środa, 31 grudnia 2014

Migawka and Happy New Year :D

Jestem pogubiona i zrezygnowana. To co miało mnie wzmacniać osłabia. To co mnie osłabia wzmacnia. Karuzela życia trwa. Kręciołek do porzygania. A do tego kuchenna zagadka: dodaj 15 dkg margaryny, a kostka ma 250 gram. Amerykanin  przybiłby czołem w szafkę, po czym poszedłby do McDonaldsa na kawałek sernika. A ja siedzę i obliczam. I dlaczego .......właściwie już nie wiem o co mam pytać. Nawet nie chce mi się rozmawiać z sobą. Nuda. I tak się właśnie komplikuje swoje życie. A przecież mógłby to być amerykański sen....250 gram..... eee ....to będzie 25 dkg ....no brawo, jesteś prawie jak Albert E. no genialne obliczenie!, fuck, a kiedyś mózg obejmował logarytmy, macierze, różniczki ....Przybiłam czołem w szafkę ...

- Sernik robisz? -matka weszła do kuchni - mogłam zrobić...
- Wiem, ale niech choć tyle zrobię...
Matka zerknęła do piekarnika.
- Temperaturę  chyba źle nastawiłaś....
- Chyba wszystko pierdolę, nieprawdaż?
Wyszła.

Stanęłam przy oknie z rękami w kieszeniach. Poza wzgardy. Dolna warga lekko wydęta. Kurwa przełknięta ze śliną. Monotonia mijających dni wzmaga moje poczucie wyobcowania. Coraz bardziej odlatuję od ziemi, która nie jest moją Ziemią. Intelektualnie i emocjonalnie nie ogarniam świata. Jestem żyjątkiem i czuję się jak owad w słoiku. Tłukę się sama z sobą, z myślami...powinnam opaść na dno i zdechnąć. Niestety bezsilność nie zabiera powietrza, więc wciąż oddycham. Niestety zbyt słabo oddycham, by wzlecieć do góry, i zbyt mocno, by przestać myśleć. Czartowsko-anielskie głosy płynące z góry czy tam z dołu, mówią, że takiej gnidy to się nawet młotkiem nie dobije ...
- To może motem pneumatycznym???
Cisza. To sobie pogadałam. Nie ma co mówić.

Do kuchni wszedł mężulo. Podszedł do lodówki i wyciągnął z niej prawie wszystko. Będzie celebrował jedzenie. Oto leżą porozkładane na stole:  wędliny, kiełbasy, sery i nie wiem co jeszcze. O, musztarda, ketchup, ogórki. Majonez? A mówił, że się odchudza. Zje pół bochenka chleba, beknie i wyjdzie. Facet. A ja mając napięcie lewego półdupka rzucę w jego plecy chujem niczym tasakiem:
- Do chuja pana, a myślisz, ze to ja posprzątam?
A on wiedząc, że mam napięcie lewego półdupka ryknie:
- To nie myśl tylko posprzątaj!
Więc ja znowu tym chujem, niczym tasakiem,  rzucę tym razem celując między oczy:
- A chuja!
Domowej awantury nie będzie. Trzasnąwszy drzwiami.........

