niedziela, 16 lutego 2014

taki czas...

Córka w płacz. Wpadamy z synem do pokoju. Co się stało? Młoda walczy ze skarpetką - no złośliwy materiał na nóżkę wejść nie może.
- Nie mogę ..........buuuuuuuuu
- Jedną ręką wkładasz? Jedną ręką to się po tyłku możesz podrapać.
Nie ma to jak wsparcie faceta.
- Nagadałeś się?, to może teraz pomożesz siostrze?
Popatrzył na mnie jak na kosmitkę i prychnął. Rozumiem ten gest - kiepski żart.
Pomogłam Młodej założyć skarpetkę na stopę. Otarła łzy, trzepnęła włosem i już był uśmiech. Niesamowicie szybko przechodzi z jednego stanu w drugi. Rasowa kobieta. Jazda bez trzymanki.
A ja mam alergię na płacz. I otwiera się we mnie klapka i całe zło świata paruje mi uszami.
Płacz zamiast działania. Płacz z byle powodu...Wiem, ze to jest dziecko, ale ona nie jest ciapą, to bystra i fajna dziewczyna i takie zachowanie jest po prostu czymś ....absurdalnym i bezpodstawnym. Ech......no ale jest babą.
Naprawdę zacznę przyjmować dożylnie melisę. Albo nie wiem co.
Bo potem sama na siebie wściekam się, ze wściekłam się. Bo co?
Bo baba.

- Mamo nie oddawaj tej książki.
- Śnieżki?
- Tak, bardzo ją lubię.
- -Ale ją czytałaś dużo razy. To głupie czytać cały czas jedną książkę. -syn zjawił się znikąd, zawsze musi być przy rozmowie.
- Ale ja ją lubię.

A ja już nie mogę jej czytać.

Zła Królowa zapytała się lusterka:
- Lustereczko, powiedz przecie gdzie są moje pierogi, bo zaraz wystawię rogi!

Przerabiam ostatnio jak mogę.

Śnieżka i Królewicz żyli długo i szczęśliwie. I mieli dwoje dzieci: Starszego i Młoda.

Dzieciaki śmieją się niesamowicie i sami zaczynają wykazywać się twórczością.

Pewnego dnia, gdy śnieżka czerpała wodę ze studni, na cembrowinie przysiadło stadko gołębi. O dziwo Śnieżka zrozumiała ich mowę. A gołąbki gruchały:
- A znasz dowcip o słoniu i mrówce? Dżdżownica nam opowiedziała .......


Bo syn oczywiście przylatuje i słucha. Choć co za głupia historia.

- Nie  do końca synu...

I zaczyna się rozmowa o sztuce miłości i sile serca.


U Starszego natomiast na topie jest Władca pierścieni. Szkoda, ze sam jeszcze nie umie czytać, bo czytanie tego na głos bywa nie lada wyzwaniem. Można usnąć. Choć osobiście uwielbiam tą trylogię to jednak czytanie tego dziecku powala na podłogę.
Kurcze, chciałabym pojechać do Nowej Zelandii i zobaczyć to wszystko. Właściwie to żałuje, ze tępa dzida ze mnie , bo gdyby język był opanowany - to ciach - oto moje nowe miejsce na ziemi. Albo Islandia. Polecieć na wariackich papierach i spróbować się odnaleźć. A nie - utkwienie w bloku w mieście zapomnianym, w państwie bez przyszłości.

Z bibliotecznych łowów to jeszcze jedna, oprócz Królewny Śnieżki, zaległa nam książka. Książka o potwornych potworach, co atakują w każdym wieku.




Moje dzieciaki zostały zaatakowane przez potwory niejadki. Zbuntowały się mówiąc, że tej zupy nie zjedzą. Jarzynowy koszmar. Zbuntowałam się i ja :
 - Będziecie siedzieć w kuchni dopóki nie zjecie.
Niech poznają siłę i zło matki, a co! Więc zasiedli sobie przy stole zabijając czas nie mlaskaniem, a zagadkami.
- Co to jest rano ryczy i marudzi i zadaje głupie pytania?
- Ja! - krzyczy zadowolona Młoda.
I rechoczą.
Zaczynają między sobą rozmawiać. To piękne. Lepsze od pustego talerza.
W miarę upływu czasu trochę jednak zjadły, więc odpuściłam. Aż taką zołzą nie jestem.
Mało tego, włączyłam się w zabawę.
- Zgadnijcie jakie stworzenie mam na myśli poprzez zadawanie mi ukierunkowanych pytań. Wiecie jak w grze A kto to. Podpowiem,jest to stworzenie, które spotyka się w domu i jest ohydne.
- Mysz? - strzelił syn.
- Nie.
- Ja wiem- krzyknęłam Młoda - to Starszy!
i znowu rechot. Brat się nie obraził. Za to wymyślił zagadkę na Młodą.


 Zapytałam się matki kolegi syna, czy jej pociecha jedzie na obóz sportowy.
- Nie!, boję się, wiesz mam go jednego.
Zatkało mnie.
- Eeeeee... niew wiem, mam dwójkę dzieci, ale to nie znaczy, ze się nie boję....
I machnąwszy ręką poszłam.
Choć powinnam zapytać się czy jak będzie miała drugie dziecko to jest to równoznaczne z położeniem lagi na pierwsze.Ale to nie moja brocha. Każdy żyje po swojemu. Oceniać nie będę.
Widocznie jestem wyrodna.
No ale blaszka połamana też się boję, ale nie można przez uczucie strachu trzymać dziecko w klatce. Bo albo dziecko się uwiąże albo samo zerwie się  z matczynego łańcucha tak, że ...dopiero strach myśleć jak tacy ludzie potrafią zachłysnąć się wolnością.
W każdym bądź razie wpłaciłam zaliczkę na obóz. Ćwiczy to musi jechać. W między czasie okazało się, ze jest to 10-dniowy pobyt. Byczo. Myślałam, ze to 7 dni, mąż, że 5 dni, ale co tam -będzie dobrze. Potem syna oświecimy.

Póki co to ja opuszczam dom. Na ile? Nie wiem. Jutro mężulo mnie wywozi na atrakcje: strzał w kręgosłup i kuweta. Omdlewam. Pal licho ze szpitalnym jedzeniem - zimne i niedobre, ale siusianie w blaszaną miskę tak jakoś mnie mrozi. A nie daj Boże, tak kupę walnąć.
Tej nocy miałam sen.
Mooniek mnie odwiózł do szpitala i zostawił. Pojechał sobie choć mówiłam, że to nie ten szpital, ale on tylko wzruszył ramionami mamrocąc coś o braku czasu i tyle go widziałam. Siadłam w poczekalni przed izbą przyjęć. Siedziałam jak osowiała cipa patrząc na ten absurd jaki był wokół mnie. Plątanina ciał, kłótnie przy okienku. Na podłodze walające się buty. Co to jest? Popatrzyłam na zegarek. Była 9.30. Stwierdziłam, że mam jeszcze pół godziny, by dotrzeć do swojego szpitala. Podniosłam torbę. Była lekka. Otworzyłam ją i zobaczyłam, ze jest tam tylko piżama. Cholera! Chciałam wyjść jak najszybciej, by zrobić jeszcze zakupy, ale nie miałam butów na nogach. Zaczęłam kręcić się na czworakach szukając swojego obuwia wdając się w dyskusję z kimś obok na temat koloru moich trepów. Ubrałam by le co, bo było do pary i wyrwałam stamtąd. Biegłam i przeskakiwałam płotki wpadając na jakąś burdę na ulicy. Nie wytrzymałam tego i .........obudziłam się.
Ledwo otworzywszy oko wysłuchałam porad mężula na temat mycia i pielęgnowania patelni. Nie miałam sił , by cisnąć w niego poduszką. Ale za chwilę podał mi do łózka omlet z nutellą, więc w niego zęby wbiłam.

Mam nadzieję, że artroskopia zakończy się sukcesem. Mam nadzieję, że za rok stok będzie mój. Na razie straszyli mnie kilkoma miesiącami rehabilitacji. A jak będzie- wkrótce okaże się. W końcu zejdzie ze mnie niepokój...

Od jutra odcinam się od neta. Zanurkuję w kołderkę i w książki. Samotnie będę tkwić w obcym mieście. Mężulo w pracy, a matka z dziećmi.
I znowu powtórka, jak sprzed roku...

Psze, się módlcie, trzymajcie kciuki, za co z góry mówię - DZIĘKI! :)







Wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina
wyginam płetwę rekina 
a rekin?
mnie wcina!


