niedziela, 28 września 2014

.........

Rzadko mi się zdarza, ale jednak czasami przeglądam onet. Nie wiem po co, bo jałowość niektórych informacji pokazuje, że świat zmierza ....a nie wiem dokąd zmierza.
- Między Baronem a Górniak iskrzy. Iskrzący temat na pierwsza stronę.
- Baron zaliczył wiele towaru.
- To źle czy dobrze?
- Dobrze
- To czemu nie zaliczysz towaru?
- Bo nie jestem Baronem.
Nie jest Baronem za to jest znawcą płynu do demakijażu.
- Kochanie, jak używasz płyn to potrząsaj nim, bo widzę, że olejku nie ma a została ci tylko woda....
- Proszę?! O czym ty dla mnie rozmawiasz?
Byłam w takim szoku, że zamiast kawy i papierosa zjadłam śniadanie. Jednak lepszy jest mój zestaw.
Wolę przymulenie, lepsze jest na nie myślenie. Choć czasami myśleć trzeba. Niestety.

- Synu, dlaczego masz moje skarpetki na nogach?
- Twoje? Hahahahaha to dlaczego masz taka małą nogę?

Były  w jego szufladzie to ubrał. Proste. Proste jest sięganie ręka po to co jest nie zastanawiając się nad własnością. Moja szuflada, moje rzeczy. Proste myślenie jednak nie wyeliminuje błędów, jeśli sięga się w ciemno.
A ciemno zrobiło mi się od płaczu Młodej, która na wieść, że czeka ją szczepienie zaczęła wyć przez całą drogę: od przedszkola do domu zalewała się łzami i jęczeniem. Żadne sztuczki nie pomogły. Słowa też okazały się zbyt słabe, by przebić się przez pancerz rozpaczy.
W końcu syn tonem pełnym rezygnacji rzekł:
- Mamo, ja nie wytrzymam tego. Zresetuj mózg Młodej!!!.

Następnego dnia  Młoda siedziała uśmiechnięta w przychodni. Dzieci  wchodziły i wychodziły radosne, nikt nie płakał, nie było dramatów. Do czasu...
Weszłyśmy do gabinetu.
- Młoda, proszę rozbierz się do badania.
Młoda  strzeliła wielkimi oczami, które zaczęły być niebezpiecznie mokre i zrobiła parę kroków w tył.
- Nie .....nie chcę ...NIE ....
- Młoda od urodzenia nie lubi badań - poinformowała lekarka nową pielęgniarkę, która była zdziwiona zachowaniem dziecka.
I w tym momencie córa rozpłakała się na dobre. Nie dała zbadać się. Cudem połknęła dwie krople. Natomiast wbrew woli córki musiałam zdjąć jej rękaw bluzki, by otrzymała zastrzyk w ramię.
- Kurde, co za dziecko....wysiadam po prostu... -
- A ty co, lepsza byłaś?
- Hm.... a tak poza tym co ty robisz w przychodni?
- No przyjechałam do wnusi...
- Po cholerę?
Matka staje się moim cieniem. Podąża za mną. Mam wrażenie, że sprawdza czy jednak nie wybieram się w podróż bez powrotu. Tyle, że kiedy potrzebuję pomocy i proszę okupowane to jest dziwnymi słowami.
- To ja wyjadę, a ty zajmiesz się młodymi, ok?
- Jasne, jedź
Super? Genialnie. Kochana mamusia. Tylko jak zbliża się termin wyjazdu, nagle słyszę:
- To ja nie mogę wyjechać, bo muszę zajmować się twoimi dziećmi, a ty jedziesz?
Jest coś czego nie wiem? Na pewno jest coś czego nie rozumiem. Najpierw nie ma problemu, a potem, gdy zbliża się dzień wyjazdu, nagle jest. Jakby nie wierzyła, ze mówię serio. A kiedy zaczyna wierzyć to wraz z wiarą stara się mnie pacnąć. Po co mam się za bardzo cieszyć ...
Bywa, kiedy jej nie potrzebuję, a kiedy liczę na pomoc słyszę dziwne treści. Cała mamusia.
Fakt, ostatnio zajmowała się to Młodymi. Zajmowała się, kiedy załatwialiśmy pogrzeb. Kiedy pomagałam teściowej: odgruzowałam jej dom i podwórko. Zamiast dziękuję usłyszałam:
- No w końcu mogłaś zapoznać się z gospodarstwem.
- Chyba z syfem.
- No wiesz co!!!!!
- Wiem, bo napracowałam się ciężko...

Chciałam wyjechać. Skoro nie góry to może morze? Wypocząć w doskonałym towarzystwie. Zapomnieć o tych cholernych realiach. Po prostu poczuć radość życia...
Podobno chcieć to móc. Ale plany szlag trafił. Kolejna wyższa siła nieoczekiwanie wydymała mnie na cacy. Moja dusza rozpierdzieliła się na milion kawałków .... znowu niewypał, znowu coś ...
- Nie dramatyzuj ...
Boska stawiała mnie na nogi. A mi się chciało....łzy same leciały  ....Za dużo tego....
Nie tak miało wszystko być.
Lekkość bytu skamieniała i rozkruszyła się w drobny piach.
Dawno nie czułam takiej słabości, braku wiary, rezygnacji....zamieniłam się w mięczaka, aż wstyd.

Tym razem zamiast śmierci wyskoczyła historia z kolanem, która przyjmuje coraz bardziej absurdalny kierunek. Ignorancja instytucji i lekarzy wywala mi korki bezpieczeństwa.
- Zobaczy pan, panie doktorze jak nie zeświruję to palnę sobie w łeb ...
Niektórzy mówią: odpuść, olej ZUS, znajdź pracę i zacznij żyć, a z kolanem idź lepiej prywatnie na konsultację do kliniki, na rehabilitację.
Ilu ludzi tak zrobiło?
Wielu, zbyt wielu i instytucje czuja się coraz bardziej bezkarne.
Ale przecież płacę składki właśnie po to, by uzyskać pomoc, kiedy jej potrzebuję.

Orzecznika ZUSowka  zignorowała mój stan mówiąc, że  ból jest to subiektywne odczuwanie i o niczym nie świadczy. Hm, tylko dlaczego czując ból, własnie wtedy, kiedy nas coś boli, zgłaszamy się do lekarza?
Pewną młodą dziewczynę nasi ortopedzi ignorowali. Ból? Można z tym żyć. Co może boleć młodego człowieka? Tyle, ze po roku okazało się, że owy ból był związany z rakiem kości. Obecnie prowadzona jest akcja zbierania pieniędzy na leczenie. Oby udało jej się uniknąć amputacji nogi. A przede wszystkim pokonać szpiczaka. A ortopedom gratuluję poważnego podejścia do problemu pacjenta.
Wcześniejsza diagnoza pozwala na szybsze wyjście z choroby, ale z drugiej strony jak pacjent rozchoruje się to w 100% wiadomo co mu dolega i nie ma tu miejsca na mylną diagnozę, prawda?

Orzecznik podczas badania zamiast zając się stanem mojego zdrowia miała inny problem: jak śmiałam założyć sprawę przeciw ZUSowi i to moja wina, ze tak późno mnie wzywają na komisję. No tak moja wina ...Śmiałam zaskarżyć decyzję nieomylnych,  więc teraz czas na wyrównanie rachunków.
.
Wezwano mnie na komisję pięć miesięcy po złożeniu wniosku. Po czym, chyba w ramach zemsty, orzecznik przyznała mi świadczenie do pierwszego września. To nic, ze była już połowa miesiąca. Absurd? Absurd, bo nie miałam zakończonego leczenia. Ale co tam ....

Uznaję zatem nowy system wartości. Po Bogu nie są księża tylko orzecznicy. Potem lekarze. A potem księża. I politycy. Oto świta nietykalnych, którzy mogą zrobić z drugim człowiekiem wszystko. I to bezkarnie.

