środa, 22 października 2014

pomnik słowem pisany

Pewnej nocy zadziwiła mnie cisza. Cisza, która była ciszą zbyt cichą. Coś mi nie grało. Ale co?Opadające powieki zamknęły moją świadomość. Odpłynęłam, na rozstaje dróg, gdzie problemy duszy siedziały w trampkach z lekka gwiżdżąc. Schyliłam się, by rozwiązać im poplątane sznurówki....

Nieznośny sygnał budzika wdarł się we mnie. Zachłysnęłam się dźwiękiem jak tonący wodą. To dziwne  pomyślałam, ale.poranek też przyniósł ciszę.
No tak, w końcu nie mieszkałam na Alasce, by budził mnie Chris o Poranku. A szkoda ...Już słyszę jak swoim odlotowym głosem mówi:

Po mojej przygodzie z utratą głosu podzielę się z wami przemyśleniami na temat mowy. Nie lekceważcie jej. Jeśli muzyka to klucz do serca jak mawiał Wolter, mowa jest kluczem do ludzi.

Ale nie mówił, nikt nic nie mówił i nic nie wydawało dźwięku. Panowała cisza,
To niemożliwe ....to niemożliwe chwyciło mnie za serce, rozum i powiodło do .....

Leżał w pozycji embrionalnej, jakby chciał siebie otulić....

NIE!!!!!!! NIEEE!!!! NIEEE!!!! TO NIEMOŻLIWE!!!!

Łza spłynęła mi po policzku, a smutek zalał serce...Wstrząsnęło mną okrutnie.Nie mogłam się ruszyć.

Nasz Zygmunt nie żył.





I jak teraz powiem dzieciom, ze nasz chomiś nie żyję?





Obudziłam Maluchy. Brak mojego śmiechu trochę ich zaniepokoił.
- Co się stało?
- Mamo?
Nie lubię kłamać. Nie umiem kłamać. Powiedziałam prawdę.

Ciałem córki wstrząsnął szloch. Tak potężny, tak pełen żalu ...Przytuliłam mocno Młodą.

Syn starał się ją pocieszyć:

- Wiesz to jak z dziadkiem, stary był i dobrze, że umarł, już nie cierpi, wiesz?

- Ale, ale ....ja ...- spod strumienia łez wyrywały się słowa - ja ....chcę ...do ...chomika .....do chomika...ja ...chcę ....

- Kochanie ....- zaczęłam córce tłumaczyć, ale nie chciała słuchać, Chciała Zygmunta.





- Wie pani - zwróciła się do mnie przedszkolanka, kiedy odbierałam dziecko z sali - Młoda miała dzisiaj smutny dzień. Trzykrotnie wybuchła płaczem za chomikiem. Nawet podczas próby...
- Cała Młoda, bardzo to przeżyła. Mogłam nie mówić rano, ale nie sądziłam, że tak zareaguje ...
- Jest bardzo uczuciowa...
- Wiem.



W trójkę, niczym kondukt pogrzebowy, poszliśmy do ogródka teściowej. W rękach trzymałam pudełko z ciałem Zygmunta. Pudełko owinięte białym papierem. Córka płakała nie pozwalając na pochówek. Wraz z synem próbowaliśmy ukoić żal Młodej. Bezskutecznie.
- Nie, nie ...chcę chomika ....chcę chomika ...chcę chomika, ....mojego kochanego chomika ....
Ta rozpacz niczym pieśń pogrzebowa towarzyszyła nam w ostatniej drodze Zygmunta.
Chomik został pochowany koło mojego psa.
Pod jabłonką jest nasz "cmętarz zwieżąt".













poniedziałek, 20 października 2014

Złodziejka marzeń - książka dla każdego


Pewnego pamiętnego dnia miałam wypadek.

Pewnego pamiętnego dnia, zmęczona swoim życiem
 okraszonym lekarzami i orzecznikami ZUSowskimi ,
zapytałam się Boga: 
- Porke, Staruszku, porke? 

A On odpowiedział mi jednym słowem: 
-Sakowicz.

I jak tak Wam powiadam: - TO NAZWISKO ZAPAMIĘTAJCIE,

a ja, dzięki swojemu unieruchomieniu,  miałam przyjemność na swej drodze spotkać Annę.


Anna Sakowicz, kobieta ubrana w niesforne kudły i niewinny pełen nieśmiałości uśmiech chowa we wnętrzu bogatą, zniewalającą osobowość, którą emanuje na swoim blogu. Kiedy wchodziłam w świat blogosfery Jej wpisy porwały mnie od początku. . 
- Ale Kura ma potencjał, wow, - pomyślałam sobie chłonąc Jej wszystkie słowa. I nie myliłam się. 

Pół roku temu Anna Sakowicz wydała "Żółtą tabletkę".


 Jest to zbiór opowiadań, które prowadzą czytelnika do różnych zakątków ukazując naturę człowieka.  Są też pełne abstrakcyjnego humoru. W pewnych kręgach mówi się, że kto tego nie czytał ten trąba. 


Ale, umówmy się, przeoczyć debiut to jedno, lecz nie sięgnąć po "Złodziejkę marzeń" Anny Sakowicz to już zbrodnia.



Nie jestem krytykiem, polski też mam chroptowaty, ale w swojej prostocie duszy i słowa powiem, że talent Anny Sakowicz jest odkryciem roku 2014.

Główną bohaterką książki jest Joanna. Kobieta, która z jednej strony jest poważną nauczycielką języka polskiego, a z drugiej strony jest  pełna szaleństwa, wigoru i marzeń.. Ta 40-latka zmęczona pracą w szkole postanawia iść na urlop, by w tym czasie napisać książkę. Marzenie to jednak pęka jak bańka mydlana. Pęka pod wpływem ingerencji energicznej matki Joasi, która wkracza w życie córki z pomysłem wydawałoby się, ze niewinnym, a jednak iście diabelskim. 
Joasia podejmuje decyzje.... Jaką i jak jej życie potoczyło się przekonacie się sięgając po książkę. 

"Złodziejka marzeń" kryje w sobie  niesamowitą pozytywną energię i poczucie humoru. Jest ciepła opowieścią o zmianach w życiu, które tak naprawdę mogą spotkać każdego. Historia napisana jest żywym, barwnym językiem, a słowa te powodują, ze trudno jest oderwać się od lektury. Czytanie przerywane jest tylko w tych chwilach, kiedy śmiech nie pozwala utrzymać książki w rękach..Ale są i też takie momenty, które wzruszają  dając czytelnikowi wiele do myślenia. Po prostu majstersztyk. Literatura w swoim przekazie uniwersalna: dla każdego. 

Pozostał mi niedosyt i oczekiwanie na kolejne książki Anny Sakowicz. Czym w następnej książce zaskoczy? Tego nikt nie wie. 





niedziela, 19 października 2014

Kasprowy Wierch i miiion fot- wędrówka po Tatrach :)

Kużnice - Hala Gąsienicowa - Kasprowy Wierch - Kuźnice :)





Legenda:

Kużnice, -  Dol. Jaworzynki do Murowańca - żółty szlak - poszliśmy nim na Halę Gąsienicową (schr. Murowaniec)
obok niego jest niebieski szlak prowadzący także na Halę Gąsienicową przez Skupniów Upłaz


Schronisko Murowaniec - Kasprowy Wierch - szlak żółty, którym weszliśmy na szczyt

Kasprowy Wierch - Kuźnice - szlak zielony- zeszliśmy ze szczytu (nie polecam :P)






---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------





Pewnego pięknego poranka spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy do Kuźnic.A właściwie do Zakopanego, gdzie zostawiliśmy auto. Tam przesiedliśmy się do busa, która zawiózł nas do Kuźnic. 

W końcu nadszedł czas powędrowania tatrzańskim szlakiem.Zdecydowałam, ze tym razem pójdziemy Dol. Jaworzynki do Murowańca, a  Upłazem Skupniów wrócimy do Kuźnic. Miał być to czterogodzinny spacer . Trasy te, jak na tatrzańskie szlaki,są łatwe, widokowe i przyjemne, a sama Hala Gąsienicowa z widokiem na szczyty Orlej Perci jak i na Kościelec urzeka swoim pięknem.

Kuźnice są bazą wypadową na większość szlaków tatrzańskich. Wysiedłiśmy z busa. Tradycyjnie było widać długi ogonek. Była to kolejka do kolejki na Kasprowy Wierch. Nagle podbieg młody człowiek, który  zaproponował nam za "jedyne 40 zł" miejsce w kolejce:
- Kupią państwo bilet w ciągu 10 minut - zachęcał.
Powiem szczerze, że jeśli ktoś chce wjechać na Kasprowy to warto bilet kupić przez internet. Wówczas kolejka nie istnieje. No taki myk.A kolejką choć raz w życiu warto wjechać, bo widoki i wrażenia są niesamowite.

