wtorek, 7 stycznia 2014

tak se ......:PPP

A PERFECT DAY....


To była pewna niedziela. Idealna niedziela. Katolicka niedziela. Przyszła moja matka i wszyscy poszliśmy do kościoła.  Kto spadł z krzesła albo "opluł" z brechtu klawiaturę niech na dole napisze :P
W każdym bądź razie stoimy na mszy a moja matka szczęśliwa wyje jak nigdy dotąd. A ona jest z tych co głosem swym mury rozwalają, by dać dowód swej niezłomnej wiary. I fajowo. O ile koło niej nie stoję ...
- Może zaśpiewaj jeszcze głośniej? - rozbawiona zaszeptałam jej do ucha. Dostałam z łokcia pod żeberko, hehehehehe. No co tak będę stać? Też zaśpiewałam. Z tyłu słyszałam chichot męża. No wieśniak jeden, przecież się starałam ......:P

drewno






 Zygmunt wciąż żyje :))))


a dzieci zabrały cały mój świat: moje wyro i moją  komórkę :)))))


więc wylazłam do ludzi, lezę w wirtualny świat:
dzień dobry. :))))








Mam wiele niepozbieranych myśli, ale nie chce mi się schylać. Niech leżą. Zarosną. Znikną. Na omamy wzrokowe i zaburzenia myślowe wlewam w siebie wino. Domowe. 10-letnie. Co za bukiet. I siła. Mówię Wam....

sciągnięte  z Pinterest-u. 



Za to poskaczę sobie. Po życiu co minęło. Bo te chwile już nie wrócą. Więc zatrzymam część słowem.


Zbliżała się wigilia. Zakręcona  nie kupiłam prezentu dla mężula. Wzięłam syna i pognaliśmy do empiku.
- Wiesz synu, każdy dostanie coś od Gwiazdki więc, by tacie nie było przykro to bądźmy dla niego Gwiazdką, okej?
- Nooo, tato lubi książki.
 - Wiesz co mu kupimy?
- Kinga?
Ha! Mój syn ma moc. Jedi normalnie. Zawiesiłam się przy mistrzu grozy - hm.....cholera, no nie wiem, mamy to czy nie?!
- Mamo, tego nie macie.
- Nie?
- Pamiętam. Nie macie. Takiej okładki nie widziałem.
- Ok. Biorę na twoją odpowiedzialność.
Kupiłam książkę. Wyszliśmy i tak idziemy w ciszy swej ulicą.
- Mamo?
- Tak?
- A ten King to niezły jest. Rany, tyle napisać. Skąd on ma tyle pomysłów?
Ha! Dobre pytanie. Gdybym wiedziała sama zakradłabym się do tej studni, by złowić słowo. Bo słowo jest kluczem. A słów mi brak ostatnio. Ale alkohol wchodzi. Hm....Może wyjdzie słowem? :)

Ostatnio przeczytałam Chudszego. Gruby adwokat w momencie, kiedy żona robi mu loda w aucie, traci czujność i śmiertelnie potrąca starą Cygankę. Jej mąż rzuca na  niego przekleństwo. Facet chudnie ....

Spojrzałam na męża, który ma rozmiar z dwoma niewiadomymi, bo on nie wie od czego tak tyje, więc dlatego w swym rozmiarze ma potęgę zadania matematycznego, więc spojrzałam na niego żartując:
- Wiesz, co? może tak pierdyknę jakąś Cygankę, co?!

I wiecie co? Oby moje słowa w gówno się obróciły.

Jadę miachem i patrzę, a zakładu karnego wyszło stado wysoko postawionych funkcjonariuszy. Mówię wam - widok nie bywały. Te mundurki, czapki - tłum smerfów. Zerknęłam jeszcze raz na bok, na nich, brechtając się, że oto korupcja została uwolniona, gdy nagle dojrzałam, że wielkie gały są we mnie wlepione. Cyganka na przejściu!!!!! Fuck mać, King! To się nie dzieje, nie, ale mnie ściągnęła wzrokiem, o Jezusie .... Zahamowałam. Pisk opon, a ta stoi nadal jak wryta. Ufffff, jednak zatrzymałam się, zatrzymałam!, a Cyganka ruszyła dupsko. Przed siebie. Nie przybiegła, nie rzuciła przekleństwem. Gliniarze też nie rzucili się na mnie. Ufff.....
No pięknie byłoby, oj..... Z boku gliny, przede mną Cyganka a ja co? Masturbuję się wizjami....
Ogarnął mnie śmiech, cholera z Kingiem! By go chudy byk!

Ale King lubi zakradać się do mnie. Kiedy byłam w ciąży ze Starszym zaczytywałam się w Mrocznej Wieży. Ma ona 6 tomów, więc to był dobry czas na przełkniecie przygód ka-tet.
Ciąża zaawansowana i tomowo też mi poszło. Nagle wpadam na motyw: kobieta w ciąży, urodziła syna. Niemowlę zamieniło się w pająka ......Odpadłam. Ja pierdzielę. Popatrzyłam na brzuch. E?! Y?!
Zasnęłam w końcu zmęczona niewygodnymi wizjami. Kiedy wstałam na nodze miałam dwa ugryzienia i....... truchło pająka. Zamarłam. Moja chora wyobraźnia zaczęła dryfować w stronę okrutnych wizji ...
Dotknęłam brzucha jęcząc:
- Stary, nie ze mną takie numery! To się nie dzieje ....
Wiecie jaka była radocha, kiedy okazało się, ze syn ma dwie ręce i dwie nogi a nie osiem odnóży?! I jedynie co chce pożreć to mleko a nie personel medyczny :)

Jednak syn przesiąkł klimatem. Lubi niesamowite historie. Historie grozy i fantasy. Właśnie zakończyliśmy oglądanie wszystkich części Gwiezdnych Wojen. I byliśmy na Hobbicie 2. Syn siedział jak zaklęty. Ani drgnął, kiedy to ja jęknęłam przy pająkach i wylatujących nietoperzach. Bo głupio pisać, że podskoczyłam, więc tego nie napiszę.





czym skorupka za młodu ....lekturka :D:P Starszego w wieku 1,5 lat - hahahaha




Córka nie pojechała, bo za mała, aczkolwiek Star Wars oglądała, mówiąc:
 - Lubię dżedaj!
więc w ramach równości zapytałam się:

- Kino czy teatr? Młoda, gdzie chcesz jechać?
- Teatr. I na basen chcę iść.
Kobieta konkretna jest - ona naprawdę wie czego chce.

Gry słowne są zabawą, która syna wciągnęła. Gramy, gramy, zarzucając się słowami zwłaszcza podczas jazdy samochodem.
- Arbuz - rzekłam ja.
 - Zyyy....Zyyyy - syn myśląc intensywnie nad słowem na "zet" wreszcie wykrzyknął: - ZUS. 

Młoda też w to lubi grać. Tyle, że każda litera to :
- Kaczka?!

Pewnego dnia Młoda nas zaskoczyła.  Rzuciła nie kaczką, a:
- Piczka.
- Piczka? - powtórzył zdziwiony brat - a co to jest piczka?
- Nie wiesz? - odparła Młoda będąc jeszcze bardziej zdziwiona  - to cipka!

Syn popatrzył na nas zdumiony, a nam się coś stało - staliśmy zgięci w pół rechocząc okrutnie.
Okrutne mamy te dzieciaki.

Jak mam sobie nie przymrozić głowy, gdy w momencie kiedy grzebię w lodówce wpada syn krzycząc:
- Powiedz coś swojej córce, bo ja sprzątam a ona tylko bałagani!!!!

Powiedz coś swojej córce .....nie za młody jest na takie teksty?!

Gry planszowe też nas cieszą. Zagraliśmy w Malowanie. Miałam nie jasne uczucie, że jednak poprzekręcałam zasady, spojrzałam na syna, a on:
- Znowu zrumuniłaś!
- Co??!!!
- No zasady przekręciłaś, ty zawsze to robisz.....

A ponieważ, że faktycznie wszystko przekręcam tylko nie się, jeszcze, więc dzieciaki z ojcem swym złożyły szkielet.

Oto Stefan.
Starszy Stefanowi odczepił dłoń i zaczął mnie straszyć.
- Iiiiiiii- zapiszczałam - przestań wariacie.
 "Wariat" nie przestał- bawił się przednie, a ja piszczałam prawie doskonale, na co córka, patrząc na to wszystko z boku, skwitowała tonem całkowicie poważnym:
- Ten wariat to prawdziwy wariat!!!

Długi wolny czas był dla nas, a mężulo niestety musiał wracać do pracy Wieczorem tak sobie siedzimy w czwóreczkę i jest milusiowato. Ale to był ten wieczór z tym porankiem.....
- Ale wam fajnie, będziecie w domu siedzieć a ja muszę jutro jechać ....- rzekł mężulo smutnym głosem
na co syn odpalił:
- No cóż, takie życie jest, kochaniutki........

A życie jest wielką przemianą. Przemianą losów, charakterów, jedzenia....

- Młoda, wyjdź lepiej z pokoju, bo puściłem bąka - rzekł ojciec do córki swej.
- A ja nic nie czuję - odparła córa - Czuję tylko wiatr. ..........I smród ..........


Zjechałam ze śmiechu. Ale jakoś tak podwójnie. Zjechałam czując w tych słowach oddech Sapkowskiego.
Może jednak coś z tych dzieciaków wyrośnie?:) Jakieś ludzkie ludzie .....

Kocham swoją córę, która wpadając do wyra krzyczy:
- Cześć moja mordeczko!
A ostatnio ma fazę mówiąc mi, że jestem śliczna i najfajniejsza. Jestem najfajniejszą mamą pod słońcem. Ha! I śliczna, buhahahaha
- Słyszałeś? - pytam się mężula - ucz się.

