poniedziałek, 18 listopada 2013

dzyń dzyń , zbliża się Miko

Syn wymyślił sobie, że pod poduchę chce otrzymać lego technic. Robocika.
Zanurkowałam w sieć i jak zobaczyłam cenę tak zbierałam oczy po podłodze, które z wielkim hukiem grzmotnęły o panele. Kurde, klocki, chyba pokryte platyną ...

- Synu, wiesz ile to kosztuje?
- Nie wiem, ale św. Mikołaja to przecież  nic nie będzie kosztować
- Aha, no tak......

No tak, fabryka, elfy i produkcja leci. Słusznie, słusznie ...

Chyba czas syna oświecić ...

A może kumple w szkole to zrobią?

Jezu, on ma siedem lat i w mikołaja wierzy...... .hahaha

Fajowo :DDDDDDD










A u Was jak jest? Było?!






niedziela, 17 listopada 2013

a kiedy swiatło zgłasło ....




Skończyliśmy oglądać film. Taki tam thriller, niezbyt ciekawy. Przysypialiśmy na nim. Mężulo poszedł do wyra, a ja jeszcze zostałam w łazience mrucząc pod nosem jakąś dziwną piosenkę.
Wyszłam do przedpokoju. Zgasiłam światło. Zapanowała ciemność w mieszkaniu. Spojrzałam w stronę sypialni i ......poczułam niepokój.  Coś mi nie grało. Nie zdążyłam się rozejrzeć. Nie zdążyłam zrobić kroku do przodu, gdy nagle przede mną zaczynała materializować się postać. Głowa, ramiona, czarny byt......czułam jak oddycha, jak wyciąga do mnie ręce. Przestałam oddychać. Ta czerń prawie wlewała się na mnie. Wchłaniała. Czułam, że zaraz coś powie, ze otworzy tą paszczę pełną ..... Wrzasnęłam okrutnie cofając się do tyłu  jednocześnie waląc ręką po ścianie, by trafić w kontakt. Gdzie jest to światło, gdzie? Nagle zleciała słuchawka domofonu robiąc jeszcze większy rumor, a ja czułam oddech tej istoty i .....jest, jest, trafiłam.zapaliłam światło. Jezu, co to było?!!!!! CO TO BYŁO???!?!!!!
Ryk męża zagłuszył mój niespokojny oddech - po prostu tarzał się ze śmiechu w pościeli mówiąc coś o ześwirowanej wariatce. Przestałam stać i dyszeć, rzuciłam się na łóżko krzycząc, że to wcale nie śmieszne, bo ktoś był.
- I see dead people ... - blaszanym głosem zaczął sobie żartować ...
- Weź, to nie jest śmieszne.
- Właśnie że jest, hahahahaha
- Kurde, wiesz, że nie panikuję z byle jakiego powodu......
- Wiem, wiem, krzyczysz tylko na widok - i tu zmieniając głos na głos zza grobu kontynuował - ty tylko krzyczysz widząc ....biedronki, pająka ......- nie dokończył jak dostała kuksańca w ramię:
- Przestań.




Długo to trwało zanim podniosłam się z wyra. Mężulo wciąż kpił zmieniając ton swojego głosu. W końcu wstałam  i podeszłam do szafy. Spojrzałam na nią  nieufnie. A jeśli otworzę i wypadnie jakaś głowa, albo ręka mnie wciągnie, albo zobaczę otchłań piekła?!
Odwróciłam głowę do męża. Ten rechotał w poduszkę.
- Boisz się? Nie wierzę aaaaahahahahaa 
- Nie, ale czuję dyskomfort, tam naprawdę coś było!
- Aha.hahhahaha

Otworzyłam drzwi. Nic. Wzięlam piżamę i szybko zamknęłam szafę odwracając się do niej tyłem.
- Przestań ze mnie się śmiać. 
- A ty wygłupiać.
- Człowieku, ja naprawdę wystraszyłam się ...tam coś
Nagle coś otarło się o moja łydkę, coś ześlizgiwało się, jakiś dźwięk wydobył się z dołu .....wydarłam się:
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
i skokiem kangurzym wskoczyłam do wyra zakopując się pod kołdrę.
To coś było pod szafą, cwane cholerstwo wyciągnęło swoje paskudne łapska, chciało mnie wciągnąć w piekielną otchłań... tylko co to jest?!, rany ....ta czerń lejąca, koszmar ...co to jest?!! Serce waliło mi jak oszalałe, czułam, że jeszcze coś a odejdę od zdrowych zmysłów ...
Tego było za wiele....
Za wiele także dla mężula. On po prostu popłakał się ze śmiechu. Wysunęłam głowę spod kołdry i spojrzałam w stronę szafy. Pieprzona torebka z książką na wierzchu wydawała w dalszym ciągu kpić sobie ze mnie. To ona zaatakowała moją nogę ........
- Sześć, sześć,sześć ......- grobowy ton głosu męża używał sobie na mnie.
- PRZESTAŃ!
- Ty przestań!hahahaha
- JA dzisiaj śpię przy świetle i tyle.
- Wariatka.
- Niewrażliwiec!






piątek, 15 listopada 2013

tajemnica różańca


(bo to wzięło się z- notki Anki  -  http://calm-down.blog.pl/2013/11/14/jak-sie-popiesci-to-sie-zmiesci/)


Dawno dawno temu, pomiędzy synem a córką, jechaliśmy w górki na weekend. na spotkanie z ludźmi ze studium. Na weekend,  bo takie spotkanie z takimi ludźmi nie kończy się na herbacie. Po drodze zatrzymaliśmy się w pewnym malym miasteczku. Miasteczku, gdzie co roku bawimy sie na koncertach.
Z sentymentu wpadliśmy do "naszego" baru. Bar był mały z nieziemskim klimatem. Ściany do połowy są porysowane przez ekipe wbijającą na koncerty. Tam też wciąż jest mój wpis z 1999 roku.
Powyżej malunków znajdują się trofea myśliwskie, instrumenty, stare radia, kufle i co tylko może być. Mała zagracona przestrzeń, która ma w sobie coś surrealistycznego. Wchodząc tam z nasłonecznionego rynku ma się wrażenie, ze nasze ciało zostało teleportowane do dziwnego okresu. Okresu, kory wymyka się z rak.


czwartek, 14 listopada 2013

o nawiedzeniu ...









- Mamo, w niedzielę jedziemy na zakupy, i przy okazji do teatru. Dzieciaki dawno nie były na żadnej sztuce...

- W niedzielę?! W niedzielę to do kościoła trzeba iść, a nie włóczyć się. Starszy już tyle mszy opuścił ...

Uszami zastrzygłam i musiałam wyjść do wc, niby na siku po drodze porywając portfel. No kurde, patrząc w dowód, widzę, że już dawno skończyłam 18 lat. Nie chciałam podejmować dyskusji bo to nie ma sensu. Już  nawet bez emocji podchodzę do tych tekstów. Kościół, kościół, kościół ...jakby nie można w domu się pomodlić....powiedzieć, dzięki Stary, jesteś wielki ...

Katolicyzm zakorzenił się w genach matki przodków. Gdzieś po drodze nie lekkiego życia. Ale opowiem tylko jeden życiorys.

środa, 13 listopada 2013

Zakręcony koleś



Rano syn doznał olśnienia:
- Mamo! ja nie mam w szkole spodenek do ćwiczeń!
- Jak nie masz?!
- Noooo nie wiem, zgubiłem czy coś.

Dobrze, że w ogóle sobie przypomniał. Zanurkowałam w szafie, by poszukać brakującej garderoby, a w drodze do szkoły strzeliłam synowi pogawędkę o dbaniu o własne rzeczy.
- Tak, ja wiem, wiem ....

wtorek, 12 listopada 2013

PERFECT DAY



 Po ośmiu godzinach wygnania  wróciłam  do domu. Dzieci w kąciku bawią się razem i to zgodnie. Po wczorajszej dzikiej wojnie to cud normalnie.
Mężulo czekał już z obiadem. Fakt, że odgrzał, ale mógł tego nie robić, prawda?!
Posprzątane, poprane, dzieci zadowolone.
Siadam na kanapie. Mężulo obiad podaje, za chwilę drugie danie. Zmarzłam okrutnie to zeżrę. Wszystko zeżrę. Zimno źle na mnie działa.
- Kawę nastawiłem ci już w ekspresie, ale weź sobie, bo ja lecę, dobrze?
- Ok, dzięki, pa.
 - Aha i film mam i mam nadzieję, że wieczorkiem razem obejrzymy...
- Jasne ...

Poleciał zanim hurtownię zamkną. I nie wiem gdzie jeszcze...

-  Jak tam w szkole?
- Mieliśmy się nauczyć wierszyka, i ja zapomniałem, ale inne dzieci odpowiadały to ja się nauczyłem i pani powiedziałem. 
- Serio? Ale z ciebie agent, hahahaha, super.

Syn to wymiatacz - wymiata równo, skubaniec.

Córa zaczyna wyglądać jak człowiek, jak normalny człowiek, a nie człowiek, który nie umiał otworzyć pojemnika z ketchupem.

Puściłam dzieciakom Pingwiny a sama wyciągam nogi: czy mi do szczęścia czegoś potrzeba?!  Hm...może lepiej nie drążyć tematu...


Któregoś dnia zapytałam się córki o czym marzy
- Żeby być pomarańczowym klockiem.
- CO?! hahahahaha

Przechodzę normalnie na mleko - uczy fantazji i minimalizmu.




psychoterror

Siedzę przy biurku popijając kawę, gdy nagle drzwi się otwierają i wpada gościu. Włos lichy, ale siłą wejścia  efektownie rozwiany. Rączka lewa na biodrze a prawe biodro do przodu wysunięte. Poza  Szekspira myślącego. Popijając kawę patrzę na to zjawisko mi nie znane.
- Noż ku..wa, przecież to nie możliwe ....
Hm, duch Himilsbacha a nie Szekspira  - sobie myślę, a facet zaczyna przemieszczać się tak aktorskim krokiem, że nie mogę, nie mogę ....
 - No tak wpierd..lić mi robotę...plany noż ku..wa, ku..wa ...- druga ręka przytrzymała czoło.
Dyplomatycznie ze śmiechu plunęłam łykiem kawy w kubek.Chlusnęło.
Facet się obejrzał.
- Przepraszam - powiedział po czym się przestawił.
I poddał się dalszemu szaleństwu słowa.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę, no nie mogę, noż ku..wa .....