Pieśń ojca i syna (są autorami słów :D)






sobota, 15 lutego 2014

o miłości słów parę ....



Walentynki, Walentynki....ten dzień mógłby być zapłonem na eksplozję uczuć na resztę dni. Ale codzienna bieganina i szarzyzna życia potrafi przyćmić inne kolory. Podobno. Choć tak naprawdę  wszystko zależy od nas. Przecież nie potrzebujemy krzyku sprzedawców i witryn sklepowych i ataków ze wszystkich stron, by pamiętać, że kochamy. Czasami można dać drobiazg, uczynić dzień lepszym....przytulic, pocałować, napisać wiersz, albo zorganizować wieczór. Dać się ponieść zawsze.

Swoją wytrwałością nauczyłam mężula, że można jak się chce. W końcu załapał i zaskakuje mnie. Po tylu latach, wciąż ...Boski gość, jak mnie nie wkurwia.

No własnie czym jest ta miłość? Zagubiona cytowała na swoim blogu wypowiedzi dzieci, które wypowiadały się na temat zakochanych.
Zatem natchniona tym wpisem przeprowadziłam wywiad wśród swoich Gadziątek.

- Młoda co to znaczy zakochać się?
- Yyyy to znaczy yyy mieć serce dla kogoś.
- A co robią ludzie zakochani? Jak ich poznać?
- No całują się, przytulają, tak, tak ...tak ... jak w M jak miłość.

A jakie jest spojrzenie syna na miłość?

- Ludzie wtedy kochają się. I biorą ślub.  I wspólną kąpiel. I całują się i takie tam. I potem mają dzieci. I muszę je wychowywać. I mają fioła na punkcie tych dzieci. Tak jak wy.
- Ale powiedz mi jak zachowują się ludzie zakochani? Jak to poznać, co?
- No jak? są psychiczni, nienormalni i tylko to robią -i tutaj syn zaczął cmokać wysyłając tuzin całusów w powietrze.. - mogę telefon?
- Czekaj, powiedz, jak było w szkole.

Na lekcji dzieciaki robiły Walentynki. Syn dostał od kolegi. Sam też dał swojemu przyjacielowi. Mieli ubaw. Taki wiek. Baby są głupie i tyle.

Wieczór nadszedł nie wiadomo kiedy. Zapiekanka włożyłam do piekarnika. Oświetlenie, winko. Przebrałam się tam jakoś pod ubraniem. Będzie ubaw - pomyślałam sobie.  Wszystko zgrane w czasie. Idealnie.
Mężulo wszedł do domu.
- Hm, co za zapachy? a Tobie co się stało?
A ja co? Kichnęłam. 10 razy.
Ups, poszło. Mooniek w śmiech:
- Masz już majtki mokre?!
- Yhy. Na sam Twój widok.

Ja to zawsze coś zmoczę.






piątek, 14 lutego 2014

Śnięty Falenty


Dobrze, że w końcu nastał ten dzień. Dzień Śniętego Falentego. Ostatnio bowiem Młoda była tak zaaferowana Balem Walentynkowym, że każdy dzień witała jednym pytaniem:
- Czy dzisiaj jest bal?
 - Nie, kochanie, to nie dzisiaj.
Odpowiedź negatywna powodowała płacz.
Zresztą teraz weszła w taki okres, że o wszystko płacze. Ma być teraz, już, natychmiast.

W przedszkolu też pokazuje różki. Cała grupa szła na podwórko a Młoda postanowiła zostać w sali. Kiedy panie wyszły z dzieciakami do szatni to Młoda wyrwała za nimi i ubrała się bardzo szybko. Po prostu trzeba czasami ją zostawić z jej własnymi myślami. Im bardziej nalegamy tym bardziej wychodzi jej to bokiem.
Nie wiem kiedy jej to minie, ale czasami odpadam jak kafelek z PRLowskiej łazienki.
A że nerwus i raptus ze mnie okrutny to i zębami trąc poruszam mury bloku.
- Zamknij twarz - wyrywa mi się
A dziecko łkając:
- Mamo mówi się mów ciszej.
- Przepraszam, masz rację, ale nie wyj już proszę.

Nadszedł ten dzień, dzisiejszy dzień, więc wczoraj przymierzyłyśmy strój: sukienkę, skrzydełka. Młoda zażyczyła sobie, o zgrozo!, pomalowania pazurków. No cóż w końcu to bal. Wypięła pierś dumnie i poleciała do chłopaków.
- Patrzcie! Fajnie?
- Ale śmierdzi to!
Ach, ci faceci ....
Jednak Młoda mając twardy charakter pozostała niewzruszona. Odgarnęła włosy tym swoim ruchem:
- Gram z wami, dobrze?
Szalona trójka roznosiła mieszkanie od śmiechu. Gormity wróciły do łask.


Dzisiejszy poranek ...Myślałam, ze chociaż dzisiaj córka zerwie się z łózka, ale gdzie tam. Bal? Poczeka. Mało tego zjadła kromkę z nutellą po czym swoją buzię wytarła w swoją bluzkę. Bluzkę przygotowaną na bal. Opadłam. Kolejny poranek na wariackich papierach. Walentynkowo wydarłam ryja. I znowu płacz ....Nie tak miało być, cholera. Nie miałam czasu, by zrobić kucyki.
Buziaków sto zniwelowało napięcie.
Zdążyliśmy...uffff.....oby reszta dnia była dobra.



Teraz ogarnę mieszkanko. Jedno i drugie.
Kupię winko. Coś na sałatkę.
Małe drobiazgi mam już dla wszystkich.
Niech mnie dobrze zapamiętają, swojego czuba, hahaha.





Życzę Wam  by ten dzień był pięknym dniem. Dajcie się ponieść :)))).










A jednak gdzieś na przekór coś ha ! :P








czwartek, 13 lutego 2014

taka zajawka :)



Śniadanie. Starszy chciał samą kromkę.

- Mamo, patrz mam wygryzłem Myszkę Miki



Cudowna. Rozbroił mnie tym niesamowicie.


Dzieci, odprowadziłam do instytucji.Wracając do domu znalazłam 20 zł. Na ulicy leżało sobie porzucone. Podniosłam szukając kogoś szukającego. Nie było to schowałam do kieszeni. Głupio zostawić.

Znak od losu.
Ha! Jeszcze niech znajdę 110 zł i straty odrobię.
Póki co telefon poblokowałam, opcje płacenia wyrzuciłam. Młodzi jednak dalej grają, bo skoro Młoda tyle kasy zainwestowała to niech mają. Ta gra ich jednoczy, aż miło patrzeć. Więc cena za zawieszeni broni była dość niska.

Tutaj grają w angry birds, ale porwało ich Hill Climb Racing

zresztą my też w to gramy, hahahaha :P
Śmiałam się,że jest to gra dla feministek bo łamie się chłopu kręgosłup, na co syn odparował:
- Albo dla wściekłych żon.
Hahahaha


Siedzimy przy obiedzie. Ja i syn. Starszy mieli makaron z sosem. Powoli, bo w zęby kłuje. Jak każde jedzenie zresztą. I nagle w tej ciszy wypalił:
- Ty jesteś diabłem niebios.
- Co?! - zaczęłam się śmiać.
- No tak. Tak się ubierasz, tak się wściekasz i fajna jesteś.
I wyszło, że ze mnie jest piekielny anioł. No pięknie po prostu.
Powoli zwijam skrzydła - nadchodzi czas wakacji w szpitalnym łóżku. Nie cierpię tego. Ustaliłam grafik oraz zrobiłam zakaz odwiedzin. Zakopię się pod kołdrą, by jakoś przetrwać
I jakoś mi to wszystko powiewa. Odzyskałam spokój. Będzie jak ma być. Pewnych rzeczy nie przeskoczy się. Więc co ja będę trawić, przeżywać. Bez sensu. Lepiej poczytać.


sobota, 8 lutego 2014

rozmówki rodzinne

Młoda kocha Matyldę. Matylda to piękna krówka. Córka bawiła się swoją zabawką, a syn patrząc na to wyparował:
- Młoda ty jesteś krową, hahahaha.
- A ty jesteś...
- No? Kim jestem?
- Osłem - odparowała szybko Młoda.
Mistrzyni riposty. Rozłożyła nas wszystkich na łopatki.
A potem zakopała nas pod pachy.
Mistrzyni dzisiaj grała na moim telu. Gra polega, że jeździ się samochodzikiem po planetach zdobywając wirtualne pieniądze. Fajna gra dla feministek, bo jak samochód upada to facetowi łamie kręgosłup.
Jednym słowem zabawa świetna.
Ale ile możną grać skoro za oknem słońce świeci?
Wysłałam rodzinę do teściów. Ja nie poszłam pod pretekstem roboty papierkowej. W końcu termin zbliża się, więc czas przysiąść. Mężulo zbrechtał:
- Jasne, że będziesz pisać. Pozdrów wszystkich na fejsie.