A te dwa tygodnie różnicy to co? Nie ważne, że rehabilitacja wciąż trwała, nieważne, ze odczuwam bóle, nieważne jest nic....
- Nie interesuje mnie co pani ma do powiedzenia ...
Proste? Proste.

A wystarczyła ludzka życzliwość: przyznanie świadczenia na określony termin i wysłanie do sanatorium na rehabilitację. Może to wystarczyłoby? Może.
Tak niestety nie stało się.

Lekarz prowadzący, ku mojemu rozczarowaniu, też pokazał swoją władzę i brak zrozumienia dla całej sytuacji, która stała się wyjątkowa  Nie przyjął mnie nie wiem czy z braku chęci czy czasu, każąc przyjechać na badanie w innym terminie. Co mu tam.
- ZUS nie śpieszył się, więc ja teraz mam się śpieszyć?
- Ale tu chodzi o mnie, proszę pana i o moja sytuację, proszę...
Nic z tego, Nie ubłagane NIE.
- Proszę przyjechać w ..... zrobimy badanie i zobaczymy.
. Kiedy pojawiłam się w wyznaczonym czasie uznał, ze nie ma czasu i skierował do innego ortopedy.
- Ale dlaczego pani nie przyjął? Nie chciało mu się pewnie....Pani nie jest moja pacjentką..
- Ale proszę mi pomóc wyjść z tej sytuacji, której jestem...bo nie wiem co robić.....
Jego ignorancja była kolejnym ciosem.
Pani w ZUS jak zobaczyła jakie wystawił mi zaświadczenie o dalszą rehabilitację sama z siebie wyciągnęła wniosek o przyznanie sanatorium.
- Lekarz rodzinny to pani wypełni.
Lekarz rodzinny przyjął mnie bez słowa i rejestracji.
- Wie pan, poczułam się w tych trybikach jak śmieć ...a kolano, ono ..
- Piszemy skargę do rzecznika praw pacjenta i do Warszawy. A ja pani wypisze nowe wnioski ...

Co z tego wyniknie? Nie wiem.

Niedługo miną dwa lata od wypadku, a ja wciąż słyszę';
- Nic pani takiego nie stało się ...to żadne uszkodzenie ...
tyle, ze jakoś nie odzyskałam swojej sprawności. A biegły sadowy uznał, ze trudno jest napisać jednoznacznie jakich doznałam uszkodzeń, ponieważ z każdego dokumentu wynikają inne ubytki.
No ale przecież to jest mój problem.
Ból? Ból to nie istotny czynnik, z którym można żyć.



z opinii biegłego sądowego:


Orzecznik na podstawie tej samej dokumentacji stwierdzila, ze nic mi nie jest, tylko staw mi przeplukano.....














środa, 24 września 2014

[*]

Pogrzeby mają to do siebie, że podczas ceremonii pogrzebu pogrzebać kogoś trzeba. Tak więc ziemia osunęła się na trumnę z ciałem, a ciałem tym był teściu.
Było to tak niewiarygodne wydarzenie, że nawet mucha, nie wierząc w to, kołowała nad nosem ciała chcąc je swoim brzęczeniem poderwać do siadu. Ciało jednak leżało. Bez oddechu.
I teraz Panie świeć nad duszą.

Teściowa została sama. Pocieszenie znalazła w lodówce. Tym razem, Panie, zgaś światło.
W lodówce.
Bo będziesz musiał światło zaświecić. Nad jej duszą.



Chcę by mnie spalono. Lubię ciepło. I zimne piwo. Ziemia jednak nie jest tak zimna jak trunek. Zatem wybieram spacer po chmurach. To lepsze od bycia przekąską.

Dziecko, te starsze, stwierdziło, ze kiedy ja umrę skończy się jego życie, zaś młodsze dziecko zaintrygowała myśl:
 - A jak wszyscy umrą to kto nas pochowa?

Sztuką jest wstrzelić się ze swoją śmiercią.

Teściu nie wstrzelił się.
Wybrał się w podróż w momencie, kiedy trzymałam bilet w dłoni. Chciałam powłóczyć się po Tatrach, a on w tym samym czasie postanowił pobujać się po zaświatach.
Więc kiedy on wyruszył w podróż, ja zostałam.

T. płakał za ojcem, a ja płakałam za ............tak, tak za teściem, oczywiście, jak najbardziej.
Każde z nas coś w tym dniu straciło.
Tylko teściu się bujał. Nie wiadomo gdzie. Miejmy nadzieję, że choć on miał uśmiech.

Na cmentarzu okazało się, ze nasz śmiały plan pochowania teścia obok mojego ojca nie wypali, bo teściowa woli prezentować swoje wdzięki w trumnie niż stać się prochem w urnie.

Zmieniliśmy cmentarz.

- Ale tu będzie pochowany na kimś innym.
-  Nic nie szkodzi, w końcu cały świat jest cmentarzyskiem.
- Powiedziałabym, że raczej kuwetą ...


Pan Andrzej, który miał na fotografii wytrzeszcz oczu wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej, bo to jego nagrobek poszedł do likwidacji. Przepraszamy bardzo, ale nikt za pana nie zapłacił. Pieniądze to nie wszystko, ale bez pieniędzy to jeden wielki ch ...


Teściowej też kupiliśmy miejsce. Jak szaleć to szaleć. Rząd dalej.

- No niestety musimy tak zrobić, bo tutaj nie ma już wolnych podwójnych...
- Nic nie szkodzi. Za życia spali osobną, więc czemu po śmierci mamy to zmieniać?


Zakład pogrzebowy był czystą formalnością. Wybranie trumny, klepsydry i krzyża.
- To już?
- Już.
Normalnie można umierać, bo to żaden problem.

- Patrz, w takiej urnie możesz mnie pochować.
- Ale to wygląda jak szkatułka na biżuterię.
- A czy ja nie jestem twoim skarbem?

 -Państwo w sprawie chrzcin?
- Nie w sprawie pogrzebu.
Kancelaria księży znowu strzeliła ponad bramkę. Tak jak 10 lat temu.
- Państwo w sprawie pogrzebu?
- Nie, w sprawie ślubu.
- Aaaa ? Tak? Bo tak na czarno jesteście ubrani.
Strój nie zmienił się, ale patrzenie Kościoła na nas owszem. Co za przeskok: ze śmierci na wiek produkcyjny.

Nastał poniedziałek. Organy, rodzina i zwłoki.
Emocje opadły.
A dusza dalej wzlatywała.


Teściu, szczęśliwej drogi .....







czwartek, 11 września 2014

by siebie zrozumieć...



"Nie mogę sobie dać rady. Ciągnie mnie. Tak jakby mnie coś omijało. Chwytam, muszę mieć – i znowu nic. I znów sięgam po coś nowego. Wiem z góry, że skończy się tak samo, ale nie mogę się opanować. Chwyta mnie, rzuca w coś, wypełnia mnie na chwilę i znów odrzuca, i pozostawia pustą jak głód, i znów powraca."
Erich Maria Remarque "Łuk Triumfalny"







A teraz stoję tu, z rozpostartymi ramionami
Oddycham czystszym powietrzem

Znalazłem wszystko, co utraciłem wcześniej

I kiedy spadam, lecę ku bezkresnym okręgom

Nikt mnie nie łapie, nikt mnie więcej nie zatrzyma

Znów nadeszły szare dni
Czas więc odpocząć, odnaleźć siebie
Zawsze chciałem to poznać
To rodzaj śmierci, w której nie jest się martwym




Pieprzona dusza. Latami obrabiałam ją na wolnym ogniu przyprawiając ją przyprawami płytkości. Biegłam próbując oszukać czas. Przekręcałam słowa, by zgubić ich sens. Milczałam. 
Obiecałam sobie nigdy nic nie czuć . Zamieszkać samotnie na szczycie obojętności, obojętności wobec świata. Ślizgałam się miedzy ludźmi, tak by jak najszybciej wypaść z tłumu i wpaść w cichy zakątek.
Nie ma mnie.