Facet dostał mega szału. Ma silny charakter, więc wytrzyma. Jak mówi w końcu wybuchnie i nie da się, a kierownik dając mu nominację do wykończenia, tym razem źle trafił. W przeciągu paru miesięcy  trzech pracowników z zespołu poszło na zwolnienia lekarskie. Stres. Bo ile można wytrzymać deptania po piętach w celu wytykania najdrobniejszych błędów, otrzymywania wciąż dodatkowej pracy, odwiecznego tłumaczenia się ze wszystkiego, piętnowania i zastraszania naganą, zwolnieniem. Wykazywaniem braku profesjonalizmu, umniejszaniem wartości pracy.

Symbol naszych czasów - mobbing. Człowiek człowiekowi skurwielem. I to nieważne czy jest to biuro czy fabryka. Tam gdzie ludzie tam i gówno jest.

Przełożeni albo pracownicy gotują los "kozłowi ofiarnemu". Psychiczne dręczenie, z nakładaniem dziwnych obowiązków. Kto przeszedł ten wie co to za piekło. Kto nie przeszedł ten ma szczęście. A kto w tym bierze udział to ..oby kiedyś tego doznał na własnej skórze.

Nie wiem co kieruje ludźmi, by deptać innego człowieka. Bycie sadystą? Obrona siebie po przez atakowanie kogoś innego i wykazywanie, że właśnie tam leży słabe ogniwo?

Ataki dość często bywają ciche, może nawet zespół o tym nie wiedzieć. Strach przed utratą pracy wiąże usta. Zresztą współpracownikom dość często nie warto ufać. Donosicieli i lizodupów też nie brakuje.

Czasami w pracy jest zawiązana klika kolesiowska. Przełożony i jego świta. Świętość nie do ruszenia. Reszta dostaje przydział roboty niechcianej. Reszta jest wykluczona. Obgadywana. Prześmiewania. Zastraszana. Jedna zostaje ofiarą.
Kiedy ofiara wchodzi do pokoju nastaje cisza. Cisza, która trwa dopóki ofiara jest ....Albo cisza przerywana słowami, których być nie powinno.
Zastraszanie i grożenie utratą pracy, wykazywanie nieudolności pracownika, obniżanie jego wartości.
Wszystko to tkane cieniutką, niewidzialna nitką ...
Trudno jest udowodnić mobbing. Ofiara ma dość - wypalona energetycznie, zazwyczaj wycofuje się ze wszystkiego. A czasami staje przed sadem walcząc o godność i dobre imię, które zostało zszargane. Walcząc o prawdę i zadośćuczynienie.
Wszystko to obciąża system nerwowy, a stres potrafi zabić.

Bezrobocie pozwala na szykany. Bo przecież na twoje miejsce wielu czeka ...
Ludzie boją sie stracić pracę, bo jej nie ma.
Ilu by rzuciło dotychczasaową pracę i poszukało przyjanej firmy?
Wielu, ale rynek pracy nie pozostawia dość często wyboru.

Pracodawcy są zobowiązani do prowadzenia polityki antymobbingowej, tyle, ze przy dużych firmach ciężko trzymać rękę na pulsie.
Prawo prawem, a życie życiem.

Sama to przeżyłam Wyrzucanie biurka z pokoju, dokładanie projektów i zadań, ciszę, obgadywanie, odwieczne tłumaczenie się z tego co w pracy robię. Wytykanie błędów najdrobniejszych, choć nie moich.  Miałam dość. Atmosfera zaczynała być ciężka. Karano mnie brakiem premii. Przecież nagle przestałam dobrze pracować. I przestałam w końcu, bo co nie zrobiłam i tak było nie tak, było źle,  więc odpuszczałam... Dzwonić do "góry" na skargi? Czułam się bezbronna, bezsilna, zresztą...co miałam powiedzieć i jak to udowodnić? Jeden głos przeciwko wielu.....

Zaszłam w ciąże. Dziecko dodało mi sił, bo nie było nic ważniejszego od Bąbla.
Doszło do tego, ze cała sytuacja zaczęła mnie śmieszyć. Musiałam to obrócić w coś, by nie zwariować.
A mój śmiech jeszcze bardziej ich wkurzał. Było mnie na to stać, bo wiedziałam, ze lada moment odejdę na zwolnienie i długo, długo mnie nie będzie.
Kolega po cichu mówił, ze do mnie nic nie ma, ale wiesz, nie mogę się wyłamać, więc przepraszam że z tobą nie rozmawiam. I chętni by mnie podrzucił autem, jak zwykle to bywało,  ale wiesz jak oni to zobaczą ...no nie obraź się, nie mogę.

Przestałam z kimkolwiek w pracy rozmawiać. Zresztą nawet na dzień dobry mało kto odpowiadał ...

- Ach wiesz moja córka powiedziała do mnie" Mamo ty się tak fajnie ubierasz, ze mogłabyś być na pierwszej stronie gazet z modą ...
- O tak, tak, zawsze fajnie masz wyczucie stylu - tja lizodup jęzorem oczyścił rów.
- A ja myślę, ze twoje miejsce  jest Glosie rolnika jako rasowej świnii - odparowałam. Tyle mojego.

Nie było nikogo, kto by przeciwstawił się mówiąć - odpuście. Lepiej było cicho siedzieć, by samemu nie zostać kozłem ofiarnym.
Odeszłam.

Po paru miesiącach wróciłam i nagle stał się cud niepamięci: złe emocje zniknęły. Znowu byłam kreatywnym, wartościowym pracownikiem.  

Mobbing tak naprawdę uderza w dobro zakładu - zaburza jego rytm działania, obniża efektywność pracy. Warto starać się o dobrą atmosferę, bo wówczas pracownik ma lepsze podłoże i motywację do dzialania.
Nie ma co się dawać zdeptać - bo potem z człowieka zostaje wrak i rodzina cierpi. A ona jest najważniejsza.

Warto spojrzeć na relacje ludzkie i zareagować, póki nie jest za późno ......

Z ludźmi powinno byc jak z trawnikiem - NIE DEPCZ. SZANUJ.

Więc żyjmy pozwalając żyć innym....




czwartek, 7 listopada 2013

se se se

Słowo kocham mnie powaliło. To, że miłość leży na bliskiej granicy z nienawiścią wiedziałam. To, że miłość bywa dziwna też wiedziałam. ale rozłożył mi syn słowo na czynniki pierwsze i na oczy przejrzałam.
I zawisnąwszy nad słowem można rzec:
 -Ko... ko.... ko... ko... cham.
Ha, ha, ha, ha
Ale czyż tak nie jest? Najpierw tokowanie, a potem .......odsłona mało miła. Bywa tak czasami, oj bywa ....


- Postawię sobie pomnik za cierpliwość...
- Hehehe, lepiej rozumu poszukaj...
- Jak znajdę nie będę mógł być z tobą ...
- Chetnie ci pomogę w poszukiwaniach...
- Dobra, nie truj kobieto, mam fajny film z Aniston. Idziesz?!

I tak to trwa trzynaście lat ....


Ostatnio mężulo mnie wpienił. Nie wiem czym, ale mnie wpienił. Wpienił mnie tak makabrycznie, że po kuchni miotałam się miotając słowem pod nosem.
- On jest....on jest....on jest....
- Gnojkiem? - zapytała córka patrząc na mnie tymi swoimi radosnymi oczkami.
-O!o!O! właśnie! gnojkiem - chwila opamiętania: kurde! co ja mówię! - nie, no co ja mówię, co ty mówisz,no dziecko!, twój tatuś jest cudownym człowiekiem, wiesz, tylko tak inaczej ......

Kazałam mężulowi drzwi z kuchni wyrzucić, by mi się jaśniej zrobiło.
Nie pomogło.
Nie pomogło mojej głowie, ale mieszkaniu owszem.
Czuję jednak opętanie.
PSM dusi mnie więc miotam się w drgawkach agonalnych warcząc okrutnie.
Obnażona bateria wina domowego,stojąca za drzwiami, których już nie ma -uśmiecha się bezczelnie.
Kiedyś mu się przeleje ....Niech tylko na dupsko klapnę, bo ostatnio tak jakoś nie mogę. Rano musze być kierowcą i dupa blada.

A mruczę za kierownicą zwłaszcza wieczorem. Piesi potrafią wyskakiwać na pasy- a co tam, ze ciemno, ze pada - niech kierowca ma refleks i hamuje. Ostatnio facet tak kolesiowi wyleciał ze dziwie się, ze kierowca nie dokonał mordu. Albo bezmyślne matki, kóre pchają wózki na pasy nie oceniając sytuacji na drodze. W końcu na pasach jest, no nie?!


W nocy syn się przebudził:
- O jest trzecia ... i budząc mnie opowiedział swój sen o Pingwinach z Madagaskaru.
Zasnęłam ubrechtana myśląc - kurde może będzie opowiadał dalsze historie mieszkańców zoo.
Szkoda tylko, że rano nie pamiętałam tego co mówił, a autor tym bardziej, niestety. . . .
Za to uczucie genialności syna nie prysło :)

Nie prysło do czasu, kiedy zaczął się ubierać.

-Gdzie są moje skarpetki ?!! Nie dałaś mi ich!!!

Oooooooo kurde....zagotowałam się. Nie dałaś ich?! I co, może mam przeprosić, powiedzieć - ojej no widzisz, i może rzucić słowem o zamotanej mamie? i pognać po nie? O! NIE! HA!

