poniedziałek, 7 października 2013

szczytowanie



Pojechaliśmy ze znajomymi  połazić sobie. Dzieciaki miały radochę i latały po skałkach. Z Młodej byliśmy dumni, bo wlazła na sam szczyt, na własnych nogach, choć chwila słabości była:
- Mamo weź mnie na ręce, bo ja już nie mogę...
- Ja też nie, trzymaj mnie, bym nie upadła ...
Młoda się skarżyła, ja pajacowałam a efekt był taki, że ze śmiechem na szczyt dotarła.










 Buty mężula wymiękły :)

 nie wiem co ta pani niosła na plecach, mieliśmy różne wersje :D



Siedzieliśmy na szczycie, gdy nagle ktoś zakrył mi oczy.
Kto to?! nie padło, bo głos wszystko zdradziłby.
Hm, dziewczyny siedziały, i tyłka nie ruszały. Faceci też byli na oku.
Hm?
- Atre! Kupe lat!!
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę to była kumpela. Jedna , jak dla mnie, z postaci kultowych studium. A były tam osobowości naprawdę wielkie. Ikony. Bez nich by mnie nie było.
Ja pierdzielę - jaka radocha mega.
Prawdziwe spotkanie na szczycie. Ha, ha, ha ....

Wracając z górek zajechaliśmy po drodze do teściów zobaczyć czy żyją. Znowu był wysyp słodyczy. Masakra. Cukiereczki, chipsy, wafelki, ciasto, paluszki. Dzieci jak worki - niech się napchają!
- Weźcie im nie dawajcie, bo na kolację nic nie zjedzą! Ile mam was prosić, co?! 
Mogę sobie mówić. Nawet nie zapytali się czy jesteśmy głodni, ale jak po obiedzie przychodzimy na kawę to jedzenie chcą w nas wpychać hahahahaha.

- Wnusiu, były twoje imieniny, proszę to dla ciebie - powiedziała teściowa dając kopertę Starszemu.
- Ja nie chce pieniędzy, chce prezent.
- Ale nie wiemy co ci kupić wiec masz pieniądze i kup sobie co chcesz
- Dziękuję
Syn otworzył kopertę.
- Tato, ile to jest? 
- 100 zł.
- Mam dwie stówy - ucieszył się syn, by za chwile powiedzieć - to za dużo, nie chce tyle, jeden papierek mi wystarczy
 I poszedł oddać babci stówę.
- A drugą stówę dasz mi? - zapytał się dziadek.
- Dam - powiedział syn i kasę oddał.
Dziadkowie kasę oddali Starszemu.
- No dobra, kupię sobie coś, ale nie wiem co.

Ha, będzie na drugie kimono, bo to co kupiliśmy jest dobre, ale na mnie. Czar zakupów internetowych, hahahaha.
Gdyby nie te cholerne kolano byłby znak, że czas i na mój trening, póki nie skostniałam, ale niestety o pewnych rzeczach mogę zapomnieć. Przynajmniej na tą chwilę.

Wieczorem zakopałam się z książką w wyrku  mówiąc mężulowi, ze przejmuje dzieciaki i  wieczorne rytuały.
Zasnęłam nie wiedząc kiedy.
Coś wlazło na mnie. Duże ciepłe, objęło moją szyję ........AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!
- No mamo....
Co? Gdzie? A!Córka! Która to godzina?! Po 22-giej? Dziecię spać nie mogło, więc przytargała siebie do mnie.
- Przedstawienie mi się podobało, pójdziemy jeszcze?
- Mamo czy ja jestem fajna?
- Mamo, strasznie cię kocham,
- Mamo, opowiedz mi o Jasiu i Małgosi, ale ja opowiem o domku, dobra?!
- A ja nie zamienię się w czarownicę, bo musiałabym cię zjeść, wiesz, a ja cię nie zjem.Ha, ha, ha ...
Nocne gadki z córką są czymś pięknym i niezwykłym jak dla mnie. Przecież nie tak dawno latała na czworakach nic nie mówiąc, a teraz ma swoje zdanie, swoje myśli, swoje obawy.
I tak z poczwarki powstaje motyl, hahahaha.
Boska jest - ten śmiech, poczucie humoru, oczęta i błyskotliwość.

Rano budzę Młodą. Wymamrotała spod ręki:
- Wiesz, ze stęskniłam się za tobą?!
Wtuliłam się w maluchę, bo co miałam rzec, jak żadne słowo ze wzruszenia przejść nie chciało.


Poranny zamęt. W tym tygodniu zamieniamy auto na spacery. Wytłumaczyłam synowi, że pieniądze, które wydaję na benzynę wole wydać na książki, a w końcu tak daleko nie mamy by tyłki wozić. Ha!

- Jestem głąbem - wyparował syn kopiąc kamień. Teraz moja kolej -nasza zabawa.
- Nie mów tak kochanie. Nie mów ta o sobie, bo to jest kłamstwo.
- Ale ja chcę umrzeć, bo ten świat jest do kitu.
Zawrzało we mnie. 

- Synu, czy wiesz co mówisz?! Teraz to rzekłeś jak prawdziwy głąb!
- Hehehehehe, o to mi chodziło hehehehehe
Noż kurde!!!!

- Żartowałem! Na żartach się nie znasz?!
- NA TAKICH NIE!!!!

W przedszkolu Młoda zawisła na mnie, wtuliła się i płacząc rzewnie powiedziała, że nigdzie nie pójdzie. Ojejku, zrobiło mi smutno. Nie lubię jak tak dzieci płaczą. Mówiłam, wiele rzeczy mówiłam, niestety oderwać się nie chciała, więc wychowawczyni pomogła.
Ale Młodą wzięło ...
Ledwo ze Starszym zdążyliśmy do szkoły. Jego klasa stała już gotowa do wyjścia na spektakl teatralny.

A ja zanurkowałam w historie morderczyń i muzę i w neta, póki czas wolny.

https://www.youtube.com/watch?v=Lc_k_-jRl1w&list=PL77DBC7D2F87C009E










sobota, 5 października 2013

trudne tematy


Napoleonkaaaaaaaaaa aach ten krem, ciacho, rozpływałam się w tych smakach, gdy nagle dotarły do mnie głosy.Tym razem z radia.

- .. w ten sposób straciłam 42 kilogramów.

(jak ktoś mówi o otyłości to momentalnie mój organizm wyłącza połykanie, więc zastygłam w trakcie rozkoszy, auć!)


- Super! Piękny sukces! - dziennikarka nie zdążyła rozwinąć dalszych słów uznania, gdy gość przerwał mówiąc ze śmiechem:

- Niech się pani tak nie napina, już przytyłam 20 kilogramów.

Właśnie, nie ma co się napinać w życiu. I nie warto też popuszczać. Zwłaszcza w gacie.
Otworzyłam czekoladę, by się dobić. A co mi tam. Jak słodko, jak bosko. Chwilo trwaj!

Rzuciłam się w wir porządków, co by w sobotę nie skrzeczeć o sprzątaniu. Zresztą mam alergię na sobotnie prace domowe. Koszmar dzieciństwa. Wyrzucanie z pościeli po 8.00:
- Bo piorę!
- TERAZ?!
Teraz uruchamiało modlitwę, która kończyła się przy obiedzie. Po obiedzie zaczynał się nowy cykl wykładów. Ha, ha, ha ...choć wówczas nie było mi do śmiechu.



Rzuciłam się w wir porządków, bo taka będę świetna. Idealna.
Mężunio wróci do chatki: czystość powali go na kolanka, pyszna kolacja rozłoży na łopatki  i już jest gotowy! HA!
Plan w życiu trzeba mieć, a jak doda sie do tego przebiegłość to sukces murowany.





Gotowanie i sprzątanie, gotowanie i sprzątanie - zajebista pieśń, hahahahaha

Jaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!pierniczę dzieciaki trzeba odebrać. Wsiadłam do auta. Co za drogi. Co za nierówności. To nie bułka z masłem, tylko drogi polne. Jadąc mam zawsze wrażenie, że pod tym asfaltem trupy leżą. Zombiaczki czekają na 4 jeźdźców, na znak i zacznie się: dzień sądu. Niektóre osobniki już nie wytrzymują nerwowo, normalnie rwą się do góry, a my dziwimy się skąd te dziury?! Ech....

Dzieciaki przejawiły bunt na wiadomość - dzisiaj idziemy na sztukę teatralną. Ba! córka była na tyle perfidna, że godzinę przed spektaklem zasnęła. Tak po prostu. Ale takie numery nie ze mną. Bestyjkę obudziłam i pojechaliśmy. Cała sala była zajęta. Fuksem znalazłam trzy miejsca niedaleko sceny.
Czar krzesła przywrócił córce uśmiech. Jak to dzieciakom nie wiele potrzeba do zachwytu.