Wyruszyliśmy w swoją stronę. Dolina Jaworzynki na początku jest łagodną trasą wiodącą przez polanę, później jednak trzeba się wspinać.



sobota, 18 października 2014

Rabk vol. 3 wakacyjne foto :)



R A B K O L A N D 

Zabawa trwała w najlepsze. Dla dzieciaków jest to istny raj.
Karuzele, zjeżdżalnie, pozytywki na alejkach uwodziły na każdym kroku.









 Polecieliśmy z synem na huśtawkę. To jest to co oboje kochamy.
A Młoda przebiera nogami, by do nas dołączyć.
W zeszłym roku namówiłam syna na nią. Pomimo strachu wszedł ze mną.
A wyszedł tak ubawiony, ze krzyczał: Jeszcze, jeszcze!!!!!
Więc teraz oboje z radochą polecieliśmy...



wtorek, 14 października 2014

Wakacje cz. II - full foto :D



Nowy Targ

to

miasto ze smakiem. Dlaczego warto tam pojechać? 
A na lody nowotarskie.

A tak poza tym to miasteczko jest takie sobie,
 choć podobno stolicą Podhala jest. 
Nie wiem. 
Ale skoro tak piszą to widocznie tak jest.
Amen.

Wpadliśmy tam ze względu na coroczne Jarmarki Podhalańskie i trochę zawiedliśmy się. 

Parę bud i stoisk  z serami, z kożuchami i wyrobami własnymi.
Nic nadto.
Mało, za mało.

A jak historia powiada to jarmark już za Kazimierza Wielkiego dudnił tu życiem, że hej.

Ale nic nie trwa wiecznie.

Hej.


sobota, 11 października 2014

Ratowanie klapka cz1 wakacji :D



Zajechaliśmy do rodzimych stron dziadka mego, co góralem był. Prawdziwym. Nie mniej jednak wojna namieszała i z górala ceper zrobi się, więc mój ojciec na nizinach rodzonych stracił góralską krew. Za to w jego córce zagulgotało coś w żyłach, znaczy w moich. To jest ta kraina, gdzie czuję się jak ryba w wodzie. Mogłabym tu żyć, a że nie żyję, za to bywam. Niestety coraz rzadziej.



piątek, 3 października 2014

Red bull, red bike, red majtasy i haeven mój.

- Nie pozwalasz mi grać na tablecie bo mnie nie kochasz! - krzyknęła córa w moja stronę, zaciskając wargi oraz splecione ręce wokół swojego ciała.
- Kochanie, to jest szantaż emocjonalny...


czwartek, 2 października 2014

o, dziwo! :)

Pojechałam do restauracji zamówić przyjęcie komunijne na 2016 rok. Tak, na 2016 rok. Takie czasy.
Wybrałam restaurację, gdzie  10 lat temu odbywało się nasze wesele. Właściciele, o dziwo, pomimo znacznego upływu czasu, pamiętali mnie.
- Ty wiesz, ze oni w ciągu dwóch tygodni zorganizowali wesele na 150 osób i tyle gości było, pomimo, że były to wakacje. Porządna rodzina i znajomi.- zwrócił się szef do swojego znajomego.
- No wie pan, każdy był na tyle zdziwiony, ze jednak bierzemy ślub, że musieli to zobaczyć na własne oczy- zażartowałam sobie - zresztą ja i suknia hahahaha ....wydarzenie roku.
Ale tak było. Było tak, ze firma chciała mnie wysłać w delegację, która kompletnie mi nie leżała. To sobie wymyśliłam ślub.
Ha!
W ciągu miesiąca i paru dni załatwiliśmy wszystko.. Zresztą co ja będę stresować się planowaniem uroczystości.
Szybki strzał po temacie.
Nie było smutnego wyjazdu za to była niezła balanga.
- Ale nie jesteś w ciąży? - zapytania rodzinki były monotematycznie nudnawe.
- A propos ciąży to ciąży mi kieliszek w dłoni, na zdrowie!
Dwa dni zabawy. Nawet ja to pamiętam do dzisiaj. O dziwo.
Natomiast biedny T. do dzisiaj na mnie patrzy dziwnymi oczami. Chyba biedak z szoku wyjść nie może. Za to wyszły nam dwa potworne potworzaste potworki, które potwornie kocham. Pomimo, ze guzdrają się jak ich ojciec. A przy tym tempie ruchów miłość spada do -220 stopni w skali Celsjusza.
- Albo zrobię wam transfuzję krwi albo zmajstruję coś przy DNA, bo nie wytrzymam, normalnie nie jesteście moimi dziećmi, tylko ......nie wiem kogo.......chyba teściowej mojej - a jednak mówię jak opętana kobieta, bo opętane kobiety pętają słowami Bogu winne matki swoich mężów.
- Ja jestem twój, bo mam twoje poczucie humoru hahahaha- syn szybko oponował, Młoda zaś zlała tekst radosnym okrzykiem:
- Kasztaaaanyyyy,....... - i pobiegła pod drzewo prawie nurkując nosem w trawie.

Dzieci odstawiłam do instytucji. Moje mieszkanie: kawa i muza. Luz. Zerknęłam na bałagan. Nie piszczy, nie marudzi, ma się, jednym słowem, dobrze, więc nie ruszyłam go.
Wyciągnęłam nogi i wpadłam w marzenia. Tracę czas, ale co tam. Fajnie tak zwisnąć nad swoim zwojem. Rozłupywać go powoli patrząc z radością dziecka na kryjące się tam robaczki.O jakiś czerwony ...

Czas wolności minął nieubłaganie. Poleciałam po Potworki. Oczywiście kultowe pytanie musiało paść:
- Synu, jak było  w szkole?
- Rysowałem komiks.
- Aha, ale na lekcjach jak było?
- No to mówię, rysowałem komiks.......
Młoda w tym czasie była podrywana przez przedszkolnego kolegę. On wołał ją po imieniu, a ona zerkając zza ramienia uśmiechała się jak to ona potrafi.
- A czyj to rower? Młodej? - zapytał się zdziwiony Kacper, pokazując na mój rower, który prowadziłam.
-  Pewnie, że to Młodej.
- Taki duży? Jak Młoda jeździ?
- Normalnie. Ma magiczne siedzenie i jak siada to nogi jej rosną.
- TAK?
- NOOO
- To pokaż.
- E tam, Młoda pokazywała jak była mała, teraz wstydzi się.
No to pogadałam sobie z ...., jak by to powiedzieli na pewnym obszarze, z przyszłym zięciem

Ledwo dotarliśmy do domu i wybiła 15.00.- godzina męczeństwa, przepraszam, obiadu,
Dzieciaki zawisły nad rybą.
- Bo my dzisiaj śpiewaliśmy - Młoda wstała z krzesła i stanęła, po środku kuchni, na baczność - Jeszcze Polska nie zginęła...
Brat jej zawtórował i oboje gubili nie tylko melodię, ale i słowa. Lepsi byli w tym od Kaczyńskiego, choć myślałam, ze jego to nikt nie przebije. A jednak! Zdolne mam dzieci.

A Wodzu tak śpiewał ....i tego jeszcze można wysłuchać :)



- Mamo, jak ci coś pokaże, ale nie denerwuj się.
- Dobra, jak sam mi pokażesz zero nerwu.
Syn pokazał mi swój komiks. Zdębiałam bardziej niż u orzecznika ZUSowskiego.
Narysowany był samochód, a w nim dwa ludziki, które mówiły:
-  Jest McDonalds!
- Kurwa, nareszcie.
Syn chichrał się jak z najlepszego dowcipu, a ja zapowietrzona jak kaloryfer nieodkręcony w sezonie grzewczym, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przekleństwa należą do świata, dorosłych, jak wali nam się tona na łeb, a ty masz ich nie używać, rozumiesz?
- Ale tona na łeb mi spadła - i chichra się.
- Spadnie ci jak tylko wrócimy z tańców. Synku, naprawdę to nie jest fajne....
A najgorsze w tym wszystkim, ze przez swoje 8-letnie życie był zaledwie 4 razy w Mekszicie. Hm...może stąd to "nareszcie"?

Wybiła godzina 15.40. Z Młodą pojechaliśmy na rowerach na taniec, który zaczynał się o 16.00. Córa co rusz hamowała.
- Maaaaamoooo....
- Kurcze, czas kobieto, czas!pedałuj a nie mamuj!
Chwila moment....znowu: pisiiiisk...fuck! o mało co nie wylądowałam na dziecku.....
- Młoda, czy ty chcesz mi klawiaturę wymienić?
- Co?
- Jajco!
- Proszę?
- Nic, jedź...
Dotarłyśmy na czas, co nie lada było sukcesem. Młoda skoczyła na parkiet, a ja miałam czas na zakupy i pogaduszki przez telefon. Fajnie mieć z kimś porozmawiać, bo nie zawsze ma to się szczęście do ludzi.

- I jak Młoda na zajęciach?
- Tym razem lepiej. Na początku nie chciała nic robić, ale potem, widocznie z nudów, przyłączyła się i fajnie jej to wychodziło.
- To co zostawiamy ją tutaj?
- Pewnie
Zapłaciłam za semestr 350 zł i luz. Niech ćwiczy taniec nowoczesny.
- A ja muszę trenować w domu wiesz?
- Teraz już wiem. Będziesz?
- NIE!


