niedziela, 13 października 2013

piątek, 11 października 2013

kolankofo

- Pani ma syf w kolanie.

Fajnie jest to usłyszeć. Usłyszeć to po prawie roku leczenia. Usłyszeć, że tak naprawdę to kolano jest wciąż uszkodzone. Uszkodzone, bo nieleczone. Niesprawne, choć sprawność ruchowa jest, choć nie taka jaka powinna być. Taka do końca by było cacy. Nie klęknę. Nie pobiegnę.
"Sprawność" z bólem. Bólem coraz większym.
Na 3 ortopedów żaden nie zrobił nic. Przepraszam, dwóch wysyłało mnie do pracy.

Na ZUSie można wieszać psy. Ale co orzecznik to otwieranie moich oczów. To oni stwierdzili zanik mięśni, czego żaden z moich dwóch ortopedów tego nie zauważył. To orzecznicy widzieli problem nie tylko z mięśniami, ale i z przeskokami i złamaniem rzepki. I ograniczoną ruchomością. Jeden z ortopedów stwierdził, ze błędy leczenia są od początku. A ten wypis to woła o pomstę do nieba.

Nie mogę nic złego powiedzieć.

Pomimo, ze dostałam tylko X% uszczerbku na zdrowiu. Ale co tam, kasa to nie wszystko...Chrzanić to.



- Wie pan co? Leczenie może oficjalnie jest zakończone, bo ciągniecie chorobowego nie miało sensu. Zresztą wydawało się, ze będzie dobrze. Dlatego wróciłam, ale to moja noga . .. jeszcze będę ją leczyć, bo mnie coraz bardziej boli.
- Dziwię się, że nikt artroskopii nie zrobił, bez tego raczej nie będzie dobrze.

Koszmar. Ten rok pseudo leczenia mogę sobie w dupę wsadzić. Tyle, ze siedziałam w domu. A ile mnie to kosztowało to szkoda słów. Bo frustracja, deprecha i kryzys co rusz mnie dopadały.

A teraz czuję tylko kosmiczną złość, no bo jak to?! Co trzeba zrobić, by być leczonym?!

Zadzwoniłam do czwartego ortopedy. Na NFZ już nikt nie przyjmuje. Brak punktów. Chory system normalnie.I wszędzie już tak jest. Koniec roku i papapa pacjencie, do zobaczenia w grudniu, bo wówczas jest rejestrowanie na nowy rok.
 - A prywatnie?
- A proszę, ale dopiero za miesiąc. 
- Skoro nie może być wcześniej to proszę mnie zarejestrować ....


No i nartach chyba mogę sobie pomarzyć...kolejny sezon umoczony.





czwartek, 10 października 2013

sztuka latania

Odprowadziłam dzieciaki i zapadłam z kawą przed kompem. Zaczęłam sobie czytać o karate Kyokushin.

Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego i niewzruszonego ducha.
Będziemy dążyć do prawdziwego opanowania sztuki karate, aby kiedyś nasze ciało i zmysły stały się doskonałe.
Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności.
Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.


A tu dzwonek. Jakie licho? O tej porze?! Hm, może ksiazki w końcu przyszły!

- Dzień dobry. mogę na moment?
- Dzień dobry, proszę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Kowalskiej matka umarła, a my mamy taki zwyczaj klatkowy, że zrzucamy się na jeden wieniec. Dołoży się pani?
- Skoro jest taki zwyczaj to oczywiście. Ile?

Poszłam po portfel i dałam sąsiadce pieniądze.
Jakiej Kowalskiej? Hm ..
Nieważne. Potem przeprowadzę wywiad. Nie wszystkich sąsiadów znam z nazwiska. Ale zwyczaj dobry. Jeden wieniec od sąsiadów. Miły gest.

Jak kawa to i papieros. Jedyny doskonały duet. Wyskoczyłam na balkon. Jak się jest fajnie tak zaciągnąć ...

- Nie szkoda zdrowia? - sąsiadka wieszając pranie zaczęła tokować - ja rzuciłam po trzecim dziecku.
- Jak urodzę trzecie to przysięgam też rzucę.
- Hahaha,  a to Państwu życzę.
Dym wlazł mi bezczelnie nie tam, gdzie trzeba. Właściwie to chciałam babkę z balkonu wyciągnąć, do drzewka zaciągnąć i niech puka w niemalowane drewno spluwając przy tym po trzykroć za lewe ramię. Odkaszlałam.
- A mówiłam, ze szkoda zdrowia ...
No to teraz dowaliła do pieca. Dostałam ataku kaszlu.  Ze śmiechu.


.
Dla zdrowia ucięłam sobie przejażdżkę rowerową. Przez parki. Po hamulcach dałam zatrzymując się zauroczona deszczem liści. Spadały z drzew w jednym momencie. Ludzie szli nie zwracając uwagi, a ja stałam jak zaczarowana. To była jesień. Ta prawdziwa, wspaniała, magiczna. Szkoda, że tak nie leciały jak byłam z dziećmi. Musze je znowu porwać ...

Ale to mnie porwało ...

- Mamo, dostałem uwagę - synowi śmiały się oczy.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę.
Pokazał zeszyt a tam była adnotacja o złym zachowaniu syna. W kolorze czerwonym jak na uwagę przystało.
Tłumaczył się nudą, jaka wiała  podczas prób na pasowania ucznia.
- Dobrze synu, że sam przyznałeś się. To ważne. Powiedz mi ile razy Pani zwracała ci uwagę?
- Parę razy.
- I dlaczego nie posłuchałeś się?
- Bo biegałem z kolegą po scenie, bo.... oj, mamo, nudno było.

Porozmawialiśmy sobie.  Krótko. Moje oczy zrobiły się czarne, a jego przestały się śmiać. Bez krzyku, na lajcie i dobitnie.
Syn zaszył się w pokoju. Jak odrobił lekcje tak zajął się zadaniami z ćwiczeń "Uczę się starannie pisać i czytać". Pod okiem taty. Sam chciał, bo  kara jaką dostał ode mnie to zero bajek i angry. Na dzisiaj.
Moje wolne popołudnie .... zasnęłam obok Młodej. Baterie się nam wyczerpały.
Śniło mi się, że zgięłam nogę, a skóra kolana naciągała się, aż pękła, razem ze stawem. Czarna dziura wyrwała mnie ze snu. Ble, co za koszmar. Normalnie głowa mogła tam wpaść ...No, ale kolano boli mnie tak jakoś. Zaczęłam oglądać nogę. Psychoza stawowa.
Polazłam do mężusia.
- Spadamy na kawę?!
- Co? Gdzie?
- Do kuchni.
Byliśmy z T w szoku. Syn przez całe przedszkole był grzeczny. Zawsze chwalony. Zawsze super zachowanie wobec wychowawców jak i koleżeństwa. A tu co? Pierwsze koty za płoty?! To jak dla nas na ten rok wystarczy. Nam może ...

Przy kolacji Starszy podszedł do mnie.
- Przepraszam cie za to mamo.
- Dziękuję, myślę, ze jeszcze komuś innemu należą się przeprosiny.
-Tacie? 
-Tak i komu jeszcze?
- Panią też jutro przeproszę. Mamo, ja już tak nie będę robił.
- Mam nadzieję. Rozrabiasz okej, ale jak pani zwraca uwagę to przeproś i uspokój się.


Chciałam, by się syn z marazmu wyrwał? No to mam. Zdolny facet, szybko mu to idzie.

Dzieci są jak latawce.
Cała sztuka polega na sztuce popuszczania sznurka i wyczucia wiatru.