A mój mąż co na to? Strzelił mi fotkę. Przy drzewie.Kwitując to słowami:
- Akt pierwszy: dwa drewna.







sobota, 4 stycznia 2014

spowiedź

Podobno zawsze byłam wyluzowana. Śrubki zawsze lekko odkręcone powodowały, że krok był elastyczny. Idąca tam gdzieś idąc, nieważne gdzie, idąc szłam niestrudzenie pogwizdując pod nosem znaczy się gwiżdżąc na wszystko. Nieważne czy to był krok do przodu, czy do tyłu, ważne, ze to był krok. A krok ten mówił: idziesz a idąc nie upadłaś i to było najważniejsze: trzymałam się na nogach. A wokól zadyma mogła sobie być. Co mi tam! Ja szłam. Nieważne gdzie, ale szłam.

Jednak ostatni rok zrobił mi młockę w zwojach mózgowych. Wymiana korków na inne modele spokoju kończyły się spięciem. Wiecznie coś mi wywalało wywalając mnie w kosmos obłędu.
W klatce zamieszkał strach. Siedzi taki gnojek i się lampi i mruczy i spala kabelki. Nieoswojony wciąż. Dziki, rzuca się z kąta w kąt. Z pazurami wyskakuje paraliżując rozsądek. Panika zaś oślepia. Łatwo jest wtedy wpierdzielić się na coś albo zawisnąć nad czymś i to mielić i mielić i mielić. Dopóki ktoś nie pacnie w plecy. Albo zdrowo nie przywali w główkę. Tyle, że z czasem od tego poklepywania zamiast otrzeźwienia przychodzi otępienie.

Minął rok. Dzieci urosły, mąż się postarzał, a ja siedzę w punkcie wyjścia. By nie rzec w czarnej dupie.
Rok temu mieliśmy jechać na narty, miało być bosko.
I co?
Bosko wpierdzieliłam się w dół i dołowania rok minął.
I co?
Więc rok minął i mieliśmy pojechać na narty.
I co?
I przede mną powtórka z rozrywki. To samo. Znowu to samo! Ta sama rola tyle, że w innej scenerii.
Przede mną znowu operacja kolana, znowu kule, znowu rehabilitacja, znowu lekarze i ZUS.
Zajebista wizja?! Wypas taki jak łąki zielone w Nowej Zelandii. Soczysty.Tyle, ze zamiast mowy trawy toczą się przeze mnie soczyste kilogramy "mięsa".
Nie mówiąc już o tym, że kiedy lekarz mi powiedział, że nie wie czy starczy mu 10 miesięcy na postawienie mnie na nogi to straciłam oddech. Zatkało mnie. Dlatego przepraszam za milczenie. Bo to taki sezon na misie zaczyna się. Zaczyna mi się odechciewać wszystkiego. Jak mi się przypomni....A mi się nie chce nic....

Nie będę wdawać się w szczegóły całej akcji, powiem tylko, że jak w tym roku nie osiwieję to będzie cud. Że melisa to za mało. Że czasami mam ochotę rzucać mięsem przegniłym. Że nie mam ochoty wstawać z łózka. Że nie widzę siebie po zabiegu, jakbym miała nie przetrwać. Że panika rozpierdziela mi dokładnie moją zbroję. Zbroję, którą tkałam igłą cynizmu.

Wciąż nie mogę zapomnieć jak dzieci biły się o moją rękę, która stała się wolna, bo mogłam poruszać się już o jednej kuli i każde z nich chciało mnie trzymać za dłoń. Jak córcia, kiedy w nocy chciała pić, musiała dreptać do kuchni, bo nie miałam jak przynieść do łóżka szklanki z wodą. Jak syn, który odwiedził mnie w szpitalu rozpłakał się mówiąc ze dom beze mnie nie jest tym samym domem. A potem parę tygodni później wyjechałam do sanatorium.....ech, szkoda słów. Ból wraca. I ta niemoc.

Może tym razem tak nie będzie, może tym razem będzie inaczej, może nie wykracza poza operację, jakbym potem miało nie być.

Ostatnio siedząc na kanapie i pijąc swoją gównianą kawę, bo mlekiem polaną, postrzegam swoje życie jak  komiks. Czuję się jak rysunkowa postać, której autor kreseczkami rzuca nowe schody do przejścia.
- Acha- tu wlazłaś, z tym sobie poradziłaś to masz!
I pierdud nowe jeb.
Taki japoński komiks.
Z dodatkiem mega ilości gówna.

I są chwile, kiedy czyszczę strudzone patrzeniem swoje okulary i dociera do mnie jak grube są szkła. Wydawałoby się, ze wzrok tracę, ale paradoksalnie dostrzegam coraz więcej. Ha! z wiekiem zamieniam się w wiedźmina. On wprawdzie miał genetycznie zmienione oczy tudzież jakimiś eliksirami podrasowane, ale widzimy to samo: dostrzegamy potwory. Bynajmniej nie chodzi o nocne zmory, ale o ludzi. W ludziach dostrzegam potwory. Naprawdę. Zaczynam chorować na ludziowstręta. Dlaczego? Pominę milczeniem. Zatem wolałam się zamknąć w swoim domku ciesząc się rodzina. I książką. Bo w takowe obrodziłam. Niż iść w potworny świat. Aczkolwiek dwie imprezy zrobiłam. Ha! Potwornie nudne, o! By nie było. Bom nudziara ...
Choć nie powiem, choć powiem przyznając się szczerze: niektóre rzeczy zabijam mając dość. Bez sentymentu. W końcu wszystko przemija. Zamieniam się w wilka. A człowiek człowiekowi wilkiem jest.
Więc uważajcie- będę gryźć! Albo zatykać się milczeniem.
Jak mi się zechce.
Zechce cokolwiek.

Aczkolwiek wczoraj zrobiłam ciasto z jabłkami. I to jest tragedia. Znaczy się wyszło o dziwo super, ale tragiczny jest fakt samej mej działalności kuchennej. To nie wróży dobrze ......i bynajmniej nie chodzi mi o kilogramy.

Chciałoby się krzyknąć do dupy z tym wszystkim i trzasnąć ostatni raz drzwiami, ale ......idę poszukać igły, by pozszywać popękaną zbroję. O ile zechce mi się. Mi się cokolwiek.









poniedziałek, 23 grudnia 2013

Radosnych Świąt !!! :))))


Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru

Przyniesie Wam spokój i przyjemność.

Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia

Żyje własnym pięknem,

 A Nowy Rok obdaruje Was

Pomyślnością i szczęściem.

Najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia

Niech spełniają się wszelkie Wasze marzenia.





















niedziela, 22 grudnia 2013

Chłopaki - dziękuję : :)))




Dostałam dwie nominację. Chłopaki, dzięki. :)) Fajny prezent na święta. :))) I to jeszcze od TAKICH KOLESI!!! - WOW!!!!
Poprzednio nominował mnie też super kolo - Ulica :PPPP :D.

A jednak ktoś czasami tutaj zagląda - to miłe :)))))) To niezły kop, dzięki :)
A ja Wam polecam ich blogi, nie są tak mulaste jak mój :)))






Van Furio - odpowiadam na Twoje pytania :))) 

1. Moim niedoścignionym wzorem jest (uzasadnij !) ….
Myślę i myślę i myślę, ze chyba jednak nie mam wzorów :)

 2. O czym marzysz od zawsze, wiedząc że nigdy tego nie zdobędziesz?
O seksie grupowym :PPPP
A tak na serio -poleciałabym w kosmos, chciałabym to przeżyć, zobaczyć, poczuć.

 3. Za 72 godziny świat ulegnie całkowitej zagładzie. Co zrobisz przez ten czas?
Tankuję auto i robię jazdę po Polsce, by spotkać ludzi z blogów i fb :D:P.
Zabieram rodzinkę w góry - w ukochanych górach mych z mymi misiaczkami ....piękna smierć :)P

 4. Wygrywasz 8.000.0000 w totolotka. Co zrobisz z taką forsą?
Podróżuję z rodzinką, inwestuję i wpłacam na cele charytatywne, fajnie jest pomagać. Kurczę i kupiłabym sobie motor :)))

5. Najbardziej ekstremalnym przeżyciem w Twoim życiu było…
Jednym z wielu np. wieszanie mokrego pokrowca z materaca, gdzie o mało nie wyleciałam przez balkon. Ponad to uścisk i całus od Teściowej. Albo jak zjeżdżam  na dupie złażąc z Rysów i cholerny czekan nie chciał się w bić w śnieg. Albo jak auto przestało mnie słuchać i po lodowej ulicy jechało wprost na inne. Albo jak wpadłam do kanału, - całe moje życie to takie ekstremalne przeżycie. Jest w czym wybierać, hahahaha.
Jak przestanie się dzaić, znaczy się, że trupem jestem :)

6. Oddałabym/oddałbym wszystko by przeżyć to jeszcze raz lub choć raz…
Nie, już nic nie chcę przeżywać - dobrze jest jak jest :)

7. Twoje 3 żelazne zasady, których nigdy nie złamiesz….
Nie zdradzić swoich zasad.
 8. Ulubiony film, który mogę oglądać milion razy to…
Za dużo tego by wymieniać :) Uwielbiam Tarantino, Luca Bessona, Woody Alena filmy z Shirley MacLaine, Woody Harrelsonem, Jackiem Nicholsonem, o jejku no też długo by wymieniać :)

 9. Wolność to dla Ciebie…
Brak granic we wszelkich przestrzeniach.

10. Co wywołuje w Tobie największy lęk?
Życie? Taniec cieni w nocy? Głupota ludzka chyba jednak najbardziej.
  1. Uwalniasz dżina z butelki, masz jedno życzenie. Jakie?                                                                              By wszyscy ludzie byli zdrowi i szczęśliwi.
Czego Wam wszystkim życzę :)))))