Ale byłam.

Słowa wracały nocą. Nabierały siły, z czasem stając stając się pułapką. W sieci słów złapane są dusze. Krążąc po nitkach wpadają na siebie. Jednak lep istnienia nie pozwala na odlot.
Tkwię znudzona w sektorze, gdzie blachy informujące już dawno wyblakły, zardzewiały. Tkwię nie wiedząc, gdzie jestem.
Brak orientacji jest jak gwóźdź co przybił.
Nie mam sił ani odwagi, by  wyciągnąć go.
Zresztą znajomość miejsc niczego nie zmieni. Wszystko jest iluzją. Rzeczywistość poprzez zalew słów zmienia swoje kształty jak powietrze w promieniach światła. Pryzmat spojrzenia kształtuje wszystko.
Uciekam w sen.

Budzą mnie słowa...

Tak dużo mam, a tak niewiele. Nienasycenie spowodowane nagłym głodem bycia.
Paradoks życia nokautuję żołądek. Nie chcąc nic więcej jest jak zaproszenie śmierci.
Ale czego mogę jeszcze oczekiwać od życia?
Chyba tylko końca.


Dojrzałość – powiada Bokonon – jest gorzkim rozczarowaniem, na które nie ma lekarstwa, chyba że uznamy za jakieś lekarstwo śmiech.        
  K. Vonnegut "Kocia kołyska"



Myśleniem można siebie wdeptać w glebę rozgoryczenia. A przecież na glebę przyjdzie czas. I na rozgoryczenie też, gdy dusza rozpływając się w ciemnościach westchnie ostatnim słowem:"Ups, nic nie ma? Nie ma nic...ku...wa!"

Po piątym pstryknięciu czajnika zalałam w końcu kawę. Siadłam przy stole. Mieszając nieskładnie łyżką w kubku wpatrywałam się w czarną ciecz. Zastygnięte ciało z ruszającą ręką rozśmieszyło mnie. Ciekawe czy jak pociągnę za drugi sznurek to ruszy się druga ręka? O! jest! Marionetka żyje! Tyle, że głowa w dół spadła...Uszkodzony egzemplarz. Przybicie. Cholerny gwóźdź.

Wyrwałam go niepokojem. W niepokoju tkwi nieziemska siła. Niepokojąco szybko czas mija. Niepokój zżera niepokój. Perpetuum mobile, które każe mi gnać. Poszukiwać. Czego skoro wszystko mam?  A moze jednak...?
Niepokój rozkłada skrzydła...

Nie godząc się tak jakoś intuicyjnie na to co jest, a tym samym chcąc więcej, zaczęłam poszukiwać nowych dróg. Idę po linie sieci słów. Niech wyrazy co krążą budzą moją duszę. Niech będą pokarmem, ubraniem, stylem. Drewnem w stosie.

Wydeptuję przestrzeń. Nowa ziemia, nowe niebo, tylko moje.

Na nagrobek.






wtorek, 9 września 2014

się zaczyna ...



Syn przy obiedzie strzelał fochami. Jak nie jedzenie to coś.....
- Zupa jest za gorąca!
- I super. Wygotuję wszystkie robale z przewodu pokarmowego - zaczynam żartować, by syna nie udusić, bo co jak co, ale  marudzenie uruchamia we mnie zapadkę: cierpliwość znika w otchłani złych emocji.
- Co? Jakimi robalami?Żartujesz?
- Ja? Ja nigdy nie żartuję. Każdy ma robale w sobie. Posłuchaj jak piszczą gdy wrzątek ich w tyłek parzy - przełknęłam łyżkę zupy i zaczęłam piszczeć wewnętrznym głosem.
- To ty!
- Jak ja? Przecież mam zamknięte usta.
Żart na trochę poprawił humor synowi. Ale jakaś chmura gradowa nadal wisiała nad jego głową.
- Ale i tak nie zjem
- I nie jedz ....
Wyszedł z kuchni i zaczął krążyć między pokojami.
Oho! Coś się stało...
W końcu przyszedł, ze łzami.
- Bo ja nie wiem jak ci to powiedzieć.....
- Ale co synku? - przytuliłam Starszego sadzając go na swych kolanach.
- Bo ....bo ...bo ... - chlipał.
- Powiedz prosto.
- Ale to nie to, ze ktoś mi zrobił krzywdę - syn wciąż popłakiwał - tylko, ze pani powiedziała, że mamy być pod klasą po drugim dzwonku, bo mieliśmy iść na plac zabaw a my z kolegami byliśmy na podwórku, więc - chlip, chlip, chlip - nie poszliśmy, bo po co mieliśmy iść skoro zaraz wychodziliśmy .....
- I co pani na to?
- I pani wyszła na podwórko i nie krzyczała. Powtórzyła co mówiła, wiesz o tym drugim dzwonku i ....powiedziała, że za to, ze nie słuchamy mamy obniżona ocenę z zachowania ....
Porozmawialiśmy na ten temat. Chłopcy logicznie myśleli, jednak polecenie było inne - proszę czekać pod klasą
- A wiesz nie miałem odwagi ci to powiedzieć...
- Dlaczego?
- Bo bałem się, ze dostanę manto.
- A kiedy dostałeś?
- Nie wiem
- To nie mów tak.
- I nie będę mieć kary?
- Nie. Przyznałeś się, porozmawialiśmy, jaka kara? za co? za rozmowę? Ale wiesz co masz robić?
- Tak słuchać się pani.
- I nie bać się mówić jak coś zbroisz.
Wtulił się we mnie mówiąc przepraszam.

Cholera, skąd wziął to lanie? Nie wiem ...

W przedszkolu wychowawczyni poinformowała mnie, ze córka nie chciała pracować. Wszystkie dzieci rysowały, a Młoda powiedziała:
- Nie!
i nie wzięła kredki do ręki. Panie zachęcały, pomagały, a córka wyła rycząc:
- NIE CHCEĘĘĘĘ.........NIE!!!!!!!!

Po drodze porozmawiałam z Młodą.
- Bo nie umiem, rozumiesz to czy nie rozumiesz....

Młoda po dłuższej rozmowie ze mną zrozumiała, ze jednak pewne rzeczy umie. W domu zaś znowu dopadła ją wielka niechęć.
- Nie umiem
- Chodź, pokażę ci - wtrącił się Starszy - zaufaj mi, dasz radę, potrafisz.
- Ale ty mnie nie kochasz....- wyła Młoda.
- Kocham nie kocham, ty dalej swoje, chodź rysować, bo mama ci bajek nie puści...
To był argument nad argumenty.
Młoda wytarła oczka  i pod czujnym okiem brata rysowała przejście dla pieszych, sygnalizator świetlny...
- Popatrz- rzekł Starszy to łatwe  i narysował Młodej światła.
Młoda wpadła w wir pracy
- Świetnie ci idzie - brat co rusz chwalił swoją siostrę.

Taki brat to niezła matka. Czy tam ojciec.

Młoda jutro ma zanieść pracę do przedszkola.
- I wiesz co masz zrobić?
- Przeprosić?
- Dokładnie.
- I nie chcę słyszeć, że nie pracujesz, rozumiesz?
- Noooo tak...