Cisza.
Muza.

Zasiadłam do kompa. Weszłam na stronki i na maila. Na wszystko tylko nie na dokumenty. Mężulo wie co mówi. I zna mój zapał do papierkowej roboty.
Mail, patrzę i nie wierzę. Dostałam dwa potwierdzenia płatności. Suma 130 zł.
Opadłam zapowietrzona. Za co?
Kochana córeczka kupiła sobie pojazdy i drogi w grze na telefonie.
A kupić w tej grze to nie taka łatwa sprawa. To nie klik i jest. Trzeba było nacisnąć kup wybierając spomiędzy kup-anuluj, a potem potwierdzić. I cholera jasna klawiszy w tym wszystkim nie pomyliła.
Wezmę kasę z jej skarbonki. Trudno. I dla zasady. Ale przedtem głowę urwę i nakrzyczę aż do pięt.

- Wiesz co zrobiłaś? Wydałaś realne pieniądze! Dziecko, tyle razy mówiłam, wchodzisz na coś - mów - wydarłam się na dziecię swe, jak wróciło do domu.
- Ale ja lubię kupować! - odparła wesoło córka, no bo co to za problem, prawda?

Zresztą co może zrozumieć 4,5-letnie dziecko?
To co chce.

- Kupiłam taki fajny samochód i trasy, wiesz? Bo chciałam je mieć.

Odpadłam od życia. Poszłam do pokoju poczytać. Przylazł synek.
-Mamo, a tato pisze na telu.
- No i co?
Ale myślę sobie podpuszczę syna. Bo baby tak lubią paplaniną nakręcać klimat.
- Może pisze do jakiejś babki.
- Kobiety?
-No, i może odejdzie. - moje oczy konają ze śmiechu. To głupie tak dziecko wkręcać. Ale to dziecko to mój syn.
- Ale jak można odejść od kogoś kogo się kocha?
Dobre pytanie...
- No niby nie można, ale wiesz, można się zagubić.  Zwątpić. Zakochać się.
Syn popatrzył. Doznał zwątpienia.
- Jejku, żartuję z tatą, przepraszam. Wiesz, że tato mnie kocha i tyle.
- Wiem. Ale ty jesteś rozwydrzona.
- Co jestem? - zapytałam się ze śmiechem - rozwydrzona?
- No taka rozdarta i głupoty gadasz.

Gwoli wyjaśnienia swojego mężula o nic nie podejrzewam. Nie sprawdzam. Nie kontroluję. W nosie to mam. Z wzajemnością.
Zresztą z wyrachowania swojego specjalnie wzięłam okaz mało okazały. Znaczy się okazały jest, bo i wielki, ale mało atrakcyjny. Tak mało atrakcyjny, że aż żal mi się go zrobiło. Zatem złamałam zasadę samotności swej i związałam się z Moonkiem.
On mówi to samo o mnie. Bo i kto by mnie chciał? Nikt.
Jesteśmy dograni na całej linii.

- Mamo ty jesteś królową.
Zdziwiona popatrzyłam na syna. Mleko przedawkował? No, ale to lepsze niż bycie rozwydrzoną.
- Dlaczego? Co?
- Bo ty rządzisz tutaj.
- Co?
- Tatę wysyłasz na zakupy.
- Chyba sobie nie wyobrażasz, że ja mam nosić zakupy, co? A na zakupy to pójdziesz z tatą - ucz się, ze to facetów brocha.
- Frajerstwo.
- Frajerzy to wysyłają kobiety, wiesz? A tato mi pomaga i tyle. A jak wyrośniesz na frajera to poznasz mój gniew.
- Bla, bla, bla.

Ale poszedł na zakupy z ojcem.
Już ja ci dam popalić w królestwie mym. Ha!





Odpalam muzę. Mrożę flaszkę. Zagubię się w meandrach duszy swej. Duszy spowitej mrokiem. W mroku czają się dziwne myśli powykręcane na różne strony. Zagłuszę je.



A potem niech mnie dotyk pochłonie .......







piątek, 7 lutego 2014

chipsy to gówno




Rano Młoda powitała dzień kaszlem. Aha! A jednak. Wczoraj jak przebierałam ją w przedszkolu to zastanawiałam się gdzie jestem. Kaszel dzieci wskazywał raczej na poczekalnię przychodni lekarskiej niż na przedszkole. I proszę, długo nie musiałam czekać.
Szlag trafił moje plany. Dobrze, że do ostatecznego terminu jest parę dni. A zresztą nadgorliwość jest gorsza od komunizmu. Ostateczne chwile bywają cenniejszymi. Może jeszcze coś mi się przypomni? No właśnie i luz. Zdążę.

Miałam też zająć się swoimi nogami. W końcu  położą mnie na stół, więc gdzie do ludzi z takimi piętami?
Jejku, i znowu dostanę strzał w kręgosłup. To mnie najbardziej mrozi, by nie zostać tym procentem wypadków nieszczęśliwych. A ja, po tych trzech razach, wciąż czuję, gdzie były ukłucia ...bleh. Teraz czwarty, a ja tak nie cierpię igieł! Wyrzucam z pamięci - jeszcze parę dni, nie myślę, nie, nie, nie ...

Zostawiłam Młodą samą w domu:
- Proszę, spij kochanie, zaraz będę.
- Dobrze.
i odwiozłam Starszego do szkoły.
Ochroniarz szkolny znowu sobie zażartował.  Tym razem zapytał się mnie, ile mam dzisiaj lekcji. Powiedziałam mu, że trzy, bo mam w planach wagary.
- Idzie pan ze mną?!
 Żart za żart.

Przypomniałam Starszemu o co ma się zapytać wychowawczyni.
- Ale nie zapytam się, bo zapomnę.
- Nie zapomnisz.
- Ja ....nie będę się pytał, bo nie.
Odnotowałam w głowie: opór wobec kontaktu z ciałem pedagogicznym. Dziedziczne.
Nie to nie. Rozumiem.

Wpadłam na ochroniarza, który pojawił się na korytarzu.
- O, a może pan mi pomoże? Syn zostawił czapkę i rękawice na korekcyjnej i nie za bardzo wiem gdzie się udać na poszukiwanie zgub.
- Wczoraj to było? To będzie u sprzątaczek, Proszę za mną.
Poszliśmy. W pokoju była skrzynka pełna różnych części garderoby. Czapka i rękawiczki zgubione wczoraj przez syna też były.
Podziękowałam za pomoc.

Wróciłam do domu, a Młoda zamiast smacznie chrapać w łóżeczku w sypialni to czaiła się przy pilotach w salonie.
- Co robisz?
- Śpię
Dostałam ataku śmiechu. Cwaniara, no nie mogę ....Śpię, hahahahaha.
- Młoda, pytam się jeszcze raz - co robisz?
 Cisza. Tok myślenia włączony.
- Szukałam kapci. Patrz! -  i podbiegła do mnie pokazując na stopy.
- Młoda, weź nie ściemniaj mi tu matki, tylko mów- bajkę chciałaś sobie puścić, co?
- A puścisz mi?
- No nie, masz się położyć. Potem zobaczymy.
Młoda rozpłakała się przez łzy dukając, że mama jej nie kocha.
Utuliłam, wytłumaczyłam,..
- Ale ty śpisz ze mną ...
i położyłyśmy się spać.Dobrze, że budzik nastawiłam, bo ścięło mnie szybciej niż córkę.
A potem kuchnia - moje piekło, ale obiad trzeba było zrobić.
Muza, plątanina na zmniejszenie bóli. Bo muza ma w sobie siłę. I to słońce za oknem. Wiosna idzie ...Młoda wstała i pląsała ze mną. Mam niezłą kumpelę do wygłupów.


- Dobra puszczam wam film, zostawiam telefon do grania, będę za godzinę. Jakby co Starszy lecisz do sąsiadów albo drzesz się na klatce ok?
- Okej.
Wyszłam na wywiadówkę zostawiając dzieci same w domu.
Nie miałam wyjścia.
Ale kiedyś trzeba przełamać strach. Zaufać, ze dadzą radę. Wyjść.