Garibaldi - odpowiadam :)))

1. Dlaczego prowadzisz bloga?
Bo jak umrę to choć słowo zostanie hahahaha.

2. Kim chciałabyś być gdybyś nie był/była sobą?
Nie wyobrażam sobie by być kimś innym :)

3. Twoje największe marzenie?
Himalaje - wejść na jeden ze szczytów:)

4. Miłość, Pieniądze, czy Siła?
Siła, bo trzeba mieć siłę by kochać i robić kasę :D

5. Masz pistolet z jednym nabojem. Przed tobą typowy Gimbus i „lalka Barbie” – Kogo wybierasz?
Siebie :P)

6. Lubisz Krzysia Ibisza? (Zastanów się, on prowadzi galę!)
Zdecydowanie nie :) (i dobrze, że mu nie zapłaciłeś :P)

7. Czy ktoś z rodziny/przyjaciół wie, że prowadzisz bloga?
Tak. 

8. Nie ma prądu przez tydzień. Co zrobisz?
Przy świeczce gram w "tysiąca" :P

9. Skarpetki z Sandałami. Hot or Not?
Zależy od temperatury, ahahahaha

10. Jaki styl wolisz – Nieśmiałego faceta, czy Klubowego Macho? A do panów : Nieśmiała Dziewczyna, czy „Otwarta Bezpośrednia” ?
Ani jednego ani drugiego - facet to ma być facet :)
  1. Jesteś w toalecie. Nie masz papieru. Co robisz?                                                                      Dzwonię do przyjaciela (znaczy się męża:P ) :D


Przepraszam Nieanielica., że choć przyjęłam zabawę to ona gdzieś zawisła. Miałam wymienić 7 rzeczy o których nie pisałam na blogu. Hahahaah, nie napiszę o nich, bo o tym nie piszę. :)))))




A poza tym dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście.

:)))))))))))))))))))









czwartek, 19 grudnia 2013

luzowanie gumek od majt :)



Poszliśmy po Młoda do przedszkola. Pani powiedziała, że Młoda nie chce się sama rozbierać ani ubierać ani jeść. Siedzi w tym swoim uporze i palcem nie ruszy. Młoda posłała pani uśmiech mega, który mówił jedno    " no i co?". Dla niej to ubaw.
W szatni pytam się tej córy mojej o co chodzi. Władzę w rączkach straciła czy co?
- Bo nie!
"Bo nie" to odpowiedź na wszystko. "Bo nie" i koniec. I odmówiła ubrania się.
- Ty mnie ubierz.
Ubrałam, bo nie miałam czasu ani ochoty na przepychanki. Córka mając ubrać rękawiczki rzuciła je na środek korytarza.
- Ale tobie to co? Mózg się przegrzał? Rękawiczki to nie piłka. 
Dziecię na mnie popatrzyło. Zobaczyłam w jej oczach to coś, oj miotały maleństwem sprzeczne emocje. Od zmęczenia po złość, po nie wiadomo co, bo kto wie co tak naprawdę gra w duszy czterolatka. Oho ho ho - pomyślałam - będzie ciężko.
Młoda podniosła rękawiczki mówiąc:
- Ale nie ubiorę!
- Trudno, jak w łapki zarzniesz to może zmienisz zdanie .....
Wyszliśmy. Dzieciaki zaczęły się przedrzeźniać. Co Młoda powiedziała to Starszy powtarzał. Córa zaczęła fuczeć, a syn wpadał w obłąkańczy śmiech. Zaczynało się robić małe piekiełko. I darcie się na całą ulicę.
W końcu Młoda zamilkła i stanęła. Nie będzie szła, bo będzie zakładać rękawiczki.
-Czekajcie na mnie!
No to czekamy. Pięć minut ......i nic nie zmienia się. Młoda stoi i lampi się w rękawiczki trzymane w dłoniach.
- Zakładasz czy idziemy?
- Zakładam - warknęła Młoda po czym znowu rzuciła rękawiczkami na chodnik mówiąc, że są głupie.
Dobrze, że był lekki mrozik, który zmroził mi neurony, bo nawet mały obłoczek pary uchem mi nie poszedł.
- Słuchaj Młoda, bierz rękawiczki, tyłek w troki i idziemy. 
- Nie! Ty mi załóż!
- Przesadzasz Maleńka, oj ...
Pomogłam córce założyć rękawiczki, Młodej humor poprawił się i zaczęła biec. A nawet śmiać się. Brat jej towarzyszył i nie było kwachu. Uf, będzie dzień do przeżycia. Chyba ...Bo to wiadomo co dziecku w główce się porobi?!

Po drodze wpadliśmy nad stawik. Walka z lodem zainspirowała młodych do niezłych zabaw. Ostrożnie próbowali wejść na tafle lodową, ale lód łamał się, wiec dorwali gałęzie i oddali się potężnej sile niszczenia pokrywy lodowej.

Dom. Dzieciaki rozsiadły się w kuchni i zaczęły jeść pączki kupione po drodze. Takie z dziurką oblane czekolada. Po prostu pycha. Dali mi po gryzie to wiem. Fajne są te moje szkraby.
Nagle Młodej zaszkliły się oczka. O jej pomyślałam, ale musi jej smakować.
- Prosiaczka zostawiałam w przedszkolu. A ja ....go chcę!!!
I rozpłakała się na całego. Buuuuuuuuuuuuuuu.........
- Kochanie, nie płacz, Prosiaczek niech pobawi się w przedszkolu, a jutro go zabierzmy, co?
- NIE! Bo ja go kocham i tęsknię! Buuuuuu......
Taki żal i taki płacz, ze nie miałam innego wyjścia jak pojechać do przedszkola po zgubę.

Włączyłam dzieciakom bajki. Bajka to lek na wszystko. Prawie na wszystko. Mloda wprawdzie przestała płakać, ale za to chlipała z tęsknoty. No to pojechałam do przedszkola. Odnalazłam różowego pluszaka i pognałam z powrotem do domu. Radość córki była wielka.
- Dziękuję mamusiu.
Czy trzeba czegoś więcej?! Prosiaczek wywiał wszelkie muchy z nosa córki. Stała się słodka, a rączki odzyskały władzę.



Zresztą sama ucieszyłam się ze znalezionej zguby. Wieczorem padłam do wyra. Padłam z bólem brzucha. Jakby mi było mało wrażeń to jeszcze kichy zbuntowały się. Leżałam złożona jak leżak, gdy nagle poczułam ukłucie. Ukłucie jednego kolczyka w głowę mą. Jednego? Ręką zaczęła szperać po drugim uchu. NIE MA !!! nie ma .........buuuuuuuu......nie ma .....Chciałam się ubierać i w tą noc z latarką gnać, ale nie miałam sił, by machnąć nogą. Ani wyprostować się.
Mój kloczyk ....buuuu. To naprawdę był fajny komplet. Pewnie zgubiłam gdzieś na ulicy jak niosłam śpiącą córę. Ech.....Buuuuuu....... Zasnęłam smutna z wizją, że a nuż może koło ławki przed klatką leży?!
Rano kiedy ścieliłam dzieciakom łóżka  wlazłam na coś lewą nogą. Pieprzone lego - pomyślałam. Schyliłam się i........nie wierzyłam swemu szczęściu. To był kolczyk! Mój kochany kolczyk! Życie cudem jest.


 Tak więc z całej radochy Zygmunt dostał swoją choinkę. A co tam. Idą święta - magiczny czas, więc niech magia trwa.

Choinkę przystroił syn -sam!:)


A poza tym nie mogłam się oprzeć i kupiłam w dronce świecące cosiki :) 

 Na półkach wyglądają radośnie i barwę zmieniają :)))


I bałwanka mam i gwiazdkę i totalnego pozytywnego zajoba. Aż micha mi sie cieszy.

A atmosferę podgrzewa fakt, że zamówiliśmy bilety na Hobbita i porywamy syna do kina. 

Czuję, mówię Wam, że nadchodzi zajebisty czas!!!!!!!!

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD





Na tyle zajebisty, że pieprzonych kierowców, innych kierowców będę bić słowem po Nowym Roku :PPPP


wtorek, 17 grudnia 2013

o Bieszczadach mych ....