Nie można za wcześnie puścić sznurka, nie można za późno puścić i nie można zwlekać, bo latawiec może opaść. A każdy wie, ze jak latawiec opadnie to trudno jest wzbić się mu z powrotem w górę i poszybować.
Ale i też trzeba uważać, by daleko nie odleciał.. A wiatry wieją niespokojne, a czasami brak powiewu.

 Nie można dzieci stracić z oczu.




foto z netu







środa, 9 października 2013

tru tu tu :)

Poszłam po syna, by odebrać go zaraz po zajęciach. Księciunio sobie życzy- Księciunio ma.
- Mamo, a pojedziemy do parku? odbierzemy Młoda i pojedziemy dobra?
- Weź synu, ruch taki jest o tej porze, że nawet auta nie ruszam.Nie będę stać w tych korkach...
- Nie autem - rowerami!
- AAAAA Rowerami! W porzo.

 Rowerami? Szok. Ale czad. Coś drgnęło, tra la la la.
Szok drugi - syn nie oponował, że poszliśmy na zakupy. Zero marudzenia. 
- Pomogę ci nieść zakupy.
- Super, dzięki.
Za to jęczadło zaczęło się, kiedy pojawił się temat karate.

- Mamo, ale ja nie chcę, to jest głupie.
- Synu, dla ciebie wszystko jest głupie.
- Rysowanie nie jest głupie.
- Ale o czym ty dla mnie rozmawiasz?! Jakie rysowanie? Ty poza tym głupkiem i pierdami nic nie potrafisz narysować, ani drzewa ani domu, ani zwierzaka, ani człowieka.
- Drzewo to umiem narysować - odparł oburzony.
- No dobra, ale na rysowanie masz czas, a warto coś ćwiczyć. I nie daruję ci.

Nie no kurde, będę tupać, wyć i nie wiem co jeszcze. Wszystko na nie, wszystko jest głupie - co jest?! I zero fioła sportowego. Egzemplarz trzeba naprawić. Nie będzie siedział i marudził jak dziad stary. To nie ten wiek na puszczanie pierdów w kanapę.

- Synu, od dzisiaj zaczynamy wprowadzać czytanie, nie ma że boli. I dodatkowe szlaczki. 
- Nie będę się uczył to jest głupie.
No zastrzelę, zjem, odgryzę pięty!!!!! Oddychaj głęboko, głęboko...
- Gdyby było głupie nie mielibyśmy tyle książek.A poza tym nikt , by nie czytał, bo mało kto lubi robić głupie rzeczy.
Popatrzył. Hm...chyba coś trawi ...

- Mamo, a poczytasz mi o tym baranie, co? No wiesz ta zielona książka.



- Poczytam, jeśli będziesz uczył się czytać. Mówię ci, ze to czad. Właśnie dwa horrory zamówiliśmy.
- Horrory? Poczytasz?
- Sam się naucz czytać!!!!

Syn zaszył się w pokoju, ja sobie ruszyłam na kuchnię. W końcu trzeba jakiś obiad zmontować przed wyprawą rowerową.

- A właśnie, ze umiem rysować! - syn przyszedł z kartką, by pokazać psa.





- Mam ci jeszcze coś narysować?

- Pewnie!

I tak powstał cały zwierzyniec. Krowa rozwaliła mi nadgarstki. Biedna krasula zapadła na głęboką anoreksję. Niedźwiedź wygląda jak duch podtrzymujący swój zadek. Nietoperz -patrzcie jakie mam gacie!
No po prostu Boschowska kreska buhahahahaha.




Wyprawa rowerowa była super. Syn sobie pędził przed siebie nie trzymając mnie na oku. Dzieciaki zrobiły sobie w parku gonitwę, potem pozbierały kasztany. A jak wróciliśmy do domu to na nic nie miały sił - konały przy bajce. Zero kłótni. Full symbioza. Aż miło.

DNIA NASTĘPNEGO.....

Rano, przy myciu zębów syna złapała refleksja.
- Mamo a w piątek jak idę na urodziny to co z moim karate?
- Zdążysz, bo w piątki są późno zajęcia.
- Aha, to dobrze.

Zatkało mnie. Ale nie mówiłam nic. Z radochy, że może jednak coś drgnie. Póki co widzę zmiany - rozkręca się i super. Energia nakręca energię, a monotonia dnia zabija. I moja dusza tez odżyła.

Jak będzie -zobaczę. Dziecko jest mieszanką genów. Ma prawo być sobą. Ale muszę coś zrobić, by syna pozytywnie nakręcić. Może to tylko bóle wzrostowe powodują zmęczenie, a może nie. Nie wiem.
Ale facet choć ma potencjał i mózgownicę za szybko poddaje się. A ja mu nie pozwolę na to. Niech odkryje własną siłę. I to, że sukces nie jest na pstryknięcie palcami. Ale za to smakuje wyśmienicie jak się go wypracuje ciężką pracą. Trening czyni mistrzem, hahahaha.

Za to Młoda biegła sobie całą drogę do przedszkola. Ta to jest perpetuum mobile- nakręca się swoim dobrym humorem.


Wracaliśmy z synem ze szkoły i koleś co rusz klepał mnie w tyłek. Nie wiem co to za zabawa, ale jak dla mnie to łapki przy sobie.
- hahahaha - brecht i klap, no tak fajny żart.
- SYNU! -spojrzałam wzrokiem mega czarnym i złym
- Wiem co powiesz, wiem -i robiąc komiczne miny z intonacją wrednej małpy rzekł- Starszy, przestań, bo zaraz cię pacnę! Aaaaaa hahahahaha

No rozwija się. Strzeliłam pogadankę. Tylko, ze jak weszliśmy do domu zawołał:
- Jak taty nie ma to ja rządzę!
- A co wybierasz ? Pralkę czy piekarnik?! HM?!
Hahahaha, też mogę sobie pożartować.


Porządził sobie syn, oj porządził - biedactwo musiało wciągnąć talerz rosołu, potem drugie danie. Poszedł zadania robić. Przeholował to zamilkł. Jak miło. Zamilkł dopóki jego kumpel nie wpadł. Czasami mam wrażenie, że mam dwóch synów, ech...

O TYM JAK MŁODA UŚWIADOMIŁA FACETÓW (podsłuchane)

- I ta babcia szła hahahaha i uderzyła się w jajka hahahaha ....- Kolegi głupoty rozśmieszyły chłopaków  na co córka nie odrywając się od malowania Pony zareagowała dość żywo:
- Chyba w cipkę, w cipkę się uderzyła, a nie w jajka
- Noooo tak - chłopcy przyznali Młodej rację .

Wlazłam do pokoju i utknęłam nad synem:
- Chyba masz zadania robić, prawda?! 

Potem usłyszałam, ze studia i praca są beznadziejne.
- Prawda  Starszy?!


No tak i wszystko na ten temat.

Pojechaliśmy na trening. Starszy został na sali, a my poszłyśmy do parku. W parku na placu rozsiadła się patologia i jakoś mnie zmiotło.
Nora huśtała się z Nikolą.
Hahahaha, ale jama - ni ma coli....buhahahaha -nie mogłam powstrzymać brechtu.
Matki jak wrony obsiadły jedną ławkę i na zmianę to plując słonecznikiem to paląc  papierosy (dmuchając dzieciakom w nos jak przybiegły) miały taką gadkę, że wolałabym posłuchać swoich skarpetek. Po prostu na pewne rzeczy nie chce mi się patrzeć. Ani słuchać mimo woli.
Za to wpadłam na pomysł, EUREKA!,przecież niedaleko jest biblioteka, gdzie możemy choćby w razie deszczu czy zimna schować się. Można tam poczytać, porysować, pobawić się. I z wc też skorzystać.