.....drzwi trzasnęły. Starszy przybiegł z podwórka pytając się czy już idziemy na Wigilię.
 -Nie, no co ty, za wcześnie
- Aha.
Syn wyrwał mnie z myśli niepozbieranych. O czym ja w ogóle myślę? Myślę? Dobry żart. Pieprzyć to wszystko. Nigdy niczego nie napiszę, a zresztą zaraz opłatek, moc życzeń i buziak teściowej. Teściowa. Gdzie jest wino? Lampka na nie czucie. Małe szkiełko. Hmmmm, dobre, wyborne wręcz. Nie słodkie, z aromacikiem. Dolewka. Malutka kapka. Mniam, mniam. Dolewka, bo te posmaczek jakby w sobie coś krył. Tajemnice do rozgryzienia. Wypicia znaczy się. I z piersi wyrwało się: Przybieeeeżeeeelii do Betlleeeejem paaaastrzeeerzeeeeee........
- Nie wiesz gdzie jest mój krawat? - pytanie brutalnie przerwało mój występ artystyczny.
- A wiesz gdzie są moje majtki?
- Ale co mnie obchodzą twoje majtki?
- A co mnie obchodzi twój krawat?
Czy ja wyglądam jak plan mieszkania? Informacja jakaś? Tak, tak, wystarczy spojrzeć w oczy żony i facet wie jak dojechać do szczoteczki do zębów czy tam zatrzymać się na stacjach pośrednich.
Stacje pośrednie w życiu bywają jedynymi fascynującymi przystankami. Tak, tak, seks.
-Wiesz w pewnym sklepie widziałam interesującą rzecz. Pierścień dla facetów. Nakładasz taki pierścień na penisa, a on ma wypustki, które podobno fajnie działają na łechtaczkę.
- Kurwa! oplułem koszulę!
- Dlaczego? Jeszcze tego nie kupiłam, a ty się już jarasz.


Stół pięknie ustrojony  Z dwunastoma potrawami. Rodzina zgodnie zasiadła do uroczystej kolacji. Po czym wstała do modlitwy. Oprócz Młodej, która rozłożywszy się na wersalce mruknęła:
- Ale to jest głupie ... - i nie zamierzała wcale wstać, pomimo próśb i gróźb.
Pewnie gdyby była nastolatkiem warknęłaby:
- Pocałujcie mnie w pompkę,
ale ponieważ jest 5-cio i pół letnia dziewczynką rozpłakała się jęcząc:
- Nie chcę ....
A potem dostała kolejnego ataku płaczu, bo każdy próbował zajumać jej opłatek.
Rodzina poskładała sobie życzenia po czym zasiadła do stołu.
- A kiedy będą prezenty? - Starszy wlazł pod choinkę - Mogę?
- Proszę, wróć na miejsce. Po kolacji zobaczymy co nam Gwiazdka przyniosła.
- Jaka Gwiazdka? Tato przyniósł w reklamówce. Hahahaha, widziałem.

Młoda oszalała na punkcie Furby'ego. Na pięć minut.
- A gdzie jest piesek, któremu kość się rzuca?
Syn zaległ w książkach. Cztery tomy do serii o bogach olimpijskich i...
- Dzieci z Bullebryn? To książka dla dzieci. Nie będę tego czytał!
Wesołych Świąt!
Niech magia trwa.
Tyle, że człowiek się obżarł i cała magia zakończyła żywot w toalecie.
- Aaaaaaaaa......
- Co ci jest?
- Chyba mam skręt kiszek!
- MAMO!, ale idziemy o północy na pasterkę?
- Synu, nie wiem czy przeżyję .........

Przeżyłam. Poszliśmy. Ksiądz tak mówił, że już zgłupiałam czy to Pasterka czy Rezurekcja, tym bardziej, ze deszcz podkręcił klimat przygnębienia.

- Idź spać synu.
- Nie, idę się myć, by nie śmierdzieć.
Też poszłam pod prysznic. Co będę śmierdzieć.

Pierwszy dzień świąt swój urok stracił wraz z godziną dwunastą.
- Ja jadę do kościoła i przyjadę z mamusią na obiad.
Wyskoczyłam z wyra. W przedpokoju wpadłam na nieszczęśliwe lustro. Jak byk 5 miesiąc ciąży. Warknęłam:
- Szlag, wyglądam jakbym była w 5-tym miesiącu ciąży!
- Mamo, ale ja chcę mieć braciszka.
- To przecież masz.
 -Ale takiego małego dzidziusia.
- To se zrób, ale pamiętaj po skończonych studiach z podpisana umową o pracę.
Córka na mnie dziwnie popatrzyło i poszła pogadać z Furbym. Wybrała mądrzejsze towarzystwo.

