czwartek, 18 grudnia 2014

bezsenność

Nie mogę zasnąć. Nosi mnie, irracjonalny obłęd, a jednak w niewypowiedzianych myślach czai się siła co trzyma otwarte powieki. W takich chwilach brakuje mi ramion. Teraz.niestety nie ma kto mnie przytulic, więc demony debilnych myśli siadają spokojne na ciele. Na ciele, które nie jest schowane w objęciach, nie jest otulone oddechem. Obłażą mnie ze wszystkich stron. Pazurami drapią, dziobią. Masturbacja też nie pomogła, jak i wypite wino. Przybita jestem do krzyża niesprawiedliwości. 

czwartek, 11 grudnia 2014

....




Syn wrócił ze szkoły mówiąc od progu:
- Ty nawet nie wiesz jak ja cię kocham, ty mordeczko moja.
Wtulił się. Wycałował. Wow. Lubię takie powroty.
Facet naprawdę ma korbę pozytywną na moim punkcie.
- AUĆ!
- Co się stało?
- Znowu moje plecy, wiesz stara jestem...
- Jesteś młodziutka i taka chudziutka...
- Hahahaha, dobry z ciebie agent,,,buziak.
No i jak nie kochać takiego?

środa, 10 grudnia 2014

Kraków -Frombork :)

Pamiętaj, że kiedy kogoś spotykasz, jest to święte spotkanie.
Tak bowiem, jak ujrzysz drugiego człowieka, będziesz widział samego siebie, 
jak go potraktujesz, potraktujesz siebie, jak o nim pomyślisz, pomyślisz o sobie.
Nigdy o tym nie zapominaj, bo właśnie w nim znajdziesz albo utracisz samego siebie.
"Mała księga cudów"








Lubię rozpościerać skrzydła.




Czasami postać na jednej nodze.



wtorek, 9 grudnia 2014

furby


Syn wieczorem stwierdził, ze mamy zejść do piwnicy po małą choinkę.
- No bo co? przyjedzie Mikołaj i choinki nie ma, pomyśli, że jesteśmy psychopatami!
No to zeszliśmy do piwnicy. On trzymał latarkę, ja wpadłam w głębię ciemności, bo pomieszczenie, jako stara wózkownia, nie ma oświetlenia.
- No synu! świec mi tu,  bo ciemno jest jak w dupie!
Oglądam się, a on stoi. pod ścianą.
- Nie wejdę bo ktoś nas zamknie, a ja jestem za młody, by umierać ...



czwartek, 4 grudnia 2014

o Mikołaju - :)


Połamało mnie jak starą pierdołę. Zatem z czystym sumieniem wpadłam w pościel i zaniemogłam jęcząc i to okrutnie przy każdym ruchu. No niestety, ale tak się mści brak seksu przez tydzień. Porażka na całego...
 - Biedna mama. Ja ci we wszystkim pomogę - Starszy mówiąc to zaczął masować mi plecy dopytując się, gdzie dokładnie mnie boli. Święty człowiek normalnie. A świetny to na pewno. Tylko nie rano, kiedy go budzę, bo wówczas ilość much w nosie jest jak zaproszenie rąk do uduszenia marudy.


wtorek, 2 grudnia 2014

dzieciakofo :D





Starszy mnie rozwala. Ostatnio wyznał mi, że uwielbia moje poczucie humoru, zwłaszcza te, jak to określił, takie dziwne. 
- Ty jesteś taka zabawna, jesteś najlepszą mamą na świecie.
Potem tuląc się do mnie, przed snem, wyznał, że tak mógłby trwać do końca świata. 
A ja pomyślałam sobie, że jednak sławna będę, bo jak tak dalej pójdzie wezmę udział w programie: Kto poślubi mojego syna.

czwartek, 27 listopada 2014

taki weekend był :)







(z tej oto książeczki pochodzą cytaty dot formacji muzycznych)






Pewnego pięknego dnia wybyliśmy na zaprawę muzycznobrowarową. Właściwie mówiąc to ja wybyłam na piwo, a mężu z kumplem na muzę. Czekało nas parę dziwnych tworów, ale cel był jeden: Borghesia.
Ich cel, bo moim było oderwanie się od reala. Wybycie w świat szeroki. Złapanie innych atomów powietrza. 

Koncerty odbywały się we wnętrzu Starego Klasztoru, który swoimi cegłami nadawał niezły klimat, a stoliki rozmieszczone w kameralnym tonie zawierały niezwykłą aurą. 

 


wtorek, 18 listopada 2014

wdech, wydech....

Od świata już nic nie chcę. Kiedyś chciałam. Ale ten czas minął bezpowrotnie. Wraz z końcem młodości skończył się termin ważności na chcenie. Więc teraz niczego nie spodziewam się. I niczego już nie chcę.
Jedynie co mogę od siebie wymagać to trudu oddychania. W dzień w dzień machać nozdrzami. Ich praca przypomina mi skrzydła motyla. Szkoda tylko, że są za małe, by unieść resztę ciała.
Niech proces oddychania będzie jedynym wysiłkiem. Na resztę nie mam sił. Ani ochoty.
Zresztą czy czegoś chcę? Już nic nie chcę. Nie chcę już nic.Czas umierać.Przejść przez bramę metamorfozy.
I narodzić się na nowo.
Jako część nozdrzy.
Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech ...
W końcu to wystarczy, by żyć. Więc nie potrzebuję już nic. Ani, by istnieć. Będę oddechem. Ulotnością. Skostniałym mechanizmem w codzienności. Może czasami potknę się o zagubione zaskoczenie lezące gdzieś przy murku chodnika. Może nawet kichnę. I zawiążę sznurówkę podciągając skarpetkę.

sobota, 8 listopada 2014

takie dni ...