Syn po zajęciach sam przebrał się w szatni. Prawie chciałam zawyć z radości. Ale spokojnie, by nie zapeszyć zapytałam się od tak sobie:
- I jak było?
- Od tego skakania brzuch mnie boli. Mamo, ja nie chcę...
- Bo brzuch cię boli?
- Nooooo
- Kochanie, to mięśnie zaczęły ci pracować.

Tłumaczyłam jak to działa. A potem w kuchni odbył się pokaz pompek. Cieniara ze mnie już jest mega - 10 i padam na ryj szukając tlenu.
Byłam czystym przykładem co robi się z człowiekiem jak nie ćwiczy. Przerażający obraz degeneracji.
A rower zaczął za wieszak robić. Dałam sobie żółtą kartkę. W końcu przykład idzie z góry. Koniec lenistwa.









wtorek, 8 października 2013

nerw





Odebrałam dziecięcia swe.
- Na piechotę?! - z jękiem zapytał się syn.
- Nie, na miotle. Gucio - łazimy.

Dom, moment wytchnienia.  Trzeba było zbierać się.

- A wiesz co chcę na b?!
- Wiem, bajkę.
- TAAAAAK! Puść mi.
- Przykro mi Młoda, ale nie mamy czasu.
Buuuuuuuuuuuuuuuu...... Jeszcze tego mi brakowało. Nałóg mały!!! Jeden, dwa, trzy ...

Chciałam karate? To mam. Trzeba ruszyć tyłek. A ta bezczynność była taka cudowna. Hm... Wytargałam fotelik rowerowy i oddałam się rozkoszy montowania tego dziadostwa. Ja pierdolę to za małe słowo na określenie tego gówna i mej męki. Porządna firma a ten fotel to takie plastikowe ciężkie cholerstwo jakich mało. Gorzej trafić nie mogłam, ale cóż w testach taki bezpieczny, grrrr.  Zadzwoniłam do swej wyroczni.
- Mężulo, to zielone to wcisnąć czy granica?
- To gówno zakładasz? Nie woź w niej Młodej!
-A w czym mam wozić, mówiłam kup nowy fotelik.
- Mi?
- Nie,  mojej dupie. Nieważne, co z tym zielonym?
- Wcisnąć, by nie było widać.
 Dezodorant nie wytrzymał tego napięcia, kropla poszła. Walka była zacięta. Udało się. Wcisnęłam. Czy baba jest od wciskania?!
No kitu chyba ...ech...
Teraz jazda z tym dziadostwem. Rower tracił równowagę. Masakra. Syn jechał z przodu, z tyłu, zajeżdżał drogę. Pod nosem rzucałam mięchem, ale spokojna jeszcze byłam. Naprawdę ten fotelik to jeden wielki niewypał. A mogłam autem, ale nie. Ruch ma być. Nakręciłam się mega. Energia nakręca energię. Stop pizdowatości. Nie będą mi dzieci w marudzeniu i stagnacji żyć.

Syn poszedł na ćwiczenia. Zapłaciłam. Ambitnie podeszłam. Od razu - "książeczka".

Ja mu kurna dam. Ha!. Dan, dan, dan....

Starszy ćwiczył, a my pałętaliśmy się po Parku. Fontanna, kasztany, huśtawki. Młoda waląc kijkiem w krzaki mówiła, że walczy z potworem. Potwór był duży, więc też dostałam miecz. Pokonałyśmy go. Ufff
A potem było podglądactwo przez okno. Kurde, to nie był film.
- Mamo a oni tak walczą - Młoda poczuła bluesa i zaczęła wymachiwać rękami - Karate jest fajne!

- To chyba i ciebie za piszę za rok, co?
- Tak! Chcę.

Syn jednak był innego zdania. Zapłakany przebierał się.
- To jest głupie - buuuuuuuuuuuuu -  trzeba ćwiczyć i słuchać.
Hahahahahaha, no właśnie duży gadzie, no właśnie. Samodysplinka przyda się w tym rozgardiaszu twym życiowym, w tym malkontenctwie. Bo ja odpadam.
- To będziesz ćwiczył i słuchał.
- Nieeeee mamo, ja nie chcę - i buczy i nos wyciera zasmarkany.
- Synu, dość! Nie będziesz mi rósł na miękkiego, zasmarkanego wafla, co zabija się własnymi nogami, któremu nic się nie chce. NIE! NIE! NIE! Zresztą w domu pogadamy. Koniec dyskusji!

Byłam pewnie w tym wszystkim trochę niesprawiedliwa, bo facet jest fajny. Indywidualista, filozof, rysownik, matematyk, i taki spokojny leszcz, ale ja będę wredotą nieuleczalną co na przekór w sport pcha. Dusza może ocipieć w marnym ciele. Równowaga musi być. Tak jak boskie ciało bez duszy staje się tylko materacem. Czy jakoś tak.


Chcieć to móc. W życiu trzeba pokonywać własne słabości. Trudno. Przykro mi synu. Jak masz mi siedzieć w domu i jęczeć - ale nuda. Lampić się bezmyślnie w bajki. Jeśli masz tylko rysować te swoje głupki to ja mówię - NIE! I taką nawijkę mu sprzedałam. A co. A nawet gorszą. Ale i też niektóre rzeczy przełknęłam. No bo kurwa nie wdawaj się w matkę swą! -to była niewypowiedziana myśl. Ale hiciory zostawię na okres dorastania.


- Musimy w domu ćwiczyć
- To dobrze. ćwicz. Może ja się czegoś nauczę?
- Ale ja nie wiem co....to trudne jest .....
- Synu, wszystko na początku jest trudne. Nie poddawaj się. Co dostałeś za szlaczki?
- Szlaczki?
- No szlaczki, szlaczki, te co w zeszycie robiłeś? Ej, heloł!
- Znakomicie
- A widzisz, a w przedszkolu mówiłeś, że szlaczki są głupie i nie potrafiłeś je rysować, a teraz dla ciebie są łatwe. Będzie dobrze, zobaczysz.
- A wypiszesz mnie?
- Nie!

Mam nadzieję, że przetrwa. Że odnajdzie się. Że połknie bakcyla. Dzieci trzeba czasami pchać do przodu. Nie wiem czy w dobrym kierunku wybrałam drogę, ale sztuka walki uczy sztuki życia.





poniedziałek, 7 października 2013

szczytowanie



Pojechaliśmy ze znajomymi  połazić sobie. Dzieciaki miały radochę i latały po skałkach. Z Młodej byliśmy dumni, bo wlazła na sam szczyt, na własnych nogach, choć chwila słabości była:
- Mamo weź mnie na ręce, bo ja już nie mogę...
- Ja też nie, trzymaj mnie, bym nie upadła ...
Młoda się skarżyła, ja pajacowałam a efekt był taki, że ze śmiechem na szczyt dotarła.










 Buty mężula wymiękły :)

 nie wiem co ta pani niosła na plecach, mieliśmy różne wersje :D



Siedzieliśmy na szczycie, gdy nagle ktoś zakrył mi oczy.
Kto to?! nie padło, bo głos wszystko zdradziłby.
Hm, dziewczyny siedziały, i tyłka nie ruszały. Faceci też byli na oku.
Hm?
- Atre! Kupe lat!!
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę to była kumpela. Jedna , jak dla mnie, z postaci kultowych studium. A były tam osobowości naprawdę wielkie. Ikony. Bez nich by mnie nie było.
Ja pierdzielę - jaka radocha mega.
Prawdziwe spotkanie na szczycie. Ha, ha, ha ....