Obiad, po obiedzie nalot pozostałej rodzinki. Śledzie i wódka. I skype.
- Wszystkiego najlepszego braciszku z okazji rocznicy ślubu.
- Wszystkiego najlepszego syneczku i kolejnych wspólnych rocznic.
- Wszystkiego najlepszego chrześniaku, oby ta miłość wasza wiecznie trwała.
- Wszystkiego najlepszego, obyś chłopie dalej wytrzymał.
Brachol, który jest o rok ode mnie młodszy, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, dwadzieścia lat temu mając lat dwadzieścia wziął ślub. Big love po prostu.
- Ale tobie to tak sypianie z tą jedną kobietą to to ci się nie znudziło?
- Ale ty siora głupia jesteś.
- Ale o co ci chodzi? Dwadzieścia lat to 1/5 wieku.
Z moim bratem o bzykaniu nie pogada się. Ale za to przypomniało mi się, bo zmieniłam temat, że zaraz po jego weselu wyjechałam z grupą znajomych, w ramach spotkań wspólnoty taize, do Paryża. Nocowaliśmy u zakonników, a szampana noworocznego piliśmy na Polu Elizejskim. A tak w ogóle  to ostatnio czytałam o katakumbach i muszę wrócić nad Sekwanę. Ale pewnie nie w tym życiu.


Drugi dzień świąt też jakoś minął. Do dupy z takimi świętami. Stół i te same twarze. Niekończąca się niedziela z obiadem.
No, ale obyśmy się spotkali za rok w tym samym gronie.

 - Jutro idziecie na wesele. Masz przygotowaną kreację? - ze snu wyrwało mnie pytanie. O zasnęłam? Mam mistrza, tyle, ze dlaczego mistrzowi nie dadzą pospać?
- Kreatura nie potrzebuje kreacji. Poza tym to jest przyjecie, więc mam to gdzieś.
- Ale powinnaś jakoś wyglądać!
- Ale czy ja złe wyglądam?
Kobiety obsiadły mnie niczym wrony kawałek chleba i męczyły czczymi słowami.
W końcu zirytowana warknęłam na ciotkę i matkę, by dały mi święty spokój.
 - No ale o co ci chodzi? powinnaś kupić sobie małą czarną....
- Chyba wielką czarną i to dziurę. Dajcie mi spokój.
W ogóle nie rozumiem dlaczego rodzina ze mną rozmawia. Czy oni nie mają z kim rozmawiać czy co?

Przyszła sobota. O godzinie dziesiątej idealnie wyciąga się w łóżku. Człowiek jest wyspany, a nie zaspany.
- To na którą jest ślub w kościele? - zadałam niewinne pytanie mężusiowi.
- Nie wiem.
- Interesujące.

Zadzwonił. W końcu znowu świadkował. I znowu było jedzenie i picie, tyle, ze w otoczeniu nowych twarzy.A potem było morze wódki, morze przypływów i odpływów. Był przypływ dobrego humoru i odpływ dnia następnego, bo niedziela została zabrana z życiorysu.
- Szlag moja głowa ....
Monotonia dnia. Jak jazda dziecięcą kolejką.  Tutu , tu tu, dookoła, wciąż dookoła. Nic fascynującego. Jedynie dzieci rosną. Skoro wszystko przeżyłam to po co mam tu tkwić?
By usłyszeć - fajnie, że jesteś?
No to fajnie, fajnie to słyszeć.
Więc mówię i ja- fajnie, że jesteście, dzięki.
i przy okazji życzę Wam, 
by Nowy Rok przyniósł Wam 
wiele inspirujących zdarzeń, kapitalnych ludzi, 
którzy wniosą w Wasze życie magię i moc pozytywnych wibracji. 
Aby ten Nowy Rok był wolny od wszelkiego złego, a zwłaszcza chorób, wypadków i innych popierdzielonych przypadków. 
Cieszcie się sobą, rodziną, przyjaciółmi i miłością 
i własnymi talentami. 
Podróżujcie, kochajcie, i radujcie się życiem

Wszelkiej pomyślności!

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!!