Takie cudo zrobiła córa na zajęciach przedszkolnych z plastyki. Oczywiście nie sama, bo aż tak zdolna nie jest. Patrzę na sowę i sama mam ochotę wziąć kozik w ręce i podłubać. Artystyczne poszukiwanie spokoju. Rycie dłutem jak poszukiwanie drogi życiowej. Jedno życie, a tyle wyborów i przypadków, które wszystko burzą. Albo budują.
Drewniane rzeźby kojarzą mi się z Bieszczadami.  Bieszczady, ten kawałek ziemi, który niesie coś z sobą niesamowitego. Dzika przyroda, dzikie dusze. Miejsce ucieczki. Stachura, Hłasko (wiem, wiem, ze Bieszczady są mu tylko przypisywane), miejsce buntowników, miejsce tych którzy chcą żyć inaczej. Coś zgubić, coś znaleźć....Siedzieć przed chałupą i dłubać z dala od cywilizacji. Od tłumu, instytucji. Przyjemna forma niebytu. Dłubać w drewnie, w nosie, w ziemi, w duszy ....
Zresztą uciekłam w te swoje Bieszczady....
Uciekłam z kolesiem poznanym przez ogłoszenie w gazecie. Miałam 17 lat. Siedziałam w filozofii, w religiach, poszukiwałam sama nie wiedząc czego. Egzystencjalizm wraz z Buddą mieszały mi w duszy. Filozofia hinduska z materializmem odciskały swoje piętno. W poszukiwaniach swych odnalazłam jednak ułudę miłości.
Wsiadłam do pociągu i pojechałam. Rodzicom powiedziałam - jadę z koleżankami. Ha! uwierzyli, bo obarczyli mnie czymś strasznym - zaufaniem. Nigdy jakoś nie zawiodłam. Nigdy zaczęło być nudne.
 A jak nigdy jest nudne to nadchodzi czas zmian.
On miał wsiąść po drodze. Tyle, że przy kontroli biletów okazało się, że jednak muszę z tego pociągu wysiąść. Więc na najbliższej stacji opuściłam wagon. Obce miasto i ja. I pociąg za dwie godziny. Poszłam do budki i zadzwoniłam do niego, by powiedzieć, że jadę następnym, ale jego  już dawno nie było w domu.  Wyszedł na dworzec. Zonk.
Samotne wakacje? Czemu nie. Zew przygody. Zresztą głupio do domu wracać. Wsiadłam do pociągu: kierunek Bieszczady. Z paroma złotymi w kieszeni, bez namiotu, za to z paczka papierosów. Nie będzie źle.
Kiedy  pociąg hamował na jego stacji, wychyliłam się przez okno krzycząc:
- Grzegorz.
Bez wiary, że się odnajdziemy. Dostałam pstryczka w nos -trzeba wierzyć. Był. Poznałam faceta ze zdjęcia.
On nie wiedział jak ja wyglądam. Ha! Taki numer. I znaleźliśmy się.
To że odnaleźliśmy się powaliło mnie na kolana, jego powaliłam ja, a  iskra cudu zamieniła to wydarzenie w coś mistycznego.  Dwa tygodnie włóczenia się po górach. Włażenia w doliny, na połoniny i na szczyty nie tylko górskie. Świat przestał istnieć.  Eksplozja zatracenia, a jednak odnalezienia czegoś ważnego. Odkrycie, że miłość jest tym wszystkim co każe nam żyć, być, nakręca. I ta duchowa, i ta zmysłowa  jest turbiną dla pozytywnego istnienia. A takie istnienie przezwycięża uczucie osamotnienia, zagubienia w poszukiwaniach. Odnalazłam sens istnienia i siłę życia.

Grzesiu później do mnie przyjechał. Przyjechał w sobotę. A sobota u mnie był dniem udręczenia. Matka sprzątała jakby to była misja życia. Sobota była masakrycznym dniem. Naszą miłość wciągnął odkurzacz.
Grzegorz odszedł, ale ja miałam Fromma. To lepsza pamiątka niż Grzesiu Junior. Jednym słowem miłość trwała, zmienił się tylko obiekt.

Parę miesięcy później jednak zawisłam nad życiem i zleciałam w dół. Trafiałam do szpitala ....Ale to inna historia.

Jednak Bieszczady z tą moją duszą szepczą mi, by kiedyś jednak kupić tam chałupę i żyć na uboczu świata. Żyć w zgodzie z naturą. Odnaleźć prawdziwego człowieka choćby przy szklance wódki. Tak siąść, wyciągnąć nogi i gwizdać pod nosem. Odnaleźć wolność istnienia nie obarczoną niczym poza chęcią  życia.
.
A póki co dałam się uwieść historiom o Bieszczadzkich Zakapiorach*. Cudowna opowieść o ludziach, którzy istnieją. Ich historie były niesamowite. Rzucić wszystko i uciec. W tchórzostwie odnaleźć odwagę, czy w odwadze jednak wskoczyć w tchórzostwo. To kolorowe ptaki, które fruwając nad górami nadają im magię. Takie są właśnie Bieszczady.W mojej duszy.
Kiedyś tam się zagubię, by się odnaleźć na nowo. Z koza pasącą się przy lawie, na której będę siedzieć i dłubać w kawałku drewna.











* http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62785/majster-bieda-czyli-zakapiorskie-bieszczady








czwartek, 12 grudnia 2013

nie karmcie dzieci płatkami...



Syn uznał dzisiaj, jedząc płatki z mlekiem, że zacznie czytać książki. Normalnie mlekowe natchnienie.

- Ale wiesz mamo takie prawdziwe chcę czytać książki. Te wasze, straszne ........

- Aha, to zacznij dzisiaj po szkole ....






Po przedszkolu córka załapała  fazę.

- Puść mi Cartoon Network, bo chcę oglądać bajki.
- Nie, bo ja chcę się bawić z tobą - odpowiedziałam.
- Dobra. To się pobawimy jak będą  lecieć  reklamy.


Wieczorem w kuchni Młoda siedzi przy stole i pije. Wypiła wodę ze szklanki, szklankę postawiła na blacie i ręka walnęła w stół.BACH!
Patrzę na nią zdumiona:
- Co jest Mała?!
- No co? NALEJ MI !






środa, 11 grudnia 2013

Wrrrrrrr...

Młoda od samego rana zapowiadała, że nie cierpi lekarzy i nie da się zbadać. W genach  ma zapisaną awersję do białych kitli. I koniec. Mogłam sobie mówić, córka i tak wiedziała swoje.
Pojechaliśmy na bilans. W poczekalni córce humor dopisywał. Rozgadana skakała sobie wesoło. Myślałam, że będzie dobrze. Ha, ja sobie mogę.
Kiedy weszliśmy do gabinetu Młoda zamieniała się w Coś. Przyjęła minę strasznie złą i zaczęła warczeć.
- Wrrrrrrrrr

- Dzień dobry kochanie - pediatra zwróciła się do córki.
- Wrrrrrrrrrrrr
- O! Dzisiaj nie masz ochoty rozmawiać?!
-WRRRRRR!!!!!!!


- Kurcze, Młoda przestań. Powiedz dzień dobry, zacznij mówić- prosiłam.
- Wrrrrrrrrrrrrrr 


Przeprosiłam za zachowanie córki, mówiąc, że naprawdę nie wiem co się stało. Tego jeszcze nie było. Ale cóż dzieciaki lubią zaskakiwać. Panie tylko choichotaly.
Młoda patrzyła spod oka i warczała. Normalnie dziecko wychowywane przez wilczycę:
- Auuuuuu!!!!!- o mało co nie zawyłam z rozpaczy.

Rozebrałam córkę. Postawiłam na wadze. Zmierzyłam. Dziecko nadal nadal warczało  odpowiadając  w ten sposób na wszelkie pytanie pielęgniarki i lekarki.

- Ale dziecko mówi?
- No tak. Właściwie w domu to jej się buzia nie zamyka.
- Zadaje pytania?
- Tak, dopytuje się.

Sprawdziliśmy wzrok.
- Co widzisz na obrazku? - zapytała się pielęgniarka.
- Konik, kaczka, domek, samolot, koło
Odezwała się!!! Odezwała się!!! Jak radocha! Ufff.......
- O jaki piękny masz głosik. Ślicznie mówisz. Proszę, masz tu naklejki.
- Dziękuję.


Wychodzimy.
- Do widzenia, Młoda pożegnaj się.
- WRRRRRRRRR.......





niedziela, 8 grudnia 2013

rok temu.........

Rok temu, właśnie 6 grudnia, kiedy św. Mikołaj wpadał na świat to z nieba sypnęło śniegiem. Zawiało, zasypało, po prostu w jednej sekundzie zrobiło się biało. To był moment, bo jak wyjeżdżałam na miasto w sprawach służbowych to była jeszcze jesień. Wpadłam do firmy współpracującej, by omówić wszystkie niepokojące punkty - wychodzę i ....zamieć śnieżna. Z niedowierzania przetarłam oczy. Czułam się tak jakbym światy pomyliła. Co jest? Trafiłam do Królestwa Królowej Lodu?!
Auta jechały powoli. niektóre ślizgały się przy lekkim hamowaniu tańcząc niespokojnie. No tak znowu zima zaskoczyła niektórych kierowców i zapomnieli zmienić opony na zimowe. Wsiadłam do auta, wypróbowałam hamulce i o żesz, lodowisko po prostu!!! Fuck!

Oby tylko dojechać do firmy. Jechałam powoli. Mega zakręt i ..wyrzuciło mnie na pas przeciwny. Facet zahamował i stanął, ja płynęłam nie mając wpływu na auto i .....nie wiedząc co robić po prostu wyłączyłam silnik.
Stanęłam. Inne auta też stały. Obyło się bez kolizji. Odpaliłam silnik, ruszyłam powoli z modlitwą normalnie, oby dojechać, oby dojechać ...

Jechałam naprawdę powoli, kolejny zakręt, a za nim auto stoi. Stoi, bo chce skręcać w w lewo na parking, a nie może, bo auta z naprzeciwka jadą. Stanęłam za kolesiem cała szczęśliwa, że zahamowałam  nie wpadając mu w dupę. W sumie kretyn mega sobie myślę, bo idioci tylko tak stają. Ale cóż ...

Nagle moja głowa poleciała bezwiednie na kierownicę. Kurwa!!! co jest?! Jakby było mało to moje auto ruszyło  do przodu. Jak?! Co jest?! Jezu, zaraz w faceta przywalę, ale w tym samym momencie auto, które stało  przede mną ruszyło na parking, więc go nie walnęłam.

Wysiadłam z auta. Podleciała do mnie babka mocno przepraszając. Był zakret, nie wyhamowąła. Mój bagażnik był otwarty i zdemolowany, tablica wisiała, no nieźle. Zjechałyśmy na bok. Wymieniłyśmy się numerami telefonu i podałam swój adres zapraszając na kawę i napisanie protokołu.

Wpadłam do domu roztrzęsiona. W jakiś nieskładnych słowach opowiedziałam mężulowi co się stało. Nagle odkryłam, ze nie mam okularów. Mąż zszedł - były przy pedałach samochodowych.