Wracając z górek zajechaliśmy po drodze do teściów zobaczyć czy żyją. Znowu był wysyp słodyczy. Masakra. Cukiereczki, chipsy, wafelki, ciasto, paluszki. Dzieci jak worki - niech się napchają!
- Weźcie im nie dawajcie, bo na kolację nic nie zjedzą! Ile mam was prosić, co?! 
Mogę sobie mówić. Nawet nie zapytali się czy jesteśmy głodni, ale jak po obiedzie przychodzimy na kawę to jedzenie chcą w nas wpychać hahahahaha.

- Wnusiu, były twoje imieniny, proszę to dla ciebie - powiedziała teściowa dając kopertę Starszemu.
- Ja nie chce pieniędzy, chce prezent.
- Ale nie wiemy co ci kupić wiec masz pieniądze i kup sobie co chcesz
- Dziękuję
Syn otworzył kopertę.
- Tato, ile to jest? 
- 100 zł.
- Mam dwie stówy - ucieszył się syn, by za chwile powiedzieć - to za dużo, nie chce tyle, jeden papierek mi wystarczy
 I poszedł oddać babci stówę.
- A drugą stówę dasz mi? - zapytał się dziadek.
- Dam - powiedział syn i kasę oddał.
Dziadkowie kasę oddali Starszemu.
- No dobra, kupię sobie coś, ale nie wiem co.

Ha, będzie na drugie kimono, bo to co kupiliśmy jest dobre, ale na mnie. Czar zakupów internetowych, hahahaha.
Gdyby nie te cholerne kolano byłby znak, że czas i na mój trening, póki nie skostniałam, ale niestety o pewnych rzeczach mogę zapomnieć. Przynajmniej na tą chwilę.

Wieczorem zakopałam się z książką w wyrku  mówiąc mężulowi, ze przejmuje dzieciaki i  wieczorne rytuały.
Zasnęłam nie wiedząc kiedy.
Coś wlazło na mnie. Duże ciepłe, objęło moją szyję ........AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!
- No mamo....
Co? Gdzie? A!Córka! Która to godzina?! Po 22-giej? Dziecię spać nie mogło, więc przytargała siebie do mnie.
- Przedstawienie mi się podobało, pójdziemy jeszcze?
- Mamo czy ja jestem fajna?
- Mamo, strasznie cię kocham,
- Mamo, opowiedz mi o Jasiu i Małgosi, ale ja opowiem o domku, dobra?!
- A ja nie zamienię się w czarownicę, bo musiałabym cię zjeść, wiesz, a ja cię nie zjem.Ha, ha, ha ...
Nocne gadki z córką są czymś pięknym i niezwykłym jak dla mnie. Przecież nie tak dawno latała na czworakach nic nie mówiąc, a teraz ma swoje zdanie, swoje myśli, swoje obawy.
I tak z poczwarki powstaje motyl, hahahaha.
Boska jest - ten śmiech, poczucie humoru, oczęta i błyskotliwość.

Rano budzę Młodą. Wymamrotała spod ręki:
- Wiesz, ze stęskniłam się za tobą?!
Wtuliłam się w maluchę, bo co miałam rzec, jak żadne słowo ze wzruszenia przejść nie chciało.


Poranny zamęt. W tym tygodniu zamieniamy auto na spacery. Wytłumaczyłam synowi, że pieniądze, które wydaję na benzynę wole wydać na książki, a w końcu tak daleko nie mamy by tyłki wozić. Ha!

- Jestem głąbem - wyparował syn kopiąc kamień. Teraz moja kolej -nasza zabawa.
- Nie mów tak kochanie. Nie mów ta o sobie, bo to jest kłamstwo.
- Ale ja chcę umrzeć, bo ten świat jest do kitu.
Zawrzało we mnie. 

- Synu, czy wiesz co mówisz?! Teraz to rzekłeś jak prawdziwy głąb!
- Hehehehehe, o to mi chodziło hehehehehe
Noż kurde!!!!

- Żartowałem! Na żartach się nie znasz?!
- NA TAKICH NIE!!!!

W przedszkolu Młoda zawisła na mnie, wtuliła się i płacząc rzewnie powiedziała, że nigdzie nie pójdzie. Ojejku, zrobiło mi smutno. Nie lubię jak tak dzieci płaczą. Mówiłam, wiele rzeczy mówiłam, niestety oderwać się nie chciała, więc wychowawczyni pomogła.
Ale Młodą wzięło ...
Ledwo ze Starszym zdążyliśmy do szkoły. Jego klasa stała już gotowa do wyjścia na spektakl teatralny.

A ja zanurkowałam w historie morderczyń i muzę i w neta, póki czas wolny.

https://www.youtube.com/watch?v=Lc_k_-jRl1w&list=PL77DBC7D2F87C009E










sobota, 5 października 2013

trudne tematy


Napoleonkaaaaaaaaaa aach ten krem, ciacho, rozpływałam się w tych smakach, gdy nagle dotarły do mnie głosy.Tym razem z radia.

- .. w ten sposób straciłam 42 kilogramów.

(jak ktoś mówi o otyłości to momentalnie mój organizm wyłącza połykanie, więc zastygłam w trakcie rozkoszy, auć!)


- Super! Piękny sukces! - dziennikarka nie zdążyła rozwinąć dalszych słów uznania, gdy gość przerwał mówiąc ze śmiechem:

- Niech się pani tak nie napina, już przytyłam 20 kilogramów.

Właśnie, nie ma co się napinać w życiu. I nie warto też popuszczać. Zwłaszcza w gacie.
Otworzyłam czekoladę, by się dobić. A co mi tam. Jak słodko, jak bosko. Chwilo trwaj!

Rzuciłam się w wir porządków, co by w sobotę nie skrzeczeć o sprzątaniu. Zresztą mam alergię na sobotnie prace domowe. Koszmar dzieciństwa. Wyrzucanie z pościeli po 8.00:
- Bo piorę!
- TERAZ?!
Teraz uruchamiało modlitwę, która kończyła się przy obiedzie. Po obiedzie zaczynał się nowy cykl wykładów. Ha, ha, ha ...choć wówczas nie było mi do śmiechu.



Rzuciłam się w wir porządków, bo taka będę świetna. Idealna.
Mężunio wróci do chatki: czystość powali go na kolanka, pyszna kolacja rozłoży na łopatki  i już jest gotowy! HA!
Plan w życiu trzeba mieć, a jak doda sie do tego przebiegłość to sukces murowany.





Gotowanie i sprzątanie, gotowanie i sprzątanie - zajebista pieśń, hahahahaha

Jaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!pierniczę dzieciaki trzeba odebrać. Wsiadłam do auta. Co za drogi. Co za nierówności. To nie bułka z masłem, tylko drogi polne. Jadąc mam zawsze wrażenie, że pod tym asfaltem trupy leżą. Zombiaczki czekają na 4 jeźdźców, na znak i zacznie się: dzień sądu. Niektóre osobniki już nie wytrzymują nerwowo, normalnie rwą się do góry, a my dziwimy się skąd te dziury?! Ech....