- Mamo, a kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Nie tak, powiedz tak jak mówisz: Noooo pewnieee...
- Noooo pewnieee...
- Ja ciebie też.











niedziela, 7 września 2014

wyłapane za dnia ...:)

Godzina pierwsza w nocy. Piękna pora na oglądanie księżyca i zapalenie papierosa. 
-  Zrobiłam sałatkę.
- O, sałatka! kolacji nie jadłem ...
- Ej to nie jedz, a sałatkę zostaw, niech się przeżre do rana...
- Mogę ją przeżreć ....do rana

Poranek. Śniadanie Młodych.
- Synu, do szkoły pójdziesz w krótkich spodniach skoro ci tak gorąco. Nóg nie przegrzejesz, jak wczoraj.
Na co Młoda:
- Ani jajek


Kąpiel Młodej to pora jej zaawansowanego gadulstwa.
- Mamo ja chcę mieć pomalowane paznokcie. Na fioletowo. Kobieta musi mieć zadbane dłonie
......
- Mamo, a kiedy urosną mi cycki? Chcę mieć takie duże jak ty ....albo jak tato....


Jedziemy autem. Babcia siedzi z tyłu pomiędzy dzieciakami.
- Babciu a co wolisz: przytulać się czy całować?
Babcia zapowietrzona spojrzała na wnuczkę ...i foteliki w boczki zaczęły uwierać.


Przed wyjazdem wpadł kolega Starczego, a Młoda do niego:
- A będziesz tęsknił jak nas nie będzie?







środa, 3 września 2014

funeral procession


Zasiedziałam się na tronie. Najlepsze miejsce na myślenie. Klatka dla myśli.  Równanie, jakie by nie było i z iloma by nie było niewiadomymi, to i tak,  zawsze w tym miejscu, ma jedno rozwiązanie. To tutaj wychodzi idealna puneta. Perfekcyjny wynik.Recepta na życie.
Diiiiiiing dooooooong...
Dzwonek do drzwi dzwoni? To on dzwoni? Tn dzwonek?!!
Zapomniałam jak brzmi sygnał dzwonka. Olewam. Nie ma mnie, nie istnieję.
Diiiiiiiiing diiiiiiiiiiiiiong.
Zaraz- rzuciłam w przestrzeń myśląc: "hm, może to listonosz przyniósł jakieś wezwanie ...."
Wyszłam z toaety. Szlag, nawet nie dadzą pomyśleć człowiekowi w spokoju. Olać wszystko z góry na dół, by nie powiedzieć, ze na wszystko to najlepiej ...  otworzyłam drzwi. A w progu kto stał? On i ona, nienagannie ubrani z nienagannymi uśmiechami. I jedna czarna teczka. W jego lewej ręce.
Wymiękłam ....
- Dzień dobry. Wróciliśmy, by porozmawiać o przyszłości.
Noż kurwa, ja pierdolę - w sam raz temat dla mnie. Idealny. I świetne towarzystwo, doprawdy- Świadkowie Jehowych.
- Ale co? Mam powróżyć wam z reki? - zapytałam się ironicznie - to nie ma sprawy, proszę o dłonie.
I wyciągnęłam swoją rękę ...
- Hahaha- ach te wyćwiczone śmiechy - nie, nie o to chodzi, chodzi o to czy możemy patrzeć w przyszłość optymistycznie...
Nie, no kurwa wymięknę. Perfekcyjny strzał na mój nastrój. Może moje drzwi promieniują moim duchem? Hm, potem muszę przyjrzeć się im z bliska.
- Jasne, ze tak - warknęłam - trzeba patrzeć w przyszłość optymistycznie, gdyby nie to, człowiek dawno strzeliłby sobie w łeb, prawda? A właśnie, może macie spluwę? Bang, bang...




Ich trening mimiki nie udźwignął moich słów. Po prostu strzelili baranim okiem aż wargi im się tak śmiesznie wygięły. Uśmiechnęłam się. Poprawili mi nastrój. Naprawdę. Tymi swoimi głupimi minami rozbawili mnie do łez. Chciałam im rzec- jedynka ze szkolenia gestów niewerbalnych, ale...
- Do widzenia - rzuciłam i trzasnęłam drzwiami. Mało kulturalnie, ale co tam.

Za oknem deszcz dalej z niesamowitym zacięciem obmywał szyby. Powinnam iść śladem przyrody - olać wszystko z góry na dół, ale zamiast tego, poczułam wewnętrzną powódź. Nie ma to jak jesienny klimat. Bez kolorowych liści na drzewach. I czekolady w szafce. I piwa w lodówce. I papierosów na półce. No dół jak nora.
Ból zęba, kolana, duszy - trójca, która powiesiła mój dobry humor na płocie niczym koszulę i poobcinała najpierw kołnierzyk, potem rękawy,  i guziczki i ciach ciach resztę materiału na gałganki, Może lalkę z tego zrobią?  Śmieszne rączki, takie krótkie i opadające bezsilnie w dół i nóżki dyndające: fik, fik.Czarne oczka, zielony nosek i fioletowe usta. Takie trupie. Nowy model zabawki  - Monster z osiedlowego podwórka.

"Twoje myślenie kreuje twoją przyszłość". Myślenie ...proces twórczy ...proces ...pralka reala...swoista suszarka dla sałaty, znaczy suszarka dla tych myśli, znaczy ten proces taki jest: myślenie niczym wirówka odrzucająca nieodpowiadające elementy. Wysuszanie z mokrości. Czymkolwiek ta mokrość jest.
"Myśl --> wzbudza uczucia i emocje,
Uczucia i emocje --> pchają do działania,
Działanie --> kreuje rzeczywistość."
Tak pisało na fb na Harmonii Istnienia.
Harmonia.
Ehe, chyba wezmę harmonijkę. I pognam na polne drogi, zasiądę pod wierzbą i pogram na niej.
Fałszywe dźwięki będą zagłuszać ciszę.
Nihil novi.
Nie myślę, więc mnie nie ma. René Descartes ujął tą rzecz odwrotnie. Pewnie dlatego, ze myślał.
Ale przecież wciąż jestem.
Jestem - aksjomat.
Gdyby myśleniem udało się siebie wyłączyć z systemu byłoby nieźle. Ale nawet w Matrixie technologia nie poszła tak do przodu. I nie pójdzie. Eutanazja jest zabroniona.
Jestem i leżę patrząc na krople, które spływają po szybie. Gonią się jak gęsi. Właściwie czemu nie?
Siadłam na rower wjeżdżając w deszcz.
Krople swoim łaskotaniem koiły ból. Jedna kropla zabawnie spłynęła po moim nosie wyskakując niczym Małysz ze skoczni. Hyyyyc. Niektóre lądowały na karku spływając w dół. Gilgotały.
Oczyszczenie w ulewie.W moczu aniołów. Urynoterapia wyższa. Święta.
Nie pomogła.





Pogrzebowa procesja trwa

Pogrzebowa procesja w moim umyśle trwa
Pogrzebowa procesja trwa
Pogrzebowa procesja w moim umyśle



czwartek, 21 sierpnia 2014

narka :))))



Z bratem widzimy się raz do roku. Niedawno przyjechał. Radocha była wielka.
- WUJASZEK!!!!
- Wujaszek? Synu, czyżbyś był Iwanem Groznym czy Dostojewskim?
Starszy lubi rosyjski. Ale nie ma go w szkółkach. Króluje angielski, niemiecki, a rosyjskiego brak.
I kto potem Putina zrozumie?
Bo on będzie jak Fidel Castro -nieśmiertelny.

Rozmowa z bracholkiem czasami mogłaby być prowadzona, jak dla mnie, w języku chińskim.
- Wiesz jak robi się kurczaka w sosie słodko-kwaśnym potrzebujesz oleju ryżowego ....
Udałam, ze rozumiem o co chodzi ...
- A ostatnio robiłem baraninę ....
- Brachu, nie możesz wrócić do Polski?

Jakie jest najbardziej kretyńskie pytanie?
- Zapytać się człowieka mieszkającego w innym kraju:
- Nie możesz wrócić do Polski?