Na wywiadówce poruszono wiele kwestii. Jedną z nich był sklepik szkolny. Dzieci biegają do niego spóźniając się na lekcje, jedzą chipsy na potęgę, żują gumy i oblepiają się tatuażami. Niektórzy rodzice mówili, ze dzieci przychodzą do domu i wręcz żądają pieniędzy, bo inne dzieci mają, więc nie chcą się czuć jako gorsi, biedniejsi.
Zdziwiłam się. Starszy nigdy nie chciał kasy. Czasami nawet pytałam się, czy nie chce piątaka na picie. Nie chciał.

Chipsy - kurde, jak można jeść to paskudztwo? Jak można kupować to dziecku? Bo gdzieś się dziecko nauczyło to jeść. Nie mówiąc już o obrazkach z ulicy - maluch w wózku zapycha się chipsami. 
Badania mówią jedno - niezdrowe, źle wpływające na cały organizm, tuczące, i podobno obniżają inteligencję. Można poczytać na ten temat. Warto poczytać. Serce, nerki - wszystko obciążone. Nie mówiąc już o zagrożeniu otyłością. I nowotworami....


Wróciłam do domu. Dumna z syna. Wyniki -znakomicie i w normie. Znaczy się daje radę. Zachowanie super. Bardzo cichy i spokojny. Kulturalny wobec rówieśników. Przestrzega zasady, dba o własność swoją i rówieśników. No tak, pani coś musiała napisać. W każdym bądź razie syna nie ma na arenie klasy. Nie wrzeszczy, nie gada, nie piszczy.  Jak dla mnie zrównoważony facet z wycofaniem. Nie istnieje w klasie, choć istnieje dla rówieśników: w końcu często zapraszają go na urodzinkowe imprezy ...

Kultura ...ha!, a w domu bywają i takie dni ...
- Starszy to ty to zbudowałeś? - Młoda trzymając w rękach budowlę z klocków ponawia pytanie do brata.
- Noooooooodwal się.
Nooooo, kulturalna odpowiedź. Bardzo fajna taka.
- Synu!
- No bo odrabiam lekcje a ona mi przeszkadza.
- Nie ona tylko Młoda. Przeproś siostrę. Zawsze możesz powiedzieć,  proszę nie przeszkadzaj mi bo odrabiam lekcję, później pobawimy się, prawda? Przeproś siostrę.
- Przepraszam - padło, ale z niechęcią. Trudno. Niech myśli. A jak nie pomyśli to i tak do tego wrócę.

W końcu co innego obce środowisko a co innego dom. Dom daje bezpieczeństwo, więc można rogi wystawić. A tu gucio - nie można. Zresztą zawsze może być gorzej.  Ale póki co, jak do tej pory, nie było między nimi żadnych walk ręcznych. Aż dziwne ...
Ja swojego braciszka dręczyłam, oj, tłukliśmy się niesamowicie. Moja ulubiona zabawka.

- Synu, a dlaczego nie chcesz pieniędzy do szkoły? 
- Nie. A po co? 
- No do sklepiku.
- Tam gówno jest. Szkoda kasy.
Inni to inni, a on to on.Nie ma w sobie owcy.
A to do tego dobrze mówi.

Pochwaliłam syna za wyniki, za pracę. Powiedziałam, że jestem dumna. Super. Dzięki!
Nie ma co oszczędzać na dobrych słowach zwłaszcza wobec kogoś, kto na to zasługuje. Zresztą miłe słowo nieźle mobilizuje.

Początek niezły, a jak będzie dalej czas pokaże. Byle do przodu, ot co.

Teraz biorę azymut na Młodą - rysowanie, szlaczkowanie, wszystko dla wyrobienia ręki. Choć z nią to jest inna para kaloszy....Aż się uśmiechnęłam. Nie będzie tak lekko. Ale i ze mnie jest uparty osioł.


 Młoda :))))












środa, 5 lutego 2014

jeden dzień, zwykły dzień



Siła magii leży w słowach i czynach, znaczy się w rękach, co czynią. Bo jeden mały cudowny gest zamienia klimat swojski w coś niezwykłego.
Słowa bez czynów są tylko słowami. A czyny bez słów? Czynami mniej doskonałymi. Bo uszy lubią pieszczotę.

Poszłam zatem  kupić coś fajnego mężulkowi. Nie, nie jogurt z cukierkami. Ale pierdołkę - niech cieszy serce. Bo czy musi być jakaś okazja? Nie musi ...

Zresztą gotować nie umiem, więc muszę chodzić innymi drogami niż przełyk.

Ha, zawsze można  na swym tyłku napisać :kocham cię- to dopiero jest dla faceta odkrycie. Albo na stopie narysować małe serduszko. Albo karteczkę włożyć do kieszeni kurtki.

Czarować trzeba, oj trzeba.

A poza tym miłość jest jak szczenię - lubi figle i pieszczoty.

Czary mary...czary mary...

Na magię długo nie czekałam, bo magia pojawia się na wielu płaszczyznach.

Syn zaczarował. Abrakadabra- wracam do domu w kapturze. Innymi słowy zgubił czapkę i rękawiczki. Nie ma. Zostały gdzieś w szatni. Poleciał. Zamknięta. Nie chciało mi się szukać nauczycielki. Wyszliśmy ze szkoły. Jutro zapytam się. Sorki - syn będzie się pytał w moim towarzystwie o swoją zgubę.
- Ale mi przypomnisz?
-A dlaczego? Masz pamiętać.
Pewnie i tak będę musiała mu przypomnieć.

- Wymyślę ci karę. Abyś zapamiętał, że masz pamiętać o swoich rzeczach.
- Klaps?
- Klaps? Daj mi spokój. To nie kara to bicie. Już ja coś wymyślę.

Weszłam do pokoju.Syn pakował tornister na jutro, wiec strzeliłam go leciutko w tyłek mówiąc:
- Chodź na obiad.
- To była kara! 
- Co?
- To był klaps.
- Jezu, co tobie dzisiaj...
- Wiem daj mi 50 klapsów.
- Żebym się spociła? Mnie litość ...Co ty masz z tym klapsem?
- Wole klapsa niż obdarcie ze skóry.
- Co?
-To jest lżejsza kara.

Łyknęłam kawę, by ogarnąć tą przestrzeń. Co on mówi? Siadłam. Poprawiłam niesforne włosy. Właża mi do oczów, tańczą na głowie, żyją własnym życiem. Nie do wiary, że rok temu miałam boki wygolone do skóry. A teraz? Jeszcze trochę i może coś będzie. Albo się wkurzę i znowu się wygolę.Hm...
Syn wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
Rozmowa zeszła na kary. No właśnie, kiedy syn dostał karę? Starszy nie pamięta kiedy i czy ogóle był karany. Ja też nie. Hm ...nieważne. A nie -kiedyś odsyłałam go do łóżka na dwuminutowe rozmyślania o życiu. Ale kiedy to było ...

Dzisiaj rano zastosowałam tylko szantaż. Starszy znowu chciał zjeść mleko z płatkami.
- Jak zjesz te dwie kromki to będziesz grał, a jak nie zjesz nie będziesz grał. 
 - Dobra! - odparł ucieszony i przez 20 minut męczył te kromki. Ale zjadł.
A potem był poranny bieg - toaleta, ubranie się. Bo Młoda to w ogóle nie chciała wstać. Zimno, spać, zimno. W końcu jak wstała to też chciała jeść. Boże, ratuj mnie.
Moja mantra - luz, nie wkurwiaj się, luz, spokojnie. Mówiłam do siebie jak do wściekłego psa, by nie powiedzieć suki. I nie wydarłam się. Rzekłam mocniejszym tonem - A teraz ruchy, bo spóźnimy się!!!!

Wsiedliśmy do auta. Szyby białe. Trzeba skrobać. Chyba umrę.
Otworzyłam drzwi złomu, a moja skrobaczka leżała na ziemi. Co ona tam robiła? Ile tam leżała? Nie wiem. Czary? Na pewno nie wypadła jak wsiadałam. Czasami sama siebie osłabiam, ale co tam, trudno.Szybko wzięłam się za szyby - ufff, nie przymarzło, ale łapki mi zmarzły.