Dzieciaki przejawiły bunt na wiadomość - dzisiaj idziemy na sztukę teatralną. Ba! córka była na tyle perfidna, że godzinę przed spektaklem zasnęła. Tak po prostu. Ale takie numery nie ze mną. Bestyjkę obudziłam i pojechaliśmy. Cała sala była zajęta. Fuksem znalazłam trzy miejsca niedaleko sceny.
Czar krzesła przywrócił córce uśmiech. Jak to dzieciakom nie wiele potrzeba do zachwytu.

Sztuka nas wciągnęła. Inscenizacja, gra, żartobliwe tony. Żywiołowość na scenie. Dzieci są bardziej wymagającym widzem. Nie bawią się w żadne konwenanse - jak jest nudno to się nudzą. I niektóre się nudziły. Z moich byłam dumna - wciągnięte w spektakl nie trzaskały krzesłem, nie mówiły, nie spały. Ale i też niewiele zrozumiały.
Ale sztuka jest pretekstem do podjęcia rozmów.
W sposób delikatny, mądry, wyważony poruszono ważne kwestie: przyjaźń, tęsknota, za tym co się utraciło, śmierć.
A czy my doceniany to co mamy?!
A ilu ludzi powiedziało - nie zdążyłam/nie zdążyłem powiedzieć, że ....
A ilu ludzi swoje ja, urażone ja stawia wyżej od wszystkiego? Własne urazy stawiamy ponad wszystko. A to, ze ktoś teraz potrzebuje wsparcia, słowa, pomocy, to co tam.... Odrzuceni -odrzucamy.
Tyle, że w obliczu śmierci wszystko wygląda inaczej. Czy warto zatem czekać na śmierć?!
Ale życie życiem, szlag człowieka trafia i ślepnie na wszystko.
A odbudowanie więzi gorsze od budowania piramid. Zwłaszcza jak się wkradną zranione uczucia, poczucie zdrady, brak zaufania i szereg innych negatywnych emocji.
Choć z drugiej strony po co nosić w sobie ten rozkładający dusze bagaż?!
Bycie człowiekiem to takie trudne...wszystko jest takie kruche.

Po spektaklu były zbierane pieniądze na ratowanie życia kobiety. Dzieciaki wrzuciły do puszki. I nie wspominam o tym, żeby "chwalić się", ale zaskoczyła mnie reakcja syna.

- A nie mogą zarobić? Jak można tak zbierać pieniądz: dajcie, dajcie. Trzeba pracować.

- Synku, koszty leczenia są większe niż wypłata. Czasami ludzie, by żyć muszą liczyć na innych. Jeśli możemy pomóc to pomagamy. Wiesz,jakbym potrzebowała nowej nogi i proteza kosztowałaby 200 tys to stać by nas było?
- Nie.
- I skąd miałaby wziąć pieniądze by móc chodzić?! To są trudne sprawy. I czasami ludzie musza liczyć na pomoc innych ludzi. Nie można być obojętnym.

Kolejny trudny temat wpadł nam do łóżka. Czytałam synowi - co jest ważniejsze mózg czy serce?



ulubiona książka syna




Syn doszedł do wniosku, że serce, można zastąpić pompką. A mózg też?!
Więc rozprawialiśmy sobie o organach, aż trafiło na nerki.
Temat transplantacji powrócił jak bumerang, który przed chwilą został rzucony.
- W tym przypadku dawcą może być ktoś z rodziny albo inny człowiek, bo z jedną nerką można żyć. Każdy rodzic oddałby swojemu dziecku nerkę i to bez wahania.
Syn ukrył twarz w poduszce.
Hm.....
- Płaczesz??? kochanie? Dlaczego?
- Bo ja nie chcę byś umarła, wolałabym sam umrzeć. Ja nie chcę nerki.
- Synku, ale jej nie potrzebujesz! My mamy szczęście, że jesteśmy zdrowi. Wiesz, jaka to radość?! Nie płacz .... kochanie.

Nie płacz, kochanie - jak to łatwo powiedzieć,  a sama jakoś nieporadnie powstrzymywałam łzy, które mi cisnęły. ...



Rano zebraliśmy się szybko na pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego. Zaniepokoił mnie brak samochodów na parkingu. Hm, czyżby wszystko było takie ekologiczne eee sobota to dzień spaceru?! Chwyciłam za klamkę -zamknięte.
Zadzwoniłam do kumpeli, która oświeciła  mnie, że wykład zaczyna się za godzinę. A! Kapitalnie.
- Cała ty - wymamrotał pod nosem mężulo.
- Weź, jeszcze jedno słowo!
Zabiłam go wzrokiem. Poszliśmy na spacer, bo co będziemy się kręcić tu i tam.

Wrzuciliśmy syna do auli. Uroczyste rozpoczęcie roku rozpoczęło się od  przemówienia burmistrza. Nie ma to jak lansik władz.
Staliśmy trochę pod drzwiami, ale na szczęście syn nie wyleciał z sali krzycząc: - ja nie chcę!, więc sukces był.
Przy okazji ze znajomymi dograliśmy szczegóły jutrzejszego wyjazdu w górki. Żyć nie umierać.

Przy obiedzie syn stwierdził, że jeść nie będzie. Ja stwierdziłam, że z krzesła nie zejdzie póki nie zje. W te przepychanki wtrąciła się córa:
- A ja już mówiłam koleżankom i kolegom i i i i i ... i pani, że ten mój brat to jest taki beznadziejny.....

Zatkało nas. A potem zaczęliśmy się śmiać. Zabiła nas po prostu. Co to za tekst?! Syna też zamurowało, bo nic nie powiedział. Wyjątkowo, bo zazwyczaj na siostrę pokrzykuje.
Po chwili zaczął jeść, mówiąc, ze co jak co, ale mięsa nie tknie. Poszłam na kompromis.
- Nie jedz, ale wciągasz surówkę.
Ha! Lekko nie ma.


A potem zabijaliśmy się śmiechem oglądając film familijny: Krudowie.

https://www.youtube.com/watch?v=21vWIjfCZ5Q&list=TLc4R5R9HuvjENwknFOb4tfinvHH6WhjI0

Film, który powala animacją, wykreowanym światem, poczuciem humoru i treścią.

- Mamo to jest jak Avatar!
- Ogladałeś Avatar?!
- Tak, trochę z mamą


Czy my wiemy co w życiu jest ważne?! Wiemy!
A jeśli wiemy, to dlaczego się gubimy?!
Czasami jednak trzeba wyjść poza czubek własnego nosa....czasami trzeba w życiu zrobić rewolucję.
A rewolucje warto zaczac od siebie.


























czwartek, 3 października 2013

Nooo, mamo ...

 Poranna pobudka. Koszmar każdego dnia. Ja nie wiem dlaczego człowiek musi tak rano wstawać. Sam sobie narzucił jakiś chory system. Zero hedonizmu - za to maksimum heroizmu, bo wstawanie poranne wymaga nie lada siły i pokonania własnej słabości. I w imię czego o tej porze wstajemy?! Przecież nie musimy polować.
A nie można tak od dziewiątej, dziesiątej, zacząć żyć...?
Ludzie sami siebie katują budzikiem.


Puściłam muzę.  Nuty dotlenieniem mózgu. Rozhasane wśród czerwonych krwinek biegają po całym ciele. Powieka ruszyła się, drgnęła ręka ...







Zwlekam się z wyra jak siedem nieszczęść i wyję jak siedem nieszczęść, znaczy śpiewam sobie pobudkowo w łazience.
Prysznic. Prysznic co rano przypomina - olewaj wszystko, olewaj, olewaj.....czystość duszy gwarantem zachowania rozsądku.