Sztuka nas wciągnęła. Inscenizacja, gra, żartobliwe tony. Żywiołowość na scenie. Dzieci są bardziej wymagającym widzem. Nie bawią się w żadne konwenanse - jak jest nudno to się nudzą. I niektóre się nudziły. Z moich byłam dumna - wciągnięte w spektakl nie trzaskały krzesłem, nie mówiły, nie spały. Ale i też niewiele zrozumiały.
Ale sztuka jest pretekstem do podjęcia rozmów.
W sposób delikatny, mądry, wyważony poruszono ważne kwestie: przyjaźń, tęsknota, za tym co się utraciło, śmierć.
A czy my doceniany to co mamy?!
A ilu ludzi powiedziało - nie zdążyłam/nie zdążyłem powiedzieć, że ....
A ilu ludzi swoje ja, urażone ja stawia wyżej od wszystkiego? Własne urazy stawiamy ponad wszystko. A to, ze ktoś teraz potrzebuje wsparcia, słowa, pomocy, to co tam.... Odrzuceni -odrzucamy.
Tyle, że w obliczu śmierci wszystko wygląda inaczej. Czy warto zatem czekać na śmierć?!
Ale życie życiem, szlag człowieka trafia i ślepnie na wszystko.
A odbudowanie więzi gorsze od budowania piramid. Zwłaszcza jak się wkradną zranione uczucia, poczucie zdrady, brak zaufania i szereg innych negatywnych emocji.
Choć z drugiej strony po co nosić w sobie ten rozkładający dusze bagaż?!
Bycie człowiekiem to takie trudne...wszystko jest takie kruche.

Po spektaklu były zbierane pieniądze na ratowanie życia kobiety. Dzieciaki wrzuciły do puszki. I nie wspominam o tym, żeby "chwalić się", ale zaskoczyła mnie reakcja syna.

- A nie mogą zarobić? Jak można tak zbierać pieniądz: dajcie, dajcie. Trzeba pracować.

- Synku, koszty leczenia są większe niż wypłata. Czasami ludzie, by żyć muszą liczyć na innych. Jeśli możemy pomóc to pomagamy. Wiesz,jakbym potrzebowała nowej nogi i proteza kosztowałaby 200 tys to stać by nas było?
- Nie.
- I skąd miałaby wziąć pieniądze by móc chodzić?! To są trudne sprawy. I czasami ludzie musza liczyć na pomoc innych ludzi. Nie można być obojętnym.

Kolejny trudny temat wpadł nam do łóżka. Czytałam synowi - co jest ważniejsze mózg czy serce?



ulubiona książka syna




Syn doszedł do wniosku, że serce, można zastąpić pompką. A mózg też?!
Więc rozprawialiśmy sobie o organach, aż trafiło na nerki.
Temat transplantacji powrócił jak bumerang, który przed chwilą został rzucony.
- W tym przypadku dawcą może być ktoś z rodziny albo inny człowiek, bo z jedną nerką można żyć. Każdy rodzic oddałby swojemu dziecku nerkę i to bez wahania.
Syn ukrył twarz w poduszce.
Hm.....
- Płaczesz??? kochanie? Dlaczego?
- Bo ja nie chcę byś umarła, wolałabym sam umrzeć. Ja nie chcę nerki.
- Synku, ale jej nie potrzebujesz! My mamy szczęście, że jesteśmy zdrowi. Wiesz, jaka to radość?! Nie płacz .... kochanie.

Nie płacz, kochanie - jak to łatwo powiedzieć,  a sama jakoś nieporadnie powstrzymywałam łzy, które mi cisnęły. ...



Rano zebraliśmy się szybko na pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego. Zaniepokoił mnie brak samochodów na parkingu. Hm, czyżby wszystko było takie ekologiczne eee sobota to dzień spaceru?! Chwyciłam za klamkę -zamknięte.
Zadzwoniłam do kumpeli, która oświeciła  mnie, że wykład zaczyna się za godzinę. A! Kapitalnie.
- Cała ty - wymamrotał pod nosem mężulo.
- Weź, jeszcze jedno słowo!
Zabiłam go wzrokiem. Poszliśmy na spacer, bo co będziemy się kręcić tu i tam.

Wrzuciliśmy syna do auli. Uroczyste rozpoczęcie roku rozpoczęło się od  przemówienia burmistrza. Nie ma to jak lansik władz.
Staliśmy trochę pod drzwiami, ale na szczęście syn nie wyleciał z sali krzycząc: - ja nie chcę!, więc sukces był.
Przy okazji ze znajomymi dograliśmy szczegóły jutrzejszego wyjazdu w górki. Żyć nie umierać.

Przy obiedzie syn stwierdził, że jeść nie będzie. Ja stwierdziłam, że z krzesła nie zejdzie póki nie zje. W te przepychanki wtrąciła się córa:
- A ja już mówiłam koleżankom i kolegom i i i i i ... i pani, że ten mój brat to jest taki beznadziejny.....

Zatkało nas. A potem zaczęliśmy się śmiać. Zabiła nas po prostu. Co to za tekst?! Syna też zamurowało, bo nic nie powiedział. Wyjątkowo, bo zazwyczaj na siostrę pokrzykuje.
Po chwili zaczął jeść, mówiąc, ze co jak co, ale mięsa nie tknie. Poszłam na kompromis.
- Nie jedz, ale wciągasz surówkę.
Ha! Lekko nie ma.


A potem zabijaliśmy się śmiechem oglądając film familijny: Krudowie.

https://www.youtube.com/watch?v=21vWIjfCZ5Q&list=TLc4R5R9HuvjENwknFOb4tfinvHH6WhjI0

Film, który powala animacją, wykreowanym światem, poczuciem humoru i treścią.

- Mamo to jest jak Avatar!
- Ogladałeś Avatar?!
- Tak, trochę z mamą


Czy my wiemy co w życiu jest ważne?! Wiemy!
A jeśli wiemy, to dlaczego się gubimy?!
Czasami jednak trzeba wyjść poza czubek własnego nosa....czasami trzeba w życiu zrobić rewolucję.
A rewolucje warto zaczac od siebie.


























czwartek, 3 października 2013

Nooo, mamo ...

 Poranna pobudka. Koszmar każdego dnia. Ja nie wiem dlaczego człowiek musi tak rano wstawać. Sam sobie narzucił jakiś chory system. Zero hedonizmu - za to maksimum heroizmu, bo wstawanie poranne wymaga nie lada siły i pokonania własnej słabości. I w imię czego o tej porze wstajemy?! Przecież nie musimy polować.
A nie można tak od dziewiątej, dziesiątej, zacząć żyć...?
Ludzie sami siebie katują budzikiem.


Puściłam muzę.  Nuty dotlenieniem mózgu. Rozhasane wśród czerwonych krwinek biegają po całym ciele. Powieka ruszyła się, drgnęła ręka ...







Zwlekam się z wyra jak siedem nieszczęść i wyję jak siedem nieszczęść, znaczy śpiewam sobie pobudkowo w łazience.
Prysznic. Prysznic co rano przypomina - olewaj wszystko, olewaj, olewaj.....czystość duszy gwarantem zachowania rozsądku.

Jestem prawie gotowa, jeszcze tylko parę cichych, małych, niewinnych przekleństw znaczy się poprawek fryzurowych  i  człapię do "strefy bąków".
Muza ryczy, ja mruczę łagodnie:
- Cześć kochane łobuziaki. Wstawać proszę.
Odganiają mnie jak komara, nie poddaję się.
- Nie wyspałam się.
- Nie chcę wstawać, głupie jest wstawanie.
- Ja tez nie chcę. Ty idziesz do szkoły, Młoda do przedszkola a ja dlaczego muszę wstawać?!
Idźcie sobie sami.
- He he he
- He  he he?! To słuchaj tego, kolego:

Z ciemności wyłoniła się ma głowa,
na gadanie twe gotowa

Hehehehe, dobra jestem sobie myślę. A co. Przecież mogę się pogilgotać dobrym słowem, no nie?

- A ja puszczę mamie bąka niech się mama błąka

CO?!!!!!!!!! Ale mi wyjechał. Kara-gilgotki. Ha! Teraz śmiej się cwaniaku.
- MAMO! PRZESTAŃ! AAAAAHAHAHAHA ....

Śniadanko, ubieranko, wyścig z czasem.
- Ja się w przedszkolu wyciągnę... - córa pomimo deklaracji i tak próbował  łyżką dotknąć sufitu.