Po godzinie mężu stwierdził, ze dałam się zrobić, bo babeczki nie ma, a tu domofon się odezwał. Przyszła. Przepraszała, choć mówiłam, że nie ma za co, ze w sumie tego faceta mogłyśmy spisać, bo to jego wina - kretyn nie powinien tam stanąć, ale obydwie byłyśmy w szoku.
Mąż zrobił kawkę, a my spisałyśmy protokół. Kark mnie bolał, ale co tam - przejdzie. Pani znowu przepraszała, choć ja mówiłam, ze nie ma za co. Dobrze, że nikomu nic się nie stało - to najważniejsze.
A kark? Nie pojechałam do lekarza, bo z pierdami nie będę łazić po białych kitlach. Jak nie przejdzie to pójdę. Zadzwoniłam do firmy mówiąc co się stało, szef powiedział : zostań, nie wracaj, do jutra.


Myślałam, że to będzie jedyna przygoda w grudniu, ale niestety los miał jeszcze jedną niespodzianke dla mnie i bez szwanku na zdrowiu nie dotrwałam do Nowego Roku..... Mam tylko nadzieję, ze w tym roku dotrwam bez "przygody" do Sylwestra.


Takie przypadki uczą, ze można zginąć nie wiadomo kiedy, dlatego memento mori i cieszmy się życiem, dzieciakami, sobą i wszystkim. Niech radocha trwa z tego co jest, bo zawsze może być gorzej, albo przestać być.

I życzę Wam na tą zimę szczęśliwej drogi!







sobota, 7 grudnia 2013

- noooo, mamo....


- Mamo, ale przykre, że nie dostałaś prezentu, nie martw się. Ale kostka rubika jest fajna, ale trudna. Mamo, a właściwie jak Mikołaj wszedł do mieszkania?

Nieustająca paplanina syna otworzyła mi oczy. Spojrzałam na budzik. 6.30. 6.30? Wpół do siódmej? W sobotę?! Ja go normalnie zamorduję .......Do szkoły potworka obudzić to problem, ale sobotni poranek nie jest żadnym problem. Albo zabiję siebie .....spać......cisza, spać, proszę, litości....

- Synku, ciiiiiiiiii, daj mi spać.......idź sobie, a kysz......
Schowałam głowę po poduchę. Ale syn nie znikł, nie poszedł....

- No, ale mamo powiedz mi, jak wszedł Mikołaj....
- Nie wiem, nie myślę, spać........
- Ale ja dzisiaj z tatą będę układał jeszcze raz wyścigówkę. To łatwe, ale niech tato zobaczy....

Pla, pla, pla ....
Paplaninę przerwał jękokrzyk Młodej. Jeszcze tego brakowało........pewnie wystraszyła się czegoś bidulka. Wyrwałam z wyrka i poleciałam na jednej nodze do pokoju dzieciaków.
- Ciiiiii....co się stało kochanie?
- Miałam zły sen ......- Chlipała córa.
- Oj biedactwo, no już .......no co ci się śniło co? 
Wtuliłam się w to małe cieplutkie ciałeczko mając nadzieję, że jak dziecko się uspokoi to zaśnie a ja razem z nią.

- Coś  - chlip - strasznego......
- Ojej, ale co?
- Bo ciocia nie chciała mi puścić bajki..........Mamo, ale ty mi puścisz, prawda? Ja chcę Królewnę Śnieżkę, proszę, idziemy?

Bo co?  Hahahahaha ......No ręce mi opadły........
I po śnie.
6.50 - witaj soboto.....jak ja to kocham :)






To syn tak ułożył, ciekawa jestem czy uda mu się ułożyć całą :))))





Układamy z córką lego. Raczej ona układa, a ja nadzoruję pokazując co i jak. W którymś momencie mówię do Młodej:
- Kurde, nie rób tego jedną ręką!!! Wiesz co możesz zrobić jedną ręką?
- Tak, wiem, podrapać się po tyłku.....- a po chwili dodała - albo po cipce......
I zaczęła się śmiać. Ja też, hahahahaha.....Ten ton głosu, oj niezly numer z niej wyrośnie, coś tak czuję :))).










cd soboty może nastąpi albo i nie :)))



piątek, 6 grudnia 2013

Mikołajkowy dzień :)))

No i był dramat, bo mama nic nie dostała od św. Mikołaja. Starszy przeleciał wszystkie poduchy w domu, bo a nuż może jeszcze coś się gdzieś zawieruszyło :)))
- Mamo, a ty nie masz prezentu?!?!
- Widocznie niegrzeczna byłam
- Byłaś, byłaś!!
!!
Syn po chwili dostał oświecenia:
- A może wieczorem św. Mikołaj wróci i dostaniesz?
- Pewnie tak.


Dzieciaki były zadowolone ze swoich prezentów. Czy trzeba czegoś więcej?!
Ale przejęły się bardzo, że mama nic nie dostała ...
 - Wiecie, Mikołaj najpierw odwiedza dzieciaki, potem dorosłych.

Syn od razu ubrał nową koszulkę. Natomiast Młoda wyczuwając niezwykłość dnia zażyczyła sobie odnalezienia czapki mikołajowej, w której dziarsko wparowała do sali przedszkolnej.

Starszy po drodze przeprowadził organoleptyczne badanie zamarzniętych kałuż - po prostu wywinął niesamowitego orła. Rozbawiło mnie to okrutnie, bo i w okrutny brecht padłam. Syn zresztą też. I nie tylko my....hahahaha.

W szkole na korytarzu grała muzyka, były Mikołaje, aniołki i diabełki. Ogólne zamieszanie wskazywało, że to będzie niezwykły dzień. Kolejny luźny dzień, bowiem wczoraj  Starszy wraz z klasą, w ramach prezentu mikołajkowego, pojechał do operetki.
- Nuda, tańczyli, śpiewali.
- Teatr lepszy?
 - Nooooo, a to mi się nie podobało.
Dzisiaj natomiast drugoklasiści tłoczyli się do wyjścia- jechali do kina.


Uwolniona od dzieciaków popijając kawkę wymyśliłam sobie, poruszona reakcją dzieciaków, że co tam, ale dla siebie też mogę być świętym Mikołajem. Poleciałam na miacho.
Kupiłam prezenty.

Pakując odkryłam, że owszem wszystkim kupiłam tylko nie sobie, hahahahaha. Jak to się stało, nie wiem. Chyba za bardzo zajarałam się kupionymi prezentami dla innych. Zwłaszcza do T - w końcu pojawiła się TA ksiązka!! tralalalalalaa....


Syn, jak wparował do domu, przyjął słuszną taktykę.
- Mamo, a może jednak jeszcze coś jest pod poduchami? - jak rzekł tak zanurkował w poduchach.
- Może? 

Krzyk zadowolenia zagłuszył muzykę.
- O, kurczę...,mamooooo, Mikołaj był!!!!
- No co ty? serio?! Pokaż, nie wierzę...
- Noooo, popatrz - i pokazał prezent.
-Mamo, a może dla ciebie coś jest?
- Może?
Poleciał do sypialni. Zakopał się i nagle krzyk:
- Mamo, patrz! Jest!!!
- Ej to prezent dla taty, przeczytaj.
Przeczytał.

- Aha, o rany, znowu zapomniał o tobie?
- Wiesz, mam was to mi już to szczęścia nie jest nic potrzebne.
- Tak wiem. - a po chwili syn dodał - ale na pewno ucieszyłabyś się z nowej książki?
- Jasne. A może zresztą wieczorem wróci?
- Biedna mama, masz ode mnie buziaka - powiedziało moje kochanie przytulając się do mnie.

No słodki bywa, słodziutki ....

 Odebrałam później córkę z przedszkola, a w tym czasie syn został w domku sam. Nie chciał iść, wolał złożyć wyścigówkę.
Młoda wyszła z sali targając reklamówkę.
- O to tu też był Mikołaj? - zapytałam udając zdziwienie.
Był! Mówiłam wierszyk i piosenki śpiewaliśmy. Taki stary był ten Mikołaj.
W reklamówce znalazł się zestaw klocków i trochę słodyczy. Super.

Ledwo weszliśmy do domu, Starszy już był w przedpokoju.
- Młoda zaglądaj po poduchę, tam coś jest!
Młodej pisk powiedział wszystko - było! :)


 Potem poszliśmy do mojej matki Tam dzieciaki też splądrowały poduchy wśród których odnalazły wielkie wory słodyczy. Oj będzie miał co tatuś jeść, oj będzie, hahahaha.
I znalazła się prezent dla babci. I czekolada dla mamy.
A jednak coś, super.


Teraz czekam na swojego Mikołaja. Wiem, ze będzie. Zawsze jest.
Mam tylko nadzieję, że wróci szczęśliwie do domu, bo pogoda robi się coraz gorsza .....





czwartek, 5 grudnia 2013

dzieciakofo




-Ha, ha, ha co ty narysowałaś tyłek?! - zapytał się brat siostry swej, na co ona:

- NIE! Mamę....



Niezła jest ze mnie dupa, co?!
:PPPP










- Synu co się z tobą stało? kiedyś lubiłeś swoją siostrę, bawiłeś się z nią a teraz zachowujesz się niegrzecznie wobec niej...
- Kiedyś to ja byłem wielkim głąbem!





- No synu, daj psa Młodej na te pięć minut, nie bądź żyła! - krzyknęłam wkurzona walką o maskotkę.
- Mówiłaś, by się nigdy nie poddawać się to nie poddaję! Młoda! Pies jest mój!!!!!!!!
I walka trwała nadal.



- Ja jestem królem a ty mamo swojemu władcy nałóż pastę na szczotkę .....