- Jestem ze spółdzielni. Przyszedłem wymienić liczniki na wodę.
- Nic na ten temat nie wiem.
 - Ale ja wiem
- Aha, to niech pan wejdzie.
- Pani ma licznika na zimna wodę i ciepłą w łazience i wc czy w kuchni też?
- Eeeee.....nie wiem.
- To zobaczę.
- A patrz pan.

czwartek, 6 listopada 2014

listopadowo

Jakiekolwiek święta by nie były przybierają one jeden kształt - dynamitu w tyłku. Odpalenie lontu zależne jest od rodzaju świąt.
Teraz jazdunia zaczęła się tydzień przed.
- Dziecko, ja ci nie pomogę, ja muszę okna umyć, posprzątać, ciasta zrobić, ugotować ....
Litania jak do serca Jezusowego. Długa, nudna ...i być musi.Taka tradycja - męczennictwo domowe.
Nauczona  przez przydługawe życie, swoje zdziwienie schowałam do kieszeni wiedząc, że wszelkie słowa są tylko dolewaniem oliwy do ognia.
Jest jazda, trzeba uciekać.
To zniknęłam z pola widzenia.
Z dzieciakami  kupiliśmy śmieszną dynię, wycięliśmy duchy i straszyliśmy się głupimi minami.
Cholera, a tradycja mówi inaczej- marudź i umartwiaj się i sprzątaj i narzekaj.
Zaraz zmartwię dzieciaki.
 - Auuuuuuuuuu powyrywam wam nogi z tyłków i wypiję krew!!!!
- Aaaaahahahahaha, dręcz nas!!!!

środa, 22 października 2014

pomnik słowem pisany

Pewnej nocy zadziwiła mnie cisza. Cisza, która była ciszą zbyt cichą. Coś mi nie grało. Ale co?Opadające powieki zamknęły moją świadomość. Odpłynęłam, na rozstaje dróg, gdzie problemy duszy siedziały w trampkach z lekka gwiżdżąc. Schyliłam się, by rozwiązać im poplątane sznurówki....

Nieznośny sygnał budzika wdarł się we mnie. Zachłysnęłam się dźwiękiem jak tonący wodą. To dziwne  pomyślałam, ale.poranek też przyniósł ciszę.
No tak, w końcu nie mieszkałam na Alasce, by budził mnie Chris o Poranku. A szkoda ...Już słyszę jak swoim odlotowym głosem mówi:

Po mojej przygodzie z utratą głosu podzielę się z wami przemyśleniami na temat mowy. Nie lekceważcie jej. Jeśli muzyka to klucz do serca jak mawiał Wolter, mowa jest kluczem do ludzi.

Ale nie mówił, nikt nic nie mówił i nic nie wydawało dźwięku. Panowała cisza,
To niemożliwe ....to niemożliwe chwyciło mnie za serce, rozum i powiodło do .....

Leżał w pozycji embrionalnej, jakby chciał siebie otulić....

NIE!!!!!!! NIEEE!!!! NIEEE!!!! TO NIEMOŻLIWE!!!!

Łza spłynęła mi po policzku, a smutek zalał serce...Wstrząsnęło mną okrutnie.Nie mogłam się ruszyć.

Nasz Zygmunt nie żył.





I jak teraz powiem dzieciom, ze nasz chomiś nie żyję?





Obudziłam Maluchy. Brak mojego śmiechu trochę ich zaniepokoił.
- Co się stało?
- Mamo?
Nie lubię kłamać. Nie umiem kłamać. Powiedziałam prawdę.

Ciałem córki wstrząsnął szloch. Tak potężny, tak pełen żalu ...Przytuliłam mocno Młodą.

Syn starał się ją pocieszyć:

- Wiesz to jak z dziadkiem, stary był i dobrze, że umarł, już nie cierpi, wiesz?

- Ale, ale ....ja ...- spod strumienia łez wyrywały się słowa - ja ....chcę ...do ...chomika .....do chomika...ja ...chcę ....

- Kochanie ....- zaczęłam córce tłumaczyć, ale nie chciała słuchać, Chciała Zygmunta.





- Wie pani - zwróciła się do mnie przedszkolanka, kiedy odbierałam dziecko z sali - Młoda miała dzisiaj smutny dzień. Trzykrotnie wybuchła płaczem za chomikiem. Nawet podczas próby...
- Cała Młoda, bardzo to przeżyła. Mogłam nie mówić rano, ale nie sądziłam, że tak zareaguje ...
- Jest bardzo uczuciowa...
- Wiem.



W trójkę, niczym kondukt pogrzebowy, poszliśmy do ogródka teściowej. W rękach trzymałam pudełko z ciałem Zygmunta. Pudełko owinięte białym papierem. Córka płakała nie pozwalając na pochówek. Wraz z synem próbowaliśmy ukoić żal Młodej. Bezskutecznie.
- Nie, nie ...chcę chomika ....chcę chomika ...chcę chomika, ....mojego kochanego chomika ....
Ta rozpacz niczym pieśń pogrzebowa towarzyszyła nam w ostatniej drodze Zygmunta.
Chomik został pochowany koło mojego psa.
Pod jabłonką jest nasz "cmętarz zwieżąt".













poniedziałek, 20 października 2014

Złodziejka marzeń - książka dla każdego


Pewnego pamiętnego dnia miałam wypadek.

Pewnego pamiętnego dnia, zmęczona swoim życiem
 okraszonym lekarzami i orzecznikami ZUSowskimi ,
zapytałam się Boga: 
- Porke, Staruszku, porke? 

A On odpowiedział mi jednym słowem: 
-Sakowicz.

I jak tak Wam powiadam: - TO NAZWISKO ZAPAMIĘTAJCIE,

a ja, dzięki swojemu unieruchomieniu,  miałam przyjemność na swej drodze spotkać Annę.