- A wiesz gdzie jest twoja szafa?
- No tam...
- A co w niej jest?
- Skarpetki
- Dokładnie, więc szoruj po nie.....

Skończyło się - wprowadzam nowy rytuał : wieczorne przygotowanie rzeczy na jutro. O!
Nie będzie mi rósł na rozkapryszonego wafla. Oj, nie, nie, nie.
Bo najpierw dzieci rozpieszczamy mega, a potem te słodkie misiaki zamieniają się w potworne dzieciaki.
Kochany syneczku, przykro mi bardzo, ale na żądanie to może być przystanek autobusowy! No i ewentualnie budyń, hehehe

Mam jakieś dziwne wrażenie, że chaos w życie się wkradł....może przez tą ospę ...albo listopadowy czas ...

Za to córce uśmiech wrócił jak i chęć do rozrabiania.
- Podręczysz mnie?
- Z chęcią tylko niech te syfki znikną, dobrze?

Dręczenie to rytuał zabaw naszych codziennych. Gilgotanie masakryczne. Z podjadaniem pięt włącznie.

Córka zasnęła wczoraj bez jęków i marudzenia. Poszła spać po prostu. Jaka ulga. Tylko te wykwity nie wyglądają miło. Zwłaszcza na buzi. Mam  nadzieję, ze odejdą bez śladu. Choć pewnie to potrwa zanim znikną.

Ale cieszę się niesamowicie, że córce humor wraca. Bo Młoda nie ma życiowego kwachu -jest radosnym dzieciakiem. I to jej cierpienie i smutek z nóg zwalało.

A propos chorób i lekarzy ...

Zadzwoniłam do ortodonty.
- Dzień dobry, chciałabym dziecko zarejestrować ....
- Niestety, proszę dzwonić w grudniu, by umówić wizytę po nowym roku ....

Zadzwoniłam do innego ortodonty w mojej osadzie i wokół osady. Wszędzie to samo - już nie przyjmują.

Zadzwoniłam do Wielkiego Miasta.
- Oczywiście, czy będzie odpowiadać wizyta w dniu  .....

Czas oczekiwania - dwa tygodnie.

Pojechaliśmy. Fajna mała przychodnia z super obsługą. Weszliśmy o umówinym czasie.
- Aparat będzie potrzebny, już zapisujemy w kolejce oczekujących.
Zrobili synowi zdjęcie panoramiczne szczęki zapraszając na wizytę na wiosnę, kiedy powinny wyjść już dwójki. A nam opadły szczęki. Można?! Można! i wszystko w ramach tego samego NFZ.

Tyle, ze wciąż nie rozumiem polityki limitów punktowych. Ktoś w ministerstwie zakłada, że ileś osób bedzie chorych, reszta nie lapie się i koniec. Bzdura, ale cóż, na złodzieju czapa gore ...



wtorek, 5 listopada 2013

patchwork





Syn wciąż ma wielką niechęć do jazdy samochodem. Każda podróż trwa za długo.
- Pojedziemy do cioci.
- A ile będziemy jechać?!
- Tyle ile trzeba.
- Nieeeeeee, ja nie chcę.
Za chwilę dodał tonem ugodowym:
- Pojedziemy pod warunkiem, że wy rozsiądziecie się na kawce, a my będziemy oglądać bajki.

Ufff, dobrze, ze na kawce, a nie na winku :P



Opowiadam dzieciakom jak chomik rzucił się na muchę.
- ... i  normalnie Zygmunt wypadł z  klatki hahahaha
- Rzucił się na muchę jak ty synu na tablet - dodał tato na co Młoda odparowała:
- I jak ja na telewizję.


Gram z Młoda w Zgaduj Zgadulę.
- Jest niewielka, a więc łatwo mieści się w piórniku. Możesz nią naostrzyć kredki, mały rysowniku.
Córka siedzi i nic. Mruga.
- No? Kochanie?
Na co Młoda oburzona:
- No przecież wymrugałam : strugaczka!

W poniedziałek nastąpił niezły zonk. Budzę rano maleństwa i co? Obudziłam syna i biedronkę. Córka była cała w kropkach.
Hm....
Alergia na matkę?
Zadzwoniłam rano do pracy, że mam awarię w zdrowiu dziecka i poleciałyśmy do przychodni.
- Ospa wietrzna.
- Co?! 
Lekarka powiedziała jak należy postępować. Młoda była jeszcze sobą ....a ja nie spodziewałam się masakry.


Córkę musiałam zostawić pod opieką babci i poleciałam do pracy. Jak to dobrze mieć babcię i auto. Gnałam na samych żółtych światłach.
Jak zwykle jazda bez zahamowań :P
W drodze powrotnej światła mi sprzyjały.
Hm...
Oby zawsze mi światła sprzyjały w drodze w powrotnej :P

Odebrałam syna ze szkoły.
 - Młoda jest chora. Ma ospę wietrzną
 - Ospa wieczna?
 - Wietrzna
 - Wieczna?

 - Oj synu, nie wieczna! Wietrzna jak wiatr a nie wieczna jak wieczne odpoczywanie daj panie…

Syn zaczął rechotać: wieczne odpoczywanie, wieczne odpoczywanie.....
Wpadł do domu i zaryczał:
- Młoda ma wieczne odpoczywanie, hahahahaha
Babci okulary zaparowały:
- Co ty mówisz?!
- Wieczne odpoczywanie hahahaha dać jej Panie.......


Poleciałam z synem na trening. On poszedł się przebrać, a ja czekałam na ławce w sali. W końcu wyszedł i poleciał do kolegów olewając mnie z góry na dół. Dziwne to uczucie - mieszanka dumy z żalem olania Poczułam się jak Plastuś ...  ...mógł choć pomachać rączką, no nie?! A ja siedziałam jak ...no ten Plastuś w piórniku.

Poszłam sobie. Tak więc oboje machaliśmy nogami: on na parkiecie, ja po ulicy. Wróciłam pod salę, stanęłam na murku i lampię się co też oni tam wyczyniają. Dzieci po kolei  wychodziły przed szereg i demonstrowały pewne sekwencje ciosów: ręce,ręce, ręce, noga. Poprawka, poprawka, poprawka... ooooo jest Starszy. Nie patrzył na trenera - pojechał bezbłędnie! Ale ma moc w ruchach! Ha! Aż mi haftka w biustonoszu pękła - duma ma moc (nieźle stawia cycki :P) :)


- Mamo, ale ja nie chce zachorować. Nie chcę mieć zaległości w szkole. I czeka mnie egzamin na belkę.
Ja nie mogę - to chyba nazywa się ambicja. I co ja słyszę?! Karate nie jest ble?!

- Belkę? Chyba pas biały ....Będziesz startował?!
- No, chcę. A tato będzie wtedy?!
- Niestety nie...
- Szkoda....



Córka zasnęła po Pingwinach. Obudziła się po 23-ciej i zaczęła się noc żywych trupów. Młoda płakała, jęczała, marudziła. Robiłam jej nasiadówki w wodzie z rumiankiem, kąpiel w nadmanganianie, chuchałam, dmuchałam na rekach nosiłam, leki podawałam i wodę do picia.
Sen był kradzionym pięciominutowym oddechem, czasami dziesięciominutowym, a może i półgodzinnym. Wańka wstańka. Ale co tam - najgorsze w tym wszystkim, że Młoda tak się męczyła ......
Poczucie bezsilności jest koszmarnym uczuciem....
O piątej wymiękłam - puściłam  jej bajki, a sama padłam w łoże.
Bach, trach, aj, oj - dostałam w żebra, w kręgosłup. Syn się przeciągał. Spał w moim wyrku, bo z siostrą w pokoju spać nie chciał, zresztą słusznie, by się nie zarazić.

Przy śniadaniu:
- Wiesz synu, ty lubisz spać przy japońskich mruczankach.
- Co mówisz?
- No mówię, że lubisz spać przy japońskich mruczankach. Ty się wyciągasz, a ja robię - ej, aj, oj,  iiiii, aj
- Hahahahaha, jak?
- No ty mnie kopiesz przez sen a ja mruczę ....
- Hahahahaha

Przyjechałam z pracy. Młoda spała. Cwaniara odsypiała  noc. Niespokojnie.

- Choć Starszy - pykniemy partyjkę.
Przegrałam, przegrałam....
- Ty nie masz głowy!
- A to co jest?! - zapytałam się zdumiona wskazując na swoją głowę.
- No dobra głowę masz ale mózgu nie masz, hahahahaha
Zabawne. Nie zdążyłam pacnąć, bo Młoda wstała.
- O Pryszczaty Poldziu jest ahahahaha - syn zbrechtał nazywając córkę imieniem postaci z książki o Karolku Koszmarnym.
A Młoda wstała i  zapanowała czasem moim. Jeszcze gorzej ją wysypało .....
Nie sądziłam, ze ospa to takie cholerstwo. Bidula. Moja Biedronka ....Zombie.
Choć cierpi i marudzi to jednak jest dzielna. Nie drapie się.
- Pani  w przedszkolu mówiła, że nie wolno ....
- Bardzo mądrą macie panią. Bo nie wolno kochanie ....

- AAAAAŁAAAA MAMO!!! SWĘĘĘĘDZIIIIIII........


Szykuje się kolejna noc żywych trupów......








sobota, 2 listopada 2013

Cmentarz mlekiem polany :P

Wpadłam w teleport. Przyspieszenie czasu. W głowie kotłuje się matematyczny wykres, gdzie czas, wraz ze swoja malejącą wartością zyskuje wymiar bezcenności.  Z powodu znikających minut robię zamach na próżnię. Kończy się to lewitowaniem we śnie. A śnią mi się dziwne rzeczy....hehehe....

Cmentarny czas szybko minął. Chwila refleksji. Czasy zmieniają się. Mało kto teraz tkwi parę godzin przy grobie. Nawet tutaj, w te alejki wpadł superekspres. Zatrzymujemy się na moment i idziemy dalej. Takie czasy, jedna wielka gonitwa, chyba zarżę .....pata taj, pata taj ....iiiiiiiiha......