Wróciłyśmy do domu. Córka została odesłana do babci, za to syn wrócił od mojej matki. Tylko schowałam rower Młodej, siknęłam, wyciągnęłam rower syna i pojechaliśmy na karate. Zajęcia zaczynały się o godz. 18.00
- Nowy miesiąc to wyskakuję z kasy, póki mam, hahaha
- Teraz to będzie 140 zł bo licencję trzeba przedłużyć na rok, a ona kosztuje 40 zł.
- Super.

Z 500 złoty, które wybrałam dzisiaj ze ściany płaczu, zostało mi 10 zł. Nawet na fajki zabrakło. Za to starczyło na 40 jajek w biedronce. No takie jaja.

- Mamo a opowiedzieć ci wierszyk? - radośnie zapytał się syn wychodząc z sali po treningu.
- Pewnie!
- Wlazł kotek na płotek, pierdolnął go młotek...
- DOŚĆ!!! Dość przekleństw!
Syn uchichrany próbował dokończyć, kiedy ja mu zamykałam usta.
- Czyś ty oszalał doszczętnie? Czy dzisiaj jest dzień świra?
- Miko mi opowiedział a on chodzi do III k;asy, wiesz, i jego to nauczył kuzyn...
- Wstrząsające, zapomnij o tym wierszyku. Nie chcę przekleństw, rozumiesz?
- Rozumiem, ale siostrę nauczę, co?
- Nawet nie waż się! Nie chcę słyszeć przekleństw. Koniec.

Dojechaliśmy do domu. Młoda była już wykąpana przez babcię. Starszy poszedł do łazienki, a ja w tym czasie przygotowywałam kolację.

- Młoda gdzie jesteś? - wydarł się syn.
- Tam, gdzie świeci się światło!!!
- Nie widzę, gdzie się świeci. Chodź do mnie.
Młoda weszła do łazienki.
- ........................... - co mówił syn, pomimo nastawianych radarów, nie doleciało do mnie. Jednak szeptanie zapaliło czerwoną żarówkę: uczy ją wierszyka?!
- Wszystkich kocham, bo jesteśmy rodziną -  usłyszałam głos Młodej.
Hm...miłość? Ale co do pierdolnięcia młotkiem  ma miłość? Nie, no ma ...
Córka wpadła do kuchni
- Wiesz, Starszy pytał się kogo kochasz bardziej mnie czy mamę? a ja mu powiedziałam, że wszystkich kocham tak samo, bo jesteśmy rodziną, wiesz mamo...
- Wiem. To piękne co powiedziałaś.

Uf, czyli znowu pytanka: kogo wolisz bardziej: tego czy tamtą?, co lubisz bardziej: to czy tamto?, a nie wierszyk o kotku . Ufff, uf....ufffuuuuu....

- Mamo, ale ja zadań nie mam odrobionych!
- To odrabiaj.
- A ja chcę bajkę.
- Żadnej bajki!
- Będę bratu śpiewać...
- To chodź na bajkę
- Ale ja też chcę oglądać!
- Nie, masz zadania!
- Ale ja jestem ciekawy i będę bajkę podglądał
- To nie ma bajek!
- Ale ja chcę baaaajkęęęęę........!!!!
- Synu do lekcji, Młoda masz kwadrans na bajkę i KONIEC DYSKUSJI!

- Mamo, sama wyłączyłam telewizor.
- To super. Dobranoc
- Dobranoc

- Wyłącz to światło, bo chcę spać
- Muszę się spakować, bo jutro nie będzie czasu! Co ty sobie myślisz!

- Mamo, a podręczysz mnie?
- Mamo, a poczytasz?

Sama zaczęłam szukać wyłącznika: Koniec dnia.

Nie przejechał mnie traktor ani kombajn, ale ten dzień tak mnie wyorał, że padłam prawie trupem.  A mam tylko dwójkę dzieci i nie pracuję. Za to z ciekawością obejrzałam program Lisa - dlaczego Polacy nie mają dzieci.
Przyznam, że był moment, kiedy wahaliśmy się nad trzecim potworkiem, skoro te dwa są takie wystrzałowe, ale odpuściliśmy. Mój argument "przeciw" był jeden, ale jakże konkretny : potworki są podobne do mnie, trzeci może pójść nie daj Boże w urodę teściowej ....Nie, nie, nie ...ryzyko nie jest dla mnie. Jednak była to siła innej argumentacji nie opartej na ekonomii ani prawie.

W każdym bądź razie zasiadłam, jak rzadko kiedy, przed tv, by uświadomić sobie dlaczego naród polski nie rozmnaża się i czy państwo świadome przyczyn zamierza coś z tym zrobić.
Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Program wydawał się być wyreżyserowany pod propagandę rządu, czyli kompletnie z czapy wyjęty i oderwany od życia.
Nie wiem jak w tym kraju, mając normalną pracę można utrzymać 5/6 dzieci. Za to przedstawiciel rządu dumnie mówił o karcie rodziny, która daje zniżki do teatru, kina, na basen.
Super! Nic tylko rodzić! To był mega argument za powiększaniem rodziny i bosko wspierający rodziny wielodzietne. Będziemy mieć strawę duchową zamiast chleba! Wow!
Tylko a napisałam specjalnie o kosztach zajęć dodatkowych, zastanawiam się jak mogłabym zapewnić dzieciom  dodatkowe zajęcia  mając ich gromadkę. 490 zł kosztowała mnie tylko dwójka, a pozostała trójka, czwórka? Pomijam problem dogrania harmonogramu, ale bez auta ani rusz, czyli już potrzebny jest rodzinie drugi samochód. Koszty utrzymania dwóch aut nie są niskie.
Zresztą co ja mówię: jak mogłabym zapewnić zaspokojenie elementarnych potrzeb, przy takich płacach jakie są w Polsce.  Jak pracując mogłabym zapewnić im opiekę? Bo system godzin elastycznych jest raczej w powijakach.  A co w przypadku choroby? Przecież jedno dziecko zazwyczaj zaraża drugie i powstaje ciąg chorobowego. A wiadomo jak pracodawcy podchodzą do zwolnień lekarskich.
A tak w ogóle zastawiam się, kiedy miałabym czas, by każdemu z dziecku poświęcić trochę czasu. Moja dwójka potrafi mnie zagadać, osiodłać i przegonić równo.
Każde dziecko potrzebuje rozmowy, zainteresowania, czułości i przy dwójce jest czasami trudno. Nierzadko mam ochotę sklonować się.
A szóstka????
W sumie to podziwiam takie rodziny, własnie z takiego aspektu - spędzania wspólnie wolnego czasu.
Najlepiej to wywieźć do lasu: - Biegamy!
Bo o wakacjach to raczej można zapomnieć ....

Za to panie będące w programie tryskały niesamowitym optymizmem i energią. Pracują, mają opiekunki do dzieci, jest super. Szkoda, że Lis nie zapytał się, czy także mają pomoc domową, bo jakoś nie sądzę, by to one siedziały przy garach tudzież przy pralce.
Jedno jest pewnę: jak ma się status materialny i pozycję zawodową to można rozmnażać się. Kasa pozwala na wszystko. Powstaje wtedy sztab przy armii, czyli pomoce przy dzieciach. Tylko przecież do tego nie potrzeba programu Lisa, bo każdym o tym wie. W tym samym czasie zwykły zjadacz chleba zastanawia się mieć czy nie mieć choć jednego potomka. A media i bez tego krzyczą, że polskie dzieci głodują. Przy tak niskim wzroście naturalnym państwo pozwala małym obywatelom na puste brzuszki? No jak? Ale dajmy dzieciakom karnet do kina ....
Pewna para młodych ludzi z dumą orzekła, że państwo nie jest im potrzebne do posiadania dziecka. Hm, ale gdyby tak było, nie było problemu z przyrostem naturalnym, prawda?
I wszystko byłoby może ok, gdyby nie to, ze jednak większa część społeczeństwa nie należy do ludzi zamożnych, ba! niektórzy żyją na granicy ubóstwa.
Przedstawiciel rządu rozwodził się nad dokonaniami jego partii w zakresie przedłużenia urlopu macierzyńskiego. Super. Tylko ten sam rząd wprowadził umowy śmieciowe, z których to pracodawcy chętnie korzystają.  Więc de facto kobieta w imię prawa i umów nie skorzysta z urlopu.
Suma sumarum dyskusja była jałowa i oderwana od realiów.
Realia zaś wytyczają płace, umowy, budownictwo i dostęp do darmowych placówek opiekuńczych.
Jak jest to wiadomo.
Kryteria pomocy najuboższym też są znane ze swojego absurdu.
Zasiłki rodzinne, pomoc socjalna, zasiłki dla bezrobotnych to tylko żałosna jałmużna, a nie realna pomoc.
Zresztą granica płacy minimalnej jest śmiechem na sali. 1240 zł. Szkoda,  ze posłowie tyle nie zarabiają, może wówczas wiedzieli, by coś o życiu. Ale w miarę dobrobytu wzrok jakby tracił na sile dostrzegania rzeczywistych problemów.