Jestem prawie gotowa, jeszcze tylko parę cichych, małych, niewinnych przekleństw znaczy się poprawek fryzurowych  i  człapię do "strefy bąków".
Muza ryczy, ja mruczę łagodnie:
- Cześć kochane łobuziaki. Wstawać proszę.
Odganiają mnie jak komara, nie poddaję się.
- Nie wyspałam się.
- Nie chcę wstawać, głupie jest wstawanie.
- Ja tez nie chcę. Ty idziesz do szkoły, Młoda do przedszkola a ja dlaczego muszę wstawać?!
Idźcie sobie sami.
- He he he
- He  he he?! To słuchaj tego, kolego:

Z ciemności wyłoniła się ma głowa,
na gadanie twe gotowa

Hehehehe, dobra jestem sobie myślę. A co. Przecież mogę się pogilgotać dobrym słowem, no nie?

- A ja puszczę mamie bąka niech się mama błąka

CO?!!!!!!!!! Ale mi wyjechał. Kara-gilgotki. Ha! Teraz śmiej się cwaniaku.
- MAMO! PRZESTAŃ! AAAAAHAHAHAHA ....

Śniadanko, ubieranko, wyścig z czasem.
- Ja się w przedszkolu wyciągnę... - córa pomimo deklaracji i tak próbował  łyżką dotknąć sufitu.

Młoda nie wyciągnęła się w łóżku, więc Młoda zawiesiła się nieoczekiwanie.I zagubiła się w ruchach gubiąc czas okrutnie. Musiałam paszczować:
 - Ruchy, kobieto, ruchy!!!! SZLAG!!!

Dzieciaki w aucie, silnik odpalony, skrobię, skrobię, szyby skrobię. Jeszcze tego brakowało w gamie szczęść porannych Ufff, wsiadłam.
- Mamo, jestem niezapięta
Wysiadam, otwieram drzwi pasażera, ale od strony kierowcy: jedna noga na zewnątrz, druga w samochodzie, walczę z zapięciem  i ...nagle samochód zjechał do tylu. CO JEST?! Uffff, zatrzymał się. Wyciągam łeb. OOOOOOO FUUUCK!!!  Przywaliłam otwartymi drzwiami w auto stojące z boku. Drzwi się zaklinowały. Moje drzwi wbiły się w drzwi obcego auta. Nie miałam wyjścia, przelazłam przez fotel na miejsce  kierowcy i podjechałam do przodu. FUCK!!!! Dobrze, że w tym wszystkim nie zaklinowałam się przechodząc przez fotel!

Szlag, zarysowałam komuś auto. Może nie tak jakoś ohydnie, ale jednak. Nienawidzę takich rzeczy.
Czas nie dał mi czasu na myślenie. Pojechałam odwieźć dzieci.

Wróciłam na parking i łypię okiem na auto. Zerkam z partyzanta, by nie było. Kurde, facet ma na dole jeszcze dwa wgnioty. Made in ja?! Hm...Chyba nie, ale czy ja wiem?
Spierdzieliłam na górę, spuściłam nos na kwintę i zaczęłam prasować. Żelazko przyda się jak przyjdzie poszkodowany. Adresu nie zostawiłam, bo po co? Sąsiedzi mają wiedzę potrzebną do wszelakiego życia.

Prasowanie ma moc. Zapadłam się w sobie. Znowu ta nie moc. Nie chce mi się nic. Myśli odbiegły na boczny tor. Wpadka sięgnęła po bicz i zaczęła chlastać po duszy.
Nic dziwnego, że kiedyś ludzie krótko żyli. Umierali w moim wieku jako starcy. O ile dożyli. Zmęczenie wciąż ma tą samą moc.Tyle, ze ja za mamutami nie latam i nie walczę o ogień. Choć z drugiej strony ...

Stop! Mnie nie ma. Żadnych problemów. Zjazd. Wraz z papierosem wszystko zamieniłam w popiół.
Jeszcze życie mi dokopie, więc sama siebie nie muszę poniewierać.

Zadzwoniłam do kumpeli. Ustaliliśmy plan działań: jutro z dzieciakami idziemy na spektakl, w sobotę synowie mają pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego (zapisałam, a co), a w niedzielę jedziemy górki.
W razie deszczu - wino i film. Weekend doskonały. Mężulo nic nie wie. Ha! Niech się jeszcze po upaja myślą, że się wyśpi, hehehehe. Jego też nakręcę. O! jak ja go nakręcę. Kurde, niech wraca, bo zaczynam ryczeć ...

Power, power, power, muza, dziki taniec, życie jest cudowne! Wystarczy sprytny plan. Coś na przekór tych samych dni. Niech życie będzie marmurkowym ciastem.
Oby tylko koleś z tasakiem do mnie nie przylazł, oby, oby, oby ....

Poleciałam po syna do szkoły. Hrabia zażyczył sobie wcześniejszego odbioru.
Potem oboje musimy iść do przedszkola.

- Synu, idziemy po Młoda, ubieraj się!
 - A musimy już iść? Niech wybiega się w przedszkolu....

Droga powrotna była drogą płaczu i lamentów. Młoda darła dzioba o wszystko roniąc przy tym łzy na potęgę. Bo nie tą droga poszliśmy, bo chciała się bawić, bo chciała iść do domu, bo chciała się pohuśtać, bo chciała jeść, bo nie chciała zbierać kasztanów, bo chciała zbierać żołędzie, bo ....nie wiedziałam co robić, bo za każdym podjętym działaniem szedł inny komunikat.
- Co za baba, znowu ryczy....
- Przyzwyczajaj się synu. Baby czasami nie wiedza czego chcą, a zmęczona baba  to już totalna porażka, jak widzisz....

Dotarliśmy do domu. Dom ! Sweet dom! Nie dostałam obłędu, ale czułam się jakby ktoś na mnie spuścił 100 ton flaków z wypatroszonych śledzi.
Masakra.

Młoda w domu zarządziła zabawę. Ja byłam tronem, a ona siedząc na mnie odgrywała króla Juliana. Dobrze, że nie byłam Mortem. A może wszystko przede mną.

- To ja idę sikać, przyjdę a ty puścisz mi bajkę ROZUMIESZ?


ROZUMIESZ?! Prawie stanęłam na baczność krzycząc:
- Jawohl !!!!!

ale rzuciłam w jej stronę poduszką, niech ma, hahahaha.

- Noooo, mamoooo...

" Nooo mamo", " mamo, przestań" -łeeee, nie czają zabawy. Hahahah.
Dobrze ze mała jest mała i nie wpadła na pomysł wyrwania i rzucenia w odwecie klozetem:
- Mamo, łap muszelkę!


Wydrukowałam  Zdrowaś Mario, by syna nauczyć modlitwy. Umiem ją jak mówię szybko i bezmyślnie. Zaś wymawianie powolne słów, takie świadome i z sensem po prostu mi nie wychodzi. (przetestujcie ::PPP)

- Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami chrzestnymi...
- Jakimi chrzestnymi? Grzesznymi synu, grzesznymi.


Chrzestni? Aaaaaaaaaaaaa, muszę w końcu do brata zadzwonić, bo przez tę ciszę naprawdę, o zgrozo!, zgrzeszę.