A kiedyś była wielka  rodzinna tradycja - nasiadówka  przy dziadku. Ciocie, wujkowie, babcia, te rozmowy i nasze, brzdąców maczanie palców w wosku z nudów ...a potem rozrywka - kurs alejkowy do pradziadków.

W tym roku nie spotkaliśmy nikogo. Tylko znicze świadczyły, ze były tu ręce, które postawiły. Byliśmy rano, potem wieczorem. Wieczorny kurs dla tej magii zapalonych lampek.

Atmosferę tego święta mam wmurowaną w duszę- moja dusza jest ja grób. Z tabliczką - odwieczny dół. Wciąż się gdzieś myślą ocieram o śmierć, o zwłoki. Zwłaszcza prosząc o zwlokę w czasie ...

Rodzinny obiad. Jeden, drugi, Przebłysk matki.
- Wiem dlaczego  w zeszłym roku zabraliście mnie nad morze!
- Tak? Bo?
- Chcieliście bym powoli przyzwyczajała się do piachu ...
Ha, ha, ha ...

I niech życie trwa. Cieszmy się.


SOBOTA - DZIEŃ KRZESŁEM

Na sniadanie gotuję płatki ryżowe na mleku, pilnuję mleka, bo wiadomo, że ta ciecz jest wściekła. Kuchenna nuda wpatrywania się w garnek została zakłócona wejściem syna.  Idealne wyczucie momentu:
- Wiesz, ostatni to robiliśmy na treningu ...
Zaczął demonstrować ciosy karate. I zamiast w przedpokoju to w kuchni zrobiliśmy sparing. Ciosy rękoma, nogami:
- Ha! broń się!
Syn zarzucił nogę na krzesło, zawinął się wraz z nim i upadł waląc plecami w kaloryfer. Zamarłam. Starszy nieźle wmontował się w żelastwo. Dobrze, ze nie musiałam zeskrobywać ... Na plecach powstało duże otarcie ...

- No kochany, teraz jesteś prawie jak Bruce Lee - zaczęłam żartować po wylaniu przez syna wiadra łez.

Wyłączyłam płatki, pogratulowałam sobie głupoty, po czym weszłam na krzesło, by sięgnąć do apteczki po środek odkażający.
Zeszłam błyskawicznie - lotem waląc się przy tym po nogach krzesłem.

- Oszaleliście dzisiaj?! - mężulo wymiękł.
By za chwile dodać:
- Oby tylko dzisiaj .....

No cóż, mleko szkodzi zdrowiu........:)

środa, 30 października 2013

wejście smoka

Wróciłam do pracy. Biuro jest w nowym miejscu. Nowa lokalizacja, budynek, życie.
Zaparkowałam cała szczęśliwa, ze nikt mi nie wpadł pod auto, bo jakoś tak ludzi ogarnęło totalne bezmyślne pałętactwo . Niecierpliwość niesie zgubę. Kiedyś kupię pałkę bejsbolową i wtrzepię cierpliwość i rozumność.
Dojechałam, nie zabiłam - jest dobrze.
Wysiadłam z auta, zawinęłam się chustą i poszłam do drzwi. Zamknięte?! Hm? Nikogo nie ma?  O tej porze? Dziwne ...Wyciągnęłam klucze i włożyłam do zamka. Klucz jakoś dziwnie wszedł do trzech czwartych. No może to nie ta strona ... Odwróciłam klucz i to samo. Mocuję się, mocuję....nic! No kurde! Jak ja drzwi otworzę?! Co to za klucze, które nie wchodzą?!
Podjęłam walkę od nowa, co za uparty zamek, ale nie poddam się lekko.
Pięć minut i nic. Albo padnę trupem albo zapalę albo zaklnę na czym świat stoi. Cholera! Zaczęłam rozglądać się wokół, ale pech -nie ma nikogo kogo można prosić o o pomoc. Szlag!
Siadłam na murku wkurzona na maksa. Piękna wtopa jak na pierwszy dzień.
Nagle wynurzał się facet, facet znikąd. Dozorca! A!
- Dobrze, że pana widzę...
- Ale dlaczego - mówi ubawiony - chce pani się dostać do mojej części budynku?
- Coooo?!?
- Drzwi biura są, hahahaha, obok, hahahaha, tam, hahahaha trochę dalej.

Zeszło ze mnie wszystko! Popierdzieliłam drzwi. A ten stał sobie w krzaczorach i rechotał. Super. Super glut normalnie.

- To może pan je na zielone pomaluje, co? By znowu nie było siary ......

Weszłam rozbawiona. No początek piękny.

- A ty co tak rżysz?
- Bo przez pięć minut walczyłam z demonem własnego zakręcenia.
- CO?!
- Arte wróciła, zaczyna się.
- Dobra, dobra ...idę po wodę - ucięłam gadkę i poszłam do łazienki.

Z kranu buchnęło wodą. Wiwat stare rury. Moje spodnie mokre, i podłoga też. Bosko! Wyszłam napięcie i ......jak mi się nogi rozjechały, normalnie  balet "Łazienkowy ślizg"...
 -  AAAAA!!!!!! 

- A ty co? - przyleciał kumpel.
- Nic, rozkładam się, wiesz takie soft porno.......
- Hahahaha, dobrze, że wróciłaś ......
- Myślę, ale kawę robisz ty. Ja siadam na dupie. Dość.


Potem, z czasem,  było lepiej.

Sms, sms, sms..kilik, sms, klik, sms. Kumpel nie wytrzymał:
- O widzę, że nałóg zabawy z telefonem ci nie przeszedł?
- Przeszedł.  Za to mam inny nałóg - zaczęłam się rechotać, wystawiając jęzora z przekory - odpowiedni do wieku..
- Nie, no ona znowu będzie o seksie....
- A co chłopaki wolicie fantazyjne ciało czy fantazyjną wyobraźnię?
Zamilkli. Zapadli. Zamlaskali
- Dwa w jednym - ach ten rozmarzony ton kumpla rozłożył nas do końca.

 Fajnie, że sobie wróciłam do pracy. Oderwę się od prania, sprzątania, gotowania. Choć to  i tak na mnie czeka. Bezlitośnie. Ale jaki mam świeży powiew.

Czas się dłużył, leciał, wybiła godzina wyjścia. Pognałam do chatki.

Domofon. Wbiłam kod. Ledwo weszłam na klatkę, ledwo przeskoczyłam parę stopni już słyszałam wrzask córki:
- MAAAAAAAAAAAAA    MAAAAAAAAAAAAA!!!!! MAAAAA MAAAA!!!!
Wbiegłam na górę, otworzyłam drzwi i ......
- Kocham cię mamusiu - córka objęła mnie za szyję mocno, objęła jakby mnie sto lat nie widziała. Przyklęknęłam - uwielbiam wtulić się w to słodkie ciałko. A tu syn wlazł na plecy i tuląc się rzekł
- Wiesz pani kazała podziękować Bogu za rzeczy ważne. Podziękowałem za rodzinę. Za ciebie, bo jesteś najfajniejszą mamą,  moja bohaterką.


Wyniosło mnie do raju. I zostanę tam na dłużej. Bo fajnie jest.



niedziela, 27 października 2013

wspomienia kobiety która przemija



Jak można nazwać firmę produkującą okna Drutex?!

- Mam w domu Drutexa....


Buhahaha ....Drutexa?

hm..........Ha! Czyje myśli wtedy lecą do okien?!

Na pewno nie moje, hahahahaha


Tak jak patrząc na butelkę Coca-Coli, która zawojowała świat.

Nie wiedziałam dlaczego napój ten powalił masę ludzką. Nie wiedziałam do pewnego czasu.
Legenda głosi, że była to siła napoju,ale tak patrząc na butelkę to nie wiem czy tak do końca tak było ... .




Prędzej uwierzę, że siła leżała w butelce. Wyczytałam z niejednej książki, które mówiły o zabawie butelkami.
U Gretkowskiej była to butelka szampana.
I nie chodziło o kręcenie przedmiotem, no może i kręcenie, ale nie na podłodze.

Ale kto się do tego przyzna?

Że brzuch, wagina były suto zastawionym stołem a fallus robił za pałeczki do jedzenia.

Nikt.
I słusznie.

Bo kogo to?

Tylko potem można znaleźć na internecie takie oto obrazki:


Byle tylko to.
To się nazywa przeprowadzenie doświadczenia. Ha!
Ha, ha, ha ...


Czasami moje myśli mają jeden kierunek, a w tym kierunku ścieżek wiele.
Takie wskrzeszenie przed obumarciem.

Czterdziecha to taki wiek, że wiesz, że można, że trzeba, bo zaraz będzie lipa. Rozkład totalny.
Nie interesują mnie limity i ograniczenia hahahaha normalnie.
Ostatni dzwonek na eksperymenty wszelkie.

Dobra nabijam smuty w butelkę.
Żartuję znaczy się.
Proszę nie pocić się.



Dzisiaj spotkałam znajomych. W parku, wśród liści szli sobie.
Pracowaliśmy naście lat temu przez sześć miesięcy w biurze.
I wciąż się spotykamy. Na wyjazdach wspólnych. Przy grillu, winie, filmie.
Teraz jesteśmy poważni, dzieciaci, starzy, ale nie na tyle, by nie dojrzeć jeszcze jednego kumpla. Z żoną, z dzieckiem. Jego też pogięło na zmianę stylu życia.

- Co za spotkanie, nie wierzę...
- Kupa lat, musimy się spotkać na browarze, pogadać.
- A może wspólny wyjazd?
- No, w górki! Ale dwudniowy
- Teraz? Krotki dzień jest!
-To więcej wieczoru na winko i opowieści o starych latach.
- A pamiętacie ten wyjazd do Zakopca? Wiecie, że jedenastego listopada minie 14 lat!
- To było 11 listopada?!
- Aha, hahaha,
 - Jak można to zapomnieć? Kierowniczka była wstrząśnięta trupami hahahaha
- Mówię wam to spotkanie to przeznaczenie, bo nie w życiu przypadków.