Pana Lisa natomiast zachęcam do rozmowy z ludźmi z  ulicy. Może wtedy zobaczy jak wygląda Polska.









-----------------------------------

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD



A tu polecam nowość wydawniczą -:)
http://www.empik.com/zlodziejka-marzen-sakowicz-anna,p1101665518,ksiazka-p

którą można będzie wygrać  u autorki na Jej blogu
http://kuradomowa.blogujaca.pl   (w piątek )

Szybciej przeczytałam Złodziejkę marzeń  (wciąż się śmieję :D) niż Margueza, choć od "Miłości w czasach zarazy" nie mogłam oderwać się :DDDD.


-------------------------------------------------------

Poranna rozmowa z mężulkiem. Bla, bla, bla.....
- Cholera!
- Co cholera?
- A bo czegoś nie mogę znaleźć...
- hahaha, jajek?
- Przestań, telefonu szukam....
- Yyyyyyy....tego przez który ze mną rozmawiasz?
- AAAAAAAAAAAhahahahaha







niedziela, 28 września 2014

.........

Rzadko mi się zdarza, ale jednak czasami przeglądam onet. Nie wiem po co, bo jałowość niektórych informacji pokazuje, że świat zmierza ....a nie wiem dokąd zmierza.
- Między Baronem a Górniak iskrzy. Iskrzący temat na pierwsza stronę.
- Baron zaliczył wiele towaru.
- To źle czy dobrze?
- Dobrze
- To czemu nie zaliczysz towaru?
- Bo nie jestem Baronem.
Nie jest Baronem za to jest znawcą płynu do demakijażu.
- Kochanie, jak używasz płyn to potrząsaj nim, bo widzę, że olejku nie ma a została ci tylko woda....
- Proszę?! O czym ty dla mnie rozmawiasz?
Byłam w takim szoku, że zamiast kawy i papierosa zjadłam śniadanie. Jednak lepszy jest mój zestaw.
Wolę przymulenie, lepsze jest na nie myślenie. Choć czasami myśleć trzeba. Niestety.

- Synu, dlaczego masz moje skarpetki na nogach?
- Twoje? Hahahahaha to dlaczego masz taka małą nogę?

Były  w jego szufladzie to ubrał. Proste. Proste jest sięganie ręka po to co jest nie zastanawiając się nad własnością. Moja szuflada, moje rzeczy. Proste myślenie jednak nie wyeliminuje błędów, jeśli sięga się w ciemno.
A ciemno zrobiło mi się od płaczu Młodej, która na wieść, że czeka ją szczepienie zaczęła wyć przez całą drogę: od przedszkola do domu zalewała się łzami i jęczeniem. Żadne sztuczki nie pomogły. Słowa też okazały się zbyt słabe, by przebić się przez pancerz rozpaczy.
W końcu syn tonem pełnym rezygnacji rzekł:
- Mamo, ja nie wytrzymam tego. Zresetuj mózg Młodej!!!.

Następnego dnia  Młoda siedziała uśmiechnięta w przychodni. Dzieci  wchodziły i wychodziły radosne, nikt nie płakał, nie było dramatów. Do czasu...
Weszłyśmy do gabinetu.
- Młoda, proszę rozbierz się do badania.
Młoda  strzeliła wielkimi oczami, które zaczęły być niebezpiecznie mokre i zrobiła parę kroków w tył.
- Nie .....nie chcę ...NIE ....
- Młoda od urodzenia nie lubi badań - poinformowała lekarka nową pielęgniarkę, która była zdziwiona zachowaniem dziecka.
I w tym momencie córa rozpłakała się na dobre. Nie dała zbadać się. Cudem połknęła dwie krople. Natomiast wbrew woli córki musiałam zdjąć jej rękaw bluzki, by otrzymała zastrzyk w ramię.
- Kurde, co za dziecko....wysiadam po prostu... -
- A ty co, lepsza byłaś?
- Hm.... a tak poza tym co ty robisz w przychodni?
- No przyjechałam do wnusi...
- Po cholerę?
Matka staje się moim cieniem. Podąża za mną. Mam wrażenie, że sprawdza czy jednak nie wybieram się w podróż bez powrotu. Tyle, że kiedy potrzebuję pomocy i proszę okupowane to jest dziwnymi słowami.
- To ja wyjadę, a ty zajmiesz się młodymi, ok?
- Jasne, jedź
Super? Genialnie. Kochana mamusia. Tylko jak zbliża się termin wyjazdu, nagle słyszę:
- To ja nie mogę wyjechać, bo muszę zajmować się twoimi dziećmi, a ty jedziesz?
Jest coś czego nie wiem? Na pewno jest coś czego nie rozumiem. Najpierw nie ma problemu, a potem, gdy zbliża się dzień wyjazdu, nagle jest. Jakby nie wierzyła, ze mówię serio. A kiedy zaczyna wierzyć to wraz z wiarą stara się mnie pacnąć. Po co mam się za bardzo cieszyć ...
Bywa, kiedy jej nie potrzebuję, a kiedy liczę na pomoc słyszę dziwne treści. Cała mamusia.
Fakt, ostatnio zajmowała się to Młodymi. Zajmowała się, kiedy załatwialiśmy pogrzeb. Kiedy pomagałam teściowej: odgruzowałam jej dom i podwórko. Zamiast dziękuję usłyszałam:
- No w końcu mogłaś zapoznać się z gospodarstwem.
- Chyba z syfem.
- No wiesz co!!!!!
- Wiem, bo napracowałam się ciężko...

Chciałam wyjechać. Skoro nie góry to może morze? Wypocząć w doskonałym towarzystwie. Zapomnieć o tych cholernych realiach. Po prostu poczuć radość życia...
Podobno chcieć to móc. Ale plany szlag trafił. Kolejna wyższa siła nieoczekiwanie wydymała mnie na cacy. Moja dusza rozpierdzieliła się na milion kawałków .... znowu niewypał, znowu coś ...
- Nie dramatyzuj ...
Boska stawiała mnie na nogi. A mi się chciało....łzy same leciały  ....Za dużo tego....
Nie tak miało wszystko być.
Lekkość bytu skamieniała i rozkruszyła się w drobny piach.
Dawno nie czułam takiej słabości, braku wiary, rezygnacji....zamieniłam się w mięczaka, aż wstyd.

Tym razem zamiast śmierci wyskoczyła historia z kolanem, która przyjmuje coraz bardziej absurdalny kierunek. Ignorancja instytucji i lekarzy wywala mi korki bezpieczeństwa.
- Zobaczy pan, panie doktorze jak nie zeświruję to palnę sobie w łeb ...
Niektórzy mówią: odpuść, olej ZUS, znajdź pracę i zacznij żyć, a z kolanem idź lepiej prywatnie na konsultację do kliniki, na rehabilitację.
Ilu ludzi tak zrobiło?
Wielu, zbyt wielu i instytucje czuja się coraz bardziej bezkarne.
Ale przecież płacę składki właśnie po to, by uzyskać pomoc, kiedy jej potrzebuję.

Orzecznika ZUSowka  zignorowała mój stan mówiąc, że  ból jest to subiektywne odczuwanie i o niczym nie świadczy. Hm, tylko dlaczego czując ból, własnie wtedy, kiedy nas coś boli, zgłaszamy się do lekarza?
Pewną młodą dziewczynę nasi ortopedzi ignorowali. Ból? Można z tym żyć. Co może boleć młodego człowieka? Tyle, ze po roku okazało się, że owy ból był związany z rakiem kości. Obecnie prowadzona jest akcja zbierania pieniędzy na leczenie. Oby udało jej się uniknąć amputacji nogi. A przede wszystkim pokonać szpiczaka. A ortopedom gratuluję poważnego podejścia do problemu pacjenta.
Wcześniejsza diagnoza pozwala na szybsze wyjście z choroby, ale z drugiej strony jak pacjent rozchoruje się to w 100% wiadomo co mu dolega i nie ma tu miejsca na mylną diagnozę, prawda?

Orzecznik podczas badania zamiast zając się stanem mojego zdrowia miała inny problem: jak śmiałam założyć sprawę przeciw ZUSowi i to moja wina, ze tak późno mnie wzywają na komisję. No tak moja wina ...Śmiałam zaskarżyć decyzję nieomylnych,  więc teraz czas na wyrównanie rachunków.
.
Wezwano mnie na komisję pięć miesięcy po złożeniu wniosku. Po czym, chyba w ramach zemsty, orzecznik przyznała mi świadczenie do pierwszego września. To nic, ze była już połowa miesiąca. Absurd? Absurd, bo nie miałam zakończonego leczenia. Ale co tam ....

Uznaję zatem nowy system wartości. Po Bogu nie są księża tylko orzecznicy. Potem lekarze. A potem księża. I politycy. Oto świta nietykalnych, którzy mogą zrobić z drugim człowiekiem wszystko. I to bezkarnie.