Anna Sakowicz, kobieta ubrana w niesforne kudły i niewinny pełen nieśmiałości uśmiech chowa we wnętrzu bogatą, zniewalającą osobowość, którą emanuje na swoim blogu. Kiedy wchodziłam w świat blogosfery Jej wpisy porwały mnie od początku. . 
- Ale Kura ma potencjał, wow, - pomyślałam sobie chłonąc Jej wszystkie słowa. I nie myliłam się. 

Pół roku temu Anna Sakowicz wydała "Żółtą tabletkę".


 Jest to zbiór opowiadań, które prowadzą czytelnika do różnych zakątków ukazując naturę człowieka.  Są też pełne abstrakcyjnego humoru. W pewnych kręgach mówi się, że kto tego nie czytał ten trąba. 


Ale, umówmy się, przeoczyć debiut to jedno, lecz nie sięgnąć po "Złodziejkę marzeń" Anny Sakowicz to już zbrodnia.



Nie jestem krytykiem, polski też mam chroptowaty, ale w swojej prostocie duszy i słowa powiem, że talent Anny Sakowicz jest odkryciem roku 2014.

Główną bohaterką książki jest Joanna. Kobieta, która z jednej strony jest poważną nauczycielką języka polskiego, a z drugiej strony jest  pełna szaleństwa, wigoru i marzeń.. Ta 40-latka zmęczona pracą w szkole postanawia iść na urlop, by w tym czasie napisać książkę. Marzenie to jednak pęka jak bańka mydlana. Pęka pod wpływem ingerencji energicznej matki Joasi, która wkracza w życie córki z pomysłem wydawałoby się, ze niewinnym, a jednak iście diabelskim. 
Joasia podejmuje decyzje.... Jaką i jak jej życie potoczyło się przekonacie się sięgając po książkę. 

"Złodziejka marzeń" kryje w sobie  niesamowitą pozytywną energię i poczucie humoru. Jest ciepła opowieścią o zmianach w życiu, które tak naprawdę mogą spotkać każdego. Historia napisana jest żywym, barwnym językiem, a słowa te powodują, ze trudno jest oderwać się od lektury. Czytanie przerywane jest tylko w tych chwilach, kiedy śmiech nie pozwala utrzymać książki w rękach..Ale są i też takie momenty, które wzruszają  dając czytelnikowi wiele do myślenia. Po prostu majstersztyk. Literatura w swoim przekazie uniwersalna: dla każdego. 

Pozostał mi niedosyt i oczekiwanie na kolejne książki Anny Sakowicz. Czym w następnej książce zaskoczy? Tego nikt nie wie. 





niedziela, 19 października 2014

Kasprowy Wierch i miiion fot- wędrówka po Tatrach :)

Kużnice - Hala Gąsienicowa - Kasprowy Wierch - Kuźnice :)





Legenda:

Kużnice, -  Dol. Jaworzynki do Murowańca - żółty szlak - poszliśmy nim na Halę Gąsienicową (schr. Murowaniec)
obok niego jest niebieski szlak prowadzący także na Halę Gąsienicową przez Skupniów Upłaz


Schronisko Murowaniec - Kasprowy Wierch - szlak żółty, którym weszliśmy na szczyt

Kasprowy Wierch - Kuźnice - szlak zielony- zeszliśmy ze szczytu (nie polecam :P)






---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------





Pewnego pięknego poranka spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy do Kuźnic.A właściwie do Zakopanego, gdzie zostawiliśmy auto. Tam przesiedliśmy się do busa, która zawiózł nas do Kuźnic. 

W końcu nadszedł czas powędrowania tatrzańskim szlakiem.Zdecydowałam, ze tym razem pójdziemy Dol. Jaworzynki do Murowańca, a  Upłazem Skupniów wrócimy do Kuźnic. Miał być to czterogodzinny spacer . Trasy te, jak na tatrzańskie szlaki,są łatwe, widokowe i przyjemne, a sama Hala Gąsienicowa z widokiem na szczyty Orlej Perci jak i na Kościelec urzeka swoim pięknem.

Kuźnice są bazą wypadową na większość szlaków tatrzańskich. Wysiedłiśmy z busa. Tradycyjnie było widać długi ogonek. Była to kolejka do kolejki na Kasprowy Wierch. Nagle podbieg młody człowiek, który  zaproponował nam za "jedyne 40 zł" miejsce w kolejce:
- Kupią państwo bilet w ciągu 10 minut - zachęcał.
Powiem szczerze, że jeśli ktoś chce wjechać na Kasprowy to warto bilet kupić przez internet. Wówczas kolejka nie istnieje. No taki myk.A kolejką choć raz w życiu warto wjechać, bo widoki i wrażenia są niesamowite.

Wyruszyliśmy w swoją stronę. Dolina Jaworzynki na początku jest łagodną trasą wiodącą przez polanę, później jednak trzeba się wspinać.



sobota, 18 października 2014

Rabk vol. 3 wakacyjne foto :)



R A B K O L A N D 

Zabawa trwała w najlepsze. Dla dzieciaków jest to istny raj.
Karuzele, zjeżdżalnie, pozytywki na alejkach uwodziły na każdym kroku.









 Polecieliśmy z synem na huśtawkę. To jest to co oboje kochamy.
A Młoda przebiera nogami, by do nas dołączyć.
W zeszłym roku namówiłam syna na nią. Pomimo strachu wszedł ze mną.
A wyszedł tak ubawiony, ze krzyczał: Jeszcze, jeszcze!!!!!
Więc teraz oboje z radochą polecieliśmy...



wtorek, 14 października 2014

Wakacje cz. II - full foto :D



Nowy Targ

to

miasto ze smakiem. Dlaczego warto tam pojechać? 
A na lody nowotarskie.

A tak poza tym to miasteczko jest takie sobie,
 choć podobno stolicą Podhala jest. 
Nie wiem. 
Ale skoro tak piszą to widocznie tak jest.
Amen.