Starszy podszedł do półki z książkami. Czyta: 
- King, king, king, King....ile wy tego macie?!
Policzył.
- Macie 23 książki Kinga, nie przesadzacie?!
 
I naucz syna czytać i liczyć...ech...*


Teściowa pyta się Młodej:
- Co chcesz dostać od św. Mikołaja?!
- Smartfona


Noż kurczę,  a Helllo Kitty, Monster ?!!! Helloł, dzieciaku....


Na co Starszy powiedział, że:

- Jak Mikołaj powie,że : "Starszy byłeś niegrzeczny" to ja powiem, że nie jestem Starszy tylko Gutek - i wpadł w dziki śmiech - aaaaahaahahahahahahaahahahahahahaha ale go zrobię no nie?! aaaaaaahahahahahahaha

I czeka na ten hełm. Hełm co spełnia życzenia.

Oboje odliczają czas do Mikołaja.

A dla mnie czas zaczął płynąć w innym wymiarze.


Więc Mikołaju poproszę oprócz ksiazki o super pracę albo pomysł na własną firmę:)


 A póki co, otwieram wino, by wypić za życie.

:D



A jutro czy kiedy tam opowiem jak King pojawił się w moim życiu - o pająkach, Cygankach :))))








-------

*  Policzyłam dzisiaj z ciekawości :D  - 34 xKing na półce mej  :PPP

niedziela, 1 grudnia 2013

randka - 3 x łózko

Matka wpadła do dzieciaków, a my zaczęliśmy się zbierać na wyjazd. Ostatnie wejście do łazienki,  lekka  poprawka  makijażu,  psik, psik  pachnidłem i ....:

- Pośpiesz się.

i perfumki rozbiły się o kafelki. Stanęłam bezradnie. Teraz?! W ogóle?! Jak to tak?!!!! No kurde!!!!!

- Kurza twarz, moje perfumy!!!!!
- Ahahahahahaha
- No zabawne, daj lepiej zmiotkę.
- Ale pachnie.
- Weź, bo ciebie też potłukę ...- odparłam zła jak osa. Szlag, ....


Szkło mieszało się z zapachem. No super po prostu.
Straciłam pracę, teraz perfumy i co jeszcze mnie czeka?! Może do teatru nie dojedziemy, co?!

W końcu wygrzebaliśmy się i wyruszyliśmy do Wielkiego Miasta. Zaczęło padać. Też nie miało kiedy. Ciemno, mokro, listopadowo...

- Uważaj przy tym przejeździe. Znajomym wyleciała banda dzików i auto skasowali. Gliniarze dziwili się, że przeżyli, bo cały przód poszedł. Kosmos normalnie...
- No co ty?  Tam?

Gadka płynęła wraz z czasem. W końcu ukazały się wielkie światła Wielkiego Miasta. Dojechaliśmy w okolice centrum i ......jeździliśmy w kółko w poszukiwaniu wolnego miejsca. Normalnie zrobiła się wycieczka -oto wieczorne zwiedzanie miasta. Parkowanie 6 zł za godzinę jakoś nas nie bawiło. Masakra po prostu, a czas płynął nie ubłagalnie do przodu.
 - Kurde mamy 20 minut. 
- Zdążymy
W tym momencie - jest!!! jest!!! - znalazło się miejsce.
Czas start. Zaczęło być gorąco. Naprawdę.

- Kurde, tego tempa to chyba mój dezodorant nie wytrzyma
- Właśnie widzę ze z kolankiem się polepszyło.
- Kochany, ja dla sztuki się poświęcam, dla sztuki ...


- To ten teatr. Idziemy tam.
 Mężulo pokazał na prawo.

- Ten?!!! To nie ten ... -zgłupiałam, bo jak to ten skoro to chyba nie ten?! No ale wodzu mówi, więc idę.
Podchodzimy do budynku.
-No widzisz to Teatr Lalek. To nie ten, mówiłam ci, to tamten, gdzie byliśmy ostatnio - powiedziałam ciągnąc mężula z powrotem. Ha, ha, ha, byliśmy tam ostatnio jakieś 13 lat temu ...

- Ale z mapy wynikało, ze to ten...
- E tam ....dawaj, dawaj, bo nie zdążymy!

Zawróciliśmy. Pęd. W sumie to już naprawdę zgłupiałam o który teatr chodzi. Dotarliśmy do drugiego budynku.

Popatrzyłam na afisz. Hm....

- Ty może na necie sprawdź gdzie to grają?! -zapytałam zdesperowana. W końcu zbliżała się godzina spektaklu, a na afiszu jej nie było. Nie było naszej sztuki!!! Co to za sztuczki?!
No tak, perfumy rozbiły się w drobny mak to pewnie sztuka też się ulotni, no super po prostu, super. Czarne myśli zaczęły robić nalot...

 Mężulo podszedł do kasy biletowej.
- Proszę państwa tę sztukę wystawia teatr komedii,a on znajduje się w teatrze lalek.

Opadłam. Dwa baranki wybrały się nie wiedząc dokąd. Dobrze, że chociaż wiedzieliśmy na co, hahahaha

Bieg w drogę powrotną.

- Kiedy ty się zaczniesz mnie słuchać? - mężulo miał satysfakcję i to mega, przecież dobrze mówił.
- Chyba nigdy...

Dotarliśmy 2 minuty przed spektaklem. Bilety, szatnia. Jesteśmy!!!!! Nie wierzę, nie wierzę, udało nam się!!! I jeszcze wc po drodze. Bach. telefon wypadł i spadł na kafelki, ufff......szczęście stało się faktem nie niezaprzeczalnym po prostu.

Sala, miejsca, przy brzegu, więc nikomu nie zakłóciliśmy spokoju.
- Czy my nie możemy być jacyś normalni? - zaszeptałam do ucha mężula.
- Z tobą?! Nigdy!

O jeszcze facet idzie. Wszedł na scenę?!

- Tylko u nas, schab bez kości za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.
Tak oto rozpoczął się spektakl. Aktor mówił ten tekst z korkiem w ustach.
- Wiecie państwo właśnie biorę udział w castingu do reklamy i muszę trenować. Ktoś z was chce spróbować?! Może pan?!
Chętni widzowie dostawali koreczek i bulgotali:
-  Tylko u nas, schab bez kości za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć
Zabawa była przednia.

Sam spektakl opowiadał historię pewnej aktorskiej pary. Trzy noce i trzy zwroty w życiu. Po prostu 3 razy łóżko. Jeśli gdzieś będą grać- polecam. Świetne  i zabawne przedstawienie.

Teraz hitem imprez będzie branie korka w usta i mówienie z piękna dykcją:
- Tylko u nas, schab bez kości za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.
Nie wspomnę już o tym, że należy wypić znaczną ilość wina, by każdy miał swój korek, hahahaha
Chyba, że w wersji słoneczka nastolatków korek może zastąpić przyrząd męski znaczy się: prącie.
Niech butelką kręci się świat, hahahaha....


Mężulo stwierdził, coś co może i jest banalne i nie jest odkryciem - że teatr jest lepszym wyborem od kina i to nie tylko ze względu na cenę. Jest to krok milowy, bo może uda nam się częściej wyrywać do teatru, a nie bywać tylko na spektaklach dziecięcych, którym zresztą też niczego nie brakuje. Teatr to magia. Podróż naprawdę w inny wymiar. Lewitowałam. Cudowne uczucie.

W szatni spotkałam swojego byłego ginekologa. Spotkanie po latach. W naszej mieścinie to trudno na siebie trafić a tu proszę....tak jak ja jego rozpoznałam tak i on mnie pamiętał, to miłe.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.

- Ty, to zły znak. Ostatnio w tarocie wyszła mi jakaś ciąża i teraz on ....
- Głupek!

Wróciliśmy do domu. Kontynuacja wieczoru - wino i film.
I morderstwo, po pytaniu:

- Arte, a ty lubisz filmy s/f?

Opadłam. Cycki też mi opadły. Rozłożona zostałam na części pierwsze.

Po 15 latach znajomości, po 13 latach bycia razem on, ten mój mąż pyta się mnie czy ja lubię s/f!!!!

To było gorsze niż wjechanie w bandę dzików.









niedziela, 24 listopada 2013

Pomożecie? Prośba o ratowanie życia ....

Idąc śladem Czarownicy zwracam się do Was z apelem o pomoc dla Iwony Komosy.
Ta 41-letnia kobieta, mama trójki dzieci potrzebuje naszej pomocy, bo NFZ odmówił dalszego leczenia.
Wszelkie szczegóły znajdziecie tutaj. Zapraszam:

http://czarownica-z-bagien.blog.onet.pl/2013/11/23/kto-moze-niechaj-pomoze-pilne/


Dołożę swoją "cegłówkę".

Jeśli możecie - przyłączcie się.

Dziękuję.
Pozdrawiam.

















sobota, 23 listopada 2013

duch z przeszłości

Pojechaliśmy na "wielką wyprawę", by odciążyć trochę portfel. Jakie to super uczucie, gdy puszcza się kasę. Dużo kasy. I like it. Mogłabym wygrać w totka, naprawdę nie miałabym problemu co z tym zrobić, a tak puściłam tylko wypłatę.
Naprawdę łatwo to się robi, zwłaszcza gdy  trafią  się takie fuksy jak markowe buty, które są przecenione, na kurde ja pierdolę nie mogę, 100 zł. Myślałam, że przy kasie powiedzą - pomyłka, ale nie - ostatni para i cena na papa.  Fajnie, że czekały na mnie:)
Kupiliśmy to i owo i wina trochę na wieczór i buty dla Młodej. Starszemu nie, bo synowi nic się nie podobało. Tylko marudził:
- Już tu jesteśmy pięć godzin, ja nie mogę, ja chcę do domu...
- Jakich pięć godzin? Oczadziałeś synu? Przestań marudzić. Zobacz buty.
Te nie, tamte ohyda, te brzydkie......Co sklep to samo - ohyda, nuda... Udusić gada to mało.
-Chłopie ty gorzej marudzisz niż baba, normalnie. Weź się ogarnij
- Ja chce do domu.
- A ja chcę ci kupić buty na zimę!
 Nie kupiliśmy. Jedna para była w miarę dla syna, tyle, że po przymierzeniu nie leżała na stopie.