Młoda nie wyciągnęła się w łóżku, więc Młoda zawiesiła się nieoczekiwanie.I zagubiła się w ruchach gubiąc czas okrutnie. Musiałam paszczować:
 - Ruchy, kobieto, ruchy!!!! SZLAG!!!

Dzieciaki w aucie, silnik odpalony, skrobię, skrobię, szyby skrobię. Jeszcze tego brakowało w gamie szczęść porannych Ufff, wsiadłam.
- Mamo, jestem niezapięta
Wysiadam, otwieram drzwi pasażera, ale od strony kierowcy: jedna noga na zewnątrz, druga w samochodzie, walczę z zapięciem  i ...nagle samochód zjechał do tylu. CO JEST?! Uffff, zatrzymał się. Wyciągam łeb. OOOOOOO FUUUCK!!!  Przywaliłam otwartymi drzwiami w auto stojące z boku. Drzwi się zaklinowały. Moje drzwi wbiły się w drzwi obcego auta. Nie miałam wyjścia, przelazłam przez fotel na miejsce  kierowcy i podjechałam do przodu. FUCK!!!! Dobrze, że w tym wszystkim nie zaklinowałam się przechodząc przez fotel!

Szlag, zarysowałam komuś auto. Może nie tak jakoś ohydnie, ale jednak. Nienawidzę takich rzeczy.
Czas nie dał mi czasu na myślenie. Pojechałam odwieźć dzieci.

Wróciłam na parking i łypię okiem na auto. Zerkam z partyzanta, by nie było. Kurde, facet ma na dole jeszcze dwa wgnioty. Made in ja?! Hm...Chyba nie, ale czy ja wiem?
Spierdzieliłam na górę, spuściłam nos na kwintę i zaczęłam prasować. Żelazko przyda się jak przyjdzie poszkodowany. Adresu nie zostawiłam, bo po co? Sąsiedzi mają wiedzę potrzebną do wszelakiego życia.

Prasowanie ma moc. Zapadłam się w sobie. Znowu ta nie moc. Nie chce mi się nic. Myśli odbiegły na boczny tor. Wpadka sięgnęła po bicz i zaczęła chlastać po duszy.
Nic dziwnego, że kiedyś ludzie krótko żyli. Umierali w moim wieku jako starcy. O ile dożyli. Zmęczenie wciąż ma tą samą moc.Tyle, ze ja za mamutami nie latam i nie walczę o ogień. Choć z drugiej strony ...

Stop! Mnie nie ma. Żadnych problemów. Zjazd. Wraz z papierosem wszystko zamieniłam w popiół.
Jeszcze życie mi dokopie, więc sama siebie nie muszę poniewierać.

Zadzwoniłam do kumpeli. Ustaliliśmy plan działań: jutro z dzieciakami idziemy na spektakl, w sobotę synowie mają pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego (zapisałam, a co), a w niedzielę jedziemy górki.
W razie deszczu - wino i film. Weekend doskonały. Mężulo nic nie wie. Ha! Niech się jeszcze po upaja myślą, że się wyśpi, hehehehe. Jego też nakręcę. O! jak ja go nakręcę. Kurde, niech wraca, bo zaczynam ryczeć ...

Power, power, power, muza, dziki taniec, życie jest cudowne! Wystarczy sprytny plan. Coś na przekór tych samych dni. Niech życie będzie marmurkowym ciastem.
Oby tylko koleś z tasakiem do mnie nie przylazł, oby, oby, oby ....

Poleciałam po syna do szkoły. Hrabia zażyczył sobie wcześniejszego odbioru.
Potem oboje musimy iść do przedszkola.

- Synu, idziemy po Młoda, ubieraj się!
 - A musimy już iść? Niech wybiega się w przedszkolu....

Droga powrotna była drogą płaczu i lamentów. Młoda darła dzioba o wszystko roniąc przy tym łzy na potęgę. Bo nie tą droga poszliśmy, bo chciała się bawić, bo chciała iść do domu, bo chciała się pohuśtać, bo chciała jeść, bo nie chciała zbierać kasztanów, bo chciała zbierać żołędzie, bo ....nie wiedziałam co robić, bo za każdym podjętym działaniem szedł inny komunikat.
- Co za baba, znowu ryczy....
- Przyzwyczajaj się synu. Baby czasami nie wiedza czego chcą, a zmęczona baba  to już totalna porażka, jak widzisz....

Dotarliśmy do domu. Dom ! Sweet dom! Nie dostałam obłędu, ale czułam się jakby ktoś na mnie spuścił 100 ton flaków z wypatroszonych śledzi.
Masakra.

Młoda w domu zarządziła zabawę. Ja byłam tronem, a ona siedząc na mnie odgrywała króla Juliana. Dobrze, że nie byłam Mortem. A może wszystko przede mną.

- To ja idę sikać, przyjdę a ty puścisz mi bajkę ROZUMIESZ?


ROZUMIESZ?! Prawie stanęłam na baczność krzycząc:
- Jawohl !!!!!

ale rzuciłam w jej stronę poduszką, niech ma, hahahaha.

- Noooo, mamoooo...

" Nooo mamo", " mamo, przestań" -łeeee, nie czają zabawy. Hahahah.
Dobrze ze mała jest mała i nie wpadła na pomysł wyrwania i rzucenia w odwecie klozetem:
- Mamo, łap muszelkę!


Wydrukowałam  Zdrowaś Mario, by syna nauczyć modlitwy. Umiem ją jak mówię szybko i bezmyślnie. Zaś wymawianie powolne słów, takie świadome i z sensem po prostu mi nie wychodzi. (przetestujcie ::PPP)

- Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami chrzestnymi...
- Jakimi chrzestnymi? Grzesznymi synu, grzesznymi.


Chrzestni? Aaaaaaaaaaaaa, muszę w końcu do brata zadzwonić, bo przez tę ciszę naprawdę, o zgrozo!, zgrzeszę.








:P





środa, 2 października 2013

czas zmian


- Mamo to zagramy w Nosorożca a potem puścisz mi bajkę?- Młoda ledwo przekroczyła próg drzwi i już zaczęła swój koncert życzeń,
- Zagramy!- odpowiedziałam. 
Gra owszem, jak najbardziej ale tv? GUCIO! Żadnej bajki jak słońce świeci - dość pajdokracji!!! i mruknęłam pod nosem-  Chyba cie osrało jak ci puszczę bajkę. 
- Nie, nie osrało mnie, ja tak chce, bo lubię bajki.
Ups, chyba za głośno mruknęłam ....oj...ygh..
- Wiem, przepraszam, tak mi się powiedziało, bo nie chcę byś pół dnia tkwiła przy telewizorze, rozumiesz?! Chodźcie na podwórku, co?!

Nie chcieli. Zajęli się ludzikowaniem. A potem ludzik, jeden  pierwszych wylądował jako ozdoba przedpokoju. A niech mają- przed remontem mogą tam wszystko.
Jesienny klimat w wyjątkowym wydaniu.



Godzina pracy? W porzo. Nie mówię nic.
Ale potem zrobiłam rewolucję, bo dobija mnie ta chęć dzieciaków do siedzenia w domu. Wciąż walczę o spacer, rower, o wszystko. Dość malkontenctwa Starszego. On jak idzie to nogi mu się plączą, bo mu się  iść  nie chce. Takie wiek podobno, ale ja straciłam cierpliwość.

Wywiozłam dzieciaki..
- Chciałabym zapisać syna na karate, tyle, że on nie chce, a ja chcę.
-  A to jest dobrze. Niech rozbiera się do treningu.
- -Co?!!! Nie mam nic przy sobie do przebrania, chcieliśmy tylko zobaczyć jak wygląda to wszystko.
- A na co patrzeć?! Niech rozbiera się i już. A następnym razem proszę wziąć strój.
I tak wrzuciłam syna na zajęcia. Pierwszy trening ma za sobą.
Płakał rzewnie:
- Ja nie chcę, nie chcę, no mamo.
Ble, ble ble, otarłam łzy, dałam całusa i mamy nie było. Mama zamieniła się w nieugiętą, bezczelną małpę, która zostawiła swe dziecię, a z drugim poszła do parku.
Wróciłam wcześniej i weszłam na salę po cichu. Syn bawił się świetnie. Słuchał. Angażował się. Kurde, jaki on ma fajny uśmiech ....W ogóle - spoko ziomal.
- I jak było?
- Ale mnie wypiszesz za miesiąc, albo dwa.
- Tak, jasne - odparłam z lekkim przekąsem, hehehe, niedoczekanie.
- Mamo, ale ja nie chcę....
- Synu , ty nic nie chcesz. Ciebie to nawet lekarze musieli ze mnie wyciągać, bo ci się nie chciało wyjść. Koniec z tym. Za fajny jesteś na lenistwo.