- Czas na nową historię?!
- Dobra to musimy się umówić.


A to było tak, kiedy byliśmy młodzi, niezależni ....




Wpakowaliśmy się do auta. W piątkę. Kierunek - Zakopiec. W drodze już pykały browarki. delikatnie, bo jak dojedziemy na miejsce to od razu w góry idziemy. W końcu szkoda czasu!


- To teraz gdzie mam jechać?!
To był czas kiedy znałam Zakopane, jak przysłowiową własną kieszeń.
- W lewo!
Kumpel skręcił w prawo na co dziewczyny krzyknęły, że to nie w tą stronę.

- Dobrze skręcił - odparowałam.

- Nie wiecie, ze Arte jak mówi lewo to znaczy prawo?

Dojechaliśmy bezbłędnie do pensjonatu. Z bagażnika wyrzuciliśmy plecaki, do lodówki wrzuciliśmy wódkę i można ruszać.

- A może seks grupowy?!
Mina kumpeli niezła, prawie różaniec z torby wyciągnęła.
- Żart! hahaha idziemy!

Wybraliśmy standard - Morskie Oko. Cudowne Morskie Oko z tymi żlebami wokół i z tym Mnichem sterczącym samotnie. Jak palec.
Zawsze opowiadam jak pod Mnichem wciągałam czekoladę mając dupsko w śniegu. I zawsze słyszę - znamy to.
- No to co? Dajcie mi pogadać wstręciuchy!!! A opowiadałam wam jak weszłam zimą na Rysy? I mnie porwało, ale czekan mnie uratował?!
- Taaaakkk
- No dobra, to opowiem wam o....

Następną historią jest, jak zatrzasnęłam się w wc w schronisku. Mogłam sobie prosić o pomoc.
- Ratunku, zatrzasnęłam się, zawołajcie kogoś! POMOCY!
Wc nauczyło mnie, ze ludzie są obojętni na los drugiego człowieka. Psychoza tłumu. Jak nikt nie pomoże to reszta olewa. No tak, a może majtek nie ma na dupie?! Spadajmy!
W końcu wylazłam, chyba drzwi puściły. Albo nie tak zamek przekręcałam. Nie pamiętam, ale to nie był pierwszy raz jak w toalecie zaległam.

Mam wiele wad, a w tym zachłanność. Zwłaszcza na widoki tatrzańskie. Jakimś cudem porwałam ekipę na wędrówkę nad Dolinę Pięciu Stawów, a co tam.
- Nie za późno?!
- E tam, tam jest półtora godziny, pokonamy w godzinę a z górki to sobie na parking pobiegniemy....
Wchodzicie w to?! No weźcie Pięć Stawów zabiera oddech....Być tak blisko i nie zobaczyć ....

Nienormalni nie mają normalnych znajomych.

Ekipa zaklepała plan. Poszliśmy. To nic, że po drodze był śnieg, i co dla niektórych przerażające łańcuchy. Choć tylko przez moment nam towarzyszyły. Pół drogi przepłakaliśmy ze śmiechu. Nie ma to jak fobie - zawsze rozśmieszą. Pozostałych, hahaha.

- Tam była przepaść, jejku o mało co nie wpadłam..
Dramatyzm kumpeli zabierał nam oddech. Nie mieliśmy sił się śmiać
A ta by nas dobić zaczęła klepać "Ojcze nasz..." Byliśmy ze śmiechu ugotowani.

Jej fanatyzm z wiekiem przybrał na sile, ale ta historia to pominie. Tutaj jeszcze nas nie przerażała.


Odkrycie mega- kurde, śnieg, śnieg tu leży. Znaczy się dużego tego śniegu leży. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że tatrzański klimat i listopad to początek zimy.


z netu



Dolina Pięciów Stawów. Kolejny cud boski. Można zalegnąć i nie ruszać się. Trwać w tym krajobrazie. Kocham Tatry. Zastygliśmy w górskim pejzażu. Ekipa wybaczyła mi wędrówkę.

Zrobiło się późno, a  dzień był krótki, tak jak listopadowe dni do siebie mają.
- Spadamy, póki coś widzimy!
Droga w dół. Pełna oblodzeń. Padaliśmy jak muchy. Bo jak nie poślizgnął się ktoś, to ktoś poleciał ze śmiechu. Co krok to czyjś upadek. Jakby jakieś palce w nas pstrykały.  Pyk, leży, pyk, leży ....
Wodospad Siklawa zrekompensował wszystko.

Ale zmrok zapadł. Bez latarek, jedzenia, kawałka czekolady wleźliśmy w las.

- Będziemy chyba macać wydeptaną drogę!
- Arte, ty masz zawsze głupie pomysły.
- A mówiłam biegusiem?

Cholera, nie którym miny zrzedły. Mi zresztą też - ciemność i las to nie najlepsze zestawienie. Ale przecież byliśmy w stadzie. To zawsze coś.

- Patrzcie światełko idzie.
- Lecimy do światełka
- Jak duchy
- A jak umarliśmy i to jest tunel?!


To były dwie harcerki. Wybawczynie. I czekoladą poczęstowały. Choć tyle dla ceprów.
Doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a potem nas asfalt poprowadził.
Wieczorem polała się wódka na rozgrzanie.

Na drugi dzień ekipa stwierdziła, że ma gdzieś moje pomysły i wybrali opcję mało wstrząsową pod każdym względem - wędrówkę po Zakopanym i Gubałówkę.

Zeszliśmy na obiadokolację do jakiejś knajpy. Z kominkiem. Obsługa w strojach ludowych. Po boku palenisko  gdzie przypiekały się kiełbaski, szaszłyki i nie wiem co jeszcze. Było ciepło, klimatycznie, pachnąco
Zasiedliśmy.
Jedzenia i picia dajcie tu nam!
Piwo polało się. Na jedną osobę wypadły kluczyki samochodowe, reszta odpłynęła. Były nawet sesje zdjęciowe, bo jak z góralem zdjęcia sobie nie zrobić?! Obsługa robiła za tradycyjnego zakopiańskiego misia.
I tańce też były do muzyki ludowej.
Totalna korba!

- Spadamy, jutro do pracy mamy!

Wesołe auto pognało. Zamiast prosto do domu pojechać to pojechaliśmy do Krakowa. Bo pić się chciało.

Kraków nocą wyglądał cudnie, a piwo w knajpie jeszcze lepiej smakowało.

- Ja nie mogę, ale czaderski murzyn....hm, takie ciacho. poszłybyście do łóżka z murzynem?
- Weź przestań hahahha
- No weź, idę pogadać, bo ....bo nigdy z murzynem nie rozmawiałam.
- Głupek!

I poszłam. To był sympatyczny nauczyciel angielskiego rodem z Jamajki. Sobie kawały opowiadaliśmy.

Tak to jest jak z wioski pochodzi się.

Pierwszego człowieka o karnacji ciemniej spotkałam na Kasprowym Wierchu.
Miałyśmy wówczas 17 lat i wyrwałyśmy się z chaty. Był maj i w dolinach pachniało bzem ...
To były czasy, kiedy bilety były tanie i wszystko było tanie. Można było jeździć.
Więc na tym ośnieżonym szczycie stał murzyn i zajadał czekoladę.
Widok nieziemski.
- Patrz kanibal! buahahaha
-Weź Arte, przestań.

Nie wiem jak to wyglądało, ale koleś się przywitał i zapytał czy chcę czekoladę
- Tak,ale inną. Dziękuję -hahahaahaha



Tak więc w Krakowie nie odmówiłam sobie przyjemność łączenia kultur. Facet był super. Z poczuciem humoru.

Czas jednak płynął nieubłaganie. Zapakowaliśmy się w auto i z nieprzepisową prędkością pognaliśmy do domu. Zajechaliśmy przed piątą nad ranem.

O 7.30 wszyscy byliśmy w biurze. Wykąpani, najedzeni i cholernie śpiący...








Mam szczęście do ludzi :))))))








Dzieci  wstały o siódmej i nas nie obudziły. To znaczy nie chciały nas obudzić, bo Starszy zarządził rysowanie, i choć Młoda chciała do nas na dzień dobry gnać to jednak zasiadła do kredek. Ufff, uległa sile perswazji. Na Starszego nie ma mocnych.





 rysunki Młodej - szkic i po pomalowaniu :)









Ich rozmowy dobiegały do mnie jak z zaświatów. Ale jakoś tak nie chciało mi się wyłazić, by im po buziaku dać. Byłam tego poranka wyrodną matką.
Fajnie móc się wyciągać w leniwy poranek w ramionach faceta, który ...a co ja tam będę mówić, pomimo upływających lat wciąż ma lekkiego fioła, na moim punkcie. Choć wciąż się zastanawiam jak może znosić moje jazdy, jazdunie... i takie tam w ogóle z patrzeniem włącznie.





tacy byliśmy wczoraj - na szczęście to tylko skóra się starzej, bowiem miłość nie płowieje :D:P








- Ty się już dawno powinieneś się ze mną rozwieść! Seryjnie. Weź!
- Ja tak łatwo się nie poddaję, ale wiesz nie mów hop....
- Hop i co?!

Ha! Ale zamilkłam wtapiając się w idealną chwilę ...Bo są takie chwile, które wypełnione są po brzegi mega szczęściem, radością, spełnieniem, kiedy chce się krzyknąć - chwilo trwaj, bądź, nie przemijaj....W takich chwilach aż chce się umrzeć. Właśnie w takich....Kurde, czasami myślę sobie, ze naprawdę mam zajebiście.