Pakujemy zakupy, gdy znikąd  podchodzi do nas jakiś gościu . Jedno spojrzenie - menel. Pewnie znowu będzie smutna historia na wyrwanie zeta. Zniszczona twarz odezwała się:
- Przepraszam państwa, ale mam taki problem. Muszę wrócić do domu, a ciężarówka mi padła, a za ostatnie pieniądze zapłaciłem mandat...
Patrzę na mężula i widzę w jego oczach TO - rządzę mordu. Facet ma ewidentną alergię na żule. Misiak po prostu staje się nieprzyjemnym facetem.
- Dobra, nie interesuje mnie to, mów pan co pan chce?
- No pożyczyć, poprosić o 3 zł i 75 groszy, bo tyle brakuje mi do domu. Mieszkam w O..., wie pan gdzie to jest? I nocowałem tutaj niedaleko, ale muszę do domu wrócić...
Głos, głos, patrzę na kolesia, wytrzeszczam gały wraz z procesem poszukiwania obrazów w pamięci - ta twarz coś mi mówi ....nie, niemożliwe, a gościu w tym samym momencie mówi:
- Ja panią znam, ja nie zapominam twarzy, ja znam, pamiętam, pani nie wie, ale ja wiem....
- Co ja nie wiem, ty jesteś Tadziu, prawda?!
- Ten koleś był w sanatorium, menel numero jeden - poinformowałam męża.
- A co u ciebie Artuniu? jak kolano? bo widzisz, mi zabrali rentę, musiałem wrócić do pracy. Dalej jeżdżę ciężarówkami, a boli kręgosłup, ale co mam zrobić, muszę z czegoś żyć. Pomożecie mi?!
Ja zawisłam, rany, jak ten chłop się postrzał. Takiemu chyba już nic nie pomoże ...Kłamstwo goni kłamstwo....

- To niech żona zdecyduje.
Popatrzyłam na męża- co on mówi?!!! Buhahahaha

- Wiesz co? A nieważne, psze masz tu piątka ze względu na to sanatorium i znajdź się w tym domu.
No kurde, z racji czego mam dawać jakimś menelom na browara? Dobra czasami daję, tym szczerym. Mówi- brakuje do browara i ok. Prawda ma swoją cenę, hahahaha. A koleś tak naprawdę w sanatorium nie trzeźwiał dopóki miał kasę. A kiedy kasy nie miał to był trzeźwy i aż tak biedny, że wybierał z popielniczek pety, by mieć co zapalić.

Zaczęłam Młodą zapinać pasami, a Tadziu mężulowi nawijał coś na uszy.
- Powodzenia - rzuciłam Tadziowi a mężulowi - jedziemy.

Powrót do domu ...

- To był ten Tadziu co tak chlał i kiepy zbierał i miał co rusz dla mnie propozycje NIE DO ODRZUCENIA. Kurde, hahahaha, no nie mogę ....
- Właśnie dziękował mi i mówił, że ma żonę modelkę, bo to ten?
- Nooo a modelka z niej niezła - on ledwo z chaty wychodzi a ona z kochankami chleje, nasłuchałam się tego w sanatorium od chłopaków, którzy byli z nim w pokoju.  Kurde, jaki ten świat jest mały hahahahaha

W sumie  opieka należy się ludziom chorym. Nieważny status społeczny, zawód - ZUS naprawia co się da w każdym, hahahaha - do pracy, narodzie, do pracy. Uzdrowimy każdego. Tylko szkoda, że niektórzy czekają na sanatorium i czekają, a jadą ci co w dupie wszystko mają. Wręcz przeciwnie - szukają innych atrakcji, atrakcji, które pogorszą ich stan. Dla marnej renty. Nie rozumiem tego. No, ale pewnie chodzi o stały dochód. Ostatnio czytałam o kolesiu, który rzucił studia i  koncentruje się na byciu wariatem dla uzyskania renty. Świat roi się od pomyleńców. A renta taka, że ci biedni rentowcy niezdolni do pracy muszą zapylać do pracy, czasami nawet po 10 godzin, by mieć za co żyć. Sanatorium było niezłą szkoła życia. Otworzyło oczy, oj, otworzyło ...

- Mamo ja chce pić! - Młoda zaczęła swoje ja chcę w aucie.
- Pytałam się, nie chciałaś to teraz czekaj aż dojedziemy
- Ale ja chcę pić, maaaamoooo

- Starszy masz jeszcze coś? To daj siostrze.
- Nie! to obrzydliwie.
- Obrzydliwe jest to co mówisz. Synu! Kto cie chował? - na to retoryczne pytanie odpowiedział mężulo:
- Chyba my.... po kątach.
- Synu, daj siostrze picie, nie bądź sępem.
- Dam, ale ubijemy interes?
- Co?
- No interes. Ja daję picie, a tymi pozwalasz oglądać filmy w piątki i w sobotę.
Zamurowało nas. Wyraziliśmy to dziwnym wielkim spojrzeniem na siebie jednoocznym. Co to kurde jest?

- Dobra. ale wiesz co, zachowujesz się mega super na brak mi słów. Pogadamy w domu.

Ręce mi opadły. Co temu kolesiowi wyrosło na mózgownicy, że tak postępuje? Pogadam sobie z synkiem, oj pogadam. Nie mówiąc już o tym, że i tak pozwalamy na filmy wieczorową pora, by i miłość do X muzy w synu rozbudzić.
- Masz, ale nie oddawaj mi.
- Oj, synu, synu...
- Dziękuję - Młoda jeszcze umie się zachować, nie wpadła jeszcze w wiek totalnego oczadzenia.

Cisza....ciemna droga, mijające nie kończące się białe pasy ...monotonia wieczornej ciemności....i mijających świateł samochodów....

- Znowu myślisz?! - wyrwał mnie głoś mężula z obserwowania szosy. Bo ja tak lubię patrzeć na przemijalność i się zawiesić.
- No, spłynęłam. Wiesz taka fabuła. Wybucha wojna, zgliszcza, wojna toczy się na maksa i nagle gdzieś w ucieczce ludów spotykają się ludzie, którzy znają się z netu, z jakiś tam stron, hahahaha, i nagle zderzenie w jakimś miejscu, w warunkach ekstremalnych, spotkanie w realu,  i nagle widać, ze niektórzy byli sobą, inni udawali kogoś kim nie byli, mieszanka charakterów w momencie zagrożenia życia ...czaisz to no nie?!
- No właśnie, muszę cię w końcu odciąć od tego kompa ...


Syn od paru dni próbuje nie przespać nocy. Którejś nocy z pokoju dobiegało liczenie owiec -109, 110 ...
Machnęliśmy ręką, bo czytanie nie pomaga, warknięcie też nie, więc włączyliśmy opcję : luz, sam padnie. I owszem padł, ale po godzinie.

Dzisiaj syn znowu zaczął:
- To ja nie będę spał cała noc! Była umowa!
- To nie śpij - powiedziałam ugodowo, bo co mam powiedzieć, że mam ochotę mu odgryźć głowę?!
- Szlag! naprawdę?! -  i uradowany poleciał terkocząc - no i zepsułaś mi plany, bo miałem już kryjówkę na komiksy ...
- Synu, nie przeklinaj, ja cię grzecznie proszę ...


Dzieciaki obejrzały Łowce smoków, kabaret. Przy Garfieldzie zasnął ich ojciec, a one dalej twardo lampią się w tv. W końcu ostatnie dni wolności i luzu. Od poniedziałku oboje wracają do swoich instytucji. Koniec biedronkowania - czas wrócić na utarte tory. Godzina 20.30 godzina snu i nie ma innej opcji.
I niech życie już nie skręca w stronę choroby.


- Macie bilet na wyjazd!
- Na wyjazd? Gdzie?
- A jak myślisz?
- Do łóżka?!
- Bingo! Dobranoc!






opętanie - od rana do wieczora ta







---------------

sanatorium, Tadziu i in.

http://arte1973.blogspot.com/search/label/sanatorium





czwartek, 21 listopada 2013

unplugged







To był zwykły dzień zwykłego tygodnia. Wstałam rano z niechęcia do porannego wstawania. Z miejsca wszystko olałam. Olałam tak kulturalnie, prostym sikiem  prosto do muszli. Poranny prysznic niczym porannna modlitwa babci musi być. Polazłam. Z mruczandem:
- No ogolę się na łyso, normalnie nie mogę ...
- Boże, dziękuję ci za majtki czyste ... wydobyło się z szafy, w którą się wkopałam w poszukiwaniu bielizny. Uf, jest też koszulka. dżinsy, bluza, buty, chusta, kurtka -voila, gotowe.
Hm? Chyba  coś jeszcze ...
Śniadanie wrzuciłam do plecaka. Dałam buziaki śpiącym ryjkom i mijając matkę w progu wyszłam z domu. Szybki papieros na otrzeźwienie. Cholera szyby zamarznięte. Czas skrobanek zaczyna się. Ręce drętwieją, ale drapię i drapię przerzucając w głowie zawartość szafy mając nadzieję na zlokalizowanie rękawiczek. Ech, pewnie wszystkie pogubione ....
Zimno, trzęsę się, włażę do auta, zdrętwiałym rekami trzymam kierownice. Wsteczny, ręczny w dół (pierwsza radocha: pamiętałam, pamiętałam) i jazda. Moje ręce!, cholera ...Z Nosowską mruczę:

ja przepraszam państwa
najmocniej za zgrzytanie
zębami Jezu, mówię wam
ja bez wyjazdu do Indii
dłużej rady nie dam,
słyszałam, że w Indiach
oświecenie ulicami razem
z krowami z krowami ulicami,
mam już spodnie khaki 


KURDE! co za krowa by mi wlazła pod maskę! Pisk, grrrrr.....postukałam się w głowę, znaczy przesłanie niewerbalne wysłałam, by się kobieta zastanowiła nad swoimi porannymi ulicznymi występami.