- Ty jesteś ponura a ja ciekawy świata. - wyparował syn.
- Ze co? Co ty mówisz? Jak?
"Trójka, czwórka 70-tka, fuck, co za pacan wyjechał. Wyjechałeś dziadu to dawaj gazu!- ja pier....."
- Że co ty powiedziałeś? -wróciłam do rozmowy z synem.
- No bo ty nie chcesz szukać złotych jaj
- Złotych jaj? O Jezu, synu, weź, prowadzę... - no będzie mi o grze nawijał jak tu muszę uważać na swoją blachę.
No dupa jasna, kolejny pacan- najpierw stanął nieoczekiwanie w miejscu, a później włączył kierunkowskaz.
Wyhamowałam, bo nie trzymam się tyłka. Albo głupek albo liczył na stłuczkę. Grrrr.....Dupek!

Dzień robi się coraz dłuższy.Zauważyłam to dzisiaj jadąc na trening. No moje postrzeganie świata jest trochę takie.....takie ....takie artrowskie. Dociera, ale z mega opóźnieniem.
Młoda z nami wybrała się i to sama z siebie. Przedtem nie chciała jeździć, bo było ciemno.
Ledwo ruszyłam z parkingu córka rozpłakała się tak jakby krokodyl odgryzł jej rękę.
- Co się stało? - zatrzymałam auto. Tylko spokojnie, tylko spokojnie, oddychaj, to twoje kochane dziecię...
- Moooojaaaa  laaaalkaaaa.......ja chcęeeeeee lalkęęęęę.
Zagryzłam zęby. Nie powiedziałam nic poza- Nie płacz. Pójdę. Poszłam do domu.
- Dziękuję mamo.
- Proszę, dla ciebie wszystko.
Pojechaliśmy. Syn wleciał na salę, a my poszłyśmy do parku i odwiedziliśmy bibliotekę. Piotruś Pan, Mikołajek i Kubuś Puchatek wleciały nam do plecaka.

- Mamo, mamo tam jeszcze jest lód. Zrobię sałatkę z lodu.


- Mamo a co to znaczy szwankować? - zapytał się Starszy.
- Szwankować? To znaczy, że coś się psuje, działa tak jak nie trzeba, jest po psute. A co?
- Mamo ty szwankujesz! - odparł syn i zaśmiał się.
No śmieszne, dziękuję.
Nie ma to jak strzał znikąd.

Nie odgryzłam głowy, bo przyszła paczka. Wypakowałam. Każda sztuka złowiona za 9,90 zł.
Jak przepadnę to wiadomo gdzie. Zaczęłam wertować,wąchać...wpadłam na całego,


a z tej przepaści wyrwał mnie krzyk.
- Mamo pająk!!!
- Nie dam się nabrać!
- No ale jest tam, patrz.
Wstałam. Weszłam do pokoju. Był w rogu. Wielki wstrętny obrzydliwy. Ale się wypasł.
- Zabiję go - powiedziałam dzielnie. Hm tylko czym? Kapciem nie tknę, bo spadnie na mnie, na gardło się rzuci...
- Nie wolno zabijać - odparł syn.
Zawarczałam.
- Nie wolno, ale chcesz by wszedł ci pod kołdrę?
Tralalalala....
- Mamo zabij go!
- Szybko zmieniasz zdanie. Wciągnę go odkurzaczem. Ha!
Dzieci dostały ataku śmiechu. Sadyściątka. Po matce. Ale żaden pająk nie będzie mnie w nocy żarł. Bo pająki mnie gryzą.
Jeden problem znikł, to pojawił się drugi.
Jutro jest wywiadówka. Trzeba pójść, a nie mam z kim dzieciaków zostawić.

- Młodej puścisz bajki, mi dasz swój telefon i damy radę. Nie musisz się martwić.

Genialne wyjście. Przecież to takie proste.Synu, jesteś wielki.

A co najgorsze to chyba będę musiała tak zrobić ....
Kiedyś osiwieję, może jednak ogolę się na łyso?






poniedziałek, 3 lutego 2014

Radocha :)



Starszy przeciągnął się leniwie schowany pod kołdrą.
- Dzień dobry kochanie
- Yyyykhhmmm
- Co mruczysz?
- Nie lubię poniedziałków - wyjęczała głowa. Za głową postrzelały kości - syn wstawał.
Wycieczka dzisiaj! - pozbierał się w dobrym tempie.

- Nie chcę bułki, nie będę jadł. - syn stanowczo zaoponował na wieść o drugim śniadaniu.
- To przywieziesz ją z powrotem, w czym problem? - no co ja będę rozdrabniać się, no weź, zjesz i takie tam marudzenie - daję: zje to zje, nie zje to nie. W nosie to mam. Dziecko sobie krzywdy nie da zrobić.
Bułka z dżemem wylądowała w plecaku, plecak w ręku - syn pojechał.
Na jeden dzień. Polepić z gliny.

W czerwcu pojedzie na obóz treningowy. Dał się przekonać. Chce. Na 7 dni. Rozpiera nas duma. Radocha.
Naprawdę chce jechać. Bo jakby się uparł to moglibyśmy się w nos pocałować.
Dorasta. Powoli.
Nawet wszystkie dwójki ruszyły z kopyta - zaczęły ruszać się. Będzie się działo - nitka, klamka, dentystka.

Młoda odprowadziłam do przedszkola. Poranny leniwy spacer, przecięty przez dwa czarne koty.


Dom. Cisza. W tle muzyka. Kawa.

- Popatrz co dla nas wywróżyłem z fusów.
- Co?
Spojrzałam do kubka.
 I oto co zobaczyłam.









niedziela, 2 lutego 2014

Niedzielne słowo



- Gdzie jesteś? - krzyknął mąż  szukając mnie po "salonach" naszych.
- Tato, mama siedzi w kibelku, pewnie sudoku rozwiązuje.
Ca za kabel! Już ja go dorwę!!!
 - Nie ma mnie - ryknęłam ze świętego miejsca. Cieszę się, że mogę drzwi zamykać od wc. A nie jak rok temu ...(klik, link)

sobota, 1 lutego 2014

a teraz Młoda :)



Wczoraj córa uznała, że chce spać u babci. Chce, bo dawno nie spała.

- To się pakuj Młoda, wiesz gdzie są reklamówki.


I spakowała się sama. Poradziła sobie. Z piżamką włącznie. I zabawkami. I ciuchami na zmianę.

czwartek, 30 stycznia 2014

Babski świat ....i nie tylko




Wkurzyłam się. Polazłam na zakupy. Kupiłam sobie parę ciuchów. Potem fryzjer i nie wiem co jeszcze.

W domu przymierzyłam.

No, no, no ...no tchu zabrakło.

O! JEJ!

środa, 29 stycznia 2014

Pierwszy podryw.






Kiedyś imprezowano na potęgę. Imieniny? Pól klatki i pół zakładu w padało z flaszką i goździkami.
Wpadali z dziećmi.
Było głośno i wesoło.
Mieszanka ludzka.

Pamiętam pewien wieczór ...
Graliśmy w chińczyka. Moja rówieśnica znudziła się grą planszową. Znudziła się, bo słabo jej szło liczenie. Opanowanie kostki do  gry chyba jednak nie wymaga zajebistego IQ. Znudzona krzyknęła:
- Chodź idziemy po przymierzać buty mam.
Poszłam.
Ona dreptała w tych szpilkach mając ubaw. No zabawnie nogi się jej wyginały. I tyle. W końcu poszłam sobie znudzona.
Jakoś włażenie w obuwie damskie i dreptanie w tym nie rajcowało mnie.
Gra planszowa dostarczała większych emocji.

I tak mi pozostało do dzisiaj. Nie nosze szpilek i nie pcham nóg, tam gdzie teren nie jest mój. A ze smrodu wszelkiego wybieram swój.

Za to modliłam się, jak się córka trafi, by nie wdała się w matkę swą. Bo ja to tak jakoś.....tyle, że zabawna bywam, hahahaha, czasami. I mam fajne cycki. :P

Młoda, któregoś dnia poprosiła o "takie coś do ust". To kupiłam jej błyszczyk dla dzieci. W końcu za oknem mróz, niech dba o siebie.
Dziecko z radochy wzniosło się prawie pod sufit. No mała kobieta, po prostu.

Rano przyszedł do nas kolega Starszego. Chłopcy mieli razem jechać do szkoły. Młoda zapytała się mnie, ciągnąc za rękaw, cichutko, wręcz konspiracyjnym tonem:
- Gdzie jest to moje do ust?
- W kurtce, w kieszeni.