Poszliśmy na miacho. Popatrzeć na rybkę

 AAAA!!!!REKINY!!!:DDD







A potem były lody. Najlepiej wchodzą, gdy jest zimno.
A jak dzieci tuczą rodziców?
Właśnie tak.
- Mamo mamo chce loda!
- Ja tez!
Kupiłam im po gałce, a sobie gofra. Jejku,ja zapomniałam już jakie to pyszne. Goferek ...
_ Mamo, ja już nie chcę...
- Ja też nie....
Miałam gofra i prawie dwa lody. Zajefajnie po prostu. Dla odmiany - przesłodziłam się trochę.


- I jak minął wam dzień?
- Fajnie.
- Nie słyszę. Jak?
- FAJNIE!!!!!
- Mi też. dziękuję Wam za to.







wtorek, 1 października 2013

ble, ble, ble ...



- A u nas był dzisiaj teatrzyk - krzyknęła córka.
- Podobało ci się przedstawienie? 
- Taaaaaak.
- A o czym było?
- O zwierzątkach.
- O jakich zwierzątkach?
- Noooo to było o zwierzątkach- córka zawisła nad myślami swoimi - o zwierzątkach, które były, a których nie było - dokończyła radośnie.
Syn w tym momencie poleciał do tornistra:
- Patrz, my też będziemy szli.
i pokazał zeszyt informacji. Mają wyjście na przedstawienie teatralne i trzeba z kasy wyskoczyć. Z zeszytu wyleciała ulotka. O, kolejne przedstawienie.
- Idziemy na to? 
- Tak!!!
Przynajmniej rozerwę się. Choć o mało co mnie nie rozerwało, jak matka z ciotką przyjechały.







Takie dwie wrony przysiadły i wywołały we mnie diabelską moc.
I to nie to, ze obiadek nie smakował im, oj nie. Wręcz przeciwnie.
Ale przy kawie rozwałkowały mnie niczym ciasto na pierogi.
Wdeptały w dywan jak okruszki po serniku.
Kra, kra, kra ...
Zacisnęłam zęby, by nie było. W końcu goście. Goście, goście ....patrzyłam na balkon tęsknym wzrokiem...hm, może by tak je wyp...wyrzucić?!
Szczęka zakleszczyła się od siły nacisku.

I moje milczenie zostało potraktowane jako zgoda, więc dalej krakały, aż przeholowały.
Na końcu stwierdziły, że mam głęboko depresję i nie wiedzą co mają robić.
Serio?! No nie może być! WOW!
Tyle, ze jak ja mówiłam, ze nie rozumiem co się ze mną dzieje to zaliczono to jako atak paniki znudzonego ego. Dostałabym ataku śmiechu, gdyby złość była nieco słabsza.Ale przelało się we mnie.
Nosz kurde mol, cokolwiek nie zrobię i nie powiem to i tak nie jest tak, jak powinno być.
I tak całe życie. Na odwrót. Nie tak.
Oszaleć idzie. Nie rozumiem wciąż po co z nimi rozmawiam. A bo matka! No tak matka ...tyle, że nie jestem dziewczynką, której macha się palcem przed nosem, stawia się do kąta.
- I na dodatek palisz! - ryknęła matka,specjalnie, by syn słyszał.
No cyrk jakich mało. No ludzie!
Dość tego. Poczułam się zmęczona. Bo ile można? Czy kiedyś to się skończy?!
Zagubiona tożsamość pod odwiecznym słowem krytyki.
Sama siebie podziwiam, że jeszcze nie strzeliłam sobie w łeb. Pewnie dlatego, że srebrnej kuli nie mam.

Otworzyłam okna, wywietrzyłam mieszkanie po tym ptactwie. Za duszno się zrobiło.
A potem cały świat wywaliłam za okno - a gońcie się wszyscy. Mnie nie ma.


Wskoczyłam do księgarni internetowej, by wyluzować swoje myśli. Namierzyłam Kinga. Dziewczyna, która pokochała Toma Gordona? Regulatorzy? Rose Madder? I jeszcze jakiś tytuł rzucił mi się w oczy. Ten koleś jest niemożliwy, zbok twórczy. On normalnie ma wieczną erekcję słowa.
No cóż zbankrutuję trochę, ale co tam.
Dorzucę Skrzaty(dzięki Ri :)) oraz  501 trików mistrza rysunku (sama porysuję)- niech dzieciaki też mają swoje książki. Humor uległ poprawie. Nieznacznej.


Bo wróciły słowa wypowiedziane. Zrobił się natłok myśli. Analiza. Nie ma nic gorszego od myślenia. Dlaczego? Po co? Jak to? A może? 
Chyba najlepiej jest strzepnąć słowa, jak muchę z ramienia i tyle.
Nie przejmować się tym obsraniem.

Tyle, że wszystko wraca. Bo trudno jest oderwać się od swojego życia żyjąc.
Normalnie czuję się jak kapeć. Ciepły bambosz co zakłada się na nóżki.




I tak szur, szur, szur ....szura rodzinka.

O co chodzi? Przecież to jest masażyk stopami, no nie?!
Tyle, że to jest jedna strona, a druga?!
No właśnie ...Dobijanie do ziemi i rozsmarowanie po podłożu. Trudno po tym wstać.




Obudziła się we mnie złość. Agrecha. Bunt. Dość. Vaffanculo !!!!





A mam to wszystko w dupie.

Ukierunkowanie - wysoka specjalizacja wylewki na wszystko. Jak dawniej.
Dawniej to było za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za hektolitrami piwa ...

I nakrzyczę strasznie na męża, jak tylko wróci:
- GDZIE JEST MÓJ ROWER!!!!!
Nie odpuszczę niczego. Już nie odpuszczę.
Nie mogę sobie kupić, bo wiecznie słyszę, że można kupić lepszy. I tak kupuję ten rower...I z tego wszystkiego lepszego kupie chyba jakiś kosmiczny model, hehehe, bo widocznie na taki czekam.

Cholera, całe życie nawalanka, a potem wszyscy są zdziwieni, ze za każdym krokiem jaki robię do przodu to oglądam się trzykrotnie dla akceptacji postawionego kroku. I jeszcze się pytam - dobrze?!
Bo z czasem ma prawo mnie wszystko przerastać. Bo można naprawdę oszaleć.
A niech życie w pizdu mnie niesie. Na oślep.
Nie będę mówić już nic.
W końcu życie to zabawa. Gra. Sztuczka iluzjonisty.
Byleby tylko zdążyć uwolnić się z kajdanek, zanim zabraknie powietrza.
I kupić rower.


Wyszliśmy na podwórko. Syn z kolegą grał w piłkę. Rozgrywali mecz na dwie ławki. Synowi nie chciało się grać kompletnie i tylko od czasu do czasu machnął nogą czy pobiegł. Kiedy mu się chciało deklasował przeciwnika. Łatwo odbierał mu piłkę, wbijał gole. Ale jak mu się nie chciało, przeciwnik zdobywał przewagę. Jednak większość meczu Starszy stał jak kołek, albo tarzał się w trawie jak koń pogryziony przez gzy.
-Jestem lepszy - krzyczał M.
- No a ja jestem głupkiem - cieszył się syn.
Szlag mnie trafił. M. wcale nie był lepszy tylko Starszemu nie chciało się grać, więc przy takim podejściu to każdy wygrałby. Postawcie konia na bramce i co? Każdy go ogra.
Zwróciłam uwagę synowi, że nie jest pajacem tylko leniwcem i żeby tak nie mówił.
Na dodatek w całym meczu M oszukiwał z zasadami.
- Dlaczego oszukujesz?! Sam złapałeś piłkę w ręce i mówiłeś,że można bo bramkarz może. A Starszemu za to samo chcesz dać żółtą kartkę i karniaka? hola hola.No synu, nie daj się frajerować!
- Zostanie pani sędzią? - zapytał się M.
- Pewnie. I pamiętaj, co jak co, ale kumpla nie oszukuje. 
Zagrali. Syn dalej pajacował, więc M wygrał.
Nie chodzi o wygrane czy przegrane tylko o postawę. Dać się oszukiwać ?
To już mnie zmroziło.
- Ok synu, jeszcze mogę zrozumieć, że nie chce ci się grać, ale tak dawać się oszukiwać?! REAGUJ, nie daj się. 

Mam alergię na takich cwaniaków.