Wpadliśmy tam ze względu na coroczne Jarmarki Podhalańskie i trochę zawiedliśmy się. 

Parę bud i stoisk  z serami, z kożuchami i wyrobami własnymi.
Nic nadto.
Mało, za mało.

A jak historia powiada to jarmark już za Kazimierza Wielkiego dudnił tu życiem, że hej.

Ale nic nie trwa wiecznie.

Hej.


sobota, 11 października 2014

Ratowanie klapka cz1 wakacji :D



Zajechaliśmy do rodzimych stron dziadka mego, co góralem był. Prawdziwym. Nie mniej jednak wojna namieszała i z górala ceper zrobi się, więc mój ojciec na nizinach rodzonych stracił góralską krew. Za to w jego córce zagulgotało coś w żyłach, znaczy w moich. To jest ta kraina, gdzie czuję się jak ryba w wodzie. Mogłabym tu żyć, a że nie żyję, za to bywam. Niestety coraz rzadziej.



piątek, 3 października 2014

Red bull, red bike, red majtasy i haeven mój.

- Nie pozwalasz mi grać na tablecie bo mnie nie kochasz! - krzyknęła córa w moja stronę, zaciskając wargi oraz splecione ręce wokół swojego ciała.
- Kochanie, to jest szantaż emocjonalny...


czwartek, 2 października 2014

o, dziwo! :)

Pojechałam do restauracji zamówić przyjęcie komunijne na 2016 rok. Tak, na 2016 rok. Takie czasy.
Wybrałam restaurację, gdzie  10 lat temu odbywało się nasze wesele. Właściciele, o dziwo, pomimo znacznego upływu czasu, pamiętali mnie.
- Ty wiesz, ze oni w ciągu dwóch tygodni zorganizowali wesele na 150 osób i tyle gości było, pomimo, że były to wakacje. Porządna rodzina i znajomi.- zwrócił się szef do swojego znajomego.
- No wie pan, każdy był na tyle zdziwiony, ze jednak bierzemy ślub, że musieli to zobaczyć na własne oczy- zażartowałam sobie - zresztą ja i suknia hahahaha ....wydarzenie roku.
Ale tak było. Było tak, ze firma chciała mnie wysłać w delegację, która kompletnie mi nie leżała. To sobie wymyśliłam ślub.
Ha!
W ciągu miesiąca i paru dni załatwiliśmy wszystko.. Zresztą co ja będę stresować się planowaniem uroczystości.
Szybki strzał po temacie.
Nie było smutnego wyjazdu za to była niezła balanga.
- Ale nie jesteś w ciąży? - zapytania rodzinki były monotematycznie nudnawe.
- A propos ciąży to ciąży mi kieliszek w dłoni, na zdrowie!
Dwa dni zabawy. Nawet ja to pamiętam do dzisiaj. O dziwo.
Natomiast biedny T. do dzisiaj na mnie patrzy dziwnymi oczami. Chyba biedak z szoku wyjść nie może. Za to wyszły nam dwa potworne potworzaste potworki, które potwornie kocham. Pomimo, ze guzdrają się jak ich ojciec. A przy tym tempie ruchów miłość spada do -220 stopni w skali Celsjusza.
- Albo zrobię wam transfuzję krwi albo zmajstruję coś przy DNA, bo nie wytrzymam, normalnie nie jesteście moimi dziećmi, tylko ......nie wiem kogo.......chyba teściowej mojej - a jednak mówię jak opętana kobieta, bo opętane kobiety pętają słowami Bogu winne matki swoich mężów.
- Ja jestem twój, bo mam twoje poczucie humoru hahahaha- syn szybko oponował, Młoda zaś zlała tekst radosnym okrzykiem:
- Kasztaaaanyyyy,....... - i pobiegła pod drzewo prawie nurkując nosem w trawie.

Dzieci odstawiłam do instytucji. Moje mieszkanie: kawa i muza. Luz. Zerknęłam na bałagan. Nie piszczy, nie marudzi, ma się, jednym słowem, dobrze, więc nie ruszyłam go.
Wyciągnęłam nogi i wpadłam w marzenia. Tracę czas, ale co tam. Fajnie tak zwisnąć nad swoim zwojem. Rozłupywać go powoli patrząc z radością dziecka na kryjące się tam robaczki.O jakiś czerwony ...

Czas wolności minął nieubłaganie. Poleciałam po Potworki. Oczywiście kultowe pytanie musiało paść:
- Synu, jak było  w szkole?
- Rysowałem komiks.
- Aha, ale na lekcjach jak było?
- No to mówię, rysowałem komiks.......
Młoda w tym czasie była podrywana przez przedszkolnego kolegę. On wołał ją po imieniu, a ona zerkając zza ramienia uśmiechała się jak to ona potrafi.
- A czyj to rower? Młodej? - zapytał się zdziwiony Kacper, pokazując na mój rower, który prowadziłam.
-  Pewnie, że to Młodej.
- Taki duży? Jak Młoda jeździ?
- Normalnie. Ma magiczne siedzenie i jak siada to nogi jej rosną.
- TAK?
- NOOO
- To pokaż.
- E tam, Młoda pokazywała jak była mała, teraz wstydzi się.
No to pogadałam sobie z ...., jak by to powiedzieli na pewnym obszarze, z przyszłym zięciem

Ledwo dotarliśmy do domu i wybiła 15.00.- godzina męczeństwa, przepraszam, obiadu,
Dzieciaki zawisły nad rybą.
- Bo my dzisiaj śpiewaliśmy - Młoda wstała z krzesła i stanęła, po środku kuchni, na baczność - Jeszcze Polska nie zginęła...
Brat jej zawtórował i oboje gubili nie tylko melodię, ale i słowa. Lepsi byli w tym od Kaczyńskiego, choć myślałam, ze jego to nikt nie przebije. A jednak! Zdolne mam dzieci.