Znalazła, użyła, odwróciła się do kolego Starszego i powiedziała:
- Cześć.
- Cześć - odpowiedział chłopak.

Chłopcy wyszli, a Młoda:
- Wiesz, ja go lubię.
- Aha- tylko tyle byłam w stanie wykrztusić, by nie parsknąć śmiechem.



W końcu zima :)))






Ale o babskim świecie, w który Młoda wkracza napiszę nextem.





sobota, 25 stycznia 2014

jak nabiłam guza na czole ....

Syn wpadł do domu machając czerwonym grzebieniem znalezionym w aucie.

- No Mooniek, opowiadaj o tej kobiecie co zgubiła grzebień - z uśmieszkiem zwróciłam się do męża, który wszedł do przedpokoju -no, jak to jest? Masz inną kobietę?

Na co syn wyparował:

- Tjaaaa jasne, tato ma jedną kochankę! CIEBIE!


Szafa była moja ..........czołobitnie ze śmiechu.










przeskok myślowy



Młoda z rykiem przyleciała do mnie.
- Mamo, chodź zagrać ze mną!
- A dlaczego już nie chcesz grać z tatą?
- Bo on - chlip, chlip- wyyyygrywaaa.

Super. Jeszcze raz trzeba będzie przejść przez naukę, że nie zawsze liczy się zwycięstwo tylko wspólna zabawa.
A przegrywać to przegrywam grając z  Młodą w memo.
Niezwykłe memo.
 Memo " Barbie"
Nie ogarniam tej różowości.
 Nie ogarniam i już!
Toż się w oczach pierdzieli.



I kuchni też nie ogarnęłam.

Pieczona  łopatka :)))




Ale wczorajszy dzień ogarnęłam. Pomimo rozjazdu płatów mózgowych. Rano padłam w wyro. Nie zdążyłam zasnąć. Ostatnia myśl otworzyła mi powieki:
- A zupa dla syna?!
Polazłam do kuchni, gdzie oddałam się pasji mieszania, i aby nie paść gdzieś, nie zasnąć, to w między czasie prasowałam. Fascynujące życie teraz mam. Naprawdę.
Nic dziwnego, ze drę się szczęśliwa jak udaje mi się rozwalić sudoku. Znaczy się, że nie wszystko we mnie umarło.
Hahahahaha....


A potem zaczęło się późne popołudnie.

Zawiozłam syna na zajęcia. Szybko wróciłam po Młodą i matkę. Pojechaliśmy do domu kultury. Babcia zajęła miejsca na widowni, a ja poleciałam z  Młodą do przebieralni.
Córa szybko wskoczyła w strój i poszłyśmy na scenę. Na szczęście pierwsze maluchy już tam siedziały.
- Młoda pamiętam za super występ masz wieczór bajek.
- Dobra, dobra - odparło me dziecię.
- Proszę pani - odezwała się dziewczynka- to może Młoda zatańczy, bo ona nie chce się słuchać pani.
- Hahahahaha, Młoda, ja cię proszę, bądź grzeczna. Bawcie się dobrze. Pa!

Poleciałam po syna na zajęcia. Nie chcąc spóźnić się na przedstawienie skróciłam mu zajęcia o kwadrans. Chyba niepotrzebnie, ale już mi się w tyłku paliło.
Zapisałam w głowie - zwolnij. Spóźnienia czasami nie bolą.

Widownia wypełniona była do ostatniego krzesełka. Ludzie stali pod ścianami. Dom kultury dawno nie miał takiego najazdu.
Dzieciaki występowały z okazji Dnia Babci i Dziadka.
Muzyka, tańce, wiersze.
Niektorzy mali artyści płakali, niektórzy świetni się bawili.
Publiczność klaskała. Mały człowiek na scenie zawsze zachwyca.

Młoda siedziała w pierwszym rzędzie. Pomimo, ze inna grupa tańczyła na scenie, ona tyłka na ławce nie zagrzała - tańczyła sobie, czasami machając do nas łapką. albo wystawiając język. Tak, tak, cała mamusia, hahahaha.

W końcu jej grupa wyszła na środek sceny. Młoda miała wszystko w nosie. Swędzi tyłek? No to trzeba się podrapać! :).

Nagrywałam wszystko. Dla potomności i mężusia.

Kiedy przedstawienie się skończyło szybko odebrałam Młodą i w  pędzie polecieliśmy do auta, zaś babcia na imprezkę do ratusza.
W ostatniej chwili wpadliśmy na trening.. A Młoda spała w aucie.

Zaniosłam córkę do domu. Położyłam na łóżku. Rozebrałam. A jak rozebrałam to Młoda siadła z uśmiechem.
- A gdzie moje jajko niespodzianka?!

Mistrzostwo po prostu, a przecież spała jak kamień!

Rozlałam się kanapie szczęśliwa, że czasowo wszystko się zgrało. Że to był dobry dzień.
Jeszcze tylko odebrać Starszego i wino. Kwartet ułomności domagał się znieczulenia. Moja głowa, gardło, nos i kolano.

Tyle, że zamiast wina dostałam sms.

- Odbierzesz mnie po 23? 

 Matka.
Bo u nas to nie ma taksówek...

Ale co tam. W końcu ona też jest, kiedy ją potrzebuję, a przecież mogę wynająć opiekunkę, no nie?

- Będę.


Z pracy wrócił mężulo. W jeszcze gorszym stanie był niż ja. Położył się. I faceta nie było.
W nocy się odnalazł. Zastosował terapię na złe samopoczucie. Było miło i się nawet polepszyło :P.


Odebrałam matkę. Wzięłam jej kumpele.
W sumie zajebiście się jeździ po pustych ulicach.
Jest taki klimacik.
Umarłe miasto. Nienaturalny spokój.
Wypatruj zombie.
Ale zamiast nich śmigało czasami taxi.


Są takie dni, kiedy muszę ogarniać wszystko. Kiedy cieszę się, że mam prawko i auto. Bo bez tego to ciężko byłoby.

A co będzie po artroskopii?
Kto to ogarnie?

Ja? No tak, w końcu będę miała cztery nogi, hahahaha...

Życie zostanie przewrócone. Życie matki. Ta kobieta nie ma czasu by się starzeć.

Ja z tego wyjdę, ale co mają powiedzieć ludzie, którzy ulegli wypadkowi lądując w łóżku?
To jest dopiero niesprawiedliwość! Przemiana w roślinkę....Niewyobrażalne.

Człowiek powinien żyć, powiedzmy do 80-tki czy tam 100-tki, bez chorób, wypadków. Każdy ma prawo do szczęścia. A potem z uśmiechem odejść we śnie.

Ale tak nie ma.

Człowieka dopadają choroby, nieszczęścia i różne inne historie.
Nie możną czasami spokojnie spocząć w fotelu.

Jutro kogoś może nie być.

Więc czasami pytam się siebie po co się wkurzam, kiedy to wszystko jest nieistotne?!
Choć istotne, bo to dzieje się tu i teraz.
Ile razy można za kimś wynosić kubek?
Prosić o posprzątanie klocków, bo nieoczekiwanie atakują stopy.
Nieistotne bywają rzeczy w obliczu tragedii, śmierci. Ale czy pamiętamy o ulotności zdrowia i życia?
Wyparcie czyni nas w danej chwili   nieśmiertelnymi.  Mocarze życia. I gniewu.
Więc robimy jazdy innym z powodów pierdów.
A potem niech nastąpi krach ....
Gniew prowadzi na manowce. A tam tylko pustka. Z napisem- "witaj głupcze". O ile będąc w gniewie jesteśmy to w stanie przeczytać. Przecież racja jest po naszej stronie, no nie? hehehehe....

Trzeba otworzyć serce, mózg i płynąć na fali radości, czerpiąc energię z tego co się ma.
Luz i uśmiech - to jedyny cel w moim życiu.
W końcu mam o kogo się oprzeć, o kogoś kto mnie gila, hahahha.

Ludzie czasami siebie samych  skazują na nieszczęście ścigając się na polu posiadania, awansów, kariery.
Wysiłek zakłóca wzrok. Pole widzenia zawęża się. Pierdu w bagno. I może zabraknąć ręki, która wyciągnie...
Równowaga to złoty środek na życie.

Nie warto tracić tego, co istotne.
A istotny jest człowiek. Ten co jest koło nas.

Wyciągam nogi na kanapie oddając się aromatowi kawy. Lecące płatki za oknem wywołują uśmiech.
Mam wszystko w życiu. Wszystko to co jest istotne.
I nic więcej nie chcę.
Jestem szczęśliwa.



