piątek, 7 marca 2014

Gadziątka



- Ja lubię chłopaków i dziewczyny - stwierdziła Młoda.
- A ja nie lubię dziewczyn - odpowiedział syn - oprócz mamy i ciebie.
- Lubisz mnie? - radocha i zdziwienie w głosie Młodej odbijały się od każdej wymówionej literki.
- Lubię, ale nie kocham.
- Aha - odpowiedziała Młoda smutno.


- Mamo, robimy przyjaciółki?
- No pewnie.
Kładę dłoń na dłoni Młodej i lecą one w górę, a córka drze się:
- Przy ja ció lki   nie   ma   le pszej   spół  ki !!!!!!!



- Młoda, patrz gruby mam brzuch? - Starszy zaczął się wyginać przed siostrą.
Parodiują mnie?!!!!!!!!!
- Nie, a ja?
- No trochę.

Młoda zaczęła wcinać sałatę, pomidora, przestała wołać o słodycze, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.



- Słuchaj synu, jutro jest Dzień Kobiet, może z tej okazji wręczysz dzisiaj dziewczynom  coś słodkiego? Byłoby miło.
Starszy zrobił głupią minę.
- No dobra.
Zaskoczył mnie tym. I totalnie. No dobra.? Przecież dziewczyn nie lubi. J a s n e ...
- Super.

I poszedł do szkoły z lizakami. Wręczył je koleżankom i pani.

Oprócz niego jeszcze dwóch chłopaków ofiarowało dziewczynom słodycze.


Porozmawialiśmy na ten ten temat: jak fajnie jest komuś coś dać, mile zaskoczyć.


Niech się uczy, bo czym skorupka za młodu.....

czwartek, 6 marca 2014

marudzenia nie czytać- brutalne



Mina kuriera i zmarszczenie nosa było pięknym widokiem. Widokiem, który mnie rozbawił. Chyba osiągnęłam dno. I szczyt wstydu. Trudno.
Każdy ma prawo na słabsze dni.
Zwłaszcza gdy prochy stoją, gdzieś na górze, poza zasięgiem. Podwójny ból. Potrójny dół. Kur**a, ja pier**lę, nie mogę .....

A mówiłam, że jestem mistrzynią rozpierdzielania duszy. Nie ma to jak sekcja radochy. Pokrojona kona u stóp udręczonego ego. Wbijam w te strzępy zęby. Delektuję się ....Rozpacz ma odstręczający aromat, ale za to wybornie smakuje. Niczym ser pleśniowy...trzeba to po prostu lubić.

Tak jest łatwiej. Zakopać się i odlecieć. Przestać istnieć. Tylko warczeniem określać swój byt.

Ale takie chwile zostawiam na specjalne okazje.

Ta była nią.

Zazwyczaj idę na wódkę i zrównuję wszystko, a teraz jakoś...nawet napić się nie mogę.

Czuję się jak zwierzę w klatce.

A z sobą nie chce mi się rozmawiać, bo ...nie i już.


środa, 5 marca 2014

Zapadłam się w obrazach ...



Nie wiem ile czasu trzeba, by piżama stała się skórą. Każdym włóknem zrosła się z każdą tkanką.
Po co wstawać skoro nie można iść?
Po co iść skoro nie ma gdzie?
Po co gdziekolwiek iść skoro nie chce wstawać się ....
zresztą po co wstawać, skoro nie można iść?

Sztuka jest ucieczką od szaleństwa, szaleństwo jest mostem do sztuki.
O ile po drodze nie utopi się, gdzieś. W szuwarach.


poniedziałek, 3 marca 2014

olerna dusza




Przejściowe pory roku nie są dla mnie najlepsze. Dla nikogo takiego jak ja. Obłęd lubi wracać jesienią lub przedwiośniem. Lubi niż, mgłę, ołowiane zachmurzone niebo. Budzisz się rano i masz do dyspozycji albo nieokreślony lęk, albo smutek. A czasami jedno i drugie. Chciałbym obudzić się pogodnym i uśmiechniętym lub przynajmniej obojętnym, ale jedyne, na co mogę liczyć, to wybór między trwogą a rozpaczą oraz nadzieja, że nie zwariuję do reszty.”                                - Jarosław Grzędowicz (z książki Popiół i kurz. Opowieść ze Świata Pomiędzy)




Czasami zawisnę jak nietoperz w jaskini. W ciemności swej głuchej. 
Mój wiek mówi zacznij żyć, póki się ruszasz, bo zbliżasz się na przydział M1. 
A co ja chcę od życia? 
Nie wiem.
Wiem.
Strach, że nie zdążę, podsycany jest kryzysem. Kryzysem zrodzonym w braku 

harmonijnego przepływu endorfin. Okres przypływów i odpływów.

