym nie zmiotła nas z powierzchni ziemi. Aczkolwiek T również ma"sluszne" gabaryty, ale odetchnął z ulgą bojąc się o swe palce w sandałach.
Sinead zaśpiewała utwór a capella. W ciszy było słychać ryk fana - nie wiadomo czy śpiewał tak czy pawia puszczał. Tłum zarechotał, Łysa nie wytrzymała, głos załamał się i sama zaczęła się śmiać.


Zabrakło mi paru moich kawałków, ale co tam.
Choć najchętniej postawiłabym Ją koło łózka - niech śpiewa mi do snu.

A potem sobie pomyślałam o Janis Joplin. Ta też musiała swoim głosem wgniatać w ziemię publiczność.

Koncertów nie zastąpi żadna płyta. Chyba, ze ktoś ma talent jak Mandaryna to i owszem - płyta o wiele fajniejsza. Ale takich płyyt nikt nie słucha, a tacy "wykonawcy" giną w niepamięci. A Łysa wielka jest, choć mała.
I taki głos to naprawdę, wciąż w uszach mi brzmi.....


Teraz wiem jak się dorobiłam tłustego tyłka - przestałam jeździć na koncerty.
I czas to zmienić.
Wiele muszę zmienić, by kolejna czterdziecha była czasem wydajniejszym.
Poczułam znowu apetyt na życie.
Cholera, w końcu znowu coś drgnęło, tylko proszę cię Boże, Losie - oddajcie mi nogę.
I pójdę.
Pognam.
I będę iść.
Gnać.
Nieustannie.
Przed siebie.

A póki co mogę sobie polatać po necie i psze jaka rodzynka mi się trafiła :D

Blondynka u doktora:
- Niech mi pan pomoże! Trzmiel mnie użądlił!
- Spokojnie, zaraz posmarujemy maścią..
- A jak go pan doktor złapie? Przecież on już poleciał!
- Nie! Posmaruję to miejsce, gdzie panią użądlił!
- Aaaa! To było w parku, przy fontannie, na ławce pod drzewem.
- Kretynko! Posmaruję tą część ciała, w którą cię uciął!
- To trzeba było od razu tak mówić! W palec mnie użądlił. Boże, jak to boli!
- Który konkretnie?
- A skąd mam wiedzieć? Wszystkie trzmiele wyglądają podobnie...












Na zakończenie, po bisie

Wprawdzie niedosyt pozostał, ale marzenia znowu zaczęły kiełkować.
Smutek przyciąga muchy, a ja chcę słońca.
Czas zawalczyć o siebie i wrócić na level NORMAL.
Przestać się użalać, marudzić, chrzanić.
Sandałki, okularki. trzaśnięcie drzwiami.
Nadchodzę z krainy ciemności na .......most środy.
Kurde ....




piątek, 21 czerwca 2013

bajkoterapia

Wpadłam na program o bliźniaczkach syjamskich. Jedno ciało a dwie głowy. Syn spojrzał:
- O kurczę. To jak one rysują?!
- A jak to by było brat z siostrą?
Uświadomiłam sobie, że no  właśnie - jak to jest dwie ręce i dwie głowy. Ręce której głowy się słuchają?!
Albo gdzie i jak iść?! Jedna głowa chce lody, a druga spać.
Kto wygra?!
Mogą zapomnieć na spaniu na jednym boku.
Bliźniacy syjamscy są zawsze jednaj płci. No tak. W końcu jednojajowym się tak trafia. Jedno jajo- jedna myśl?!

Hm, dewiza życiowa numer 1232 brzmi: Im więcej jaj tym lepiej.
Jak widać - prawda.

Syjamskość....

To dopiero przekichane.
Iść do kibelka i wąchaj kupę drugiej pupy.
Albo słuchaj kiepskich kawałów opowiadanych przez głowę, wyrośnięta z lewego boku.
Albo jelitówka w wykonaniu bliźniąt syjamskich.
Dwie głowy rzygające.
Albo jedna, a druga patrzy.
Seks?!?!?!?!!


Ceramiki Moche przedstawiające zroślaki. Około 300 n.e., z muzeum Larco w Limie, Peru.




Wracaliśmy z grilla. Komary cięły nas do okrutnie.
- Mamo, zabiłem na tobie komara.
- Dzięki synku.
- Jestem troskliwy?!
- Bardzo.
I jaki nie kochać takiego dzieciaka?! No jak?! A potem kolesia pacnęłam w czółko.
Też zabiłam komara. A raczej komarzycę.
Jestem troskliwa.
I chrząszcze pojawiły się. One to są łobuziaki niesamowite. Leci, nie patrzy, trzepnie w ucho.....ech.
Lato idzie.