Dzieciaki dopadły mojego młodszego klona i harcowały z nim równo.

 Kuzynostwo-syn był autkiem:)







 Zawody - kto ile pompek natrzaska :)



Pewien dzień....

Musiałam wyskoczyć do ortopedy. Brat przyszedł z rana, by przejąć opiekę nad dzieciakami, a ja poleciałam na pociąg.
Zostało parę minut do odjazdu, więc wyszłam na papierosa i pogawędkę z Boską. Papieros zgasł i bateria w telefonie też. Fuck. Zerwany kontakt ze światem.
Dobrze, ze wyjątkowo miałam zegarek na ręku.
Ale jak żyć bez telefonu?
To prawie jak bez mózgu.
Eksperyment: wyłączyć telefon na jeden dzień. Można nawet poczuć jakby się w stanie upojenia alkoholowego tańczyło na linie czasoprzestrzeni. Totalne zagubienie.

Pod gabinetem lekarza zaczytywałam się w Liczbach Charona, ale w końcu stwierdziłam, ze godzina czasu to wystarczający czas oczekiwania. Zresztą jeden pociąg odjechał, a drugi nie może.
Rozmowa z ludźmi w poczekalni jest jak wejście na arenę, gdzie czeka rozjuszony byk. Na szczęście udało mi się przekonać, że teraz to jest mój czas i moja pora.
Weszłam.
- Dalsza rehabilitacja, słabe mięśnie, i rzepka ....

Ups, to moja głowa pracuje jak lewe udo. Udo się albo nie udo.

Pognałam do endokrynologa. Matka ma kiepskie wyniki, a wizyta w 2015 roku. Może uda się przyspieszyć termin?

W sumie polityka państwa jest z punktu ekonomii bardzo dobra: dalekie terminy dla chorych tylko obciążą ZUS - zasiłki pogrzebowe, a NFZ za dobre wyniki i kalkulacje będzie mogło sobie przyznawać premie. I zmniejszać limity z roku na rok. Na cholerę tyle emerytów? Po co profilaktyka? Działanie na czas?
Umieranie jest cool. Marzenie wrażliwych artystów ....Czujcie się wyjątkowi.
No tak państwo dba o ludzi.


Zostało pół godziny do odjazdu pociągu, może wyrobię się w czasie..
- Mogę z panią wejść, bo chcę o coś zapytać się lekarki.
- Tak.

Tak? Wow! to takie nie spotykane. Krótkie, proste i pozytywne słowo: TAK. Pewnie dlatego mówi się, że trójka to szczęśliwa liczba. Trzy -idealny układ matematyczny.
Tak.
Przychylność człowieka powoli zaczyna być jak eksponat muzealny, zachwycającym unikatem.

- Naprawdę?  - poważnie byłam w szoku - Dziękuję.

Ale cóż po zgodzie skoro w gabinecie nadal siedziała pacjentka i to już, jak wieść w poczekalni niosła,, siedziała tam od 40 minut i jakoś nie zamierzała wychodzić. Czas, czas, czas... został kwadrans do odjazdu.

- Chyba wejdę do gabinetu, bo pociąg mi ucieknie - rzuciłam w panie siedzące na ławce.
- Niech pani wejdzie, niech pani wejdzie, może tamta szybciej wyjdzie? - nadzieja w ich w głosie ubawiła mnie serdecznie i dodała otuchy

Więc weszłam. Odwaga z mej strony była niesamowita, bo wejście do gabinetu lekarskiego, a tym bardziej kiedy siedzi pacjent to ....mówiąc krótko: lekarz nie potrzebuje batonika lion'a, by ryknąć paszczą.

-Tak? - zapytała się lekarka. O, miła ...
- Przepraszam bardzo, że tak wchodzę, ale ....

Skonsultowałam wyniki, nie jest najgorzej. W październiku mam zadzwonić, bo może znajdą się miejsca.
Najważniejsze jednak jest, że nie jest źle. Podziękowałam. Super!

- Dziękuję za dobrą wolę - powiedziałam paniom w poczekalni - do widzenia.

Pognałam na stację. Kupiłam bilet. Siadłam na ławce przy peronie. Książka.
Zerknęłam okiem na otoczenie
Pięć minut do odjazdu i ani na tablicy nic nie pisze ani ludzi?
Hm, machnęłam ramionami i zanurkowałam nosem w kartki.
Czekaj, nie ma nic - wdarło się w moja głowę. O co chodzi?
Wstałam. Zerknęłam wyostrzonym okiem na następny peron i co ja widzę? Tam stoi mój pociąg !!! O! w mordę!!!
Zerwałam się.  Biegłam  jakbym pracowała w Ministerstwie Głupich Kroków.. Dwie minuty przed odjazdem mój tyłek klapnął w przedziale.
A jak klapnął to przez megafon powiedzieli, że będzie odjeżdżał ....a wcześniej to nie było łaska coś mówić? A zresztą i tak nie słucham....


To byłby numer- zdążyć na godzinę odjazdu, ale popieprzyć perony i widzieć jak pociąg odjeżdża. Nawet tak potraw nie przyprawiam mocno.
Choć kiedyś bywało wesoło i o przygodach swoich z pociągami mogę napisać osobny temat.
Właściwie czasami dziwię się, że wciąż żyję ...


Wysiadłam na swojej stacji i od razu poleciałam do matki. Tam byli wszyscy. Dzieciaki, brachol i nasza rodzicielka, która zdążyła w nocy wrócić z Chorwacji.
- Mam dla ciebie prezenty. O!, a tutaj masz krzyż, mam nadzieję, ze znajdzie on miejsce w twoim domu.

Dostałam ataku śmiechu. Jej wiara po prostu wyłamuje mi nadgarstki, a nachalność mega wkurwia.

- Ale kobieto to twoja religia, przestań. Gdzie tequilla? - mówiąc to pomyślałam " Hahaha to jest moja religia".



A propos religii - szyizm stosowany

Proszę: do Diablebleu otrzymaliśmy od znajomych kolejny absynt  - dzięki! czekamy na Was :)




- Jest i rakiję też mam dla ciebie.
- To jest prezent jaki rozumiem. Dzięki.
Oczywiście doszło do wymiany zdań na tle religijnym i znowu wraz z przekleństwem wyszło ze mnie chamstwo. Ale tak grzecznie, rzuciłam ......., by nie wzniecać awantury.
Poszłam zrobić sobie kawę. Łyk. Tego mi było trzeba.
- Idziemy na basen, idziesz z nami? - zapytał się brat.
- Miałeś sam iść z dzieciakami.
- Przestań chodź.
I po kawie. Zostało parę minut do odjazdu autobusu, więc skoczyłam po strój i poleciałam na przystanek.. Wow, zaimponowałam sobie.
Godzinę temu wróciłam i znowu wyruszam. Zajebiście. I tak trzeba trzymać! Szkoda tylko, ze wcześniej mi nie powiedział, że mam jechać.


Na basenie spędziliśmy około dwie i pół godziny, bo dzieciaki nie chciały wychodzić z wody.
Zjeżdżalnia urzekła moje Stworki, więc często mnie tam ciągnęły. Starszy sam zjeżdżał, a Młoda ze mną.
I to szybko pędziłyśmy, aż córka piszczała z radochy. Ja zresztą też - a co mi tam ....



zjeżdżalnia ma tylko 64 metry a dzieciaki zjeżdżały na mnie  jak miały ok roku czasu- o łoł  - ale od wypadku z nogą wszystko zmieniło się tak naprawdę i teraz to do mnie dochodzi - więc czas przebudzenia przyszedł :)))


To niesamowite uczucie zjeżdżać rynną w dół z zamkniętymi oczami. Tunel dla dusz. I nagle buch w wodę.
I jeszcze raz. Ciekawe czy taki odlot jest po śmierci.