A Wodzu tak śpiewał ....i tego jeszcze można wysłuchać :)



- Mamo, jak ci coś pokaże, ale nie denerwuj się.
- Dobra, jak sam mi pokażesz zero nerwu.
Syn pokazał mi swój komiks. Zdębiałam bardziej niż u orzecznika ZUSowskiego.
Narysowany był samochód, a w nim dwa ludziki, które mówiły:
-  Jest McDonalds!
- Kurwa, nareszcie.
Syn chichrał się jak z najlepszego dowcipu, a ja zapowietrzona jak kaloryfer nieodkręcony w sezonie grzewczym, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przekleństwa należą do świata, dorosłych, jak wali nam się tona na łeb, a ty masz ich nie używać, rozumiesz?
- Ale tona na łeb mi spadła - i chichra się.
- Spadnie ci jak tylko wrócimy z tańców. Synku, naprawdę to nie jest fajne....
A najgorsze w tym wszystkim, ze przez swoje 8-letnie życie był zaledwie 4 razy w Mekszicie. Hm...może stąd to "nareszcie"?

Wybiła godzina 15.40. Z Młodą pojechaliśmy na rowerach na taniec, który zaczynał się o 16.00. Córa co rusz hamowała.
- Maaaaamoooo....
- Kurcze, czas kobieto, czas!pedałuj a nie mamuj!
Chwila moment....znowu: pisiiiisk...fuck! o mało co nie wylądowałam na dziecku.....
- Młoda, czy ty chcesz mi klawiaturę wymienić?
- Co?
- Jajco!
- Proszę?
- Nic, jedź...
Dotarłyśmy na czas, co nie lada było sukcesem. Młoda skoczyła na parkiet, a ja miałam czas na zakupy i pogaduszki przez telefon. Fajnie mieć z kimś porozmawiać, bo nie zawsze ma to się szczęście do ludzi.

- I jak Młoda na zajęciach?
- Tym razem lepiej. Na początku nie chciała nic robić, ale potem, widocznie z nudów, przyłączyła się i fajnie jej to wychodziło.
- To co zostawiamy ją tutaj?
- Pewnie
Zapłaciłam za semestr 350 zł i luz. Niech ćwiczy taniec nowoczesny.
- A ja muszę trenować w domu wiesz?
- Teraz już wiem. Będziesz?
- NIE!


Wróciłyśmy do domu. Córka została odesłana do babci, za to syn wrócił od mojej matki. Tylko schowałam rower Młodej, siknęłam, wyciągnęłam rower syna i pojechaliśmy na karate. Zajęcia zaczynały się o godz. 18.00
- Nowy miesiąc to wyskakuję z kasy, póki mam, hahaha
- Teraz to będzie 140 zł bo licencję trzeba przedłużyć na rok, a ona kosztuje 40 zł.
- Super.

Z 500 złoty, które wybrałam dzisiaj ze ściany płaczu, zostało mi 10 zł. Nawet na fajki zabrakło. Za to starczyło na 40 jajek w biedronce. No takie jaja.

- Mamo a opowiedzieć ci wierszyk? - radośnie zapytał się syn wychodząc z sali po treningu.
- Pewnie!
- Wlazł kotek na płotek, pierdolnął go młotek...
- DOŚĆ!!! Dość przekleństw!
Syn uchichrany próbował dokończyć, kiedy ja mu zamykałam usta.
- Czyś ty oszalał doszczętnie? Czy dzisiaj jest dzień świra?
- Miko mi opowiedział a on chodzi do III k;asy, wiesz, i jego to nauczył kuzyn...
- Wstrząsające, zapomnij o tym wierszyku. Nie chcę przekleństw, rozumiesz?
- Rozumiem, ale siostrę nauczę, co?
- Nawet nie waż się! Nie chcę słyszeć przekleństw. Koniec.

Dojechaliśmy do domu. Młoda była już wykąpana przez babcię. Starszy poszedł do łazienki, a ja w tym czasie przygotowywałam kolację.

- Młoda gdzie jesteś? - wydarł się syn.
- Tam, gdzie świeci się światło!!!
- Nie widzę, gdzie się świeci. Chodź do mnie.
Młoda weszła do łazienki.
- ........................... - co mówił syn, pomimo nastawianych radarów, nie doleciało do mnie. Jednak szeptanie zapaliło czerwoną żarówkę: uczy ją wierszyka?!
- Wszystkich kocham, bo jesteśmy rodziną -  usłyszałam głos Młodej.
Hm...miłość? Ale co do pierdolnięcia młotkiem  ma miłość? Nie, no ma ...
Córka wpadła do kuchni
- Wiesz, Starszy pytał się kogo kochasz bardziej mnie czy mamę? a ja mu powiedziałam, że wszystkich kocham tak samo, bo jesteśmy rodziną, wiesz mamo...
- Wiem. To piękne co powiedziałaś.

Uf, czyli znowu pytanka: kogo wolisz bardziej: tego czy tamtą?, co lubisz bardziej: to czy tamto?, a nie wierszyk o kotku . Ufff, uf....ufffuuuuu....

- Mamo, ale ja zadań nie mam odrobionych!
- To odrabiaj.
- A ja chcę bajkę.
- Żadnej bajki!
- Będę bratu śpiewać...
- To chodź na bajkę
- Ale ja też chcę oglądać!
- Nie, masz zadania!
- Ale ja jestem ciekawy i będę bajkę podglądał
- To nie ma bajek!
- Ale ja chcę baaaajkęęęęę........!!!!
- Synu do lekcji, Młoda masz kwadrans na bajkę i KONIEC DYSKUSJI!