A za syna to ja już się wezmę. Za długo to trwa.












poniedziałek, 30 września 2013

i niedziela minęła

Sobotni poranek był bolesnym porankiem. Nie dość, że była niemoc to jeszcze syn mnie ograł.
Ale wczoraj wstałam wyspana, wygładzona taka po tej nocce nowonarodzona i rzekłam pewnym głosem:
- Synu, rewanż!






Syn podjął rzuconą rękawicę. Pionki zostały wrzucone.
Kurde, znowu porażka, porażka i remis i porażka i łał! jedna moja wygrana! I porażka. Tłumaczę się przed sobą -ach ten love, głowa wciąż w odlocie, te problemy i zawirowania życiowe. No szukam wszelkich tłumaczeń. Przecieram okulary. Powieki przypinam spinaczami do uszów.
Trud mój próżny - chyba zaczynam cierpieć na zwapnienie mózgu....martwicę mózgu ...zanikam.
Mężu się zbrechtał, cierniarą nazwał i sam zasiadł do rozgrywek. Wynik?! Remis. Potomek nie dostał batów. Gra była wyrównana.
Synu, albo jesteś mistrzem albo fuksiarzem. Albo twoi starzy tracą zdolność do myślenia.

Starszy ulotnił się na imprezkę urodzinową kolegi, a my pojechaliśmy do parku. Poszukiwania pani Jesieni oraz kasztanów wyzwoliły wielką babską bitwę na liście, a mężuś, choć nie miał zorki 5 to i tak porobił parę zdjęć.












- Jestem głupia - powiedziała córa wchodząc do kuchni - bo wiesz co zrobiłam? zdjęłam rajtuzy zamiast myć ręce.
- Nie jesteś głupia tylko zakręcona!
- Jestem głupia!
- Nie mów tak.
- Jestem głupia.
- Skoro ty jesteś głupia to ja też jestem głupia. W końcu moim dzieckiem jesteś, no nie?!
Dziecko popatrzyło na mnie, uśmiechnęło się i wypaliło:
- To ja nie jestem głupia, ale ty jesteś głupia.
Ha ha ha zabawne.
Ale Młoda miała radochę. Tak wyrolować matkę w wieku 4 latach to sztuka wyrośnie niezła.


Wieczorkiem dzieciaki zajęły się twórczością. To głupio tak siedzieć i patrzeć na to jak dzieciaki fajnie się bawią. Poczułam zew artystyczny. Też zrobiłam swoje stworki.




mam talent :PPPP





- Mamo, ale wampirów nie ma? - Młoda lubi o to się pytać, ze trzy razy dziennie. Efekt oglądania Scooby Doo. Lubi sobie śpiewać pod nosem: "Skała wampira, skała wampira..."
- Jasne, że nie ma. Dzieci mają bajki i dorośli też lubią się straszyć. To bujda. Zresztą w czosnku nie śpisz, prawda?
- Nie lubię czosnku, ani cebuli...

Siedzieliśmy więc tak sobie w trójkę rozmawiając o wszystkim i o niczym. O imprezie urodzinowej nie dało się porozmawiać. Syn nie był zbyt wylewny. Było fajnie, był czarodziej, była ekipa i tyle.

Wspólny czas to jest ten czas, kiedy wskazówki mogłyby się nie spieszyć, mogłyby stanąć. Trwać. Życie bez pięknych chwil byłoby masakrą. Udało mi się uciec od mych spraw ziemskich, choć trucizna rozlana w trzewiach cieniem swym muliła. Trudno pogodzić się z brakiem sprawiedliwości.
Musze jednak przetrawić pewne rzeczy, by resztki nie rozkładały mojej duszy. By nie capić ścierwem monotematyczności, bo ile można trawić ten sam temat?! Ale szlag jasny mnie trafia.

Wieczorem czytałam dzieciakom o piegach i pieprzykach.
- Mamo, a ja wiem co to jest pieprzyk. to wygląda jak kupa chomika ....

Hahahahaha, Młoda zaczyna gadkę mieć coraz lepszą.

- Dobranoc.


Siedzę przy kompie pisząc kolejne oświadczenie -przymulenie, bo ile można?! a tu nagle przybiega  córcia i nieoczekiwanie całuje mnie w rękę:
- Kocham cię, mamusiu
i poleciała z powrotem do wyrka.
No odlot po prostu odlot. Wiatr w skrzydła.

I tak sobie myślę, ze z uczuciami  jest jak z lokata bankową - ile się włoży, tyle się dostanie, a w przyszłości może i więcej w ramach procentowania.

Tyle, że rano dostałam wścieklicy. Zrobiło się późno, a dzieciaki jakby stały się z gumy. Im bardziej czas się kurczył, tym mocniej ich ruchy się rozciągały. Mało tego. Syn  po umyciu zębów wyszedł z pochlapaną bluzą, a córka zawisła nad zakładaniem buta.  Mogłam sobie mówić, że to nie ta noga, żeby ubierała się, bo czas goni, a synowi by sie przebrał. Lepiej jest mówić do skarpetki, głaskać chomika.
I szlag jasny trafił mnie. W jednej chwili  miłość zmieniła konsystencję. Stała się pianą na pysku. Warczałam dziko miotając słowem.
Wybuch nie zatrzymał czasu, ale krzyk przyspieszył ruchy.
 - Mamo, ale ja cię kocham
- Ja Was też, ale na litość boską miejcie ruchy. Dlaczego o wszystko muszę prosić milion razy, co?!!! dlaczego?!!! 

Opanowałam się. Młoda znalazła na mnie sposób. Wie, ze są słowa co działają jak sole trzeźwiące.

Zrehabilitowałam się i w aucie rozbrzmiewał już śmiech.

Samo życie. Przeplatanka emocji.
Ech...





sobota, 28 września 2013

i nastała sobota, dzień szósty












Dorwał mnie Conan Barbarzyńca. Wciąż konam po barbarzyńskiej imprezie.

Bo czasami tak trzeba.

Nieskładne myśli me wciąż latają po parującej głowie.
Parę spraw idzie jak po grudzie. Telefony, zaświadczenia, oświadczenia. Mam dość tego wszystkiego.
Więc by nie wpaść w doła przybyli znajomi na odsiecz, a wraz z nimi przybyły koncerty i wycie.

 Katharsis. Wiec skichałyśmy się z sis duchową.

Za tydzień dla równowagi pojedziemy górki, by na szlaku pogubić troski dnia codziennego.
Zresztą córa upomina się o wyjazd:
-Mamo, ja chcę tam jechać, bo ja tam stawiałam pierwsze kroki?
-Tak kochanie.Ale byłaś uparta i to ci zostało do tej pory.




Młoda- 10 miesięcy na szlaku





 Starszy na szczycie. 



Młoda zasnęła. Z Matyldą :)








Młoda wleciała rano do wyrka:
- Mamo! Ryż na mleku, zrób, proszę.
- Znowu?
Dzieciaki dostały obłędu żywieniowego - jak nie ryż to płatki, a reszta może nie istnieć. Przepraszam, jeszcze jest łaska dla kromek z dżemem truskawkowym.
Wstałam, moja głowa!, ale co tam, dla dzieciaków to i fruwać się nauczę. Nie ma, że boli.
Papu i zabawa. I to na całego.
- Dręcz mnie jeszcze mamo! - Młoda uchachana skakała sobie po mnie. Skakała z takim pełnym brzuszkiem po moim pustym brzuszku.
- Zjem ci pięty i dostaniesz martwicy mózgu, jestem ble zombi - tonem umarlaka straszyłam córę gilgocząc ją przy tym okrutnie.
- hahahahahahaa mamo hahahaha...litości ...
Syn też wpadł na mnie. Walka była męcząca. T ulotnił się do pokoju spokoju. Taki to pożyje.

Córka kazała mi pilnować kanapy na której wybudowała fortecę.
- A kto ma ci ją zburzyć skoro nikogo nie ma?
- Starszy tu był i widziałam ten uśmiech więc wiesz mamo dlatego ci to mówię. Przypilnujesz?!

Ten uśmiech ...widziała ten uśmiech, hahahhaa.
Ale oboje są dobrzy.
Córa wtuliła się w brata, który przyszedł i siadł na kanapie.
- Kochasz mnie?!
- No przestań, MAAAMOOO!!!! weź ją!
- No kurde, nie możesz poczochrać Młodej po główce, patrz jak cię kocha, no synu...
Zabił mnie wzrokiem normalnie.

Nie drążyłam tematu.Wzięłam córę na ręce:

- Wiesz tacy są faceci. Jedno czują, a drugie robią. Ale ja cię kocham nad życie.
I pierdzioch w brzuszek. I nadszedł drugi etap dręczenia. Uwielbiam jej śmiech.