Rano polecieliśmy na zajęcia. Męża zostawiłam w spokoju. Wrócił z pracy niech ma swój czas.
-  Mamo, patrz, same mamy są z dziećmi, a gdzie tatusiowie?
Faktycznie..Same baby i ani jednego samca. To nie był poranek kojotów, hahahaha


Syn poszedł na warsztaty, a my z Młodą, tradycyjnie, do parku. W te alejki, do tych drzew.
Tym razem dla wygłodniałego ptactwa wzięłam chleb, choć tak naprawdę nie powinno się ich tym karmić.









                                                - Patrz, ile ptaszek  - wyrwało mi się, na co córka odparła:
- Kaczków.

Hahahahaha, mistrzynie słowa normalnie.









Wieczorem Młoda zawinęła się w pościel i sama odpłynęła. Natomiast syn oznajmił, że będzie rysował i koniec.
- Idź spać kochanie, bo późno jest.
- Ograniczenia i limity nie interesują mnie, hahahaha

Ostatnio to jego ulubiony tekst.


Sobota była nudnym rodzinnym dniem. Starzeję się, bo kocham te dni.
Albo znowu imprezka upierdliwych bakterii szykuje się ....bo coś do tyłu chodziłam.
Imprezka bakterii, bo z mojej to nici wyszły -  po dwóch strzałach odmówiłam dalszej konsumpcji.
Nie wierzę - coś na rzeczy jest.
Naprawdę nos wpada mi w piach coraz bardziej.....I w głowie kręci się....
Przemijanie, mac jego, jelita toczy me.
Rozkładam się.
Już czas.
Taki czas.
Pięć minut po północy,
A z zachodu wiatr wieje bez zmian, hahaha




piątek, 25 października 2013

dwudniówka

Syn został odstawiony na karate, a my w tym czasie miałyśmy iść do parku. Córka miała jednak inne plany:
- Chce iść do teki.
-Teki?!

Teki?Jezu co ona mówi? Mlekiem się opiła czy co?! Teka?! Jaka teka?! Czarna aktówka Stana?! Będzie szukać haków? Podobno wciąż to w modzie jest. No ale...

- Nooo, chcę bawić się w tece.

  W tym wieku? Podobno na każdego można znaleźć coś ....coś mi zaświtało ....chwila moment, moje zwoje ruszyły do galopu - bawić się, hm ..teka ...MAM! EUREKA!

 - Do biblioteki chcesz iść?
- No mówię do teki
- Dobra, to idziemy. Powtórz bi blio te ka
- Te ka
- Chyba ka tet. - zbrechtałam, Mroczna wieża w sercu mym ...

- Co?
- Jajco, chodź. - no co będę z Kingiem wyjeżdżać, to jeszcze nie ten czas....hm, chyba ...


Dziecko prawie godzinę bawiło się zwłokami zabawek. Stare, plastikowe rzęchy oczarowały córę. Normalnie jakby w domu nie miała nic oprócz kocyka przytulanki. No biedne maleństwo ....




Zanurkowałam w półki: Pippi, Emil, Puchatek ... Mała encyklopedia potworów domowych?, hm ..biorę, Niesmacznik? hm...biorę.

Wieczorne czytanie ma na celu zarażenie młodych strasznym wirusem- książkomanią. No i też odesłaniem ich w krainę magii...by tam na noc zostali. Zresztą czytałam im jak pływali w mych wodach oceanicznych.

Emil ze Smalandii nie był dobrym pomysłem. Starszy wił się ze śmiechu rycząc przy tym przeraźliwie. Tak rżał, że zęby swe wbił w moje ramię. Te wielki przednie łopaty wrył w  me ciało.
Wyciągnełam go ze swojego ramienia i dzielnie czytałam dalej. Dalej było coraz gorzej. To nie był dobry pomysł na wieczorna lekturę. Oczywiście Młoda zaraziła się śmiechem brata i razem dogorywali ....



Dzisiaj syn został oficjalnym studentem Uniwersytetu Dziecięcego. Otrzymał koszulkę i indeks. Wziął udział w dwóch warsztatach.




A te dwie godziny były tylko moje z córką.
Poszłyśmy do parku. Pogoda boska, gama kolorów powalająca. Trzeba się nacieszyć, zanim świat zamieni się w chlapę, w biel, w błoto.







tyle liści a Młoda buuuuuuu nie chciała wojny 






Mówiłam: - -dziecko łap mięcho, będzie na kolację!
No w końcu nie przelewa się ...
Młoda zamiast czynić karmę wpadła w śmiech.
;P







niektórzy ludzie są jak bluszcz ....









zazdroszczę tym, którzy potrafią malować - pędzlem, słowem
choć umiejętność zatrzymania się i zachwycenia też jest darem
w tym pędzącym świecie



 złych ludzi spotkał ten los - zakopani głową w ziemi przez setki lat tak tkwią...





















wujek mi mówił, ze kamienie to ślad po wojnie między czortami a czarownicami



 fajnie jest mieć kogoś, na kim można się oprzeć....






 Syn wyszedł z zajęć zadowolony. Chętnie weźmie udział w następnych warsztatach. I dobrze, bo jutro rano ma kolejne zajęcia. I nie będzie walki o nic. Ufff.....

Ledwo wróciliśmy do domu. Syn wciągnął papu i pojechaliśmy na karate. W aucie paplał, że dzisiaj spać nie będzie.
- Dlaczego?
- Bo nie chce. Chce nie spać całą noc.
Nie wiem czemu ma zajawkę na bezsenność, ale w głowie zamajaczyła mi się myśl o strasznej nocy przy świecach i upiornych opowieściach i filmach. Taki halloweenowy prezent. Hm.....Czego matka nie zrobi dla syneczka?!

W tym czasie Młoda została pod opieką babci. Wróciłam do domu.
- Chcę kromkę z wędlinką i pomidorkiem - zażądała córa stanowczo.
- Naprawdę? - ucieszyła się babcia
- Ja lubię pomidorki! - córka wykazywała coraz większy entuzjazm. Nie ma to jak wkręcić babcię.
W przeciwieństwie do mnie, bo wiedziałam czym to się skończy.
- Zobaczysz te jej lubienie - szepnęłam matce i poszłam do kuchni.
Kanapki podałam na stół i tak zostały. Nie ruszone. Entuzjazm dla kromek znikł w momencie pojawienia się ich na talerzu przed nosem.

Pojechałam po syna. Kolejny kurs.Na szczęście ostatni dzisiaj.
Im więcej jeżdżę tym większa mam ochotę oznakować niektóre samochody taką nalepką: UWAŻAJ, JEŻDŻĘ JAK PIZDA
No inaczej się nie da. Dobija mnie to już ruszanie na światłach, albo  wyskakuje taki prawie na blachę, bo tak się śpieszy i co? i wlecze się prawie 30tką.  Co za......kierowcy .....

- Młoda, idź umyć zęby albo jedz!
- Ty nie jesteś mamą
- Ale mama zaraz ci to powie! MAMO POWIEDZ COŚ!
- Za pięć minut widzę was w łóżkach z czystymi kłami! 

Dzieciaki zażądały Emila. Fajnie jest zasnąć z uśmiechem na twarzy. I tak zjechały.
Mi też ryjek dzisiaj się wykrzywił na uśmiech - Sapkowski wydał Sezon burz. Uwielbiam Wiedźmina. Ten świat jest moim alternatywnym światem.
I znowu, cholera, mokro mam w majtach.
Choć mąż ledwo zdążył otworzyć drzwi ...........
Gotowa na wszystko, hahahahahaha













czwartek, 24 października 2013

mocne, nie dla delikatnych



Są historie, które nie są do opowiedzenia. Bo nie i już. Ale ja opowiem.  Całą historię ciała ludzkiego, choć Abelardem Gizą nie jestem.




On może mówić o wszystkim,  i zawsze to swój urok ma.
U mnie uroku nie będzie, ostrzegam.


Bo był to fatalny dzień. Gorszy dzień od wtorku. Bo we wtorek to była masakra. Strzał znikąd, który pozamiatał mnie.
Bywają takie dni, bo ciało ludzkie duszą nie jest i nie kumuluje tego co mu szkodzi. Tylko pach - wyrzuca wszystko na zewnątrz.
Co za perfidia boska, by duszę ludzką, taką artystyczną lotność, zamykać  w tych zwojach pełnych dziwnych organów, które swoje robale mają.
Wyższy stan istnienia uwięziony w takiej powłoce. O, bleeee
Przeżyłam wtorek, ale to jak się okazało było tylko preludium.....




- Chłopaki robimy zadymę?
- Jasne.
- Włączamy sprzęt!!! 


 Bakterie potrafią imprezę rozkręcić jak nikt. Bruuuuuuu....grummmmm jelita wpadły do miksera. Bruuuuuuuuummmmm.
Skręcone zafurczaly ...bul glych, ech, bul .....aż dupsko krzyknęło oburzone, bo już czuło, że ktoś oszukał je w wyliczance:
- Chłopaki, się bawicie to się bawcie, ale czemu ja mam bawić się z wami?! Nie chcę.....

Za późno było. Usta dupska zamilkły ....

Jednak po chwili łobuzy strawiwszy "veto" zadka zmieniły koncepcję. Zresztą nudno się zrobiło....


- No to teraz wulkan!!!! - krzyknęły chłopaki.

Blehhhhhh.....łokcie opadły na rozgrzaną już porcelanę, tym razem wyliczanka wskazała głowę - paw.

- A teraz mikser! Włączaj!

Jasna dupa....FUCK!!!!!!!!!!

Siad, klęk, siad, klęk........zabawa trwa.
Bakterie wyłączyły mózg zabawiając się ciałem. Mają moc.
Siad, klęk, siad, klęk.
Tresura trwa - tańcz, głupia, tańcz.  Danse macabre.


Ciało padło w  loże.
Zadrżało blade.
Zamarło.
Zamknęło oczy.
To był błąd.
Kiedy bakterie wariują, ciało powinno być czujne. Ciało jednak zapadło w sen ...w nieistnienie całe zdruzgotane siłą przeżyć.

Bakterie nie darowały, zakradły się i:

- Wulkan!!!

Atak był za silny. Wizja bakterii zaś kolosalna.