- Mamo, sama wyłączyłam telewizor.
- To super. Dobranoc
- Dobranoc

- Wyłącz to światło, bo chcę spać
- Muszę się spakować, bo jutro nie będzie czasu! Co ty sobie myślisz!

- Mamo, a podręczysz mnie?
- Mamo, a poczytasz?

Sama zaczęłam szukać wyłącznika: Koniec dnia.

Nie przejechał mnie traktor ani kombajn, ale ten dzień tak mnie wyorał, że padłam prawie trupem.  A mam tylko dwójkę dzieci i nie pracuję. Za to z ciekawością obejrzałam program Lisa - dlaczego Polacy nie mają dzieci.
Przyznam, że był moment, kiedy wahaliśmy się nad trzecim potworkiem, skoro te dwa są takie wystrzałowe, ale odpuściliśmy. Mój argument "przeciw" był jeden, ale jakże konkretny : potworki są podobne do mnie, trzeci może pójść nie daj Boże w urodę teściowej ....Nie, nie, nie ...ryzyko nie jest dla mnie. Jednak była to siła innej argumentacji nie opartej na ekonomii ani prawie.

W każdym bądź razie zasiadłam, jak rzadko kiedy, przed tv, by uświadomić sobie dlaczego naród polski nie rozmnaża się i czy państwo świadome przyczyn zamierza coś z tym zrobić.
Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Program wydawał się być wyreżyserowany pod propagandę rządu, czyli kompletnie z czapy wyjęty i oderwany od życia.
Nie wiem jak w tym kraju, mając normalną pracę można utrzymać 5/6 dzieci. Za to przedstawiciel rządu dumnie mówił o karcie rodziny, która daje zniżki do teatru, kina, na basen.
Super! Nic tylko rodzić! To był mega argument za powiększaniem rodziny i bosko wspierający rodziny wielodzietne. Będziemy mieć strawę duchową zamiast chleba! Wow!
Tylko a napisałam specjalnie o kosztach zajęć dodatkowych, zastanawiam się jak mogłabym zapewnić dzieciom  dodatkowe zajęcia  mając ich gromadkę. 490 zł kosztowała mnie tylko dwójka, a pozostała trójka, czwórka? Pomijam problem dogrania harmonogramu, ale bez auta ani rusz, czyli już potrzebny jest rodzinie drugi samochód. Koszty utrzymania dwóch aut nie są niskie.
Zresztą co ja mówię: jak mogłabym zapewnić zaspokojenie elementarnych potrzeb, przy takich płacach jakie są w Polsce.  Jak pracując mogłabym zapewnić im opiekę? Bo system godzin elastycznych jest raczej w powijakach.  A co w przypadku choroby? Przecież jedno dziecko zazwyczaj zaraża drugie i powstaje ciąg chorobowego. A wiadomo jak pracodawcy podchodzą do zwolnień lekarskich.
A tak w ogóle zastawiam się, kiedy miałabym czas, by każdemu z dziecku poświęcić trochę czasu. Moja dwójka potrafi mnie zagadać, osiodłać i przegonić równo.
Każde dziecko potrzebuje rozmowy, zainteresowania, czułości i przy dwójce jest czasami trudno. Nierzadko mam ochotę sklonować się.
A szóstka????
W sumie to podziwiam takie rodziny, własnie z takiego aspektu - spędzania wspólnie wolnego czasu.
Najlepiej to wywieźć do lasu: - Biegamy!
Bo o wakacjach to raczej można zapomnieć ....

Za to panie będące w programie tryskały niesamowitym optymizmem i energią. Pracują, mają opiekunki do dzieci, jest super. Szkoda, że Lis nie zapytał się, czy także mają pomoc domową, bo jakoś nie sądzę, by to one siedziały przy garach tudzież przy pralce.
Jedno jest pewnę: jak ma się status materialny i pozycję zawodową to można rozmnażać się. Kasa pozwala na wszystko. Powstaje wtedy sztab przy armii, czyli pomoce przy dzieciach. Tylko przecież do tego nie potrzeba programu Lisa, bo każdym o tym wie. W tym samym czasie zwykły zjadacz chleba zastanawia się mieć czy nie mieć choć jednego potomka. A media i bez tego krzyczą, że polskie dzieci głodują. Przy tak niskim wzroście naturalnym państwo pozwala małym obywatelom na puste brzuszki? No jak? Ale dajmy dzieciakom karnet do kina ....
Pewna para młodych ludzi z dumą orzekła, że państwo nie jest im potrzebne do posiadania dziecka. Hm, ale gdyby tak było, nie było problemu z przyrostem naturalnym, prawda?
I wszystko byłoby może ok, gdyby nie to, ze jednak większa część społeczeństwa nie należy do ludzi zamożnych, ba! niektórzy żyją na granicy ubóstwa.
Przedstawiciel rządu rozwodził się nad dokonaniami jego partii w zakresie przedłużenia urlopu macierzyńskiego. Super. Tylko ten sam rząd wprowadził umowy śmieciowe, z których to pracodawcy chętnie korzystają.  Więc de facto kobieta w imię prawa i umów nie skorzysta z urlopu.
Suma sumarum dyskusja była jałowa i oderwana od realiów.
Realia zaś wytyczają płace, umowy, budownictwo i dostęp do darmowych placówek opiekuńczych.
Jak jest to wiadomo.
Kryteria pomocy najuboższym też są znane ze swojego absurdu.
Zasiłki rodzinne, pomoc socjalna, zasiłki dla bezrobotnych to tylko żałosna jałmużna, a nie realna pomoc.
Zresztą granica płacy minimalnej jest śmiechem na sali. 1240 zł. Szkoda,  ze posłowie tyle nie zarabiają, może wówczas wiedzieli, by coś o życiu. Ale w miarę dobrobytu wzrok jakby tracił na sile dostrzegania rzeczywistych problemów.