Słońce zza okna uśmiechało się kusząco, więc polecieliśmy na podwórko. Graliśmy w piłkę, huśtaliśmy się.
- Cześć jestem Ziutka. Pohuśtamy się razem?
- Mamo ahahaha przestań.
- Ja nie jestem mamą, ja chodzę do drugiej klasy. A ty?
- Do pierwszej.
- A jak masz na imię?
- Starszy.
- A u nas jest taki Miecio i wiesz, ze on ciągnie mnie za warkoczyk. Musiałam mu książką strzelić po głowie. U was w klasie też zaczepiacie dziewczyny?
- Hahahaha, no mamo, no weź ...hahahaha
- Tak tęsknisz za mamą? Ja też czasami. Mogłaby się więcej ze mną bawić. A co lubisz robić?
- Rysować komiksy.
- No co ty? ja tez lubię rysować. A co rysujesz?
- Historie o głupku.
- No u nas chłopaki w klasie też rysują, ale tam są bójki i bomby i zabierają nam czerwone kredki bo im wciąż brakuje, wiesz? A co głupek robi?
- Mamo hahahah przestań, nie rób tego.
- Kurde synek, nie bądź drętwy, pogadajmy se, co? - zbrechtałam na maksa. Uwielbiam takie gadki i wkręty.

Przestałam zadręczać synka i zajęliśmy się nauką. Uczyłam Starszego skoków z huśtawki, rzucania "kaczek" do wody. Pozbieraliśmy kasztany. Żołędziami trafialiśmy w drzewo. "Pogoniłam" Młodą. Czas zleciał nie wiadomo kiedy. Kocham te chwile. Nawet zapomniałam o głowie. Fajowo.

T w tym czasie posprzątał mieszkanie, ogarnął pranie, zrobił idealny porządek w kuchni. Taka to pożyje przy takim kolesiu.:)


- Ale czemu zakupów nie zrobiłeś?! - zapytałam się z wyrzutem.
- Idź, i nie denerwuj mnie!
- No weź, to ja z dzieciakami latałam a ty siedziałeś w domu, więc mogłeś pójść - zbrechtałam.
Popatrzył.
- No co kochanie? Heloł, kogo ja cytuję? hahahaha. No dobra dzisiaj to ja robię kawę.

Zadzwoniłam do mamy.Wczoraj miała zabieg. Czuje się wciąż dobrze. W poniedziałek zapewne wyjdzie. Super.

- A kwiatki podlałaś?
Standard. Chwasty rulez.
A moje zioło odeszło. Bazylia is dead. Muszę kupić nową ofiarę.

A póki co sama idę pozdychać. 

:P





piątek, 27 września 2013

Bo środa nudą wiała ....

więc czwartek musiał swój klimat mieć.



- A co to za śrubka? - Młoda pobiegła do taty.
- Nie wiem. Wiesz od czego to jest? - z kolei T zapytał się mnie. Wzruszyłam ramionami.
- A skąd mam wiedzieć? Nie mam czasu na pierdoły - synu, zbieraj się, bo się spóźnimy!
- O! a co to jest? - Młoda pokazała kolejne znalezisko, które trzymała na rączce.
Zmarszczyło się czoło mężulka.
- Daj mi okulary.
- Nie mam czasu, wyrzucić to do śmieci i już. Synu, no weź się ogarnij w końcu!
- Dawaj okulary.
 Popatrzyłam na niego jak na kolesia z kosmosu. Co jest? Nie dowidzi? A masz!
- Czy ty kobieto nie czujesz, ze nie masz noska?!
- Że co?!
Okazało się, że to od okularów odpadła część.
Hm, ostatnio nic nie czuję, a mam czuć brak takiej pierdoły?!
Nie ogarniam świata, a mam ogarnąć brak śrubki?!
Rodzinka jednak czuwa. Oj, co ja bym zrobiła bez rodzinki?!
Bystre oko, bystry mózg, i rozciapany porankiem syn.
- Idziesz w końcu chłopie?!
- No już....
Telefon złapał mnie na schodach.
- Proszę?
- To kiedy po mnie przyjdziesz? - ach, to matka.
- JA? Oszalałaś? Chodź do nas. Zaraz będę. I jedziemy.
-A gdzie idziesz?
Chyba naprawdę oszalała albo stres zamącił w jej pamięci. No gdzie ja mogę rano iść?!

- Syna mam? A syn do szkoły chodzi?

W aucie głowa mi opadła na kolana córki. Ta mnie głaskała, czochrała.... odleciałam.
Obudziło mnie nagłe hamowanie, pisk opon i wielkie:
-SZLAG! CO ZA PAJAC!
Otworzyłam oczy. Kadr - tir jechał naprzeciwko, a T zjechał na nasz pas i fiuuuuu, tir pojechał.
Oczy jak ocean. Ławica myśli, nie wiadomo, którą łapać.
- Co ty robisz?!!! Oszalałeś?!
- Chciałem wyprzedzić a ten pajac przed nami przyspieszył.
Tja z winy pajaca rozsmarowałby nas na ciężarówce. Normalnie facet mi oczadział. Matka była zielona. Nie odezwała się słowem. Ja też nie. Po prostu słów mi zabrakło.
Ale byłaby ironia losu. Tu mama martwi się, że przy operacji wyzionie ducha, a tu proszę: byłaby niespodzianka zięcia -  zderzenie czołowe. Ha! jaki przebiegły lis?!

Odstawiliśmy mamę pod szpital. Buziaki i poszła ku swojemu przeznaczeniu. My zaś korzystając z bycia w wielkim mieście ruszyliśmy na galerie.

Świat zakupów ....
- CHCĘ KUUUPĘ!!! CHCĘĘĘĘE KUPĘEEE !!!- me dziecko zaczęło się drzeć na parkingu.
...jest nieobliczalny.

Szukanie odpowiedniego oświetlenia to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, gdy mężulo ma wizje. To nie to, to też nie, oj, nie tak, ojej kable? nie będziemy ryć w ścianie, to nie ten gwint, ale gówno...Pojechałam z córą między półki, a niech sam wybiera.


Córa po raz pierwszy wlazła do takiego wózka. Zawsze biegała i miała w nosie siedzenie tyłkiem na miejscu. Zresztą nie posiedziała zbyt długo. Szwendała się jak chomik po klatce.
Mężulo zadowolony pokazał plafon. Żarówki przestaną straszyć w przedpokoju. Ale obraz z kawałkiem ściany będzie tonął w ciemnościach.
- Wiesz, jeszcze możemy skoczyć i tam i tam.
Ale jestem dobra.

Wjechaliśmy w miasto. T jedzie jedzie. Sygnalizacja świetlna, światło czerwone, nie głęboko pomarańczowe - czerwone! a mężulo co?  nie zatrzymał się tylko  jedzie przed siebie jakby nic .!!!!!. JEDZIE!!!Pisk opon, klaksony.
- JEEEEEDŹ, JEEEDŹ KURWA! - 
Tego już nie wytrzymałam. Wydarłam się ze strachu, paniki, totalnego rozpierdzielu....Co jest?!!!
Szukając oświetlenia wpadlibyśmy w ciemność. Ja pierdzielę. Ja nie mogę.
Wjechać na skrzyżowanie przy czerwonym świetle wzmaga pracę serca.
- Czy ty oszalałeś?!!! Co ty robisz?!!!
- Nie widziałem tych świateł...- ten ton, nie drążyłam tematu.
Oto kierowca z kupą lat doświadczenia i znajomością miasta.
Bywa? Bywa. Niewiele trzeba, by przestać istnieć.
W drodze powrotnej głowa mi już nie odleciała w sen. Nie mogłam.

- Mamo, mamo, poczytasz?
- A nie czytam wam wieczorem?
- Czytasz.
- Więc czemu się pytasz czy poczytam?
Cisza. Po zdziwionych minach widać, że ruszył proces myślenia.
- To chodź....

Zaczęłam czytać Czerwonego Kapturka.

" Dawno, dawno temu ..."

Ja czytam, a dzieciaki odpływają w swoje klimaty. Młoda wyskoczyła z łózka i skacze (jakby chciała przegonić wilka), a  Starszy z przejęciem zaczął oglądać inną książkę.

.... a wtedy wilk wpadł do domku rzucił się na przerażoną babcie połknął ją. Potem włożył jej ubranie i okulary i wskoczył pod kołdrę..."

Hm, chyba sama sobie czytam. Sprawdzę.

- I puścił bąka aż kołdra przykleiła się do sufitu.

- Ahahahahahahahahaha - dzieciaki zaczęły się śmiać.

HA! a jednak słuchają.
:D
Tyle, że było po czytaniu. Broń biologiczna człowieka okazał się być ciekawsza od dalszej historii, którą i tak znają na pamięć.
Zaczęły się prześcigać w wymyślaniu.