:P





środa, 2 października 2013

czas zmian


- Mamo to zagramy w Nosorożca a potem puścisz mi bajkę?- Młoda ledwo przekroczyła próg drzwi i już zaczęła swój koncert życzeń,
- Zagramy!- odpowiedziałam. 
Gra owszem, jak najbardziej ale tv? GUCIO! Żadnej bajki jak słońce świeci - dość pajdokracji!!! i mruknęłam pod nosem-  Chyba cie osrało jak ci puszczę bajkę. 
- Nie, nie osrało mnie, ja tak chce, bo lubię bajki.
Ups, chyba za głośno mruknęłam ....oj...ygh..
- Wiem, przepraszam, tak mi się powiedziało, bo nie chcę byś pół dnia tkwiła przy telewizorze, rozumiesz?! Chodźcie na podwórku, co?!

Nie chcieli. Zajęli się ludzikowaniem. A potem ludzik, jeden  pierwszych wylądował jako ozdoba przedpokoju. A niech mają- przed remontem mogą tam wszystko.
Jesienny klimat w wyjątkowym wydaniu.



Godzina pracy? W porzo. Nie mówię nic.
Ale potem zrobiłam rewolucję, bo dobija mnie ta chęć dzieciaków do siedzenia w domu. Wciąż walczę o spacer, rower, o wszystko. Dość malkontenctwa Starszego. On jak idzie to nogi mu się plączą, bo mu się  iść  nie chce. Takie wiek podobno, ale ja straciłam cierpliwość.

Wywiozłam dzieciaki..
- Chciałabym zapisać syna na karate, tyle, że on nie chce, a ja chcę.
-  A to jest dobrze. Niech rozbiera się do treningu.
- -Co?!!! Nie mam nic przy sobie do przebrania, chcieliśmy tylko zobaczyć jak wygląda to wszystko.
- A na co patrzeć?! Niech rozbiera się i już. A następnym razem proszę wziąć strój.
I tak wrzuciłam syna na zajęcia. Pierwszy trening ma za sobą.
Płakał rzewnie:
- Ja nie chcę, nie chcę, no mamo.
Ble, ble ble, otarłam łzy, dałam całusa i mamy nie było. Mama zamieniła się w nieugiętą, bezczelną małpę, która zostawiła swe dziecię, a z drugim poszła do parku.
Wróciłam wcześniej i weszłam na salę po cichu. Syn bawił się świetnie. Słuchał. Angażował się. Kurde, jaki on ma fajny uśmiech ....W ogóle - spoko ziomal.
- I jak było?
- Ale mnie wypiszesz za miesiąc, albo dwa.
- Tak, jasne - odparłam z lekkim przekąsem, hehehe, niedoczekanie.
- Mamo, ale ja nie chcę....
- Synu , ty nic nie chcesz. Ciebie to nawet lekarze musieli ze mnie wyciągać, bo ci się nie chciało wyjść. Koniec z tym. Za fajny jesteś na lenistwo.

Poszliśmy na miacho. Popatrzeć na rybkę

 AAAA!!!!REKINY!!!:DDD







A potem były lody. Najlepiej wchodzą, gdy jest zimno.
A jak dzieci tuczą rodziców?
Właśnie tak.
- Mamo mamo chce loda!
- Ja tez!
Kupiłam im po gałce, a sobie gofra. Jejku,ja zapomniałam już jakie to pyszne. Goferek ...
_ Mamo, ja już nie chcę...
- Ja też nie....
Miałam gofra i prawie dwa lody. Zajefajnie po prostu. Dla odmiany - przesłodziłam się trochę.


- I jak minął wam dzień?
- Fajnie.
- Nie słyszę. Jak?
- FAJNIE!!!!!
- Mi też. dziękuję Wam za to.







wtorek, 1 października 2013

ble, ble, ble ...



- A u nas był dzisiaj teatrzyk - krzyknęła córka.
- Podobało ci się przedstawienie? 
- Taaaaaak.
- A o czym było?
- O zwierzątkach.
- O jakich zwierzątkach?
- Noooo to było o zwierzątkach- córka zawisła nad myślami swoimi - o zwierzątkach, które były, a których nie było - dokończyła radośnie.
Syn w tym momencie poleciał do tornistra:
- Patrz, my też będziemy szli.
i pokazał zeszyt informacji. Mają wyjście na przedstawienie teatralne i trzeba z kasy wyskoczyć. Z zeszytu wyleciała ulotka. O, kolejne przedstawienie.
- Idziemy na to? 
- Tak!!!
Przynajmniej rozerwę się. Choć o mało co mnie nie rozerwało, jak matka z ciotką przyjechały.







Takie dwie wrony przysiadły i wywołały we mnie diabelską moc.
I to nie to, ze obiadek nie smakował im, oj nie. Wręcz przeciwnie.
Ale przy kawie rozwałkowały mnie niczym ciasto na pierogi.
Wdeptały w dywan jak okruszki po serniku.
Kra, kra, kra ...
Zacisnęłam zęby, by nie było. W końcu goście. Goście, goście ....patrzyłam na balkon tęsknym wzrokiem...hm, może by tak je wyp...wyrzucić?!
Szczęka zakleszczyła się od siły nacisku.

I moje milczenie zostało potraktowane jako zgoda, więc dalej krakały, aż przeholowały.
Na końcu stwierdziły, że mam głęboko depresję i nie wiedzą co mają robić.
Serio?! No nie może być! WOW!
Tyle, ze jak ja mówiłam, ze nie rozumiem co się ze mną dzieje to zaliczono to jako atak paniki znudzonego ego. Dostałabym ataku śmiechu, gdyby złość była nieco słabsza.Ale przelało się we mnie.
Nosz kurde mol, cokolwiek nie zrobię i nie powiem to i tak nie jest tak, jak powinno być.
I tak całe życie. Na odwrót. Nie tak.
Oszaleć idzie. Nie rozumiem wciąż po co z nimi rozmawiam. A bo matka! No tak matka ...tyle, że nie jestem dziewczynką, której macha się palcem przed nosem, stawia się do kąta.
- I na dodatek palisz! - ryknęła matka,specjalnie, by syn słyszał.
No cyrk jakich mało. No ludzie!
Dość tego. Poczułam się zmęczona. Bo ile można? Czy kiedyś to się skończy?!
Zagubiona tożsamość pod odwiecznym słowem krytyki.
Sama siebie podziwiam, że jeszcze nie strzeliłam sobie w łeb. Pewnie dlatego, że srebrnej kuli nie mam.

Otworzyłam okna, wywietrzyłam mieszkanie po tym ptactwie. Za duszno się zrobiło.
A potem cały świat wywaliłam za okno - a gońcie się wszyscy. Mnie nie ma.


Wskoczyłam do księgarni internetowej, by wyluzować swoje myśli. Namierzyłam Kinga. Dziewczyna, która pokochała Toma Gordona? Regulatorzy? Rose Madder? I jeszcze jakiś tytuł rzucił mi się w oczy. Ten koleś jest niemożliwy, zbok twórczy. On normalnie ma wieczną erekcję słowa.
No cóż zbankrutuję trochę, ale co tam.
Dorzucę Skrzaty(dzięki Ri :)) oraz  501 trików mistrza rysunku (sama porysuję)- niech dzieciaki też mają swoje książki. Humor uległ poprawie. Nieznacznej.


Bo wróciły słowa wypowiedziane. Zrobił się natłok myśli. Analiza. Nie ma nic gorszego od myślenia. Dlaczego? Po co? Jak to? A może? 
Chyba najlepiej jest strzepnąć słowa, jak muchę z ramienia i tyle.
Nie przejmować się tym obsraniem.

Tyle, że wszystko wraca. Bo trudno jest oderwać się od swojego życia żyjąc.
Normalnie czuję się jak kapeć. Ciepły bambosz co zakłada się na nóżki.