Naprawdę czuję się czasami jak postać rysunkowa. 

BUM!

To się nie dzieje....nie.....

Stanęłam przed lustrem. Spojrzałam .....wiem, że muszę rozwinąć skrzydła póki jeszcze mam 

siłę. I chęć.

niedziela, 2 marca 2014

Skradziony sen



To było tak ze środy na czwartek roku pańskiego cholernie dziwnego .....





- Mamo, wiesz, że jest czwarta rano? MAAMOOO!
- Co? - zapytałam zaspana.
- Wiesz, że jest czwarta rano?
- Czwarta rano? A ty co robisz?
- Nic.  Ja nie śpię, hahahhaha.
No, naprawdę zabawne.
- To idź turlaj dropsa.
- Co?
- Dobranoc kochanie.
Głowa opadła mi w poduchy, skąd nagle wyskoczyła: syn trzasnął drzwiami od toalety. Jezu! kiedyś wywalę te drzwi i będzie miał!
Odnotowałam : Zrobić trening cichego zamykania drzwi" i odpłynęłam.

sobota, 1 marca 2014

Powrót z wygnania

CZWARTEK


Znowu zapytałam, podczas wizytacji, szanowne grono co z moim kolanem, bo nie dociera to do mnie, co zostało powiedziane, a właściwie to nic nie zostało powiedziane.
- No ale co jest uszkodzone?! Chcę wiedzieć!
- Ile razy będę mówił- ordynator wykazał zniecierpliwienie - wiele rzeczy, zapomnij o sporcie. Dlaczego pacjentka nie ma szyny? Ma już ćwiczyć, a jutro wypis.

Zatkało mnie. Co? Już jutro? W końcu jutro? HURA! Wychodzę.

Szyny? Jakiej szyny?
Może szynki? No szynki to ja tutaj nie mam

czwartek, 27 lutego 2014

Wygnanie - środek

cd. wydarzeń sprzed tygodnia :)

Nie muszę mówić, że zaśnięcie w takim miejscu bez przytulasków i całusów dzieciaczków oraz mężula to w ogóle kosmos. Banicja na wyspę tęsknoty. Bo to jest oczywiste jak to, że w dzień świeci słońce, a w nocy, księżyc. Więc pisać o tym nie będę. Bo to smuty.






Wtorek - drugi dzień na wygnaniu



Zasnęłam. Obudziła mnie ręka z jakimś przedmiotem przy czole. Wrzasnęłam podskoczywszy na wyrku. Co to? Eter i wymiana narządów?!
- Przepraszam nie chciałam wystraszyć, mierzę temperaturę. Jest w porządku.
- Nic nie szkodzi.......dzień dobry.
Zerknęłam na telefon - 5.50. Jezu, wkopałam się z powrotem w pościel. Obok pani zaczęła już mówić. Zwiałam w sen.

wtorek, 25 lutego 2014

Pierwszy dzień na wygnaniu...

Przetrwałam. Przeżyłam. Będzie dobrze. Bo macie moc. Dzięki za ciepłe słowa. Modlitwy * i wsparcie.

Ale po kolei ....




W poniedziałek zgłosiłam się na Izbę Przyjęć. Było gęsto od ludzi. Czekaliśmy nie wiadomo na co. Pani siedząca za okienkiem popijając kawę klepała coś na klawiaturze. Nikogo nie przyjmowała.
W końcu zgłupiałam i zapytałam się kolesia stojącego obok, czy też czeka na przyjęcie na oddział.
- Tak jak tu wszyscy,,,
- To dlaczego nikt nie przyjmuje?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Stanęłam jak baran w tym stadzie i czekałam na swoją kolei. Pani zaczęła przyjmować, ale szło to jak krewa z nosa. Miałam ochotę wpaść tam, za okienko i odgryźć jej szyję. Noż kurde, jak nie klepała jednym palcem to myliła się, to wpadała w zagubienie do osłabienia mojego.
Głód tylko zaostrzał moje zmysły. Zbliżałam się do granicy szaleństwa...
- Ale ja, ja nie mam skierowania - doleciał do mnie głos starszej kobiety. Dygotała cała - to ja zostawię bagaż, zaraz mam autobus, skierowanie na pewno leży w kuchni, na stole, przyjadę, mogę tu zostawić swoje rzeczy?
Pani uspokoiła kobietę, że nic się nie stało, że zostanie przyjęta i niech spokojnie jedzie po zapomniany dokument. Starsza kobiecina wyrwała jak na miotle. Miała szczęście, że mieszkała w tym mieście.