A te dwa tygodnie różnicy to co? Nie ważne, że rehabilitacja wciąż trwała, nieważne, ze odczuwam bóle, nieważne jest nic....
- Nie interesuje mnie co pani ma do powiedzenia ...
Proste? Proste.

A wystarczyła ludzka życzliwość: przyznanie świadczenia na określony termin i wysłanie do sanatorium na rehabilitację. Może to wystarczyłoby? Może.
Tak niestety nie stało się.

Lekarz prowadzący, ku mojemu rozczarowaniu, też pokazał swoją władzę i brak zrozumienia dla całej sytuacji, która stała się wyjątkowa  Nie przyjął mnie nie wiem czy z braku chęci czy czasu, każąc przyjechać na badanie w innym terminie. Co mu tam.
- ZUS nie śpieszył się, więc ja teraz mam się śpieszyć?
- Ale tu chodzi o mnie, proszę pana i o moja sytuację, proszę...
Nic z tego, Nie ubłagane NIE.
- Proszę przyjechać w ..... zrobimy badanie i zobaczymy.
. Kiedy pojawiłam się w wyznaczonym czasie uznał, ze nie ma czasu i skierował do innego ortopedy.
- Ale dlaczego pani nie przyjął? Nie chciało mu się pewnie....Pani nie jest moja pacjentką..
- Ale proszę mi pomóc wyjść z tej sytuacji, której jestem...bo nie wiem co robić.....
Jego ignorancja była kolejnym ciosem.
Pani w ZUS jak zobaczyła jakie wystawił mi zaświadczenie o dalszą rehabilitację sama z siebie wyciągnęła wniosek o przyznanie sanatorium.
- Lekarz rodzinny to pani wypełni.
Lekarz rodzinny przyjął mnie bez słowa i rejestracji.
- Wie pan, poczułam się w tych trybikach jak śmieć ...a kolano, ono ..
- Piszemy skargę do rzecznika praw pacjenta i do Warszawy. A ja pani wypisze nowe wnioski ...

Co z tego wyniknie? Nie wiem.

Niedługo miną dwa lata od wypadku, a ja wciąż słyszę';
- Nic pani takiego nie stało się ...to żadne uszkodzenie ...
tyle, ze jakoś nie odzyskałam swojej sprawności. A biegły sadowy uznał, ze trudno jest napisać jednoznacznie jakich doznałam uszkodzeń, ponieważ z każdego dokumentu wynikają inne ubytki.
No ale przecież to jest mój problem.
Ból? Ból to nie istotny czynnik, z którym można żyć.



z opinii biegłego sądowego:


Orzecznik na podstawie tej samej dokumentacji stwierdzila, ze nic mi nie jest, tylko staw mi przeplukano.....














środa, 24 września 2014

[*]

Pogrzeby mają to do siebie, że podczas ceremonii pogrzebu pogrzebać kogoś trzeba. Tak więc ziemia osunęła się na trumnę z ciałem, a ciałem tym był teściu.
Było to tak niewiarygodne wydarzenie, że nawet mucha, nie wierząc w to, kołowała nad nosem ciała chcąc je swoim brzęczeniem poderwać do siadu. Ciało jednak leżało. Bez oddechu.
I teraz Panie świeć nad duszą.

Teściowa została sama. Pocieszenie znalazła w lodówce. Tym razem, Panie, zgaś światło.
W lodówce.
Bo będziesz musiał światło zaświecić. Nad jej duszą.



Chcę by mnie spalono. Lubię ciepło. I zimne piwo. Ziemia jednak nie jest tak zimna jak trunek. Zatem wybieram spacer po chmurach. To lepsze od bycia przekąską.

Dziecko, te starsze, stwierdziło, ze kiedy ja umrę skończy się jego życie, zaś młodsze dziecko zaintrygowała myśl:
 - A jak wszyscy umrą to kto nas pochowa?

Sztuką jest wstrzelić się ze swoją śmiercią.

Teściu nie wstrzelił się.
Wybrał się w podróż w momencie, kiedy trzymałam bilet w dłoni. Chciałam powłóczyć się po Tatrach, a on w tym samym czasie postanowił pobujać się po zaświatach.
Więc kiedy on wyruszył w podróż, ja zostałam.

T. płakał za ojcem, a ja płakałam za ............tak, tak za teściem, oczywiście, jak najbardziej.
Każde z nas coś w tym dniu straciło.
Tylko teściu się bujał. Nie wiadomo gdzie. Miejmy nadzieję, że choć on miał uśmiech.

Na cmentarzu okazało się, ze nasz śmiały plan pochowania teścia obok mojego ojca nie wypali, bo teściowa woli prezentować swoje wdzięki w trumnie niż stać się prochem w urnie.

Zmieniliśmy cmentarz.

- Ale tu będzie pochowany na kimś innym.
-  Nic nie szkodzi, w końcu cały świat jest cmentarzyskiem.
- Powiedziałabym, że raczej kuwetą ...


Pan Andrzej, który miał na fotografii wytrzeszcz oczu wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej, bo to jego nagrobek poszedł do likwidacji. Przepraszamy bardzo, ale nikt za pana nie zapłacił. Pieniądze to nie wszystko, ale bez pieniędzy to jeden wielki ch ...


Teściowej też kupiliśmy miejsce. Jak szaleć to szaleć. Rząd dalej.

- No niestety musimy tak zrobić, bo tutaj nie ma już wolnych podwójnych...
- Nic nie szkodzi. Za życia spali osobną, więc czemu po śmierci mamy to zmieniać?


Zakład pogrzebowy był czystą formalnością. Wybranie trumny, klepsydry i krzyża.
- To już?
- Już.
Normalnie można umierać, bo to żaden problem.

- Patrz, w takiej urnie możesz mnie pochować.
- Ale to wygląda jak szkatułka na biżuterię.
- A czy ja nie jestem twoim skarbem?

 -Państwo w sprawie chrzcin?
- Nie w sprawie pogrzebu.
Kancelaria księży znowu strzeliła ponad bramkę. Tak jak 10 lat temu.
- Państwo w sprawie pogrzebu?
- Nie, w sprawie ślubu.
- Aaaa ? Tak? Bo tak na czarno jesteście ubrani.
Strój nie zmienił się, ale patrzenie Kościoła na nas owszem. Co za przeskok: ze śmierci na wiek produkcyjny.

Nastał poniedziałek. Organy, rodzina i zwłoki.
Emocje opadły.
A dusza dalej wzlatywała.


Teściu, szczęśliwej drogi .....







czwartek, 11 września 2014

by siebie zrozumieć...



"Nie mogę sobie dać rady. Ciągnie mnie. Tak jakby mnie coś omijało. Chwytam, muszę mieć – i znowu nic. I znów sięgam po coś nowego. Wiem z góry, że skończy się tak samo, ale nie mogę się opanować. Chwyta mnie, rzuca w coś, wypełnia mnie na chwilę i znów odrzuca, i pozostawia pustą jak głód, i znów powraca."
Erich Maria Remarque "Łuk Triumfalny"







A teraz stoję tu, z rozpostartymi ramionami
Oddycham czystszym powietrzem

Znalazłem wszystko, co utraciłem wcześniej

I kiedy spadam, lecę ku bezkresnym okręgom

Nikt mnie nie łapie, nikt mnie więcej nie zatrzyma

Znów nadeszły szare dni
Czas więc odpocząć, odnaleźć siebie
Zawsze chciałem to poznać
To rodzaj śmierci, w której nie jest się martwym




Pieprzona dusza. Latami obrabiałam ją na wolnym ogniu przyprawiając ją przyprawami płytkości. Biegłam próbując oszukać czas. Przekręcałam słowa, by zgubić ich sens. Milczałam. 
Obiecałam sobie nigdy nic nie czuć . Zamieszkać samotnie na szczycie obojętności, obojętności wobec świata. Ślizgałam się miedzy ludźmi, tak by jak najszybciej wypaść z tłumu i wpaść w cichy zakątek.
Nie ma mnie.

Ale byłam.

Słowa wracały nocą. Nabierały siły, z czasem stając stając się pułapką. W sieci słów złapane są dusze. Krążąc po nitkach wpadają na siebie. Jednak lep istnienia nie pozwala na odlot.
Tkwię znudzona w sektorze, gdzie blachy informujące już dawno wyblakły, zardzewiały. Tkwię nie wiedząc, gdzie jestem.
Brak orientacji jest jak gwóźdź co przybił.
Nie mam sił ani odwagi, by  wyciągnąć go.
Zresztą znajomość miejsc niczego nie zmieni. Wszystko jest iluzją. Rzeczywistość poprzez zalew słów zmienia swoje kształty jak powietrze w promieniach światła. Pryzmat spojrzenia kształtuje wszystko.
Uciekam w sen.

Budzą mnie słowa...

Tak dużo mam, a tak niewiele. Nienasycenie spowodowane nagłym głodem bycia.
Paradoks życia nokautuję żołądek. Nie chcąc nic więcej jest jak zaproszenie śmierci.
Ale czego mogę jeszcze oczekiwać od życia?
Chyba tylko końca.