I niech mnie szlag jasny trafi jak się wydrę bezsensu na kogoś z rodzinki.







z netu:










 Mężulo obejrzał moje nagranie z występu Młodej:
- Dość awangardowe podejście. Takie nowatorskie, ale wiesz ...- tu dostałam wykład o sztuce filmowania.
Z tego wszystkiego kolo zadzwonił do pracy, by załatwić sobie wolne na dzień, kiedy syn będzie miał egzamin z karate. No bo jak ja znowu tak nagram.....hahahaha, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.




piątek, 24 stycznia 2014

FONTANNA



Rozwaliła mnie informacja, odnośnie imion nadawanym dzieciom, bo ktoś nazwał swoją córkę - Fontanna.

Dostałam ataku śmiechu.

Fontanna?

A jakby był syn to co? To dostałby na imię Kran? Czy nie daj , Boże, Szlauch?



Syn, jak to usłyszał, skwitował:

- Ten tato to głupek jakiś. No bo co, pójdzie do parku, a tam będzie fontanna a on będzie się wołał za córką: Fontanna! Fontanna!, a każdy pomyśli, że idiota fontanny nie widział. Prawda mamo?



Bo fantazja jest od tego, by się bawić na całego.
Tylko czemu kosztem dzieci?!











czwartek, 23 stycznia 2014

z przymrużeniem oka









Zasiedzenie spowodowało przyrost dóbr. Niestety, tłuszczowych. Nie służy mi siedzenie w domu, oj nie służy. Starzeję się szybciej. Starzeję się, bo mam czas.
Gdzie ludzie najczęściej umierają?
W domu.
Więc zaczynam spierdzielać, jak mogę.
Dość! Basta!

Z posiadaniem czasu jest jeszcze jedna niebezpieczna dziura -rozkminianie wszystkiego wokół - kto, co, dlaczego po co, etc. zamiast brać to co się ma, zamiast cieszyć się tym, co jest.
Stanęłam na jednej nodze. Włos mi się zjeżył.
Chcesz utonąć?!
Nie, no Arte, wypierdalaj z tej drogi. To droga samobójców. Tak zabija się dusze ...
Pozytywną energię bierze się z radości posiadania tego co jest.
Nie warto szukać drugiego dna.

O! pojechałam z mamą do "wielkiego sklepu". Była promocja pepsi. Mama ucieszyła się. Można? Można :)
- Widzisz, jesteś teraz europejską emerytką, pijesz pepsi, dziękujemy ci kauflandzie:)
Buhahahaha.
Choć polski emeryt ma przejebane. Połowa emerytury idzie na czynsz, a druga albo na życie albo na leki. Ale ten temat opuszczę. Więc pepsi, buhahahaha, cieszy. Zwłaszcza jak się z tej jałmużny zbiera na kolejne wyprawy :P.


 Zadzwoniłam do mężula. Pla, pla, pla
 - Jest pepsi, jest imprezka.
 - Tylko żołądkowa gorzką głupio popijać.
Uwielbiam z kolesiem gadać.
Czasami.
Kumaty gość.


Warto cieszyć się pierdami, bo z tej małej radości może powstać potop euforii.To jest proste.
Wystarczy otwierając rano oczy stwierdzić, że się żyje. I ma się dwie ręce i dwie nogi. I kubek kawy przed sobą :). I muzę, co nutą swą plecie skrzydła do odlotu.

Na świat położyłam laskę ciesząc się z tego co mam, bo i nie chcę nic, a wobec tłuszczyku wyciągnęłam banderę - będzie wojna, jak nic. Nie dam się.
Aczkolwiek każdy wie co się stało z laską Shreka ....hehehehe. Piękniejsza nie będę, ale o ciało mogę zawalczyć :P.

Zasiedziałam się jak stara pinda. Zazwyczaj pędziłam gdzieś, sama, z dziećmi. Nawet praca tchnęła niepokojem i dużą ilością zmian. Jedyne zasiedzenie było w sobotę. Albo już w piątek. Na wódce z kumpelkami. Ogarniałyśmy świat. Resetowałyśmy zło świata czerpiąc nową energię.
Się działo.

Teraz emocje we mnie wyzwala skrzynka pocztowa. Będzie tam koperta biała czy też nie?
Co niektórzy brechtają, że mi rentę przyznają w końcu. Czarne poczucie humoru.
Pewnie by tak było z 20 lat temu....
Na szczęście medycyna poszła do przodu.A pieprzony uraz nie będzie wieki trwał.
Urząd pracy czeka z otwartymi ramionami i propozycjami, hahahaha.

Czasami mam ochotę powiedzieć mężowi :
- Słuchaj ty nas utrzymuj a ja pójdę studiować astrofizykę, co?




W każdym bądź razie stwierdziwszy, że w domu dopadła mnie starość postanowiłam jak zwykle iść pod prąd. Zaczęłam ćwiczyć. Dziwne doświadczenie. Nie powiem. Dzieciaki szybko dołączyły. Syn jeszcze mnie instruował, że jeszcze trzeba tak robić, i tak, i pokazywał wymachy rąk etc. Miałam ubaw nieziemski. W końcu ległam na łopatki. Ze śmiechu.
A syn demonstrował Młodej jak ćwiczą na treningach.

- Tak ćwiczymy Młoda, wiesz?
- Tak?!
:DDDDDDDDD


Do ćwiczeń wróciłam jak dzieciaki poszły spać. A potem piwem zalałam zakwasy :). Przezornie, by rano nie mieć problemów ze wstaniem.Więc piszę wstawiona :P


Dzieci...uśmiech sam wychodzi.

Odebrałam syna ze szkoły. Poszliśmy do sklepu po drodze.
- Mama chcę tą bułkę z serem, mogę?
- Jasne.
- Ale dla Młodej też weźmiemy.
Jedno dziecko pamięta o drugim. Prawo sprawiedliwości siedzi gdzieś w genach,. Inaczej nie może być. Nie może ...I trwać musi.

Syn jedząc bułkę stwierdził:
- Wiesz, ty nas rozpieszczasz.
- Tak? Jak? 
- Kupujesz nam to co chcemy. Dzisiaj bułkę z serem, przedwczoraj pączki.
- Dzięki że to doceniasz - odparłam z uśmiechem.
Radość z minimalizmu czyni potężnym.
Uczmy się od dzieci:))))





Nawet kawałkiem zlodowaciałej kałuży można się zachwycić! :))))






Chyba zwalczę nie tylko zakwas mięśni, ale i zakwas mózgowy, buhahahaha.


W końcu zawsze wszystko miałam we wszelkim poważaniu.

Tyle, że oprócz ducha i ciało urosło.

Karamba!

Ale zawalczę ! :)













Babcia- rys. Młoda :)

















bo czasami tak jakoś jest











Padający deszcz, mżawka, a po nich mróz przygotowały niezłe niespodzianki. Szaleństwa pogody sprawiły, że auto zlodowaciało.
Nie mogłam otworzyć drzwi od strony kierowcy. Nie mogłam i już.
Wsiadłam od strony pasażera, cudem przecisnąwszy się za kierownicę wypchnęłam drzwi. Ufff, udało się.
Odpaliłam silnik i oddałam się na 20 minutowym ręcznym robótkom. Myślałam, że mnie szlag jasny trafi.
Choć było ciężko nie poddałam się. O co to to nie. Nie pokona mnie kawałek lodu na szybie.
Nic tak nie stawia na nogi jak praca. Ciężka praca. Taki mnie złapał wkurw, że i energia wróciła. Na moment.
Bo ja nie mogę spokojnie skonać w łóżku. Syna trzeba było zawieźć na karate. Ma teraz treningi przygotowujące do kolejnego egzaminu.
Niech dzieci nauczą się, że jak się podjęło wyzwania to należy się tego trzymać. Nie ma wymówek. Nie można być "miętkim".
Wieczorem dzieci były najszczęśliwsze. Nie kleiłam - więc jak wskoczyły w piżamki to mogły pooglądać bajki, pograć. W końcu grzeczne były. Syn pół dnia czytał na głos. Ja spałam a on czytał. Bo chce czytać.
- O to sam sobie poczytasz Koszmarnego Karolka czy co tam.
- Chce przeczytać waszego Kinga!
- Opętało cię? - zaczęłam się śmiać - dorośnij chłopie.
Ale dobra Oczy smoka może łyknąć, niech tylko nabierze wprawy w czytaniu (a to trochę potrwa:P) :)
Jedno jest pewne tam gdzie są książki i pasje tam rodzi się zainteresowanie.:P