Znowu zapadła  nuda, a ja zapadłam się w sobie..

środa, 19 lutego 2014

To BI or not to BI?hm...



Zaciągnęłam męża na zakupy. On ma kartę a ja potrzeby. Bielizna, elektroniczny pilnik do stóp, kremy,

bajera :D

 podkład, tusz etc oraz wizyta u fryzjera. I do tego kupiłam sobie uroczą  piżamkę,  z osiołkiem i z napisem happy. Bo takim szczęśliwym zwierzęciem jestem.

niedziela, 16 lutego 2014

taki czas...

Córka w płacz. Wpadamy z synem do pokoju. Co się stało? Młoda walczy ze skarpetką - no złośliwy materiał na nóżkę wejść nie może.
- Nie mogę ..........buuuuuuuuu
- Jedną ręką wkładasz? Jedną ręką to się po tyłku możesz podrapać.
Nie ma to jak wsparcie faceta.
- Nagadałeś się?, to może teraz pomożesz siostrze?
Popatrzył na mnie jak na kosmitkę i prychnął. Rozumiem ten gest - kiepski żart.
Pomogłam Młodej założyć skarpetkę na stopę. Otarła łzy, trzepnęła włosem i już był uśmiech. Niesamowicie szybko przechodzi z jednego stanu w drugi. Rasowa kobieta. Jazda bez trzymanki.
A ja mam alergię na płacz. I otwiera się we mnie klapka i całe zło świata paruje mi uszami.
Płacz zamiast działania. Płacz z byle powodu...Wiem, ze to jest dziecko, ale ona nie jest ciapą, to bystra i fajna dziewczyna i takie zachowanie jest po prostu czymś ....absurdalnym i bezpodstawnym. Ech......no ale jest babą.
Naprawdę zacznę przyjmować dożylnie melisę. Albo nie wiem co.
Bo potem sama na siebie wściekam się, ze wściekłam się. Bo co?
Bo baba.

- Mamo nie oddawaj tej książki.
- Śnieżki?
- Tak, bardzo ją lubię.
- -Ale ją czytałaś dużo razy. To głupie czytać cały czas jedną książkę. -syn zjawił się znikąd, zawsze musi być przy rozmowie.
- Ale ja ją lubię.

A ja już nie mogę jej czytać.

Zła Królowa zapytała się lusterka:
- Lustereczko, powiedz przecie gdzie są moje pierogi, bo zaraz wystawię rogi!

Przerabiam ostatnio jak mogę.

Śnieżka i Królewicz żyli długo i szczęśliwie. I mieli dwoje dzieci: Starszego i Młoda.

Dzieciaki śmieją się niesamowicie i sami zaczynają wykazywać się twórczością.

Pewnego dnia, gdy śnieżka czerpała wodę ze studni, na cembrowinie przysiadło stadko gołębi. O dziwo Śnieżka zrozumiała ich mowę. A gołąbki gruchały:
- A znasz dowcip o słoniu i mrówce? Dżdżownica nam opowiedziała .......


Bo syn oczywiście przylatuje i słucha. Choć co za głupia historia.

- Nie  do końca synu...

I zaczyna się rozmowa o sztuce miłości i sile serca.


U Starszego natomiast na topie jest Władca pierścieni. Szkoda, ze sam jeszcze nie umie czytać, bo czytanie tego na głos bywa nie lada wyzwaniem. Można usnąć. Choć osobiście uwielbiam tą trylogię to jednak czytanie tego dziecku powala na podłogę.
Kurcze, chciałabym pojechać do Nowej Zelandii i zobaczyć to wszystko. Właściwie to żałuje, ze tępa dzida ze mnie , bo gdyby język był opanowany - to ciach - oto moje nowe miejsce na ziemi. Albo Islandia. Polecieć na wariackich papierach i spróbować się odnaleźć. A nie - utkwienie w bloku w mieście zapomnianym, w państwie bez przyszłości.

Z bibliotecznych łowów to jeszcze jedna, oprócz Królewny Śnieżki, zaległa nam książka. Książka o potwornych potworach, co atakują w każdym wieku.