Niech zimny szampan rozgrzeje serca Wasze :D






A ja szykuję się na Sylwestra. Jedziemy na wiejską imprezkę, gdzie grać będzie kapela i niech dzieje się bosko :)













ps.  Zaniepokojonych informuje, przepraszam :P:D ze pojechałam sobie z tekstem :PPP.



wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych Świąt!!!:)))))))







Przybyło sobie drzewko.




Drzewko ubrało się.



Mężunia poniosło :)



Z dzieciakami stworzyliśmy to:





Np i





Życzę Wam wszystkiego co najlepsze jest,
by Wasze marzenia spełniły się,
Niech Gwiazdka Betlejemska przyniesie 
miłość i dobroć
i śmiech
Niech Święta upłyną Wam w radości
w zdrowiu i bez ości
za to w towarzystwie super gości
WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Bużka :D

Arte

niedziela, 21 grudnia 2014

o niebo lepiej



Syn wpadł do łóżka mego. Zaszczekałam radośnie i nosem obwąchałam jego kark lekko gryząc ucho. Gdybym miała ogon zamerdałabym radośnie.
- Mamo hahahaha ty masz mistrza w szczekaniu! jesteś prawdziwym psem!
- Hau!
Zawsze mówiłam, ze zwierze jest ze mnie i we mnie też. A jakże.

czwartek, 18 grudnia 2014

bezsenność

Nie mogę zasnąć. Nosi mnie, irracjonalny obłęd, a jednak w niewypowiedzianych myślach czai się siła co trzyma otwarte powieki. W takich chwilach brakuje mi ramion. Teraz.niestety nie ma kto mnie przytulic, więc demony debilnych myśli siadają spokojne na ciele. Na ciele, które nie jest schowane w objęciach, nie jest otulone oddechem. Obłażą mnie ze wszystkich stron. Pazurami drapią, dziobią. Masturbacja też nie pomogła, jak i wypite wino. Przybita jestem do krzyża niesprawiedliwości. 

czwartek, 11 grudnia 2014

....




Syn wrócił ze szkoły mówiąc od progu:
- Ty nawet nie wiesz jak ja cię kocham, ty mordeczko moja.
Wtulił się. Wycałował. Wow. Lubię takie powroty.
Facet naprawdę ma korbę pozytywną na moim punkcie.
- AUĆ!
- Co się stało?
- Znowu moje plecy, wiesz stara jestem...
- Jesteś młodziutka i taka chudziutka...
- Hahahaha, dobry z ciebie agent,,,buziak.
No i jak nie kochać takiego?

środa, 10 grudnia 2014

Kraków -Frombork :)

Pamiętaj, że kiedy kogoś spotykasz, jest to święte spotkanie.
Tak bowiem, jak ujrzysz drugiego człowieka, będziesz widział samego siebie, 
jak go potraktujesz, potraktujesz siebie, jak o nim pomyślisz, pomyślisz o sobie.
Nigdy o tym nie zapominaj, bo właśnie w nim znajdziesz albo utracisz samego siebie.
"Mała księga cudów"








Lubię rozpościerać skrzydła.




Czasami postać na jednej nodze.



wtorek, 9 grudnia 2014

furby


Syn wieczorem stwierdził, ze mamy zejść do piwnicy po małą choinkę.
- No bo co? przyjedzie Mikołaj i choinki nie ma, pomyśli, że jesteśmy psychopatami!
No to zeszliśmy do piwnicy. On trzymał latarkę, ja wpadłam w głębię ciemności, bo pomieszczenie, jako stara wózkownia, nie ma oświetlenia.
- No synu! świec mi tu,  bo ciemno jest jak w dupie!
Oglądam się, a on stoi. pod ścianą.
- Nie wejdę bo ktoś nas zamknie, a ja jestem za młody, by umierać ...



czwartek, 4 grudnia 2014

o Mikołaju - :)