Paw w deszczu.


Blade i bezmocne ciało musiało zmienić pościel. Udręczony organizm musiał zdjąć pokrowiec z materaca. Materaca, które wazy ok 40 kilo.
To wyzwanie nie lada. Podnieść, przytrzymać, materiał ściągnąć. Kawał ciężkiego materiału ...

Biedne ciało wciąż targane do porcelany, i to biegusiem, dzielnie walczyło z pokrowcem. Pokrowiec duży - nie wszedł do pralki.
Ciało padające na podłogę, opadające na porcelanę nie dawało się. Wyprało. Ręcznie.
Ostatkiem sił zaniosło materiał na balkon. Wzięło zamach, by ten pokrowiec na sznur zarzucić. Taki duży zamach, bo cholerstwo ciężkie było...
Błąd kolejny ......



Byłoby fruuuuuu. Jak jesienny liść.
Na szczęście mniejsza cześć pokrowca była na zewnątrz i nie pociągnęło w dól swoim ciężarem.


A może tak nie było. Może to był spirytus w towarzystwie bezrobotnej kumpeli na sprecyzowanie wizji:
- Tak, tak, założymy firmę.
I wyniosło mnie dalej gdzieś tam, gdzie rozum nie mógł dojść.

Jedno jest pewne - byłam blisko Nagrody Darwina.







-------
****   A potem byłam bliska zejścia z tego padołu ze śmiechu. Bo udręczone, przerażone ciało chciało się swoim nieszczęściem ze światem podzielić,  a świat zadrżał,......ze śmiechu. Śmiech jakoś te zwłoki otrzeźwił, postawił na nogi, aż zwłoki ciałem się zrobiły i krupnik uwarzyły. Dzięki  !!!:))))))))















środa, 23 października 2013

sito w korze





Jestem szurniętą szują, która czasami wypływa na oceany spokoju, a czasami coś zrobi w główce PSTRYK i pozamiatane.

I nie to, ze jadę na negatywnych emocjach od wczoraj. Nie. Choć może człowieka szlag trafić.Wczoraj oglądałam program publicystyczny w którym poruszono sprawę wypuszczania psychopatów. A mają wypuszczać. Bo im, w okresie zmian, karę śmierci zamienili na 25 lat!!! Nie dostali dożywocia, bo nie było takiej opcji w kodeksie. Prezent od państwa. Przecież miało być solidarnie i bosko, hehehehe.
I teraz będą wychodzić. Jak zombi z grobów. Jak kreatury ze ścian.
Podobno sejm podjął pracę, by prawo działało wstecz. Super. Może zdążą. Choć jak sędzia z trybunału powiedział, że to w sumie jest zamach na demokrację to mnie szlag jasny zalał. Na ciula mi demokracja jak psychopaci wyłażą na ulice!!!
No ale z drugiej strony rozumiem, wymiar sprawiedliwości czasami bywa niesprawiedliwy, więc może dojść do nadużyć. Choć to raczej nie ustawa a ludzie zawodzą. A do dupy z tym wszystkim. Trzeba być czujnym i tyle. Jak zawsze ....o ile pamięta się o tym. Mam nadzieję, że będzie głośno.

Ale ja nie o tym chcę mówić, chcę napisać o tym swoim szale. Nie, takim na szyję, tylko emocjonalnym granacie. Choć to smutne jest ...i przydałoby mi się leczenie farmakologiczne. Albo biały pokój.

Więc teściów podrzuciłam do lekarza. Teściowa kawał kobiety a teściu też jakiś wiekowy. Więc pod drzwi przychodni zajechałam - prze bardzo.  Nawet do poczekalni weszłam zobaczyć czy wszystko w porządku.
- Wiesz mamy nowego lekarza. Jest taki młody i fajny taki - teściowa zaczęła rozpływać się po wyjściu z gabinetu lekarskiego
Kiedy teściu wchodził - zerknęłam. Hm, niezły. Przynajmniej jest na kogo popatrzeć. Nie mówię by od razu badał cycki, ale ...hahahaha.
Teściów wpakowałam do auta i pod dom, psze bardzo. Teściowa wyskoczyła, pognała. Nagle wrzask teściowej spod samego domu, po przejściu paru metrów i to niezłych jak na nią.
- Moja laska została w aucie!
Zbrechtałam:
- Tobie kobieto młodego ciała brakuje. Jedno zerkniecie na klatę i lecisz do przodu jak strzała, buhahahaha.....i laski nie potrzebujesz...buhahahaha
Mina jej bezcenna.

Od razu poszłam po syna, odpalam auto: kierunek: sklep. Jazda na zakupy, jasne nie mam co robić tylko nosić te cholerne wody, soki i w ogóle.To że mężulo wyprał firanki i powiesił to nic- on nie zrobił zakupów i będzie miał przekichane, bo teraz ja muszę się pałętać, grrrr. Ciśnienie idzie do góry. Warga podniesiona obnaża jednego zęba.
Nie policzyłam do dziesięciu ....Włączam muzę. Na wyciszenie. Gucio. Płyta wyskakuje. Znowu ją pcham, znowu wyskakuje. Wepchnięcie - wyskok. wepchnięcie - wyskok. Wepchnięcie- wyskok. Klikam gdzie się da i gówno - nic, nic, NIC!!!! Nie mam muzy swojej!!!!! AAAAAAAA!!!!!!!!GRRRRRRRR!!!!!!
Dostałam szału.
Znowu mi sprzęt wyłączył. Ledwo dupsko wsadzi za moją kierownicę od razu offuje odtwarzacz, bo go to wkurwia. Ale ja z jego psychodeliczną muzą muszę jeździć po całej Polsce i jest okej.
- Zatłukę gada normalnie, ręce mu obetnę.....
KURWA! znowu wyskoczyło. I płyta i płytka bezpieczeństwa z głowy.
Ja pierdolę zbiegło się z uderzeniem pięści w radio. I tak ze trzy razy, a co. To sobie ulżyłam..AAAA, pisk, skrzyżowanie, dałam po hamulcach i stojąc na czerwonych światłach przeprosiłam grzecznie syna za wybuch.
-Wiesz bo muza mnie nosi a cisza mnie zabija,...i jeszcze te zakupy, kurde....
- Wiem, wiem, nic nie szkodzi......
Stoimy na tych światłach. W ciszy ...Nie, nie w ciszy....co to? Coś klika. Migacz. Przecież nie mam włączonego migacza. Co jest? Kurwa, no ja pierdolę. Jeszcze to. Macham drążkiem, a cyk, cyk wciąż słychać....Coś mi przeskoczyło w drążku jak wiozłam teściów, zrobiło gryk plech i pewnie szlag trafił. Ja pierdzielę. Jak mam jechać jak mi migacz nawala?
A moje zakupy? Cyk, cyk, cyk ...I jeszcze bankomat muszę zaliczyć! Cyk, cyk, cyk .... A do tego słońce nawala, nawala przez szyby - ugotuję się normalnie żywcem. .......Przygrzało mi  masakrycznie. Cyk, cyk cyk, migacz mruczy. Wróciłam pod teściów. Wściekła, ugotowana, żądna mordu....
- Idź po dziadka - powiedziałam do syna a sama sięgnęłam po telefon. Oczywiście dryń dryń do męża.
- Halo?
- Halo? Ja ci dam halo!!!! Kurwa, jak mi ruszysz jeszcze raz muzę w aucie to cię zatłukę rozumiesz? i szlag kurwa jego mać trafił migacz, nie żyjesz stary i jeszcze te cholerne zakupy, nie! no kurde rozwód normalnie! Bez auta w tym tygodniu trupem jestem!!
Wyłączyłam tela, bo co będę gadać z kolesiem, gdy teściu nadchodzi.
- Patrz dziadek, migacz oszalał. Nie wiem co jest. I kurde auto mam wyłączone. Co  za grat...
- No widzę, że mruga.
- Co?! Z tamtej strony też?! - ryknęłam zszokowana....
Ja pierdzielę, zamawiam złomiarza, niech zabiera tą kupę żelastwa.
- A ty czasem nie masz włączonych świateł awaryjnych, co?
- CO?!

Słów mi zabrakło na siebie .....kierowca z koziej dupy.

Ale tak to jest -furia oślepia. A mnie jak poniesie to w ciemny las szaleństwa.

A na gadu mężulo odpowiedział spokojnie:

włączyłaś awaryjne ale przecież nie dałaś mi dojść do słowa

Palantka ze mnie czasami jest normalnie. Pif paf w ten pusty łeb.

Oczywiście mój wybuch spłynął po nim  jak po kaczce.

Wie, że szaleństwo mi mija i znowu jestem do życia. Na moment.

Jak on ze mną wytrzymuje?!

Mężu, podziwiam cię, naprawdę.

Ale wyłączanie mojego sprzętu w moim aucie jest ZBRODNIĄ!!!! I to mega! Więc drzyj, jak wrócisz!!!!





-------------
Starszego rysowanie :)


------------------


Ale tak sobie myślę, ze skoro muzyka wycisza lekkich psychopatów, jak np mnie, to nagle uderzyła mnie taka wizja. Muzyka w więzieniach. Nie ma, że boli. Muza i taniec. Nie mówię balet, bo to by było hahahaha chyba za mocne. Takie wydzierane morduchny i lekkość kroków, buahahaha  I te obcisłe getry i baletki. I ten zryw i krok.  Chyba  łykaliby tonami  gwoździe  by nie było takiej obsuwy. "Zimny Bolo" rozgrzany łabędzim drygiem. Choć może Figle Szatana skusiłyby niektórych. Tytułem, a potem ups .....przepaść, hahahaha
Ale ogólnie przydałby sie przymus dwu godzinnych dryfowań w muzie. Na pozbycie się wszystkiego. Muza i taniec dobre są na wszystko. Artystyczne doznania w pląsach. Wszak muzyka łagodzi obyczaje.





z kopyta

Syn wrócił ze szkoły. Pierwsze moje pytanie:
- I jak ci poszło z anglika? 
- No nie wiem ...kiepsko jakoś - a oczka śmieją się, przy uwadze też się śmiały...hm...
- No trudno. Pokaż mi test.
Przecież nie będę szat rwać. Bywa ....
Syn pokazał, a ja patrzę i nie wierzę. Test zaliczył na szóstkę. Wszystkie punkty zdobyte. Chapeau bas.
Aaaaaaa -  zatańczyłam taniec radochy, z synem na rękach. Bosko, Starszy, bosko.