Pana Lisa natomiast zachęcam do rozmowy z ludźmi z  ulicy. Może wtedy zobaczy jak wygląda Polska.









-----------------------------------

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD



A tu polecam nowość wydawniczą -:)
http://www.empik.com/zlodziejka-marzen-sakowicz-anna,p1101665518,ksiazka-p

którą można będzie wygrać  u autorki na Jej blogu
http://kuradomowa.blogujaca.pl   (w piątek )

Szybciej przeczytałam Złodziejkę marzeń  (wciąż się śmieję :D) niż Margueza, choć od "Miłości w czasach zarazy" nie mogłam oderwać się :DDDD.


-------------------------------------------------------

Poranna rozmowa z mężulkiem. Bla, bla, bla.....
- Cholera!
- Co cholera?
- A bo czegoś nie mogę znaleźć...
- hahaha, jajek?
- Przestań, telefonu szukam....
- Yyyyyyy....tego przez który ze mną rozmawiasz?
- AAAAAAAAAAAhahahahaha







niedziela, 28 września 2014

.........

Rzadko mi się zdarza, ale jednak czasami przeglądam onet. Nie wiem po co, bo jałowość niektórych informacji pokazuje, że świat zmierza ....a nie wiem dokąd zmierza.
- Między Baronem a Górniak iskrzy. Iskrzący temat na pierwsza stronę.
- Baron zaliczył wiele towaru.
- To źle czy dobrze?
- Dobrze
- To czemu nie zaliczysz towaru?
- Bo nie jestem Baronem.
Nie jest Baronem za to jest znawcą płynu do demakijażu.
- Kochanie, jak używasz płyn to potrząsaj nim, bo widzę, że olejku nie ma a została ci tylko woda....
- Proszę?! O czym ty dla mnie rozmawiasz?
Byłam w takim szoku, że zamiast kawy i papierosa zjadłam śniadanie. Jednak lepszy jest mój zestaw.
Wolę przymulenie, lepsze jest na nie myślenie. Choć czasami myśleć trzeba. Niestety.

- Synu, dlaczego masz moje skarpetki na nogach?
- Twoje? Hahahahaha to dlaczego masz taka małą nogę?

Były  w jego szufladzie to ubrał. Proste. Proste jest sięganie ręka po to co jest nie zastanawiając się nad własnością. Moja szuflada, moje rzeczy. Proste myślenie jednak nie wyeliminuje błędów, jeśli sięga się w ciemno.
A ciemno zrobiło mi się od płaczu Młodej, która na wieść, że czeka ją szczepienie zaczęła wyć przez całą drogę: od przedszkola do domu zalewała się łzami i jęczeniem. Żadne sztuczki nie pomogły. Słowa też okazały się zbyt słabe, by przebić się przez pancerz rozpaczy.
W końcu syn tonem pełnym rezygnacji rzekł:
- Mamo, ja nie wytrzymam tego. Zresetuj mózg Młodej!!!.

Następnego dnia  Młoda siedziała uśmiechnięta w przychodni. Dzieci  wchodziły i wychodziły radosne, nikt nie płakał, nie było dramatów. Do czasu...
Weszłyśmy do gabinetu.
- Młoda, proszę rozbierz się do badania.
Młoda  strzeliła wielkimi oczami, które zaczęły być niebezpiecznie mokre i zrobiła parę kroków w tył.
- Nie .....nie chcę ...NIE ....
- Młoda od urodzenia nie lubi badań - poinformowała lekarka nową pielęgniarkę, która była zdziwiona zachowaniem dziecka.
I w tym momencie córa rozpłakała się na dobre. Nie dała zbadać się. Cudem połknęła dwie krople. Natomiast wbrew woli córki musiałam zdjąć jej rękaw bluzki, by otrzymała zastrzyk w ramię.
- Kurde, co za dziecko....wysiadam po prostu... -
- A ty co, lepsza byłaś?
- Hm.... a tak poza tym co ty robisz w przychodni?
- No przyjechałam do wnusi...
- Po cholerę?
Matka staje się moim cieniem. Podąża za mną. Mam wrażenie, że sprawdza czy jednak nie wybieram się w podróż bez powrotu. Tyle, że kiedy potrzebuję pomocy i proszę okupowane to jest dziwnymi słowami.
- To ja wyjadę, a ty zajmiesz się młodymi, ok?
- Jasne, jedź
Super? Genialnie. Kochana mamusia. Tylko jak zbliża się termin wyjazdu, nagle słyszę:
- To ja nie mogę wyjechać, bo muszę zajmować się twoimi dziećmi, a ty jedziesz?
Jest coś czego nie wiem? Na pewno jest coś czego nie rozumiem. Najpierw nie ma problemu, a potem, gdy zbliża się dzień wyjazdu, nagle jest. Jakby nie wierzyła, ze mówię serio. A kiedy zaczyna wierzyć to wraz z wiarą stara się mnie pacnąć. Po co mam się za bardzo cieszyć ...
Bywa, kiedy jej nie potrzebuję, a kiedy liczę na pomoc słyszę dziwne treści. Cała mamusia.
Fakt, ostatnio zajmowała się to Młodymi. Zajmowała się, kiedy załatwialiśmy pogrzeb. Kiedy pomagałam teściowej: odgruzowałam jej dom i podwórko. Zamiast dziękuję usłyszałam:
- No w końcu mogłaś zapoznać się z gospodarstwem.
- Chyba z syfem.
- No wiesz co!!!!!
- Wiem, bo napracowałam się ciężko...