Połamało mnie jak starą pierdołę. Zatem z czystym sumieniem wpadłam w pościel i zaniemogłam jęcząc i to okrutnie przy każdym ruchu. No niestety, ale tak się mści brak seksu przez tydzień. Porażka na całego...
 - Biedna mama. Ja ci we wszystkim pomogę - Starszy mówiąc to zaczął masować mi plecy dopytując się, gdzie dokładnie mnie boli. Święty człowiek normalnie. A świetny to na pewno. Tylko nie rano, kiedy go budzę, bo wówczas ilość much w nosie jest jak zaproszenie rąk do uduszenia marudy.


wtorek, 2 grudnia 2014

dzieciakofo :D





Starszy mnie rozwala. Ostatnio wyznał mi, że uwielbia moje poczucie humoru, zwłaszcza te, jak to określił, takie dziwne. 
- Ty jesteś taka zabawna, jesteś najlepszą mamą na świecie.
Potem tuląc się do mnie, przed snem, wyznał, że tak mógłby trwać do końca świata. 
A ja pomyślałam sobie, że jednak sławna będę, bo jak tak dalej pójdzie wezmę udział w programie: Kto poślubi mojego syna.

czwartek, 27 listopada 2014

taki weekend był :)







(z tej oto książeczki pochodzą cytaty dot formacji muzycznych)






Pewnego pięknego dnia wybyliśmy na zaprawę muzycznobrowarową. Właściwie mówiąc to ja wybyłam na piwo, a mężu z kumplem na muzę. Czekało nas parę dziwnych tworów, ale cel był jeden: Borghesia.
Ich cel, bo moim było oderwanie się od reala. Wybycie w świat szeroki. Złapanie innych atomów powietrza. 

Koncerty odbywały się we wnętrzu Starego Klasztoru, który swoimi cegłami nadawał niezły klimat, a stoliki rozmieszczone w kameralnym tonie zawierały niezwykłą aurą. 

 


wtorek, 18 listopada 2014

wdech, wydech....

Od świata już nic nie chcę. Kiedyś chciałam. Ale ten czas minął bezpowrotnie. Wraz z końcem młodości skończył się termin ważności na chcenie. Więc teraz niczego nie spodziewam się. I niczego już nie chcę.
Jedynie co mogę od siebie wymagać to trudu oddychania. W dzień w dzień machać nozdrzami. Ich praca przypomina mi skrzydła motyla. Szkoda tylko, że są za małe, by unieść resztę ciała.
Niech proces oddychania będzie jedynym wysiłkiem. Na resztę nie mam sił. Ani ochoty.
Zresztą czy czegoś chcę? Już nic nie chcę. Nie chcę już nic.Czas umierać.Przejść przez bramę metamorfozy.
I narodzić się na nowo.
Jako część nozdrzy.
Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech ...
W końcu to wystarczy, by żyć. Więc nie potrzebuję już nic. Ani, by istnieć. Będę oddechem. Ulotnością. Skostniałym mechanizmem w codzienności. Może czasami potknę się o zagubione zaskoczenie lezące gdzieś przy murku chodnika. Może nawet kichnę. I zawiążę sznurówkę podciągając skarpetkę.

sobota, 8 listopada 2014

takie dni ...

- Jestem ze spółdzielni. Przyszedłem wymienić liczniki na wodę.
- Nic na ten temat nie wiem.
 - Ale ja wiem
- Aha, to niech pan wejdzie.
- Pani ma licznika na zimna wodę i ciepłą w łazience i wc czy w kuchni też?
- Eeeee.....nie wiem.
- To zobaczę.
- A patrz pan.