Syn zasnął, a córa nie. Młoda skręca się rano, a wieczorem jej sił przybywa.
- Mamo a żarciki i kłamstwo to to samo?
- Nie, kochanie- odparłam zaskoczona. Co to za pytanie! Wow! Szok.
- Chociaż, czekaj, jakby się tak zastanowić - zaczęłam się zastanawiać, chociaż nigdy nad tym się nie zastanawiałam - to to samo. Bo jedno i drugie wymyślamy Tyle, ze żarciki śmieszą. Żartujemy, by kogoś rozbawić, a kłamstwo rani, boli, oszukuje, jest złe. Lepiej milczeć niż kłamać.
Młoda jakoś to przetrawiła, popatrzyła.

- Aha, a my lubimy żartować, prawda?
- Chyba ty! - zaczęłam się śmiać i Młodą gilgotać.
- Mamo, maaaamooo, patrz pająk!
- AAAAAAAA!!!!! Nie strasz mnie dzwońcu - hahahahhaa

Nasza zabawa - Młoda wie, czym mnie straszyć i z czego mieć ubaw. W takich momentach przestaję ją gilgotać i to w trybie natychmiastowym drąc się wystraszona :).
Wciąż w to gram, bo kocham jej śmiech. Rechot Starszego też jest dla mnie cudowną muzyką.
Kocham nad życie te swoje klony. I codziennie im to mówię, no bo kurde, jak im tego nie mówić, kiedy kochane są?! Więc mówię, do znudzenia. Mantra, która luzuje gumki w majtach, gdy jest eksplozja negatywnych emocji. Kocham, kocham kocham, jak jeden, dwa, trzy ....wrzuć na luz, wrzuć na luz ...

Więc niech ubaw trwa póki życie trwa, bo ono może odejść nie wiadomo kiedy.
Trzeba mówić co się czuje, póki można mówić.
Idę w mężulka się wtulić. I poszeptać mu parę ciepłych słów:
- Jeszcze raz a sama ci prawko zabiorę, ty ociemniały mózgu!!!!!

Hahahahaha

Choć tak naprawdę do śmiechu mi nie jest....











wtorek, 24 września 2013

wtorek -dzień cudów

 Wyszliśmy jak co rano do instytucji edukacyjnych. Przy krawężniku leżał jeż. Jeż z wyrazem twarzy. Ze zdziwioną miną leżał. Zszokowany. Nie mogłam oderwać oczu. Widać było, ze śmierć  zaskoczyła go niespodziewanie - w biegu. Niesamowite. Niby zwierzę, a jednak jak człowiek.

  Syn przejął się jeżem, ale bardziej przemówiła do niego kupa leżąca obok.
- To jeża?
- Nie wiem. 
- Na pewno jego.
- Być może. Śmierć to taka nieczysta siła jest.
- Kupę się robi?
- No wiesz, mięśnie przestają działać i wszystko może się zdarzyć.

Wszystko może zdarzyć się. Po wczorajszym dniu nie chciałam żadnych zdarzeń. Zaszyłam się w kacie pokoju i zaprzestałam bycia. Ale istnienie odezwało się.
Wyszłam do apteki po zamówiony wziew.
-3, 20zł. 
Wow, fajna cena.
- A ten lek to macie może w promocji, bo ostatnio zabiliście mnie ceną? -pokazałam kolejną receptę.
- Tak, jedno opakowanie. Zamówić ci  w takiej cenie resztę?
- Się pytasz -jasne! Dzięki za pomoc!
Jeden lek, jedna apteka a ceny potrafią różnić się nawet o 30 zł. Niepojęte to jest! Dzięki znajomości -100 zł zostało w kieszeni. Nie dużo, a jednak cieszy. Po co przepłacać?! Będzie na wypad w górki.
A póki co wypad zrobiłam do ortopedy. Chciałam tylko pokazać lekarzowi wyniki rezonansu i spadać. Przecież parę miesięcy temu moja noga nie była dla niego żadnym problem.
-Proszę pani,ale nic nie można zrobić. Ludzie nie mają wiązadeł i biegają 
- To dlaczego ja nie biegam?
 Sio do pracy i nie ma dyskusji. Kuśtykająco. A co tam. Modern art kroku, kurwa, ja pierdolę. Potraktował mnie po prostu jak naciągaczkę-panikarę. Pewnie dlatego nie chciało mi się z nim rozmawiać, gdy robił za komisję lekarską.

- Proszę pani, to na razie niech pani bierze ten lek, i proszę przyjść do kontroli za dwa miesiące. Rozważymy zastrzyki, bo tak jednak być nie może...

Huston, mamy problem! - a jednak. Musiałam mrugać szybko powiekami, by oczy nie potoczyły się podłodze. No cud po prostu, cud. Nie wierzę! Tylko ciekawa jestem co napisał w opinii. Nieważne. Może jednak cudu zdrowotności dostąpię?! Ha! Satysfakcja  ma, bo jednak problem jest. A nie mówiłam?!

I to nawet dwa problemy są.

- Nie będę jeść obiadów w szkole- syn oznajmił kategorycznie - będziesz mi dawać kromki do szkoły i tyle.
- Ale synu, musisz jeść obiady!
- To będziesz gotować!
- Ja? No weź, do swojej matki to mówisz...- i zaczęłam się śmiać.
I tak oto syn mnie załatwił. Szlag trafił mój diabelski plan, plan żywienia dzieci w instytucjach. Syn nie dał się przekonać. Ja w kuchni? Toż od przekleństw zwali się Mur Chiński! Hahahaha....




Dzieciakom puściłam Epokę Lodowcową 3 , a sama zasiałam na rower. W końcu muszę rehabilitować się, albo i nie bo zadzwonił telefon.
- Dzwonię, by pochwalić się. Wygrałam ekspres do kawy, więc kiedy przyjedziecie będę mogła zrobić wam dzban.
- Ej to czad, naprawdę. Ty to masz dar.
Gadka potoczyła się, a tu dzwonek do drzwi.
- Czekaj, bo ktoś dzwoni do drzwi. Nie rozłączaj się, dobra?

- Cześć. Słuchaj mam nadzieje ze nie przeszkadzam, ale doszło do nas ze jesteś bez pracy, a nam niańka odchodzi i zona pomyślała o tobie, daj mi telefon to sobie pogadacie.
- Ja? Niańka? E?
- No, na parę godzin tylko. Dawaj numer.
- Ok - podałam numer -ale powiedz zonie niech wpadnie na kawę to pogadamy.
- Dobra, to na razie.

- Jesteś?- rzuciłam w słuchawkę.
- Jestem
- Siadaj, bo padniesz. Był sąsiad, który chce ze mnie zrobić niańkę.

Zdjęłam okulary i oparłam głowę o dłoń, bo tego moje oczy nie były w stanie wytrzymać. Chciały wyskoczyć ze zdumienia. Ja niańką? I to bliźniaczek!
Co za szatański pomysł!
Nie mówię nie i nie mówię tak - nie mówię nic.
Ogarnia mnie coraz większy śmiech.
To jakieś jaja są?!


Ja dzisiaj nie idę spać. Ja nie chcę jutrzejszego dnia!







uważajcie na jeże











one day - monday


Zrobiłam przedstawienie dla dzieci. Ubrałam jedna skarpetkę i jednego buta. Ubrałam druga skarpetkę, wkładam drugiego buta i jak nie ryknę, jak nie rzucę butem, jak nie wyskoczę ze skarpetki w pląsawicy obłąkania. Dzieci patrzą zszokowane.
- No co! Coś mnie ugryzło!
- Może ten pająk na którego wpadłem i do domu przyniosłem. Obrzydliwy był
– powiedział syn.
Na nodze malutka strużka krwi. Naprawdę coś mnie dziabnęło. Nie wiem co to było. Nie mam odwagi do buta spojrzeć.
- Jak to przyniosłeś do domu? Skąd?
- Wczoraj wpadłem w pajęczynę i tam był ten pająk, i chyba siedział na mnie. Nie wiem. Obrzydliwy był.
- Aha. Dobra, nieważne, sio do auta!

Polecieliśmy do przedszkola, szkoły. Poranny jogging. Czas?! Czas to abstrakcja w pewnym wieku. Potem staje się czymś realnym, by za chwilę znowu upodobnić się do gumy żucia. Ciągnie się ciągnie, wydaje się, że nie ma końca i jeb! Koniec. Rozchlapuje się człek na życiu.
Życie człowieka ...cieszymy się daną chwilą, ale dokąd ten most prowadzi...Wychylam się ...