Pewnego wieczoru córkę opętało.
Dorwała czekoladowego Mikołaja z którym wbiegła radośnie do kuchni.
- Mogę zjeść?!
- Nie! Bo on jest mój! - odparł syn
Młodej zrobiło się smutno.
- Nie mogę?
- Nie!
- Kurde, Starszy, weź się podziel i tak nie jesz.
- Nie! Bo jest mój.
Córka oddała mikołaja bratu i z płaczem pobiegła do dużego pokoju.
Przemknęło mi przez głowę, że poleciała szukać słodyczy, ale przecież choinki dawno nie ma ....
Rozdarcie - biec za Młodą czy Starszemu "głowę zmyć".
O! już nie płacze ...chlipie tylko spokojnie...
Z synem ucięłam dydaktyczną pogawędkę. Ale nie to nie i już. Prawo własności wygrało z sercem.
Do kuchni wbiegła Młoda. Była cała szczęśliwa a w rękach trzymała czekoladowego aniołka. Znalazła go na małej choince stojącej w przedpokoju (kurde zapominam ją schować :P)
- Mogę?!
I jak tu dziecku odmówi, pomimo, że zasada nr 4352 :P mówi, że słodycz nie jemy po kolacji  ?!
- Możesz :)
Radość dziecka jest bezcenna.
A zasady są od tego, by je łamać. Zresza trudno przy takie radości przy zasadach trwać :D


Kiedy jestem sama to są ciężki chwile. Czytanie wieczorne. Syn chce Hobbita, a Młoda - Królewnę Śnieżkę. Jedynie Puchatek ich łączy. Więc czytam najpierw Starszemu, potem Młodej. Bo Starszego szybciej ścina sen, a Młoda to najchętniej w ogóle nie kładłaby się. A rano trudno ją dobudzić.

Ciężkie są chwile, kiedy sama jestem. Położyłam się wieczorem koło córki na dobranocne gili gili
- Bo ty tylko Starszemu czytasz, dajesz buziaki i jego tylko kochasz...
-Co?!  - krzyknęłam zdumiona. Co ona mówi?! E?!
Na co syn:
- Bo ty tylko Młoda tulisz i jej czytasz i z nią się bawisz...
I to mówiąc zaczął mnie ciągnąc za nogi chcą wyciągnąć z wyrka Młodej.
Walka o mamę.
Przykryły mnie dwie ciała, jakieś rączki zacisnęły się na szyi.

Są wieczory kiedy marzy mi się klonowanie.
Staram się o równowagę.
Nic tak nie boli jak nie równe traktowanie.



środa, 22 stycznia 2014

prawdziwy facet



- Wiesz mamo kocham cię, bo fajne żarcie gotujesz.




----------------------------------------------------






Przebudził mnie kaszel. Mój kaszel. Wstałam, nałykałam się prochów i poszłam spać dalej.
Budzik.
Dzieci odprowadziłam do instytucji.

Wróciłam. Do wyra.
Zapadłam w sen. Trzepało mną zimno.
Głupi sen został przerwany szuraniem kapci.
Mąż wrócił?
Pewnie tak ......
Zapadłam z powrotem w sen.
Jak wrócił? Nie mógł wrócić!
Znak zapytania utonął we śnie.
Tup, tup, tup zbliżało się do mojego pokoju.
Coś wskoczyło na wyro i ułożyło się w nogach.
Co to?!
Ach, to pies ...
Chciałam go pogłaskać, ale nie miałam sił się ruszyć
Zapadłam w sen.
Jaki pies?! Mój pies nie żyje od 6 lat!!!
Budzik. Zimno trzepało mną.
Brak sił na wstanie, ale syn czeka w szkole.
Poszłam.
Wróciliśmy.
Przepraszam, synku...
Zapadam w sen.


















wtorek, 21 stycznia 2014

ostatni raz



Oglądaliśmy z Moonkiem " Czekoladę". Film, który od pierwszego kadru urzeka, wciąga, pochłania, wywołuje uśmiech, a czasami złość. Bajka dla dorosłych. Opowieść o  miasteczku, które jawi się jak z pogranicza snu. Opowieść o ludziach, którzy nabierają barw dzięki  tajemniczej Vianne tryskającej niesamowitą energią i optymizmem. Normalnością :)

- To film dla Kaczyńskiego- powiedział mąż.
- PiSiory to powinny obejrzeć - wymsknęło mi się w tym samym czasie.
Zaśmialiśmy  się. Uwielbiam to, kiedy w tym samym czasie coś komentujemy. A komentujemy w jednym tonie. Uwielbiam poczucie humoru Łysego.

Nie cierpię prawicy. Naprawdę. Ich poglądy są dalekie od moich. Marksizm wpisany jest gdzieś głęboko w w mą duszę. Karol Marks był człowiekiem. Poczytajcie.

Odkryciem było dla mnie, że  nawet nasz ślub ma taką samą  datę (oczywiście bez roku :P) jak ślub Lenina z Nadieżdą. A Mooniek, jakby schudł to miałby coś z Włodka, hahahahaha....Hm, oby tylko nie syfilis.
A ja z Nadzieżdy - nijakość.


Ale wczoraj po raz pierwszy prawicy zabiłam brawo. Zabiłam brawo dla Gowina i Ziobry. Obejrzałam program"Lis na żywo" i emocjonalnie mnie rozwaliło. Sprawa dotyczyła Trynkwiecza. Patrzeć tylko, kiedy zostanie celebrytą ....

Zmiana ustroju spowodowała, że ten morderca i gwałciciel dostał bonusa - zamiast kary śmierci otrzymał 25 lat. Zmiana rządów dowiodła, że politycy chętnie myślą tylko nie o prawie. Prawo zostało zaniedbane. Teraz stworzyli ustawę, która jak co niektórzy dowodzą, jest legislacyjnym bublem uderzającym w konstytucyjne nasza prawa.
Facet wychodzi wolny, bo już swoje odsiedział.
No zapłaczę nad nim biednym.
Wychodzi psychol na wolność i nikt i nic go nie powstrzyma.
Prawo jest za nim.
Alleluja demokracji.

Tylko czy my nie mamy prawa do ochrony przed psycholami?

Poza tym śmieszy mnie mówienie o równości wobec prawa. Pokazali ta równość po Smoleńsku. Rodziny ofiar dostały niezłą kasę. Rodziny ofiar zwykłych ludzi nie dostają nawet pomocy psychologicznej. Pozostawieni są sami sobie.

Prawo....

Zastanawia mnie jakim prawem dzieci odbierane są z domów rodzinnych, gdzie tylko panuje bieda. Dlaczego warto dać kasę rodzinom zastępczym zamiast wspomóc rodzinę biedną, gdzie tylko bieda występuje.

Zresztą w tym kraju prawo woła o pomstę do nieba.

Ale dzieci w pierwszej klasie uczą się liczyć do 10-ciu. Brawo!

Więc pytam się - dokąd Polska zmierza?



Służba zdrowia?
Szkolnictwo?
Polityka rodzinna?
Prawo?


Lekarze są bezkarni.

Nauka spadła na ryja i już w mediach mówi się o lumpointeligentach.

Ryszard Kalisz zarzucił byłemu ministrowi sprawiedliwości, że „nie rozumie co to jest państwo, a państwo to też policja i system penitencjarny, których rolą jest ochrona społeczeństwa przed przestępcami..."

A jak nas chronią?!

Środki karne oraz  policja są na tyle nie skuteczni, że można już kraść bezkarnie do 400 zł, choć podobno dąży się do granicy tysiąca złotych.

Właśnie tym są, proszę pana Ryszardzie - niczym.

A więźniowie siedzą sobie w pierdlu niczym kury na grzędzie i gdakają sobie. Najedzone, w cieplutkim pomieszczeniu ...ko, ko, ko ....



Więc pytam się - dokąd Polska zmierza?


Nie ogarniam dzisiejszego prawa ani sprawiedliwości zbudowanej na tej platformie obywatelskiej.

A gdzie lewica? Po wczorajszej wypowiedzi Kalisza - powiem jedno - w dupie ciemnej.

Wygadałam się.
Na politykę nie będę wchodzić.
Wracam na rodzinne podwórko,
Nie chce tracić uśmiechu ani spokoju duszy....ani wiary w ludzi.



U hu hu, takie prawo ...