czwartek, 6 listopada 2014

listopadowo

Jakiekolwiek święta by nie były przybierają one jeden kształt - dynamitu w tyłku. Odpalenie lontu zależne jest od rodzaju świąt.
Teraz jazdunia zaczęła się tydzień przed.
- Dziecko, ja ci nie pomogę, ja muszę okna umyć, posprzątać, ciasta zrobić, ugotować ....
Litania jak do serca Jezusowego. Długa, nudna ...i być musi.Taka tradycja - męczennictwo domowe.
Nauczona  przez przydługawe życie, swoje zdziwienie schowałam do kieszeni wiedząc, że wszelkie słowa są tylko dolewaniem oliwy do ognia.
Jest jazda, trzeba uciekać.
To zniknęłam z pola widzenia.
Z dzieciakami  kupiliśmy śmieszną dynię, wycięliśmy duchy i straszyliśmy się głupimi minami.
Cholera, a tradycja mówi inaczej- marudź i umartwiaj się i sprzątaj i narzekaj.
Zaraz zmartwię dzieciaki.
 - Auuuuuuuuuu powyrywam wam nogi z tyłków i wypiję krew!!!!
- Aaaaahahahahaha, dręcz nas!!!!

środa, 22 października 2014

pomnik słowem pisany

Pewnej nocy zadziwiła mnie cisza. Cisza, która była ciszą zbyt cichą. Coś mi nie grało. Ale co?Opadające powieki zamknęły moją świadomość. Odpłynęłam, na rozstaje dróg, gdzie problemy duszy siedziały w trampkach z lekka gwiżdżąc. Schyliłam się, by rozwiązać im poplątane sznurówki....

Nieznośny sygnał budzika wdarł się we mnie. Zachłysnęłam się dźwiękiem jak tonący wodą. To dziwne  pomyślałam, ale.poranek też przyniósł ciszę.
No tak, w końcu nie mieszkałam na Alasce, by budził mnie Chris o Poranku. A szkoda ...Już słyszę jak swoim odlotowym głosem mówi:

Po mojej przygodzie z utratą głosu podzielę się z wami przemyśleniami na temat mowy. Nie lekceważcie jej. Jeśli muzyka to klucz do serca jak mawiał Wolter, mowa jest kluczem do ludzi.

Ale nie mówił, nikt nic nie mówił i nic nie wydawało dźwięku. Panowała cisza,
To niemożliwe ....to niemożliwe chwyciło mnie za serce, rozum i powiodło do .....

Leżał w pozycji embrionalnej, jakby chciał siebie otulić....

NIE!!!!!!! NIEEE!!!! NIEEE!!!! TO NIEMOŻLIWE!!!!

Łza spłynęła mi po policzku, a smutek zalał serce...Wstrząsnęło mną okrutnie.Nie mogłam się ruszyć.

Nasz Zygmunt nie żył.





I jak teraz powiem dzieciom, ze nasz chomiś nie żyję?





Obudziłam Maluchy. Brak mojego śmiechu trochę ich zaniepokoił.
- Co się stało?
- Mamo?
Nie lubię kłamać. Nie umiem kłamać. Powiedziałam prawdę.

Ciałem córki wstrząsnął szloch. Tak potężny, tak pełen żalu ...Przytuliłam mocno Młodą.

Syn starał się ją pocieszyć:

- Wiesz to jak z dziadkiem, stary był i dobrze, że umarł, już nie cierpi, wiesz?

- Ale, ale ....ja ...- spod strumienia łez wyrywały się słowa - ja ....chcę ...do ...chomika .....do chomika...ja ...chcę ....

- Kochanie ....- zaczęłam córce tłumaczyć, ale nie chciała słuchać, Chciała Zygmunta.





- Wie pani - zwróciła się do mnie przedszkolanka, kiedy odbierałam dziecko z sali - Młoda miała dzisiaj smutny dzień. Trzykrotnie wybuchła płaczem za chomikiem. Nawet podczas próby...
- Cała Młoda, bardzo to przeżyła. Mogłam nie mówić rano, ale nie sądziłam, że tak zareaguje ...
- Jest bardzo uczuciowa...
- Wiem.