Niesamowitym uczuciem jest  także pływanie z tamponem. Miałam wizję, że może zaraz będę pływać niczym samolot latający podczas popisów akrobatycznych. Lot z czerwonym ogonem.
Co spojrzałam w stronę ratowników dostawałam dziwnej mimiki twarzowej. Ciekawe co by powiedzieli?
- Przepraszam, pływa pani jak ranna ryba.
Czy może...
- Hm, mam wrażenie, że za dużo pani wypiła barszczyku czerwonego i są skórne nacieki ...
Nie ma to jak bzdetami karmić głupawkę. No ale skoro lubi pić się chlor...
- Wyciągnąć pani korek?
(Nie, nie zmądrzeję nigdy)


Aby dobić potworkowe towarzystwo wróciliśmy do domu na piechotę zaliczając po drodze plac zabaw.
Spacer trwał ponad godzinę, ale dzieciakom nie rozjechało się nic- ani nogi, ani rzeczywistość. Twarde sztuki. Mi za to zaczęł się plątać języki. A ból w kolanie pulsował w głowie.

- I co synu? Wymoczyłeś jajka? - zapytałam się z brechtem.
- Dlaczego tak do mnie mówisz? - syn z powagą zwrócił się do mnie.
 -  Yyyyy - aż mnie zatkało -przepraszam, nie chciałam ciebie urazić.

Starszy przytulił się do mojego brata.
- Dziękujemy ci wujku za basen. Fajnie było.
Młoda też przybiegła. Podziękowała. Rozbroili mnie tym, ze sami z siebie docenili gest wujka. Super.
Przecież nie musiał ich brać.

A ja dorwałam się do ładowarki i podłączyłam tela. Odzyskałam mózg i serce. Smsy jak tlen. Jak można żyć bez telefonu.
Można jeśli świat skurczyłby się do jednej wioski. Świat jednak w tej kwestii jest odporny, za to virtual to jedna wielka wiocha. Klik, niczym przejście przez przecznicę, i wszystkich można złapać.

- Myślałam, ze wpadłaś pod pociąg, bo tak nagle urwało naszą rozmowę... - no tak, a co można pomyśleć, kiedy rozmowa kończy się nagle, dodzwonić się nie można a rozmówca stał na peronie?
- Nie, tym razem jeszcze nie to, to tylko bateria....proza ...
Fajnie uczucie jak ktoś się o nas martwi. Dzięki. To miłe.
A baterii będę pilnować jak papieru toaletowego na wyjazdach.



Zadzwoniła kuzynka.
- Dlaczego was nie ma w tym roku?
Hm...dobre pytanie

Mieliśmy jechać pod namiot w Beskidy, ale skoro pogoda staje się coraz gorsza zatem wyruszamy w Tatry.
Z mamuśką. Ktoś musi prowadzić rodzinną konwersację.
- Znowu mam się pakować? Jeszcze nie rozpakowałam się.
- To tak powiesz jak znajdziesz się w niebie, hehehe.
Spojrzenie spod byka znaczyło - o czym znowu ona pieprzy?
- No co, jak ci Piotr pomyłkowo otworzy niebiańską bramę I powie; wypad! to rzekniesz: ledwo weszłam, a mam wyjść?
- Ale ty jesteś walnięta ...

Nie wiem jak spędzimy czas i na ile pogoda nam pozwoli powłóczyć się. Nogę swoja mam gdzieś i tak boli.
Brachol też tam dojedzie. By się działo ...czy tam przelewało  .... w rzece wodę, ale....
SMS : Brachol, zmiana planów, też będziemy pod Taterkami, ale u ....
SMS: To wam się udało. Bawcie się dobrze

....ale bratowa to zapora. Co jest gorszego od teściowej? Bratowa.

To nic, ze nasze dzieciaki bawią się świetnie, to nic, że my się dogadujemy świetnie -najważniejsza rzecz to nienawiść. No to niech sobie tego kwiatka hoduje. Jej ogródek. Zresztą i tak nie łapie żartów....




Taterki, wciąż czuję wewnętrzny zew: Orla Perć - może tym razem wyciągnę mężulka na trasę przeżyć?


fotki z internetu- google,grafika






Cudny szlak ....przepiękny.


Przeszłyśmy go z kumpelą w wieku 17 lat, i tak mnie urzekł, że później wracałam na niego.
Moc przeżyć - adrenalina, widoki, kozice ...oderwanie od skały wraz z łańcuchem...
Kiedyś opowiem te dziwne historie włóczęgi mojej ...i braku rozwagi.
Ale rozważni przygód nie mają. Za to głupcy mają szczęście. Oto idealny system równowagi, by fajnie życie przeżyć. Zatem odwagi!
(hm....idealna para - rozwaga i głupek :D )




Za rok chyba poszukam chętnych na Orlą Perć - weekend z Arte w Zakopcu :))) -bo T. odmówił mówiąc;
- Oszalałaś?!
 - Sztywniak!
Także towarzystwo szaleńców będzie mile widziane.
I jeszcze mamusia przed chwilą zadzwoniła;
- Co mam zapakować?
- Jutro swój tyłek w auto.



------------------------------------------------------------------------------------------------------------



kolekcja syna.














ps odrobię zaległości jak wrócę, a póki co -wybaczcie  - pozdro;D


wtorek, 19 sierpnia 2014

myśli zczesane









Porwałam dzieciaki na stadion. Zrobiliśmy wycieczkę rowerową w stronę sportu. Młoda wyrobiła na podwórku krzepę i nieźle pedałuje, wiec mogła w końcu z nami pojechać.
Jeszcze trochę, a będę mogła z młodymi śmigać po polach i okolicy. Cudnie! Wreszcie będę miała z kim pojeździć. Reszta niech siedzi w domu i marudzi na pojebane życie.
Bo tak łatwiej.
Mi też.
Więc chce wzbić się na sztukę maksymalnego sportu.
Zmęczone mięśnie nie pozwalając głowie myśleć, dają radochę. A nawet satysfakcję. Choćby z wyrabianych łydek.


Nad nami były dziwne chmury. Wiał wiatr, który pachniał usychającymi liśćmi. Drzewa mruczały pieśń krasnoludów. Jesiennie się zrobiło. Dzieciaki grały, a ja leżałam w trawie. Wpatrzona w niebo. Moje myśli, gdyby zmaterializowały się, byłyby jednak wesołymi balonikami. Pewnie każdy uśmiechałby się widząc tak kolorowe zjawisko.
Czasami niewiele potrzeba, by jednak poczuć radość.
Ale lepiej marudzić.



Leżąc na trawie czułam tą chwilę. Chwilę radości i wyciągnięcia. Spełnienia. Tylko tą chwilę co właśnie trwa. Ten wiatr. To niebo. Ten błogi spokój. Ten moment życia. Reszta była poza mną.
Zieleń, błękit...właściwie mogłabym być owcą ...właściwie to mam coś z owcy, i bynajmniej nie jest to futerko.

Tyle, że owca nie dostałaby z rana takiej niespodzianki. No chyba, że byłabym kozą,to koza mogłaby dostać, ale do zjedzenia, bo one wcinają wszystko. A ja dostałam z rana porcję lovewstrząsów.
Dzieciaki wpadły do łóżka i budząc mnie dostarczyły pocztę. A oto co było w kopercie.



Syn sam zrobił kopertę,
a rysunki wykonali razem.


Jestem królową- jakby ktoś nie wiedział :))) (rys. Starszy)



 Ten rysunek powieszę na szafce, gdzie są czekolady, a kopie na lodówce - 
bo mam coś z misia - jesień zwiększa mi się apetyt, na wszystko, o łoł :D - a tu psze, dobry wymiar 
 (rys. Starszy)
-


A tutaj wyprowadzam kota i psa. (rys. Młoda)


Interesujące są chmurki w wykonaniu Młodej. Bo one własnie takie są. Płaskie od strony ziemi. 