Moje dzieciaki zostały zaatakowane przez potwory niejadki. Zbuntowały się mówiąc, że tej zupy nie zjedzą. Jarzynowy koszmar. Zbuntowałam się i ja :
 - Będziecie siedzieć w kuchni dopóki nie zjecie.
Niech poznają siłę i zło matki, a co! Więc zasiedli sobie przy stole zabijając czas nie mlaskaniem, a zagadkami.
- Co to jest rano ryczy i marudzi i zadaje głupie pytania?
- Ja! - krzyczy zadowolona Młoda.
I rechoczą.
Zaczynają między sobą rozmawiać. To piękne. Lepsze od pustego talerza.
W miarę upływu czasu trochę jednak zjadły, więc odpuściłam. Aż taką zołzą nie jestem.
Mało tego, włączyłam się w zabawę.
- Zgadnijcie jakie stworzenie mam na myśli poprzez zadawanie mi ukierunkowanych pytań. Wiecie jak w grze A kto to. Podpowiem,jest to stworzenie, które spotyka się w domu i jest ohydne.
- Mysz? - strzelił syn.
- Nie.
- Ja wiem- krzyknęłam Młoda - to Starszy!
i znowu rechot. Brat się nie obraził. Za to wymyślił zagadkę na Młodą.


 Zapytałam się matki kolegi syna, czy jej pociecha jedzie na obóz sportowy.
- Nie!, boję się, wiesz mam go jednego.
Zatkało mnie.
- Eeeeee... niew wiem, mam dwójkę dzieci, ale to nie znaczy, ze się nie boję....
I machnąwszy ręką poszłam.
Choć powinnam zapytać się czy jak będzie miała drugie dziecko to jest to równoznaczne z położeniem lagi na pierwsze.Ale to nie moja brocha. Każdy żyje po swojemu. Oceniać nie będę.
Widocznie jestem wyrodna.
No ale blaszka połamana też się boję, ale nie można przez uczucie strachu trzymać dziecko w klatce. Bo albo dziecko się uwiąże albo samo zerwie się  z matczynego łańcucha tak, że ...dopiero strach myśleć jak tacy ludzie potrafią zachłysnąć się wolnością.
W każdym bądź razie wpłaciłam zaliczkę na obóz. Ćwiczy to musi jechać. W między czasie okazało się, ze jest to 10-dniowy pobyt. Byczo. Myślałam, ze to 7 dni, mąż, że 5 dni, ale co tam -będzie dobrze. Potem syna oświecimy.

Póki co to ja opuszczam dom. Na ile? Nie wiem. Jutro mężulo mnie wywozi na atrakcje: strzał w kręgosłup i kuweta. Omdlewam. Pal licho ze szpitalnym jedzeniem - zimne i niedobre, ale siusianie w blaszaną miskę tak jakoś mnie mrozi. A nie daj Boże, tak kupę walnąć.
Tej nocy miałam sen.
Mooniek mnie odwiózł do szpitala i zostawił. Pojechał sobie choć mówiłam, że to nie ten szpital, ale on tylko wzruszył ramionami mamrocąc coś o braku czasu i tyle go widziałam. Siadłam w poczekalni przed izbą przyjęć. Siedziałam jak osowiała cipa patrząc na ten absurd jaki był wokół mnie. Plątanina ciał, kłótnie przy okienku. Na podłodze walające się buty. Co to jest? Popatrzyłam na zegarek. Była 9.30. Stwierdziłam, że mam jeszcze pół godziny, by dotrzeć do swojego szpitala. Podniosłam torbę. Była lekka. Otworzyłam ją i zobaczyłam, ze jest tam tylko piżama. Cholera! Chciałam wyjść jak najszybciej, by zrobić jeszcze zakupy, ale nie miałam butów na nogach. Zaczęłam kręcić się na czworakach szukając swojego obuwia wdając się w dyskusję z kimś obok na temat koloru moich trepów. Ubrałam by le co, bo było do pary i wyrwałam stamtąd. Biegłam i przeskakiwałam płotki wpadając na jakąś burdę na ulicy. Nie wytrzymałam tego i .........obudziłam się.
Ledwo otworzywszy oko wysłuchałam porad mężula na temat mycia i pielęgnowania patelni. Nie miałam sił , by cisnąć w niego poduszką. Ale za chwilę podał mi do łózka omlet z nutellą, więc w niego zęby wbiłam.

Mam nadzieję, że artroskopia zakończy się sukcesem. Mam nadzieję, że za rok stok będzie mój. Na razie straszyli mnie kilkoma miesiącami rehabilitacji. A jak będzie- wkrótce okaże się. W końcu zejdzie ze mnie niepokój...

Od jutra odcinam się od neta. Zanurkuję w kołderkę i w książki. Samotnie będę tkwić w obcym mieście. Mężulo w pracy, a matka z dziećmi.
I znowu powtórka, jak sprzed roku...

Psze, się módlcie, trzymajcie kciuki, za co z góry mówię - DZIĘKI! :)







Wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina 
a rekin?
mnie wcina!


Pieśń ojca i syna (są autorami słów :D)