W trójkę, niczym kondukt pogrzebowy, poszliśmy do ogródka teściowej. W rękach trzymałam pudełko z ciałem Zygmunta. Pudełko owinięte białym papierem. Córka płakała nie pozwalając na pochówek. Wraz z synem próbowaliśmy ukoić żal Młodej. Bezskutecznie.
- Nie, nie ...chcę chomika ....chcę chomika ...chcę chomika, ....mojego kochanego chomika ....
Ta rozpacz niczym pieśń pogrzebowa towarzyszyła nam w ostatniej drodze Zygmunta.
Chomik został pochowany koło mojego psa.
Pod jabłonką jest nasz "cmętarz zwieżąt".













poniedziałek, 20 października 2014

Złodziejka marzeń - książka dla każdego


Pewnego pamiętnego dnia miałam wypadek.

Pewnego pamiętnego dnia, zmęczona swoim życiem
 okraszonym lekarzami i orzecznikami ZUSowskimi ,
zapytałam się Boga: 
- Porke, Staruszku, porke? 

A On odpowiedział mi jednym słowem: 
-Sakowicz.

I jak tak Wam powiadam: - TO NAZWISKO ZAPAMIĘTAJCIE,

a ja, dzięki swojemu unieruchomieniu,  miałam przyjemność na swej drodze spotkać Annę.


Anna Sakowicz, kobieta ubrana w niesforne kudły i niewinny pełen nieśmiałości uśmiech chowa we wnętrzu bogatą, zniewalającą osobowość, którą emanuje na swoim blogu. Kiedy wchodziłam w świat blogosfery Jej wpisy porwały mnie od początku. . 
- Ale Kura ma potencjał, wow, - pomyślałam sobie chłonąc Jej wszystkie słowa. I nie myliłam się. 

Pół roku temu Anna Sakowicz wydała "Żółtą tabletkę".


 Jest to zbiór opowiadań, które prowadzą czytelnika do różnych zakątków ukazując naturę człowieka.  Są też pełne abstrakcyjnego humoru. W pewnych kręgach mówi się, że kto tego nie czytał ten trąba. 


Ale, umówmy się, przeoczyć debiut to jedno, lecz nie sięgnąć po "Złodziejkę marzeń" Anny Sakowicz to już zbrodnia.



Nie jestem krytykiem, polski też mam chroptowaty, ale w swojej prostocie duszy i słowa powiem, że talent Anny Sakowicz jest odkryciem roku 2014.

Główną bohaterką książki jest Joanna. Kobieta, która z jednej strony jest poważną nauczycielką języka polskiego, a z drugiej strony jest  pełna szaleństwa, wigoru i marzeń.. Ta 40-latka zmęczona pracą w szkole postanawia iść na urlop, by w tym czasie napisać książkę. Marzenie to jednak pęka jak bańka mydlana. Pęka pod wpływem ingerencji energicznej matki Joasi, która wkracza w życie córki z pomysłem wydawałoby się, ze niewinnym, a jednak iście diabelskim. 
Joasia podejmuje decyzje.... Jaką i jak jej życie potoczyło się przekonacie się sięgając po książkę. 

"Złodziejka marzeń" kryje w sobie  niesamowitą pozytywną energię i poczucie humoru. Jest ciepła opowieścią o zmianach w życiu, które tak naprawdę mogą spotkać każdego. Historia napisana jest żywym, barwnym językiem, a słowa te powodują, ze trudno jest oderwać się od lektury. Czytanie przerywane jest tylko w tych chwilach, kiedy śmiech nie pozwala utrzymać książki w rękach..Ale są i też takie momenty, które wzruszają  dając czytelnikowi wiele do myślenia. Po prostu majstersztyk. Literatura w swoim przekazie uniwersalna: dla każdego. 