Dojrzałość – powiada Bokonon – jest gorzkim rozczarowaniem, na które nie ma lekarstwa, chyba że uznamy za jakieś lekarstwo śmiech.        
  K. Vonnegut "Kocia kołyska"



Myśleniem można siebie wdeptać w glebę rozgoryczenia. A przecież na glebę przyjdzie czas. I na rozgoryczenie też, gdy dusza rozpływając się w ciemnościach westchnie ostatnim słowem:"Ups, nic nie ma? Nie ma nic...ku...wa!"

Po piątym pstryknięciu czajnika zalałam w końcu kawę. Siadłam przy stole. Mieszając nieskładnie łyżką w kubku wpatrywałam się w czarną ciecz. Zastygnięte ciało z ruszającą ręką rozśmieszyło mnie. Ciekawe czy jak pociągnę za drugi sznurek to ruszy się druga ręka? O! jest! Marionetka żyje! Tyle, że głowa w dół spadła...Uszkodzony egzemplarz. Przybicie. Cholerny gwóźdź.

Wyrwałam go niepokojem. W niepokoju tkwi nieziemska siła. Niepokojąco szybko czas mija. Niepokój zżera niepokój. Perpetuum mobile, które każe mi gnać. Poszukiwać. Czego skoro wszystko mam?  A moze jednak...?
Niepokój rozkłada skrzydła...

Nie godząc się tak jakoś intuicyjnie na to co jest, a tym samym chcąc więcej, zaczęłam poszukiwać nowych dróg. Idę po linie sieci słów. Niech wyrazy co krążą budzą moją duszę. Niech będą pokarmem, ubraniem, stylem. Drewnem w stosie.

Wydeptuję przestrzeń. Nowa ziemia, nowe niebo, tylko moje.

Na nagrobek.






wtorek, 9 września 2014

się zaczyna ...



Syn przy obiedzie strzelał fochami. Jak nie jedzenie to coś.....
- Zupa jest za gorąca!
- I super. Wygotuję wszystkie robale z przewodu pokarmowego - zaczynam żartować, by syna nie udusić, bo co jak co, ale  marudzenie uruchamia we mnie zapadkę: cierpliwość znika w otchłani złych emocji.
- Co? Jakimi robalami?Żartujesz?
- Ja? Ja nigdy nie żartuję. Każdy ma robale w sobie. Posłuchaj jak piszczą gdy wrzątek ich w tyłek parzy - przełknęłam łyżkę zupy i zaczęłam piszczeć wewnętrznym głosem.
- To ty!
- Jak ja? Przecież mam zamknięte usta.
Żart na trochę poprawił humor synowi. Ale jakaś chmura gradowa nadal wisiała nad jego głową.
- Ale i tak nie zjem
- I nie jedz ....
Wyszedł z kuchni i zaczął krążyć między pokojami.
Oho! Coś się stało...
W końcu przyszedł, ze łzami.
- Bo ja nie wiem jak ci to powiedzieć.....
- Ale co synku? - przytuliłam Starszego sadzając go na swych kolanach.
- Bo ....bo ...bo ... - chlipał.
- Powiedz prosto.
- Ale to nie to, ze ktoś mi zrobił krzywdę - syn wciąż popłakiwał - tylko, ze pani powiedziała, że mamy być pod klasą po drugim dzwonku, bo mieliśmy iść na plac zabaw a my z kolegami byliśmy na podwórku, więc - chlip, chlip, chlip - nie poszliśmy, bo po co mieliśmy iść skoro zaraz wychodziliśmy .....
- I co pani na to?
- I pani wyszła na podwórko i nie krzyczała. Powtórzyła co mówiła, wiesz o tym drugim dzwonku i ....powiedziała, że za to, ze nie słuchamy mamy obniżona ocenę z zachowania ....
Porozmawialiśmy na ten temat. Chłopcy logicznie myśleli, jednak polecenie było inne - proszę czekać pod klasą
- A wiesz nie miałem odwagi ci to powiedzieć...
- Dlaczego?
- Bo bałem się, ze dostanę manto.
- A kiedy dostałeś?
- Nie wiem
- To nie mów tak.
- I nie będę mieć kary?
- Nie. Przyznałeś się, porozmawialiśmy, jaka kara? za co? za rozmowę? Ale wiesz co masz robić?
- Tak słuchać się pani.
- I nie bać się mówić jak coś zbroisz.
Wtulił się we mnie mówiąc przepraszam.

Cholera, skąd wziął to lanie? Nie wiem ...

W przedszkolu wychowawczyni poinformowała mnie, ze córka nie chciała pracować. Wszystkie dzieci rysowały, a Młoda powiedziała:
- Nie!
i nie wzięła kredki do ręki. Panie zachęcały, pomagały, a córka wyła rycząc:
- NIE CHCEĘĘĘĘ.........NIE!!!!!!!!

Po drodze porozmawiałam z Młodą.
- Bo nie umiem, rozumiesz to czy nie rozumiesz....

Młoda po dłuższej rozmowie ze mną zrozumiała, ze jednak pewne rzeczy umie. W domu zaś znowu dopadła ją wielka niechęć.
- Nie umiem
- Chodź, pokażę ci - wtrącił się Starszy - zaufaj mi, dasz radę, potrafisz.
- Ale ty mnie nie kochasz....- wyła Młoda.
- Kocham nie kocham, ty dalej swoje, chodź rysować, bo mama ci bajek nie puści...
To był argument nad argumenty.
Młoda wytarła oczka  i pod czujnym okiem brata rysowała przejście dla pieszych, sygnalizator świetlny...
- Popatrz- rzekł Starszy to łatwe  i narysował Młodej światła.
Młoda wpadła w wir pracy
- Świetnie ci idzie - brat co rusz chwalił swoją siostrę.

Taki brat to niezła matka. Czy tam ojciec.

Młoda jutro ma zanieść pracę do przedszkola.
- I wiesz co masz zrobić?
- Przeprosić?
- Dokładnie.
- I nie chcę słyszeć, że nie pracujesz, rozumiesz?
- Noooo tak...

- Mamo, a kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Nie tak, powiedz tak jak mówisz: Noooo pewnieee...
- Noooo pewnieee...
- Ja ciebie też.











niedziela, 7 września 2014

wyłapane za dnia ...:)

Godzina pierwsza w nocy. Piękna pora na oglądanie księżyca i zapalenie papierosa. 
-  Zrobiłam sałatkę.
- O, sałatka! kolacji nie jadłem ...
- Ej to nie jedz, a sałatkę zostaw, niech się przeżre do rana...
- Mogę ją przeżreć ....do rana

Poranek. Śniadanie Młodych.
- Synu, do szkoły pójdziesz w krótkich spodniach skoro ci tak gorąco. Nóg nie przegrzejesz, jak wczoraj.
Na co Młoda:
- Ani jajek


Kąpiel Młodej to pora jej zaawansowanego gadulstwa.
- Mamo ja chcę mieć pomalowane paznokcie. Na fioletowo. Kobieta musi mieć zadbane dłonie
......
- Mamo, a kiedy urosną mi cycki? Chcę mieć takie duże jak ty ....albo jak tato....


Jedziemy autem. Babcia siedzi z tyłu pomiędzy dzieciakami.
- Babciu a co wolisz: przytulać się czy całować?
Babcia zapowietrzona spojrzała na wnuczkę ...i foteliki w boczki zaczęły uwierać.


Przed wyjazdem wpadł kolega Starczego, a Młoda do niego:
- A będziesz tęsknił jak nas nie będzie?







środa, 3 września 2014

funeral procession


Zasiedziałam się na tronie. Najlepsze miejsce na myślenie. Klatka dla myśli.  Równanie, jakie by nie było i z iloma by nie było niewiadomymi, to i tak,  zawsze w tym miejscu, ma jedno rozwiązanie. To tutaj wychodzi idealna puneta. Perfekcyjny wynik.Recepta na życie.
Diiiiiiing dooooooong...
Dzwonek do drzwi dzwoni? To on dzwoni? Tn dzwonek?!!
Zapomniałam jak brzmi sygnał dzwonka. Olewam. Nie ma mnie, nie istnieję.
Diiiiiiiiing diiiiiiiiiiiiiong.
Zaraz- rzuciłam w przestrzeń myśląc: "hm, może to listonosz przyniósł jakieś wezwanie ...."
Wyszłam z toaety. Szlag, nawet nie dadzą pomyśleć człowiekowi w spokoju. Olać wszystko z góry na dół, by nie powiedzieć, ze na wszystko to najlepiej ...  otworzyłam drzwi. A w progu kto stał? On i ona, nienagannie ubrani z nienagannymi uśmiechami. I jedna czarna teczka. W jego lewej ręce.
Wymiękłam ....
- Dzień dobry. Wróciliśmy, by porozmawiać o przyszłości.
Noż kurwa, ja pierdolę - w sam raz temat dla mnie. Idealny. I świetne towarzystwo, doprawdy- Świadkowie Jehowych.
- Ale co? Mam powróżyć wam z reki? - zapytałam się ironicznie - to nie ma sprawy, proszę o dłonie.
I wyciągnęłam swoją rękę ...
- Hahaha- ach te wyćwiczone śmiechy - nie, nie o to chodzi, chodzi o to czy możemy patrzeć w przyszłość optymistycznie...
Nie, no kurwa wymięknę. Perfekcyjny strzał na mój nastrój. Może moje drzwi promieniują moim duchem? Hm, potem muszę przyjrzeć się im z bliska.
- Jasne, ze tak - warknęłam - trzeba patrzeć w przyszłość optymistycznie, gdyby nie to, człowiek dawno strzeliłby sobie w łeb, prawda? A właśnie, może macie spluwę? Bang, bang...