Starszy znowu dał się zrobić w bambuko. Do mężula przyszedł sms - ding dong.
- Starszy otwórz drzwi. -krzyknął T mrugając do mnie.
Syn poleciał.
Ups, znowu żart.
Przyszedł do nas
- Znowu dałem zrobić się w konia.
Lecz tym razem zamiast nosa na kwintę, był uśmiech od ucha do ucha.
- No cóż, następnym razem może z nas zażartujesz? 




  • Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat
  •  Stanisław Jerzy Lec










niedziela, 17 sierpnia 2014

no tak



Rano, czyli koło 14.00 wpadła kumpela:
- Chodź na fajkę.
Gadka na ławce w uroczych porywach wiatru, które gubiły promienie słoneczne.
- No by nie było, ze nie pamiętam o tobie, bo ...
- Co blog? świnia jestem, co?
- Mało powiedziane.
Ehe, aa kosz i siata czeka ....

Sms.
- Cześć. jedziemy jutro do ....?
- Sorki, jutro dzień futryn. Nextem luz.

Wow! to ja Wam teraz będę dupy obsmarowywać......

Córa dostała kasę i poleciała do osiedlowego sklepu po loda. Jak poleciała tak ją wcięło. Patrzę z balkonu i widzę swoją latorośl siedząca na ławce wśród dzieci. W krótkim rękawku, choć wiało nieprzyjemnie. Jak tradycja każe, wydarłam ryja:
- MŁODAAA!!!!!
Jak tradycja każe Młoda także wydarła ryja:
- COOOO?
- CHOOODŻŻŻ!
Dzieciątko podbiegło pod balkon i w trochę cichszej tonacji została przeprowadzona rozmowa:
- Dlaczego nie wróciłaś do domu?
- Bo koleżanki...
- Zimno jest, chodź się ubrać. I gdzie masz kasę?
- Dałam koleżance.
- Idź po kasę i do domu!!!!
Dziecko pobiegło. Po czym siadło na ławce i dalej prowadziło konwersację z towarzystwem.
T. nie zdzierżył i poszedł po Młodą.
Młoda w  domu wpadła w czarną rozpacz. No bo jak- fajnie się bawi, a rodzice ....
O my potwory jedne....ogony nam już rosną i zębiska ...a kawa w krew się zamienia ...
- I przemyśl swoje zachowanie... - niczym amen na końcu pacierza, a litania była krótka acz treściwa.

Dostała zakaz wyjścia z domu. Wpadłaby pewnie w pierwszą depresję, ale do domu przyszli chłopcy: Starszy z kolegą. Zapomniała o płaczu, poprawiła włosy i pobiegła do nich.

Ale około 20.00 Młoda przypomniała sobie:
- Mamo, przemyślałam, mogę iść na podwórko?
- O tej porze?!!! Za późno, teraz możesz iść się myć i spać.
- Buuuuuu
Znowu ze mnie potwór wyszedł ...potwór zakazów. Straszny zwierz.

Kolega Starszego stwierdził:
- Jutro przyjdę do was.
- Ale po dwunastej, wcześniej nawet mnie nie budź, rozumiesz? - zwróciłam się do chłopaka, mając dość dzwonków o 9.00.
- Ale minuty wcześniej, ani później.
- Dokładnie. Punkt 12.00 jesteś u nas!
- I będę do 20.00 siedział. Osiem godzin zabawy czujesz to Stary?
- No będziemy rysować flagi.

- Mamo, ale obiecaj, że nie będziesz latać w piżamie ...
- Luz synek, ty się nie stresuj, do dwunastej może dam radę .....



T poszedł do kumpla, który zadzwonił mówiąc:
- Przyjdź, coś wypijemy, mam wolną chatę.
To poszedł. Z czteropakiem. I tyle wypili, co sam przyniósł.
Tak się robi imprezy.
Teraz my to wiemy.


- Mogłeś z nami zostać.
- Gdybym wiedział to na pewno wybrałabym was.
\
\A ja z kumpelą winko i rozmów czar. Dokładnie tak - trzeba życie za rogi brać i jak kiedyś spontanicznie wyjeżdżać na weekendy. Po prostu bez szukania wymówek- plecak i bilet.
Bo co zabierzemy stąd?










sobota, 16 sierpnia 2014

urodzinowo



-Love o poranku -


aż przypomina się nuta stara:))))






Młoda dmuchnęła świeczkę na torcie. Pięć lat minęło jak jeden dzień.
Założyła wrotki.
Zaliczyła glebę.
- Głupie są wrotki .....!!!! Buuuuu.......
Rzuciła nimi.
Zjadła coś.
Popatrzyła na wrotki.
Założyła je sama na nogi i podreptała.
Przez całą imprezkę chodziła w nich.
Nie poddała się.
Znalazła radość.
- Ale dostałam super prezent!!!

Wszystko potrafi być git, jeśli ma się nastawienie pozytywne.





Wracając do domu, oczywiście na wrotkach,  spotkała koleżanki.
- Wiecie co dostałam na urodziny?
- Wrotki!
- A skąd wiecie?

Przy okazji dostała instruktaż obsługi od starszych koleżanek.
Bo starszyzna wiecznie ma coś do powiedzenia i wie lepiej.

W domu wraz z bratem szaleli przy zestawie kreatywnym Activity Bag. -świetny prezent.
Zestaw zawiera różne rzeczy z których można tworzyć różne rzeczy.


Wycinali, kleili, tworzyli co chcieli. Wspólnie bawili się i bawią świetnie.










czwartek, 14 sierpnia 2014

pif-paf



Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła, jest cisza. 










Mózg rozmiękł mi od powszechności. Kruszeją nie wyprowadzane kości. 
Wycofałam się z życia.
Chociaż ostatnio kumpel wpadł:
- Dawaj mi swój numer telefonu, bo ostatnio chciałem cię wyciągnąć na piwo, i miałem tylko stary numer tela.
Reszta znajomych zjawia się jak dostaje ode mnie sms- "impra?". Więc w dupie mam.
Wszystko w dupie mam.
Przestaję scalać towarzystwo- bywajcie.
Teraz zajawka na samotność kontrolowaną: książki, rower, foto i kosz. I internet. A jak.
Moja izolacja najwyższą troską o duszę. 
I radochą.

wzięłam siebie na celnik - nie będzie dobrze,oj nie





Jeśli doprowadzisz do porządku własne wnętrze, 
to, co na zewnątrz samo ułoży się we właściwy sposób.

Eckhart Tolle










---------------------






Dzieciaki - 


teraz zaczyna się nowy etap jazd, na szczęście rowerowej :D




Młodą jeszcze trapią łzy. Płacze, jak tylko jest coś nie po jej myśli.
Wyje, zalewa się własnym żalem jąkając, że nikt jej nie kocha.
Zaczyna to być nudne. Może powinnam wywieźć Młoda w Tatry jak wieje halny - wywieje z niej marudę?
- To nie marudność tylko trening kobiecego focha.

A  kobietka z niej jest niezła....

- A co ty tak ładnie się uśmiechasz? Do mnie tak? - zapytał się Człowiek Widmo (pan od szaf) Młodej, a Młoda mu na to:
- Do pana, ładną ma pan wiertarkę ......



Syn za to stał się rekinem finansjery i ograł mnie w Biznesie po polsku. Zagrałam w prawdziwy biznes po polsku, zostałam puszczona w skarpetach.




majątek syna




mój majątek - 20 zł i wszystkie firmy oddane pod zastaw!!!! - po prostu Biznes po polsku :P








A poza tym, przysięgam, jeszcze raz przeczytam Koziołka Matołka, a czytam rano i wieczorem - sama wyruszam do Pacanowa ......