Pozostał mi niedosyt i oczekiwanie na kolejne książki Anny Sakowicz. Czym w następnej książce zaskoczy? Tego nikt nie wie. 





niedziela, 19 października 2014

Kasprowy Wierch i miiion fot- wędrówka po Tatrach :)

Kużnice - Hala Gąsienicowa - Kasprowy Wierch - Kuźnice :)





Legenda:

Kużnice, -  Dol. Jaworzynki do Murowańca - żółty szlak - poszliśmy nim na Halę Gąsienicową (schr. Murowaniec)
obok niego jest niebieski szlak prowadzący także na Halę Gąsienicową przez Skupniów Upłaz


Schronisko Murowaniec - Kasprowy Wierch - szlak żółty, którym weszliśmy na szczyt

Kasprowy Wierch - Kuźnice - szlak zielony- zeszliśmy ze szczytu (nie polecam :P)






---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------





Pewnego pięknego poranka spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy do Kuźnic.A właściwie do Zakopanego, gdzie zostawiliśmy auto. Tam przesiedliśmy się do busa, która zawiózł nas do Kuźnic. 

W końcu nadszedł czas powędrowania tatrzańskim szlakiem.Zdecydowałam, ze tym razem pójdziemy Dol. Jaworzynki do Murowańca, a  Upłazem Skupniów wrócimy do Kuźnic. Miał być to czterogodzinny spacer . Trasy te, jak na tatrzańskie szlaki,są łatwe, widokowe i przyjemne, a sama Hala Gąsienicowa z widokiem na szczyty Orlej Perci jak i na Kościelec urzeka swoim pięknem.

Kuźnice są bazą wypadową na większość szlaków tatrzańskich. Wysiedłiśmy z busa. Tradycyjnie było widać długi ogonek. Była to kolejka do kolejki na Kasprowy Wierch. Nagle podbieg młody człowiek, który  zaproponował nam za "jedyne 40 zł" miejsce w kolejce:
- Kupią państwo bilet w ciągu 10 minut - zachęcał.
Powiem szczerze, że jeśli ktoś chce wjechać na Kasprowy to warto bilet kupić przez internet. Wówczas kolejka nie istnieje. No taki myk.A kolejką choć raz w życiu warto wjechać, bo widoki i wrażenia są niesamowite.

Wyruszyliśmy w swoją stronę. Dolina Jaworzynki na początku jest łagodną trasą wiodącą przez polanę, później jednak trzeba się wspinać.



sobota, 18 października 2014

Rabk vol. 3 wakacyjne foto :)



R A B K O L A N D 

Zabawa trwała w najlepsze. Dla dzieciaków jest to istny raj.
Karuzele, zjeżdżalnie, pozytywki na alejkach uwodziły na każdym kroku.









 Polecieliśmy z synem na huśtawkę. To jest to co oboje kochamy.
A Młoda przebiera nogami, by do nas dołączyć.
W zeszłym roku namówiłam syna na nią. Pomimo strachu wszedł ze mną.
A wyszedł tak ubawiony, ze krzyczał: Jeszcze, jeszcze!!!!!
Więc teraz oboje z radochą polecieliśmy...



wtorek, 14 października 2014

Wakacje cz. II - full foto :D



Nowy Targ

to

miasto ze smakiem. Dlaczego warto tam pojechać? 
A na lody nowotarskie.

A tak poza tym to miasteczko jest takie sobie,
 choć podobno stolicą Podhala jest. 
Nie wiem. 
Ale skoro tak piszą to widocznie tak jest.
Amen.

Wpadliśmy tam ze względu na coroczne Jarmarki Podhalańskie i trochę zawiedliśmy się. 

Parę bud i stoisk  z serami, z kożuchami i wyrobami własnymi.
Nic nadto.
Mało, za mało.

A jak historia powiada to jarmark już za Kazimierza Wielkiego dudnił tu życiem, że hej.

Ale nic nie trwa wiecznie.

Hej.


sobota, 11 października 2014

Ratowanie klapka cz1 wakacji :D



Zajechaliśmy do rodzimych stron dziadka mego, co góralem był. Prawdziwym. Nie mniej jednak wojna namieszała i z górala ceper zrobi się, więc mój ojciec na nizinach rodzonych stracił góralską krew. Za to w jego córce zagulgotało coś w żyłach, znaczy w moich. To jest ta kraina, gdzie czuję się jak ryba w wodzie. Mogłabym tu żyć, a że nie żyję, za to bywam. Niestety coraz rzadziej.