T siedział przy kompie.
- FUCK!
- Co tato powiedziałeś?! - syn aż przyleciał z drugiego pokoju.
- A co?! - wtrąciłam swoje 3 grosze
- Bo ja to umiem pokazać! - syn odparł pełny dumy.
- Tak? To pokaż.
I faktycznie wystawił palec.
- Skąd znasz to?
- Kacper mnie tego nauczył.
- A wiesz, że to jest nieładny gest, można za niego oberwać w zęby?!

- Nie.
Przeprowadziłam rozmowę na temat "palca".
Przedszkole jest jednak niezastąpione. Panie uczą jednego, a chłopaki drugiego. Pełnia życia.


Szybka kąpiel Maluchów. Rozmowa spod prysznica.
- Wiesz synu, fajnie mieć dzieciaki. Dzięki.
- No, nie jest nudno.
- Ha, ha, ha, dokładnie. 
- A co robią ludzie, którzy nie mają dzieci?
- To samo, żyją. Mają czas dla siebie. Mogą robić co chcą.
- Mogą długo spać?!
- No pewnie.
- To lepiej mieć dzieci - powiedział synek, by po dłużej chwili dodać poważnym głosem-  choć czasem potrafią wkurzać.
 - I to niesamowicie - dodałam mrugając okiem.
Maluchy zasnęły momentalnie. Ledwo przeczytałam trzy strony  - Nie potrafię powiedzieć NIE to jest historię zajączka, który nie chciał kłaniać się pieskom, a już było słychać lekkie chrapanie.










Bajki terapeutyczne


Od wczesnego poranka do późnego wieczoru nasze życie wypełniają drobne sprawy, zmartwienia, problemy. Musimy podejmować decyzje. Te wielkie i te małe, te proste i te trudniejsze. Te łatwiejsze są załatwiane natychmiast, inne wymagają dłuższego zastanowienia się, jeszcze inne wywołują u nas cały szereg emocji, niestety, nie zawsze pozytywnych. Niełatwo nam, osobom dorosłym, radzić sobie z trudnościami życia codziennego. Przeżywamy, analizujemy, podejmujemy różnorodne próby rozwiązywania problemów. Szukając wyjścia ze skomplikowanych sytuacji wykorzystujemy cały szereg zasobów, które posiadamy, inaczej mówiąc – nasz bagaż życiowy, składających się z naszej wiedzy, doświadczeń, wspomnień z dzieciństwa. Pamiętamy przecież lub możemy sobie przypomnieć, jak ten lub podobny problem był rozwiąBajkizywany przez naszych rodziców. Czasami wzorujemy się na bliskich lub dalekich znajomych, korzystamy z doświadczenia otaczających nas współpracowników, sąsiadów, bohaterów ulubionych filmów lub seriali. Pozytywnie myśląc, mogę powiedzieć, że w większym lub mniejszym stopniu prawie zawsze udaje nam się pokonać trudność lub podjąć słuszną decyzję.Teraz wyobraźmy sobie świat małego dziecka, jego pierwsze doświadczenia życiowe, jego pierwsze kroki i upadki, próby podejmowane w zabawie związane z manipulacją, jego pierwsze kontakty społeczne wychodzące poza grono rodzinne. Pierwsze sukcesy dziecka są zazwyczaj szczodrze wynagradzane przez dumnych rodziców – chwalimy, bijemy brawo, przytulamy, obdarowujemy radosnym uśmiechem, całujemy. Jednak porażki, niepowodzenia oraz zmartwienia dzieci staramy się zracjonalizować. Przecież dobrze wiemy, że jeśli początkowo coś nam nie wyjdzie, to wystarczy się postarać, kilka razy powtórzyć i już po problemie! Jakie to łatwe w oczach dorosłych! W oczach dziecka, niestety, nie jest to takie oczywiste. Postawmy się teraz na miejscu dziecka, wyobraźmy sobie, że bagaż naszych doświadczeń znikł, za sobą mamy kilka miesięcy lub kilka lat, a przed sobą cały duży, nieznany świat, pełen nie zawsze przyjemnych niespodzianek. Powstaje pytanie: Jak się tu odnaleźć i co zrobić, aby było łatwiej? Jak pokonać trudności i czy to jest możliwe? Jeśli tak, to w jaki sposób? Bagażu doświadczeń przecież zabrakło!

cytat i dalsza część z linku

http://www.pomagamydzieciom.info/21324,1.dhtml

Albo

http://www.psychologia.net.pl/katalog.php?level=20

A czy są bajki terapeutyczne dl dorosłych?!

Są!!!!!

http://www.wykop.pl/ramka/846695/dda-ddd-w-poszukiwaniu-siebie-bajki-terapeutyczne-dla-doroslych/

Bo w końcu tylko ciało nam się starzeje, a nie dusza.