Czuję się jakbym siedziała na rozklekotanej ławce pod rozklekotanym drzewem z rozklekotaną szczęką swą i błądząc w piachu czubkiem rozklekotanego buta, oparta o rozklekotaną laskę, czekała na śmierć.
Dół jak chuj mnie dźgnął.

Ten zastój, ta stagnacja, to nic przerasta mnie. Przerasta mnie wszystko. Cienie wyłażą ze ścian.

Poszłam do osiedlowego sklepu i stanęłam w kolejce.
- To za 5,30
- Za 5,30?
- No! Nalewka!
- Dwa piwa.
- Setka i cebula.
- A dla pani?
- Dla mnie tylko chleb. Kurde, aż głupio przy tak wybornych śniadaniach kupować pieczywo.
 - To  może coś dorzucić?!:D:D:D
- Hm...dobra, zaszaleję. Mleko poproszę.
Zbrechtałam się. Choć przecież nie pierwszy raz tak było. Jest ambrozja i jest nektar. Każdy ma swój wybór. Choć wydaje się, ze niektórzy już wyboru nie mają. Choć może mają - nalewka czy setka?
I jedyny problem - kasa na płyn. Reszta w pompie. Można tak żyć? Można.
Wywalić się na cały system.
Choć lepiej "sprzedać lodówkę" i pójść boso przez świat.
Do Afryki.
Pod nóż.
Bleh.




Wyro uśmiechało się do mnie. Właź i zapomnij. No chodź ...Sen. Miła wizja przespania czasu. A niech życie gna. Mogę być już staruszką. Mogę już sobie iść. Odkryć ten absolut. Wpaść w otchłań niebytu.

Zamykam oczy. Wznoszę się wśród kolorów. Płynę wśród mieniących się kaskad barw. Lekkość bytu....
Nagłe ktoś wylał gówno ...znowu wróciła myśl, ze wszystko jest bezsensu, jałowe, niesprawiedliwe, popaprane... ble, ble, ble ....

Szmaciane myśli do szmat won. Zajęte ręce plączą myśli. Muza zagłusza wszystko.




Spojrzałam na buta. Jeśli tam coś było to chyba polazło. O, żesz. Wyobraźnia podpowiadała strasznego włochatego, obrzydliwego pająka. Stado robactwa przyczajone w kącie.
Czułam jak ze wszelkich zakamarków  łypią  na mnie  oczy.



Bleeeeeeeeeeeeeeee.... Z koszmarnych obrazów wyobraźni wyrwał mnie telefon.
- A ty wiesz, że masz dzisiaj do alergologa?
- Wiem, że mam we wrześniu, nie wiem, ze mam dzisiaj.
- To ci mówię. Kartkę zerwałam z kalendarza i mam zapisane.
- Dzięki mamo.
- Będę później.
- Jak chcesz, nara.




Popłynęłam  na szmacie, w muzie, nie myślenie, w klniecie, w rozmowę sama z sobą, w zapomnienie. PLASK. Mokra wykładzina pozbawiła mnie równowagi. Obiła dupsko. Słuszna nauka, gdy zapomina się o istotnych rzeczach. Należało mi się.

Nie wierzę, ten poniedziałek nie istnieje! Nie istnieje! Nie ma go! Przecież to jakiś absurd jest. Tania komedia.

 SZLAG!!!!

Czas po tajniaku przeskoczył w godzinę "w", w godzinę mać jego chyba nie zdążę.
Popędziłam do łazienki. Nogi rozjechały mi się ponownie. Drugi raz nie dałam się. O, nie.
Dzwonek do drzwi.
O! matka.
Poleciałam ze szczoteczką w zębach, uwalona pastą, właściwie nadal myjąca zęby, otwieram drzwi.
- Dzień dobry. Mam dla pani paczkę.
- Ugy yhy - wyciągnęłam szczotęczkę z gęby- dzięki.
Ja pierdzielę, nie wierzę. To jakiś kosmos. Hehehehe, ale koleś ma widok, czad po prostu.

Hm, w sumie mogło być gorzej.  Myśląc, że to matka mogłam otworzyć drzwi będąc w samej bieliźnie.
Chyba odleciałby na tej szczoteczce, hahahaha.

Pognałam na rowerze, a na rowerze dognała mnie myśl - czy ktoś cie próbuje rozbawić?! Przecież to jest jakiś absurd. Nie wierzę ...albo coś zaczyna czaić się. Śmiech na zmniejszenie bólu?


Lekarz pozbawił mnie złudzeń. Wyniki piękne, ale muszę brać leki  i mieć przy sobie wziew na duszności.

- Na duszności mam papierosy - kiepski żart. - żartuję. Tzn nie żartuję, bo pale, ale mało. 
Myślałam, że wymigałam się z tych chorób podejrzeń a tu gucio. Szok. Szok? WTF?! pytam się grzecznie.
Myślałam, ze minęło.
Są jednak rzeczy, które nie mijają.

W ulotkach jeszcze raz sprawdziłam co to są za leki i na co. Bo one leżały sobie w szafce. Zakupione i nie dawkowane.
Pobuszowałam w necie, by dowiedzieć się więcej o przypadłości co rzekomo męczy mnie.

Najczęstszą przyczyną  jest narażenie na dym tytoniowy, ale inne czynniki, takie jak substancje drażniące z powietrza oraz stany wrodzone, na przykład niedobór alfa1...

Niedobór alfa ......Hahahaha...aaaaaaaa ahahahahaha.......alf hahahahaha.


Staliśmy ze Starszym na skrzyżowaniu czekając na zielone światło.
- Mamo patrz paź królowej. Leży, o tutaj.
Zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć syn wszedł trochę na ulicę i podniósł motyla. Motyl jednak się nie podniósł.

"Co za facet, facet niosący motyla. Będziesz monarchą" - zchichrałam myśląc o serialu "Pod Kopuła".

- On nie żyje, mamo.
- No cóż, jego czas minął. Daj go na trawę. To lepsze od jezdni.
Co za wrażliwy facet, nie mogę.
Chciałabym być motylem ..- te myśli, ten gumowy czas ...
Czasami.
Pojechaliśmy do dentysty. Starszy siadł na fotelu. Zaczął się kręcić jak nigdy. Sprawdzać. Dotykać. Lekarka go uspokajała, a on na nią łypał okiem.
Zaczęło mną targać, bo przypomniał mi się Jaś Fasola. Syn mniej więcej miał taką minę i tak się zachowywał. Miej więcej, bo wpadł w ręce, które leczą, więc nie miał okazji przebadać dokładnie terenu.


https://www.youtube.com/watch?v=SGO-bGjCZu0


Potem ja zasiadłam i zatonęłam nie we śnie, ale w chrześcijańskich pieśniach. Siedziałam z otwartą gębą, po prostu.
Płakać mi się chciało ze śmiechu. Łza pociekła.
- Aż tak boli?

Aaaaaaaaaaaaaahahahaa hahahahahaha aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa  ahahahaha

Zmasakrowana dusza ma.

Nie miałam sił, by pokręcić głową, by zrobić cokolwiek.
Są fotele, które leczą.

Są dni, które nie dzieją się.

W domu była już córa. Zagrałyśmy w zgadulę.
- Ten pan w kawiarni do stolika, przynosi kawę lub herbatę, potem, by nie przeszkadzać, znika, aż w końcu wraca po zapłatę.
- Nie wiem.
- Wiesz.
- Kucharz?!
- Nie, kucharz gotuje jedzenie, a kto roznosi potrawy?
Młoda myśli, myśli:
- Potrawnik?!
Hahahaha, potrawnik
- Córciu, potrawnik to chyba posprzątałby trawnik.  Chodziło o kelnera. Kelner przynosi do stolika kawę, ciacho.


Czas kolacji. Czas męczeństwa mojego, bowiem dzieciakom zachciało się naleśników. Z dżemem truskawkowym.
Smażę i smażę te placki i wywracam oczami i smażę i przestawiłam patelnię na inny palnik, bo zaczęło się jarać...jara się! Jak złapałam za patelnię tak puściłam.

- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA FUCK!!!!!!!!! - wydarłam się jak opętana, dłoń szybko powędrowała pod zimną wodę. Kurde, co jest?
Ja pierdzielę, nie wyłączyłam poprzedniego palnika i przypiekłam rączkę od patelni.
Auć, auć, boli, szlag.
- Biedna mama.
Młoda wtuliła się w moją nogę.
Syn też przyleciał zwabiony krzykiem.

Boli mnie wszystko. Moja dusza. Moja głupota.
I chyba po to wycięłam tłuszczaka, by pamiętać o rodzince swej.





W życiu nie ma przypadków. To wiem.