To ważne, że pierwszy test tak wyszedł, bo dodaje skrzydeł i wiary. I dziecku i rodzicom, że jakoś obleci. Może, hahaha
Choć mam wrażenie, że po synu spłynęło jak po kaczce i większą radochę miał z naszej reakcji.
Nawet to, że dostaje pieczątki znakomicie muszę wyduszać, albo widzę w zeszycie.
- Ej co się nie chwalisz, co?
- Zapominałem  ...
No właśnie, podobno ocen miało nie być w pierwszej klasie, a tu "szóstka". Mam nadzieję, że nie jedyna.
Ale z powodu słabszych ocen jazdy synowi nie zamierzam robić. Bo wół nie zapomniał jak cielęciem był hahahaha.....
Najważniejsze, by był kumaty i szedł do przodu. I ogarniał ludzkie stado.



Postanowiłam być dzielna i zmierzyć się z bestią kuchenną - nie z rogami, a z kopytkami. Właściwie to obeszłam temat od tyłu prosząc mężula o ugotowanie ziemniaków. Potem facet sam rozwinął skrzydła, spojrzał na przepis, wrzucił mąkę, jajka i robotem zamieszał mówiąc:
- Dalej ty rób.
I zaczęło się piekło. W jasnościach wielkich. Nie wiem co on zrobił, ale wyszedł jakiś klejący się glut, więc dosypałam maki. Większość na siebie. Trzeba mieć talent. I to wyjątkowy, więc w ogóle wszystko do dupy poszło. Albo na podłogę. Albo na mnie. No kuchnia wyglądała tak jakby ktoś ją z kopyta pociągnął.
Upaprana byłam niesamowicie, a ta breja nie chciała zamienić się w produkt jadalny.
To nie był dzień na gotowanie, po prostu. Jak większość moich dni, hahahaha.
Dobita zaczęłam myć stolnice. Wielkie, drewniane nieporęczne coś. Woda podstępnie wyciekła na podłogę. Mężulo z synem jak loża szyderców stanęli w progu kuchni i z uśmieszkiem mówili o jakimś zakrętasie.
- No mama tak ma, hahahahaha.....
Wysłałam ich do piekieł. Znaczy się do sklepu po ziemniaki. Bo myślę, ze tam diabeł utkwił z rogami i żadne kopytka wyjść nie mogły. Chyba ...
Opanuję tego czorta. 
Jeszcze raz spróbuję, niech tylko ochłonę.

Zajęłam się układaniem puzzli. Trening cierpliwości i opanowania, zwłaszcza przy tych, gdzie niektóre elementy lecą. Przyszedł Starszy.
- Pomożesz?
- No pewnie.
Zaczął układać.
- No, no ... nieźle ci idzie.
- Bo wiesz mamo, im jest się mniejszym tym bardziej kumatym.



I złożył globus sam.

Ten dzień rozłożył mnie na łopatki. Z kopyta.





poniedziałek, 21 października 2013

bo to poniedziałek był :)

Wracamy z synem ze szkoły. Spacerkiem w ten cudny dzień idziemy sobie leniwym krokiem, a liście szeleszczą pod nogami...
- A wiesz dostaliśmy jabłko i paprykę od pani. Jabłko zjem, ale papryki nie ruszę....
- No właśnie, dlaczego nie lubisz już papryki?
- Nie wiem, nie ruszę jej i koniec
- Mówisz tak jakby ci kazali zjeść robala jakiegoś,o na przykład takiego tępoodwłokowca!
Syn popatrzył na mnie i z uśmiechem rzekł:
- Wiesz, jakby go fajnie przypiekli to może bym go zjadł, ale papryki nie ruszę.




 robal konta warzywo


(fotki z netu)


Młodą ścięło po przedszkolu. Zażądała bajki, więc dostała. Patrząc zasnęła. Spała do Pingwinów. Pierwsze akordy pieśni od razu wyrwały ją z wyra. Po prostu wkroczyła do pokoju jak zombi. Ledwo patrząc na oczy żądała obrazów.
Uzależnienie mega, bo jak jeść nie chce wystarczy, że powiem:
- Ok, to nie będziesz oglądać Pingwinów
A Młoda natychmiast kapituluje mówiąc:
- Noooo dobraaaa.
i zaczyna wcinać "tą paskudną zupę", ten "wstrętny kotlet" .
Dzisiaj też tak było. Odmówiła jedzenia. Jasne obiad w przedszkolu był taki wypasiony, ze wystarczy do śniadania. Ehe.
- Mam wyłączyć?
- Nooo dobraaaaa zjem.

A potem zamiast spać jej świeży, wyspany umysł zażądał gry w memo. Zagraliśmy. Wygrałam.
- Młoda co z twoją koncentracją, co?
W drugiej rundzie córka zrobiła mi pogrom i zaśpiewała:
- Baran, baran, baran - z diabelskim chichotem.


Kazałam iść im spać, nawet ojciec czekał na nich w pokoju z książką ....

Dzieciaki jednak spać nie chciały. Miały inny plan. Zachciało im się jeść. Dawno już wykminiły, że jest to dobry sposób na niespanie. Która matka odmówi pożywienia głodnemu dziecku?! No  która?!
Więc utkwiłam w kuchni przygotowując im super wyżerkę. Parówki.
- Kurde, ale mnie wkurzacie. Teraz zaczyna się mój czas, mój film i co? I tkwię z wami w kuchni. Ja już nie chcę mówić, że jest późno i powinniście spać. A jak się pytałam czy jesteście najedzeni to tak tak, tak mamo i co? gucio....Normalnie trafi mnie kiedyś.

Ha, nie ma to jak groźba, wręcz szantaż psychiczny...

- A co maleńka, myślałaś że będzie łatwo? Nie ma takiej opcji.

Syn dobił mnie doskonałym strzałem. I zbójeckim uśmiechem.

Wyszłam z kuchni, by nie wyjść z siebie. Dzieciaki przegadały pół godziny. Bez kłótni. W komitywie.

A ja zrobiłam prawie mostek! :)

"Wyginam śmiało ciało
to dla mnie -MAŁO"


Mózg zresztą też, by opanować swoje Gadziątka.





kuref-ski tekst

Swoje emocje, złe emocje, paskudne emocje zamykam w jednym słowie: KURWA!!!

Kurwa jest dobra na wszystko.

O czym najlepiej wiedzą niektórzy mężczyźni. Na szczęście niektórzy faceci. 

Ale ja nie o tym.

Ja o słowie, ostrym słowie, co hamuje wybuch emocji, a właściwie jest produktem finalnym eksplozji.

Taki słowny tunel, który z przykrego stanu wyrzuca na brzeg luzu.

Patrząc do lustra pytam się, taka zdruzgotana pytam się - kurwa, gdzie są rysy twarzy mej?

Patrząc do lustra przed wyjściem wyrywa mi się - Kurwa! ale wylewa się.......

Dostałam list z odszkodowań - kurwa! za co im płacę?!

Wpadłam w stan frustracji. To takie przyciasne ubranko, co hamuje ruchy. I psuje smak jedzenia wszelkiego. I w ogóle zaburza wszelkie receptory.

Noż, kurwa ...

Wzięłam się za się. Padłam na podłogę. Zestaw ćwiczeń. Nie będę sztywniarą! O! NIE!

Zaczęła się ma walka o przetrwanie.

Starość kontra Arte.

Pewnie weszłam  w wiek kryzysu. Będzie mi odbijać. Będę szaleć. Czepiać się pazurami, by w trzydziestce pozostać. By nie spływać tak szybko w mroczną toń pięćdziesiątki. no chyba, że ktoś wódkę poleje ....

Ale tak pijąc cole i jedząc chipsy, czego zazwyczaj nie robię, więc tym razem pałaszując wszelkie gówna tego świata jak typowy patrzałkowiec tivi, co już sam fakt takich poczynań jest już świadectwem mego upadku, więc tak wpierdzielając patrzyłam na Kill Billa.

Bing bang,...... bing -bang......




Uma Thurman porwała. Te sceny w kuchni, ahahaha. I te wyskoki. I ta przemoc w wykonaniu Tarantino.  I ta muza.  Rozpływam się, bo ten facet mnie rozwala, po prostu....zabawny jest.
Zmieniałam pozycję.
Ała!

Zamieniam się w dupę wołową. Kotlet przysmażony.

Bing-bang....bing - bang ....

Arte zastrzel siebie. Bo gdzie ty podążasz?! .

Chyba w stronę światła. Zmasowane kalorie stają się ubitą drogą prosto w bramy zaświatów. I jeszcze z tą dupą w bramy raju nie zmieszczę się. Do diabelskiego kotła też nie, ale to marne pocieszenie....właściwie załamka ...bo gdzie z takim dupskiem iść?!

Jak się człowiek rozlewa na wszystkie strony to traci energię. tracąc energię staje się masą. Masą bez polotu. Bo co? Podskoczyć umie?! Chyba, że po lody ....

A gówno.

10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2,1, 0 start!

Zrobię mostek, a co! :)


I to bez kupy w gaciach.

Choć chcę pożegnać 6 kilo :)))))))))))



W ramach tego -poszłam na spacer. Do cukierni. Po w-ztkę. Mniam. Pyyyyyyyyychaaaaa.
Pani rzuciła okiem na mnie i chyba widziała ten sprytny plan odchudzania, bo zamiast dwóch zamówionych porcji dostałam trzy!
To dopiero wyzwanie.