Ich trening mimiki nie udźwignął moich słów. Po prostu strzelili baranim okiem aż wargi im się tak śmiesznie wygięły. Uśmiechnęłam się. Poprawili mi nastrój. Naprawdę. Tymi swoimi głupimi minami rozbawili mnie do łez. Chciałam im rzec- jedynka ze szkolenia gestów niewerbalnych, ale...
- Do widzenia - rzuciłam i trzasnęłam drzwiami. Mało kulturalnie, ale co tam.

Za oknem deszcz dalej z niesamowitym zacięciem obmywał szyby. Powinnam iść śladem przyrody - olać wszystko z góry na dół, ale zamiast tego, poczułam wewnętrzną powódź. Nie ma to jak jesienny klimat. Bez kolorowych liści na drzewach. I czekolady w szafce. I piwa w lodówce. I papierosów na półce. No dół jak nora.
Ból zęba, kolana, duszy - trójca, która powiesiła mój dobry humor na płocie niczym koszulę i poobcinała najpierw kołnierzyk, potem rękawy,  i guziczki i ciach ciach resztę materiału na gałganki, Może lalkę z tego zrobią?  Śmieszne rączki, takie krótkie i opadające bezsilnie w dół i nóżki dyndające: fik, fik.Czarne oczka, zielony nosek i fioletowe usta. Takie trupie. Nowy model zabawki  - Monster z osiedlowego podwórka.

"Twoje myślenie kreuje twoją przyszłość". Myślenie ...proces twórczy ...proces ...pralka reala...swoista suszarka dla sałaty, znaczy suszarka dla tych myśli, znaczy ten proces taki jest: myślenie niczym wirówka odrzucająca nieodpowiadające elementy. Wysuszanie z mokrości. Czymkolwiek ta mokrość jest.
"Myśl --> wzbudza uczucia i emocje,
Uczucia i emocje --> pchają do działania,
Działanie --> kreuje rzeczywistość."
Tak pisało na fb na Harmonii Istnienia.
Harmonia.
Ehe, chyba wezmę harmonijkę. I pognam na polne drogi, zasiądę pod wierzbą i pogram na niej.
Fałszywe dźwięki będą zagłuszać ciszę.
Nihil novi.
Nie myślę, więc mnie nie ma. René Descartes ujął tą rzecz odwrotnie. Pewnie dlatego, ze myślał.
Ale przecież wciąż jestem.
Jestem - aksjomat.
Gdyby myśleniem udało się siebie wyłączyć z systemu byłoby nieźle. Ale nawet w Matrixie technologia nie poszła tak do przodu. I nie pójdzie. Eutanazja jest zabroniona.
Jestem i leżę patrząc na krople, które spływają po szybie. Gonią się jak gęsi. Właściwie czemu nie?
Siadłam na rower wjeżdżając w deszcz.
Krople swoim łaskotaniem koiły ból. Jedna kropla zabawnie spłynęła po moim nosie wyskakując niczym Małysz ze skoczni. Hyyyyc. Niektóre lądowały na karku spływając w dół. Gilgotały.
Oczyszczenie w ulewie.W moczu aniołów. Urynoterapia wyższa. Święta.
Nie pomogła.





Pogrzebowa procesja trwa

Pogrzebowa procesja w moim umyśle trwa
Pogrzebowa procesja trwa
Pogrzebowa procesja w moim umyśle



czwartek, 21 sierpnia 2014

narka :))))



Z bratem widzimy się raz do roku. Niedawno przyjechał. Radocha była wielka.
- WUJASZEK!!!!
- Wujaszek? Synu, czyżbyś był Iwanem Groznym czy Dostojewskim?
Starszy lubi rosyjski. Ale nie ma go w szkółkach. Króluje angielski, niemiecki, a rosyjskiego brak.
I kto potem Putina zrozumie?
Bo on będzie jak Fidel Castro -nieśmiertelny.

Rozmowa z bracholkiem czasami mogłaby być prowadzona, jak dla mnie, w języku chińskim.
- Wiesz jak robi się kurczaka w sosie słodko-kwaśnym potrzebujesz oleju ryżowego ....
Udałam, ze rozumiem o co chodzi ...
- A ostatnio robiłem baraninę ....
- Brachu, nie możesz wrócić do Polski?

Jakie jest najbardziej kretyńskie pytanie?
- Zapytać się człowieka mieszkającego w innym kraju:
- Nie możesz wrócić do Polski?


Dzieciaki dopadły mojego młodszego klona i harcowały z nim równo.

 Kuzynostwo-syn był autkiem:)







 Zawody - kto ile pompek natrzaska :)



Pewien dzień....

Musiałam wyskoczyć do ortopedy. Brat przyszedł z rana, by przejąć opiekę nad dzieciakami, a ja poleciałam na pociąg.
Zostało parę minut do odjazdu, więc wyszłam na papierosa i pogawędkę z Boską. Papieros zgasł i bateria w telefonie też. Fuck. Zerwany kontakt ze światem.
Dobrze, ze wyjątkowo miałam zegarek na ręku.
Ale jak żyć bez telefonu?
To prawie jak bez mózgu.
Eksperyment: wyłączyć telefon na jeden dzień. Można nawet poczuć jakby się w stanie upojenia alkoholowego tańczyło na linie czasoprzestrzeni. Totalne zagubienie.

Pod gabinetem lekarza zaczytywałam się w Liczbach Charona, ale w końcu stwierdziłam, ze godzina czasu to wystarczający czas oczekiwania. Zresztą jeden pociąg odjechał, a drugi nie może.
Rozmowa z ludźmi w poczekalni jest jak wejście na arenę, gdzie czeka rozjuszony byk. Na szczęście udało mi się przekonać, że teraz to jest mój czas i moja pora.
Weszłam.
- Dalsza rehabilitacja, słabe mięśnie, i rzepka ....

Ups, to moja głowa pracuje jak lewe udo. Udo się albo nie udo.

Pognałam do endokrynologa. Matka ma kiepskie wyniki, a wizyta w 2015 roku. Może uda się przyspieszyć termin?

W sumie polityka państwa jest z punktu ekonomii bardzo dobra: dalekie terminy dla chorych tylko obciążą ZUS - zasiłki pogrzebowe, a NFZ za dobre wyniki i kalkulacje będzie mogło sobie przyznawać premie. I zmniejszać limity z roku na rok. Na cholerę tyle emerytów? Po co profilaktyka? Działanie na czas?
Umieranie jest cool. Marzenie wrażliwych artystów ....Czujcie się wyjątkowi.
No tak państwo dba o ludzi.


Zostało pół godziny do odjazdu pociągu, może wyrobię się w czasie..
- Mogę z panią wejść, bo chcę o coś zapytać się lekarki.
- Tak.

Tak? Wow! to takie nie spotykane. Krótkie, proste i pozytywne słowo: TAK. Pewnie dlatego mówi się, że trójka to szczęśliwa liczba. Trzy -idealny układ matematyczny.
Tak.
Przychylność człowieka powoli zaczyna być jak eksponat muzealny, zachwycającym unikatem.

- Naprawdę?  - poważnie byłam w szoku - Dziękuję.

Ale cóż po zgodzie skoro w gabinecie nadal siedziała pacjentka i to już, jak wieść w poczekalni niosła,, siedziała tam od 40 minut i jakoś nie zamierzała wychodzić. Czas, czas, czas... został kwadrans do odjazdu.

- Chyba wejdę do gabinetu, bo pociąg mi ucieknie - rzuciłam w panie siedzące na ławce.
- Niech pani wejdzie, niech pani wejdzie, może tamta szybciej wyjdzie? - nadzieja w ich w głosie ubawiła mnie serdecznie i dodała otuchy

Więc weszłam. Odwaga z mej strony była niesamowita, bo wejście do gabinetu lekarskiego, a tym bardziej kiedy siedzi pacjent to ....mówiąc krótko: lekarz nie potrzebuje batonika lion'a, by ryknąć paszczą.

-Tak? - zapytała się lekarka. O, miła ...
- Przepraszam bardzo, że tak wchodzę, ale ....

Skonsultowałam wyniki, nie jest najgorzej. W październiku mam zadzwonić, bo może znajdą się miejsca.
Najważniejsze jednak jest, że nie jest źle. Podziękowałam. Super!

- Dziękuję za dobrą wolę - powiedziałam paniom w poczekalni - do widzenia.