Twórczość ma jednak różne oblicza ;ddd


prawie jak Salvador Dali :)


A syn słowa piosenki napisał, pt "Wszyscy zabici" ......tekst niestety przepadł.





A poza tym zakończyłam, póki co rehabilitację, i nie muszę już wisieć.




lepiej uprząż na nodze, niż na głowie ;d

z widokiem na takie gażdżety ;0



Bajka na dzień dobry, bajka na dobranoc

Pewien człowiek chciał zobaczyć, jak jest w zaświatach. I pozwolono mu zajrzeć tam na chwilę. Zobaczył, wielki, wielki, wielki kocioł z bardzo pyszną potrawą. A wokół tego kotła siedzieli bardzo smutni ludzie. Byli okropnie głodni i wychudzeni, bo mieli łyżki o tak długich trzonkach, że chociaż mogli nimi zaczerpnąć z kotła - nie mogli ich włożyć do ust. Zaraz potem wpuszczono tego człowieka do pokoju obok. Był taki sam wielki kocioł z tą samą pyszną potrawą i tak samo długie były trzonki łyżek. Ale ludzie siedzący naokoło kotła byli weseli i zadowoleni. Po prostu - wpadli na to, żeby podawać sobie nawzajem jedzenie na tych długich łyżkach. Każdy karmił drugiego, nie siebie. I wszyscy się najedli. 
I okazało się, że to właśnie było Niebo. 
Przypiski Kaziemierza Wójtowicza

środa, 13 sierpnia 2014

nie ufam ci


Siedzę na balkonie. Wpadła Młoda.
- Mogę zobaczyć czy są moje koleżanki?
-Pewnie.
Młoda podeszła do balustrady i patrzy, patrzy i  w krzyk:
- O jest Miłosz. To on mnie kopnął w cipkę! Mogę iść na podwórko?
Na te słowa wpadł Starszy na balkon:
- Nie ma twoich koleżanek i po co będziesz szła? Żeby cię znowu kopnął?
- Ale on już przemyślał swoje zachowanie.
- Ale nie widać twoich koleżanek!
- Ale one są.....może tam w krzakach siedzą!Mamo, mogę iść na podwórko?
- Możesz, ale później, bo zaraz obiad będzie.
- Młoda! nie idź! mówiłaś, ze będziesz ze mną książki oglądać i co? Kłamałaś. Nie ufam ci już.



Porozmawiałam sobie z córeczką na temat kopnięć. Słów. Pobycie na podwórku.
Ale przecież ja sobie mogę mówić.
- Wiem, wiem, mogę iść?



Tej nocy miały spadać Perseidy. Nie widziałam żadnego. Ale za to widziałam jedną gwiazdę. Upadłą. Na białe ucho, gdzie zasnęła.
Ech...







poniedziałek, 11 sierpnia 2014

NIEZŁY KAWAŁEK EWOLUCJI




sprzed nastu , 15 lat temu napisany.......









NIEZŁY KAWAŁEK EWOLUCJI





Byłam. Istniałam. Przebłyski, błyski i zapaść w czeluść. Traciłam zmysły. Lot w przepaść bez dna. Kostniałam. Na chwilę, moment, wieczność. Aby nieoczekiwanie powrócić z niebytu. Ból, szepty budziły mnie. Nie wiem kim byłam. Ale byłam. Istniałam.
Niewątpliwie.
Zagubiona próbowałam wniknąć w świat. Na moment. Znów poniosło mnie. Gdzieś, w inny kąt. Nieśmiała chowałam się w cienie. Tam było tak ciepło, przytulnie i bezpiecznie. Przechodziły mnie dreszcze i niespokojne sny. Ale ta myśl ... spocona budziłam się krzycząc.
Marzenia – takie wątłe, kruche, przejrzyste. Coś się we mnie tliło. Coś ... ulotnego. Chciałam dotknąć tego, jednakże niemoc wymieszana ze strachem chowała moje dłonie pod poduchę. Zaciśnięte pięści do krwi, moje łzy ... brakowało mi słów. Tkwiła we mnie jakaś prawda, nienamacalna prawda.
Byłam przerażona. Byłam podniecona. Byłam, byłam, byłam .... Przecież wciąż jestem ....
Jestem? Kim?
Nieśmiało słuchałam szeptów, rozpoznawałam barwy. Czułam jakieś istnienia, zaprzeczenia własnej samotności. Chciałam zaklaskać z radości, ale .... nie mogłam. Zesztywniała, tkwiłam w głębinach. Nie miałam sił, aby się wyrwać. A tak chciałam przestać tkwić, a zaistnieć. ...
Jakoś inaczej ....
Nie wiem jak. A może jednak wiedziałam?
Błysk myśli wystarczył, aby mnie speszyć. A wówczas zaczynałam śpiewać. By zagłuszyć to ... co czułam przez skórę, to ... przed czym uciekałam, to ... co przeczuwałam, to ...
Kiedyś było życie ...
A teraz? Co?
Żyłam w zamknięciu. Będąc nie byłam, tkwiłam w czymś ... Znów straciłam przytomność.
Czas jest poza mną. Jak i zapomniana tajemnica życia.
Czasami budziły mnie krzyki, tęsknoty, rozmowy, ból. Mieszanka dziwnych energii, nie moich. Może to one były treścią mych snów? Splatały się w moje istnienie, narzucały rytm.
Czy ja coś mam? Nie rozróżniam barw, nie rozumiem słów, ale ... chcę poznać, chcę się wyrwać ... ale ...
Dokąd? Gdzie? Po co?
Przerażona, czasami obojętniałam. Pogodzona z losem nie walczyłam. Bo ... i o co?
Zamykałam się we własnym wnętrzu, skulona drżałam ... bałam się. Prawdy której nie znałam, a która tkwiła uparcie za mną. Bałam się własnego cienia ... nie chciałam się oglądać.
Dość!!!!, zamykam oczy i ....
Zasypiam. Z mantrą na ustach: „ Och, Boże, jakbym chciała zaistnieć!”
Zasnęłam.
Śnię.
Śpię.

Obudził mnie ból. Złapałam głęboki oddech i .... zapach postawił mnie na nogi, otworzyłam oczy i ... to niemożliwe ... co ja widzę? . . kolory i obcy świat. Zagubiona, szczęśliwa ... zemdlałam.
Na chwilę, by znów obudzić się, by stanąć ... czyżbym do tej pory żyła w świecie iluzji, własnych kompleksów, urojeń, depresji, w zniewoleniu???!!!
Stanęłam. Stanęłam? Stanęłam !!! Stoję. Odrętwiała prostuję się. Wymachy rąk, wymachy nóg, radość, że mogę . . . ja biegam!!!!!! I oddycham. I mam głowę, myśli szalone Ja żyję!, naprawdę żyję!!! Czuję się tak jak nowo narodzony człowiek. Rozglądam się dookoła, nie wierzę, szczypię się, słońce skórę mi grzeje, nie boję się. Po raz pierwszy wiem, kim jestem – człowiekiem, niezależną jednostką. Silną, niezniszczalną osobowością. Poczułam życie, własny dotyk, puls, byłam .... nie wiem co się stało, ale zaczęłam istnieć tak, jak nigdy dotąd. Urosłam w siłę.
Oszołomiona pełnią barw, otoczeniem, mamroczę:
  • To jest raj.
  • Cześć!
Obróciłam się. Zobaczyłam to spojrzenie, usłyszałam ten głos, znajomy głos, poczułam ten dotyk dłoni ... Zmroziło mnie, dreszcz, po raz pierwszy przyjemny. Poczułam się .... poczułam się ... Tak, jestem kobietą. Urosłam w siłę.

- Witaj, Adamie.