Dojechałam spóźniona.
Standard.
Hm, dojechałam spóźniona?! dojechałam spóźniona?
Zawsze dojeżdżam z lekkim spóźnieniem. ale dojeżdżam
Ha, ha, ha....

- Wiecie, że dzisiaj odkryłam prawdę swą życiową?zawsze dojeżdżam z lekkim spóźnieniem - krzyknełam w stronę chłopaków.
Spojrzeli.
- Mówisz o pracy czy znowu o seksie? Bo o pracy to wiemy...
- Nie, o załamaniu czasowym mówię, hahahahaha, co wy mi z tym seksem? 
Spojrzeli. Wzrokiem rozłożyli na części pierwsze mówiąc jedną gałką, tą nie przymrużoną: - przecież cie znamy....
- No dobra, ogólnie tak mówię, że ogólnie tak mam. ha, ha, ha ...że dojeżdżam hahahaha spóźniona hahahaha.. Ale co wy z tym seksem od rana?? no no no,,,,czyżby działo się coś?! Opowiadać mnie tu, opowiadać człowieki ...

Ja chyba chłopaków nieźle wytrenowałam. Bo nawet jak wezme długopis i zrobię tak:
- Hm? Długopis ... - zastanawiając się czym pisać, bo piórem pisze mało czytelnie,  to sami zaczynają snuć jakieś dziwne insynuacje, mówiąc, że to ja. A  o czym można myśleć trzymając w rekach długopis?! Że trzeba dokumentację wypełnić. Ha, ha, ha ...Czasami lepiej mniej czytelniej, hahahaha

Co by nie mówili, ze świnie kawę piją polazłam po małe co nieco.
Wyszłam w wielka szarość, wiatr zawiał smutnym chłodem. Zatrzęsłam się zapinając do końca zamek od kurki, chowając ręce w kieszeni, spuszczając głowę.
Było już jednak za późno.
Wpadło mi coś w oko, zapiekło pod stopą, zakręciło pod piątym żebrem.
Pączki w pobliskiej piekarni kupowała już inna kobieta
Gdzieś po drodze rozpierdzieliłam sie o kant zwykłego dnia. Idąc, za późno schowałam się i nie potrzebnie rozglądałam się. A zasada mówi: -  nie oglądaj się, idź prosto, zawsze!
I tak gdzieś po drodze uszło ze mnie życie.
Smutek się wdarł po cichaczu i zamieszkał w prawej pięcie. Lewa noga boli. Straciłam równowagę po prostu.

Wieczorem próbowałam posklejać się magicznym trunkiem. Wino, Hey i smażenie naleśników. Muza zwabiła Młodą, która uczepiona nogi jak koala drzewa krzyknęła radośnie:
- Tańczymy?
Wygłupy me były bez entuzjazmu.
W progu stanąl mężulo. Popatrzył:
- Znowu bez prądu?

Ano, unplugged. Tak po prostu....

















poniedziałek, 18 listopada 2013

dzyń dzyń , zbliża się Miko

Syn wymyślił sobie, że pod poduchę chce otrzymać lego technic. Robocika.
Zanurkowałam w sieć i jak zobaczyłam cenę tak zbierałam oczy po podłodze, które z wielkim hukiem grzmotnęły o panele. Kurde, klocki, chyba pokryte platyną ...

- Synu, wiesz ile to kosztuje?
- Nie wiem, ale św. Mikołaja to przecież  nic nie będzie kosztować
- Aha, no tak......

No tak, fabryka, elfy i produkcja leci. Słusznie, słusznie ...

Chyba czas syna oświecić ...

A może kumple w szkole to zrobią?

Jezu, on ma siedem lat i w mikołaja wierzy...... .hahaha

Fajowo :DDDDDDD










A u Was jak jest? Było?!






niedziela, 17 listopada 2013

a kiedy swiatło zgłasło ....




Skończyliśmy oglądać film. Taki tam thriller, niezbyt ciekawy. Przysypialiśmy na nim. Mężulo poszedł do wyra, a ja jeszcze zostałam w łazience mrucząc pod nosem jakąś dziwną piosenkę.
Wyszłam do przedpokoju. Zgasiłam światło. Zapanowała ciemność w mieszkaniu. Spojrzałam w stronę sypialni i ......poczułam niepokój.  Coś mi nie grało. Nie zdążyłam się rozejrzeć. Nie zdążyłam zrobić kroku do przodu, gdy nagle przede mną zaczynała materializować się postać. Głowa, ramiona, czarny byt......czułam jak oddycha, jak wyciąga do mnie ręce. Przestałam oddychać. Ta czerń prawie wlewała się na mnie. Wchłaniała. Czułam, że zaraz coś powie, ze otworzy tą paszczę pełną ..... Wrzasnęłam okrutnie cofając się do tyłu  jednocześnie waląc ręką po ścianie, by trafić w kontakt. Gdzie jest to światło, gdzie? Nagle zleciała słuchawka domofonu robiąc jeszcze większy rumor, a ja czułam oddech tej istoty i .....jest, jest, trafiłam.zapaliłam światło. Jezu, co to było?!!!!! CO TO BYŁO???!?!!!!
Ryk męża zagłuszył mój niespokojny oddech - po prostu tarzał się ze śmiechu w pościeli mówiąc coś o ześwirowanej wariatce. Przestałam stać i dyszeć, rzuciłam się na łóżko krzycząc, że to wcale nie śmieszne, bo ktoś był.
- I see dead people ... - blaszanym głosem zaczął sobie żartować ...
- Weź, to nie jest śmieszne.
- Właśnie że jest, hahahahaha
- Kurde, wiesz, że nie panikuję z byle jakiego powodu......
- Wiem, wiem, krzyczysz tylko na widok - i tu zmieniając głos na głos zza grobu kontynuował - ty tylko krzyczysz widząc ....biedronki, pająka ......- nie dokończył jak dostała kuksańca w ramię:
- Przestań.




Długo to trwało zanim podniosłam się z wyra. Mężulo wciąż kpił zmieniając ton swojego głosu. W końcu wstałam  i podeszłam do szafy. Spojrzałam na nią  nieufnie. A jeśli otworzę i wypadnie jakaś głowa, albo ręka mnie wciągnie, albo zobaczę otchłań piekła?!
Odwróciłam głowę do męża. Ten rechotał w poduszkę.
- Boisz się? Nie wierzę aaaaahahahahaa 
- Nie, ale czuję dyskomfort, tam naprawdę coś było!
- Aha.hahhahaha

Otworzyłam drzwi. Nic. Wzięlam piżamę i szybko zamknęłam szafę odwracając się do niej tyłem.
- Przestań ze mnie się śmiać. 
- A ty wygłupiać.
- Człowieku, ja naprawdę wystraszyłam się ...tam coś
Nagle coś otarło się o moja łydkę, coś ześlizgiwało się, jakiś dźwięk wydobył się z dołu .....wydarłam się:
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
i skokiem kangurzym wskoczyłam do wyra zakopując się pod kołdrę.
To coś było pod szafą, cwane cholerstwo wyciągnęło swoje paskudne łapska, chciało mnie wciągnąć w piekielną otchłań... tylko co to jest?!, rany ....ta czerń lejąca, koszmar ...co to jest?!! Serce waliło mi jak oszalałe, czułam, że jeszcze coś a odejdę od zdrowych zmysłów ...
Tego było za wiele....
Za wiele także dla mężula. On po prostu popłakał się ze śmiechu. Wysunęłam głowę spod kołdry i spojrzałam w stronę szafy. Pieprzona torebka z książką na wierzchu wydawała w dalszym ciągu kpić sobie ze mnie. To ona zaatakowała moją nogę ........
- Sześć, sześć,sześć ......- grobowy ton głosu męża używał sobie na mnie.
- PRZESTAŃ!
- Ty przestań!hahahaha
- JA dzisiaj śpię przy świetle i tyle.
- Wariatka.
- Niewrażliwiec!






piątek, 15 listopada 2013

tajemnica różańca


(bo to wzięło się z- notki Anki  -  http://calm-down.blog.pl/2013/11/14/jak-sie-popiesci-to-sie-zmiesci/)


Dawno dawno temu, pomiędzy synem a córką, jechaliśmy w górki na weekend. na spotkanie z ludźmi ze studium. Na weekend,  bo takie spotkanie z takimi ludźmi nie kończy się na herbacie. Po drodze zatrzymaliśmy się w pewnym malym miasteczku. Miasteczku, gdzie co roku bawimy sie na koncertach.
Z sentymentu wpadliśmy do "naszego" baru. Bar był mały z nieziemskim klimatem. Ściany do połowy są porysowane przez ekipe wbijającą na koncerty. Tam też wciąż jest mój wpis z 1999 roku.
Powyżej malunków znajdują się trofea myśliwskie, instrumenty, stare radia, kufle i co tylko może być. Mała zagracona przestrzeń, która ma w sobie coś surrealistycznego. Wchodząc tam z nasłonecznionego rynku ma się wrażenie, ze nasze ciało zostało teleportowane do dziwnego okresu. Okresu, kory wymyka się z rak.