Pognałam na stację. Kupiłam bilet. Siadłam na ławce przy peronie. Książka.
Zerknęłam okiem na otoczenie
Pięć minut do odjazdu i ani na tablicy nic nie pisze ani ludzi?
Hm, machnęłam ramionami i zanurkowałam nosem w kartki.
Czekaj, nie ma nic - wdarło się w moja głowę. O co chodzi?
Wstałam. Zerknęłam wyostrzonym okiem na następny peron i co ja widzę? Tam stoi mój pociąg !!! O! w mordę!!!
Zerwałam się.  Biegłam  jakbym pracowała w Ministerstwie Głupich Kroków.. Dwie minuty przed odjazdem mój tyłek klapnął w przedziale.
A jak klapnął to przez megafon powiedzieli, że będzie odjeżdżał ....a wcześniej to nie było łaska coś mówić? A zresztą i tak nie słucham....


To byłby numer- zdążyć na godzinę odjazdu, ale popieprzyć perony i widzieć jak pociąg odjeżdża. Nawet tak potraw nie przyprawiam mocno.
Choć kiedyś bywało wesoło i o przygodach swoich z pociągami mogę napisać osobny temat.
Właściwie czasami dziwię się, że wciąż żyję ...


Wysiadłam na swojej stacji i od razu poleciałam do matki. Tam byli wszyscy. Dzieciaki, brachol i nasza rodzicielka, która zdążyła w nocy wrócić z Chorwacji.
- Mam dla ciebie prezenty. O!, a tutaj masz krzyż, mam nadzieję, ze znajdzie on miejsce w twoim domu.

Dostałam ataku śmiechu. Jej wiara po prostu wyłamuje mi nadgarstki, a nachalność mega wkurwia.

- Ale kobieto to twoja religia, przestań. Gdzie tequilla? - mówiąc to pomyślałam " Hahaha to jest moja religia".



A propos religii - szyizm stosowany

Proszę: do Diablebleu otrzymaliśmy od znajomych kolejny absynt  - dzięki! czekamy na Was :)




- Jest i rakiję też mam dla ciebie.
- To jest prezent jaki rozumiem. Dzięki.
Oczywiście doszło do wymiany zdań na tle religijnym i znowu wraz z przekleństwem wyszło ze mnie chamstwo. Ale tak grzecznie, rzuciłam ......., by nie wzniecać awantury.
Poszłam zrobić sobie kawę. Łyk. Tego mi było trzeba.
- Idziemy na basen, idziesz z nami? - zapytał się brat.
- Miałeś sam iść z dzieciakami.
- Przestań chodź.
I po kawie. Zostało parę minut do odjazdu autobusu, więc skoczyłam po strój i poleciałam na przystanek.. Wow, zaimponowałam sobie.
Godzinę temu wróciłam i znowu wyruszam. Zajebiście. I tak trzeba trzymać! Szkoda tylko, ze wcześniej mi nie powiedział, że mam jechać.


Na basenie spędziliśmy około dwie i pół godziny, bo dzieciaki nie chciały wychodzić z wody.
Zjeżdżalnia urzekła moje Stworki, więc często mnie tam ciągnęły. Starszy sam zjeżdżał, a Młoda ze mną.
I to szybko pędziłyśmy, aż córka piszczała z radochy. Ja zresztą też - a co mi tam ....



zjeżdżalnia ma tylko 64 metry a dzieciaki zjeżdżały na mnie  jak miały ok roku czasu- o łoł  - ale od wypadku z nogą wszystko zmieniło się tak naprawdę i teraz to do mnie dochodzi - więc czas przebudzenia przyszedł :)))


To niesamowite uczucie zjeżdżać rynną w dół z zamkniętymi oczami. Tunel dla dusz. I nagle buch w wodę.
I jeszcze raz. Ciekawe czy taki odlot jest po śmierci.

Niesamowitym uczuciem jest  także pływanie z tamponem. Miałam wizję, że może zaraz będę pływać niczym samolot latający podczas popisów akrobatycznych. Lot z czerwonym ogonem.
Co spojrzałam w stronę ratowników dostawałam dziwnej mimiki twarzowej. Ciekawe co by powiedzieli?
- Przepraszam, pływa pani jak ranna ryba.
Czy może...
- Hm, mam wrażenie, że za dużo pani wypiła barszczyku czerwonego i są skórne nacieki ...
Nie ma to jak bzdetami karmić głupawkę. No ale skoro lubi pić się chlor...
- Wyciągnąć pani korek?
(Nie, nie zmądrzeję nigdy)


Aby dobić potworkowe towarzystwo wróciliśmy do domu na piechotę zaliczając po drodze plac zabaw.
Spacer trwał ponad godzinę, ale dzieciakom nie rozjechało się nic- ani nogi, ani rzeczywistość. Twarde sztuki. Mi za to zaczęł się plątać języki. A ból w kolanie pulsował w głowie.

- I co synu? Wymoczyłeś jajka? - zapytałam się z brechtem.
- Dlaczego tak do mnie mówisz? - syn z powagą zwrócił się do mnie.
 -  Yyyyy - aż mnie zatkało -przepraszam, nie chciałam ciebie urazić.

Starszy przytulił się do mojego brata.
- Dziękujemy ci wujku za basen. Fajnie było.
Młoda też przybiegła. Podziękowała. Rozbroili mnie tym, ze sami z siebie docenili gest wujka. Super.
Przecież nie musiał ich brać.

A ja dorwałam się do ładowarki i podłączyłam tela. Odzyskałam mózg i serce. Smsy jak tlen. Jak można żyć bez telefonu.
Można jeśli świat skurczyłby się do jednej wioski. Świat jednak w tej kwestii jest odporny, za to virtual to jedna wielka wiocha. Klik, niczym przejście przez przecznicę, i wszystkich można złapać.

- Myślałam, ze wpadłaś pod pociąg, bo tak nagle urwało naszą rozmowę... - no tak, a co można pomyśleć, kiedy rozmowa kończy się nagle, dodzwonić się nie można a rozmówca stał na peronie?
- Nie, tym razem jeszcze nie to, to tylko bateria....proza ...
Fajnie uczucie jak ktoś się o nas martwi. Dzięki. To miłe.
A baterii będę pilnować jak papieru toaletowego na wyjazdach.



Zadzwoniła kuzynka.
- Dlaczego was nie ma w tym roku?
Hm...dobre pytanie

Mieliśmy jechać pod namiot w Beskidy, ale skoro pogoda staje się coraz gorsza zatem wyruszamy w Tatry.
Z mamuśką. Ktoś musi prowadzić rodzinną konwersację.
- Znowu mam się pakować? Jeszcze nie rozpakowałam się.
- To tak powiesz jak znajdziesz się w niebie, hehehe.
Spojrzenie spod byka znaczyło - o czym znowu ona pieprzy?
- No co, jak ci Piotr pomyłkowo otworzy niebiańską bramę I powie; wypad! to rzekniesz: ledwo weszłam, a mam wyjść?
- Ale ty jesteś walnięta ...

Nie wiem jak spędzimy czas i na ile pogoda nam pozwoli powłóczyć się. Nogę swoja mam gdzieś i tak boli.
Brachol też tam dojedzie. By się działo ...czy tam przelewało  .... w rzece wodę, ale....
SMS : Brachol, zmiana planów, też będziemy pod Taterkami, ale u ....
SMS: To wam się udało. Bawcie się dobrze

....ale bratowa to zapora. Co jest gorszego od teściowej? Bratowa.

To nic, ze nasze dzieciaki bawią się świetnie, to nic, że my się dogadujemy świetnie -najważniejsza rzecz to nienawiść. No to niech sobie tego kwiatka hoduje. Jej ogródek. Zresztą i tak nie łapie żartów....




Taterki, wciąż czuję wewnętrzny zew: Orla Perć - może tym razem wyciągnę mężulka na trasę przeżyć?


fotki z internetu- google,grafika






Cudny szlak ....przepiękny.


Przeszłyśmy go z kumpelą w wieku 17 lat, i tak mnie urzekł, że później wracałam na niego.
Moc przeżyć - adrenalina, widoki, kozice ...oderwanie od skały wraz z łańcuchem...
Kiedyś opowiem te dziwne historie włóczęgi mojej ...i braku rozwagi.
Ale rozważni przygód nie mają. Za to głupcy mają szczęście. Oto idealny system równowagi, by fajnie życie przeżyć. Zatem odwagi!
(hm....idealna para - rozwaga i głupek :D )




Za rok chyba poszukam chętnych na Orlą Perć - weekend z Arte w Zakopcu :))) -bo T. odmówił mówiąc;
- Oszalałaś?!
 - Sztywniak!
Także towarzystwo szaleńców będzie mile widziane.
I jeszcze mamusia przed chwilą zadzwoniła;
- Co mam zapakować?
- Jutro swój tyłek w auto.



------------------------------------------------------------------------------------------------------------



kolekcja syna.














ps odrobię zaległości jak wrócę, a póki co -wybaczcie  - pozdro;D