Chciałam wyjechać. Skoro nie góry to może morze? Wypocząć w doskonałym towarzystwie. Zapomnieć o tych cholernych realiach. Po prostu poczuć radość życia...
Podobno chcieć to móc. Ale plany szlag trafił. Kolejna wyższa siła nieoczekiwanie wydymała mnie na cacy. Moja dusza rozpierdzieliła się na milion kawałków .... znowu niewypał, znowu coś ...
- Nie dramatyzuj ...
Boska stawiała mnie na nogi. A mi się chciało....łzy same leciały  ....Za dużo tego....
Nie tak miało wszystko być.
Lekkość bytu skamieniała i rozkruszyła się w drobny piach.
Dawno nie czułam takiej słabości, braku wiary, rezygnacji....zamieniłam się w mięczaka, aż wstyd.

Tym razem zamiast śmierci wyskoczyła historia z kolanem, która przyjmuje coraz bardziej absurdalny kierunek. Ignorancja instytucji i lekarzy wywala mi korki bezpieczeństwa.
- Zobaczy pan, panie doktorze jak nie zeświruję to palnę sobie w łeb ...
Niektórzy mówią: odpuść, olej ZUS, znajdź pracę i zacznij żyć, a z kolanem idź lepiej prywatnie na konsultację do kliniki, na rehabilitację.
Ilu ludzi tak zrobiło?
Wielu, zbyt wielu i instytucje czuja się coraz bardziej bezkarne.
Ale przecież płacę składki właśnie po to, by uzyskać pomoc, kiedy jej potrzebuję.

Orzecznika ZUSowka  zignorowała mój stan mówiąc, że  ból jest to subiektywne odczuwanie i o niczym nie świadczy. Hm, tylko dlaczego czując ból, własnie wtedy, kiedy nas coś boli, zgłaszamy się do lekarza?
Pewną młodą dziewczynę nasi ortopedzi ignorowali. Ból? Można z tym żyć. Co może boleć młodego człowieka? Tyle, ze po roku okazało się, że owy ból był związany z rakiem kości. Obecnie prowadzona jest akcja zbierania pieniędzy na leczenie. Oby udało jej się uniknąć amputacji nogi. A przede wszystkim pokonać szpiczaka. A ortopedom gratuluję poważnego podejścia do problemu pacjenta.
Wcześniejsza diagnoza pozwala na szybsze wyjście z choroby, ale z drugiej strony jak pacjent rozchoruje się to w 100% wiadomo co mu dolega i nie ma tu miejsca na mylną diagnozę, prawda?

Orzecznik podczas badania zamiast zając się stanem mojego zdrowia miała inny problem: jak śmiałam założyć sprawę przeciw ZUSowi i to moja wina, ze tak późno mnie wzywają na komisję. No tak moja wina ...Śmiałam zaskarżyć decyzję nieomylnych,  więc teraz czas na wyrównanie rachunków.
.
Wezwano mnie na komisję pięć miesięcy po złożeniu wniosku. Po czym, chyba w ramach zemsty, orzecznik przyznała mi świadczenie do pierwszego września. To nic, ze była już połowa miesiąca. Absurd? Absurd, bo nie miałam zakończonego leczenia. Ale co tam ....

Uznaję zatem nowy system wartości. Po Bogu nie są księża tylko orzecznicy. Potem lekarze. A potem księża. I politycy. Oto świta nietykalnych, którzy mogą zrobić z drugim człowiekiem wszystko. I to bezkarnie.

A te dwa tygodnie różnicy to co? Nie ważne, że rehabilitacja wciąż trwała, nieważne, ze odczuwam bóle, nieważne jest nic....
- Nie interesuje mnie co pani ma do powiedzenia ...
Proste? Proste.

A wystarczyła ludzka życzliwość: przyznanie świadczenia na określony termin i wysłanie do sanatorium na rehabilitację. Może to wystarczyłoby? Może.
Tak niestety nie stało się.

Lekarz prowadzący, ku mojemu rozczarowaniu, też pokazał swoją władzę i brak zrozumienia dla całej sytuacji, która stała się wyjątkowa  Nie przyjął mnie nie wiem czy z braku chęci czy czasu, każąc przyjechać na badanie w innym terminie. Co mu tam.
- ZUS nie śpieszył się, więc ja teraz mam się śpieszyć?
- Ale tu chodzi o mnie, proszę pana i o moja sytuację, proszę...
Nic z tego, Nie ubłagane NIE.
- Proszę przyjechać w ..... zrobimy badanie i zobaczymy.
. Kiedy pojawiłam się w wyznaczonym czasie uznał, ze nie ma czasu i skierował do innego ortopedy.
- Ale dlaczego pani nie przyjął? Nie chciało mu się pewnie....Pani nie jest moja pacjentką..
- Ale proszę mi pomóc wyjść z tej sytuacji, której jestem...bo nie wiem co robić.....
Jego ignorancja była kolejnym ciosem.
Pani w ZUS jak zobaczyła jakie wystawił mi zaświadczenie o dalszą rehabilitację sama z siebie wyciągnęła wniosek o przyznanie sanatorium.
- Lekarz rodzinny to pani wypełni.
Lekarz rodzinny przyjął mnie bez słowa i rejestracji.
- Wie pan, poczułam się w tych trybikach jak śmieć ...a kolano, ono ..
- Piszemy skargę do rzecznika praw pacjenta i do Warszawy. A ja pani wypisze nowe wnioski ...

Co z tego wyniknie? Nie wiem.

Niedługo miną dwa lata od wypadku, a ja wciąż słyszę';
- Nic pani takiego nie stało się ...to żadne uszkodzenie ...
tyle, ze jakoś nie odzyskałam swojej sprawności. A biegły sadowy uznał, ze trudno jest napisać jednoznacznie jakich doznałam uszkodzeń, ponieważ z każdego dokumentu wynikają inne ubytki.
No ale przecież to jest mój problem.
Ból? Ból to nie istotny czynnik, z którym można żyć.



z opinii biegłego sądowego:


Orzecznik na podstawie tej samej dokumentacji stwierdzila, ze nic mi nie jest, tylko staw mi przeplukano.....