I tak szur, szur, szur ....szura rodzinka.

O co chodzi? Przecież to jest masażyk stopami, no nie?!
Tyle, że to jest jedna strona, a druga?!
No właśnie ...Dobijanie do ziemi i rozsmarowanie po podłożu. Trudno po tym wstać.




Obudziła się we mnie złość. Agrecha. Bunt. Dość. Vaffanculo !!!!





A mam to wszystko w dupie.

Ukierunkowanie - wysoka specjalizacja wylewki na wszystko. Jak dawniej.
Dawniej to było za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za hektolitrami piwa ...

I nakrzyczę strasznie na męża, jak tylko wróci:
- GDZIE JEST MÓJ ROWER!!!!!
Nie odpuszczę niczego. Już nie odpuszczę.
Nie mogę sobie kupić, bo wiecznie słyszę, że można kupić lepszy. I tak kupuję ten rower...I z tego wszystkiego lepszego kupie chyba jakiś kosmiczny model, hehehe, bo widocznie na taki czekam.

Cholera, całe życie nawalanka, a potem wszyscy są zdziwieni, ze za każdym krokiem jaki robię do przodu to oglądam się trzykrotnie dla akceptacji postawionego kroku. I jeszcze się pytam - dobrze?!
Bo z czasem ma prawo mnie wszystko przerastać. Bo można naprawdę oszaleć.
A niech życie w pizdu mnie niesie. Na oślep.
Nie będę mówić już nic.
W końcu życie to zabawa. Gra. Sztuczka iluzjonisty.
Byleby tylko zdążyć uwolnić się z kajdanek, zanim zabraknie powietrza.
I kupić rower.


Wyszliśmy na podwórko. Syn z kolegą grał w piłkę. Rozgrywali mecz na dwie ławki. Synowi nie chciało się grać kompletnie i tylko od czasu do czasu machnął nogą czy pobiegł. Kiedy mu się chciało deklasował przeciwnika. Łatwo odbierał mu piłkę, wbijał gole. Ale jak mu się nie chciało, przeciwnik zdobywał przewagę. Jednak większość meczu Starszy stał jak kołek, albo tarzał się w trawie jak koń pogryziony przez gzy.
-Jestem lepszy - krzyczał M.
- No a ja jestem głupkiem - cieszył się syn.
Szlag mnie trafił. M. wcale nie był lepszy tylko Starszemu nie chciało się grać, więc przy takim podejściu to każdy wygrałby. Postawcie konia na bramce i co? Każdy go ogra.
Zwróciłam uwagę synowi, że nie jest pajacem tylko leniwcem i żeby tak nie mówił.
Na dodatek w całym meczu M oszukiwał z zasadami.
- Dlaczego oszukujesz?! Sam złapałeś piłkę w ręce i mówiłeś,że można bo bramkarz może. A Starszemu za to samo chcesz dać żółtą kartkę i karniaka? hola hola.No synu, nie daj się frajerować!
- Zostanie pani sędzią? - zapytał się M.
- Pewnie. I pamiętaj, co jak co, ale kumpla nie oszukuje. 
Zagrali. Syn dalej pajacował, więc M wygrał.
Nie chodzi o wygrane czy przegrane tylko o postawę. Dać się oszukiwać ?
To już mnie zmroziło.
- Ok synu, jeszcze mogę zrozumieć, że nie chce ci się grać, ale tak dawać się oszukiwać?! REAGUJ, nie daj się. 

Mam alergię na takich cwaniaków.

A za syna to ja już się wezmę. Za długo to trwa.












poniedziałek, 30 września 2013

i niedziela minęła

Sobotni poranek był bolesnym porankiem. Nie dość, że była niemoc to jeszcze syn mnie ograł.
Ale wczoraj wstałam wyspana, wygładzona taka po tej nocce nowonarodzona i rzekłam pewnym głosem:
- Synu, rewanż!






Syn podjął rzuconą rękawicę. Pionki zostały wrzucone.
Kurde, znowu porażka, porażka i remis i porażka i łał! jedna moja wygrana! I porażka. Tłumaczę się przed sobą -ach ten love, głowa wciąż w odlocie, te problemy i zawirowania życiowe. No szukam wszelkich tłumaczeń. Przecieram okulary. Powieki przypinam spinaczami do uszów.
Trud mój próżny - chyba zaczynam cierpieć na zwapnienie mózgu....martwicę mózgu ...zanikam.
Mężu się zbrechtał, cierniarą nazwał i sam zasiadł do rozgrywek. Wynik?! Remis. Potomek nie dostał batów. Gra była wyrównana.
Synu, albo jesteś mistrzem albo fuksiarzem. Albo twoi starzy tracą zdolność do myślenia.

Starszy ulotnił się na imprezkę urodzinową kolegi, a my pojechaliśmy do parku. Poszukiwania pani Jesieni oraz kasztanów wyzwoliły wielką babską bitwę na liście, a mężuś, choć nie miał zorki 5 to i tak porobił parę zdjęć.












- Jestem głupia - powiedziała córa wchodząc do kuchni - bo wiesz co zrobiłam? zdjęłam rajtuzy zamiast myć ręce.
- Nie jesteś głupia tylko zakręcona!
- Jestem głupia!
- Nie mów tak.
- Jestem głupia.
- Skoro ty jesteś głupia to ja też jestem głupia. W końcu moim dzieckiem jesteś, no nie?!
Dziecko popatrzyło na mnie, uśmiechnęło się i wypaliło:
- To ja nie jestem głupia, ale ty jesteś głupia.
Ha ha ha zabawne.
Ale Młoda miała radochę. Tak wyrolować matkę w wieku 4 latach to sztuka wyrośnie niezła.


Wieczorkiem dzieciaki zajęły się twórczością. To głupio tak siedzieć i patrzeć na to jak dzieciaki fajnie się bawią. Poczułam zew artystyczny. Też zrobiłam swoje stworki.




mam talent :PPPP





- Mamo, ale wampirów nie ma? - Młoda lubi o to się pytać, ze trzy razy dziennie. Efekt oglądania Scooby Doo. Lubi sobie śpiewać pod nosem: "Skała wampira, skała wampira..."
- Jasne, że nie ma. Dzieci mają bajki i dorośli też lubią się straszyć. To bujda. Zresztą w czosnku nie śpisz, prawda?
- Nie lubię czosnku, ani cebuli...

Siedzieliśmy więc tak sobie w trójkę rozmawiając o wszystkim i o niczym. O imprezie urodzinowej nie dało się porozmawiać. Syn nie był zbyt wylewny. Było fajnie, był czarodziej, była ekipa i tyle.

Wspólny czas to jest ten czas, kiedy wskazówki mogłyby się nie spieszyć, mogłyby stanąć. Trwać. Życie bez pięknych chwil byłoby masakrą. Udało mi się uciec od mych spraw ziemskich, choć trucizna rozlana w trzewiach cieniem swym muliła. Trudno pogodzić się z brakiem sprawiedliwości.
Musze jednak przetrawić pewne rzeczy, by resztki nie rozkładały mojej duszy. By nie capić ścierwem monotematyczności, bo ile można trawić ten sam temat?! Ale szlag jasny mnie trafia.

Wieczorem czytałam dzieciakom o piegach i pieprzykach.
- Mamo, a ja wiem co to jest pieprzyk. to wygląda jak kupa chomika ....

Hahahahaha, Młoda zaczyna gadkę mieć coraz lepszą.

- Dobranoc.


Siedzę przy kompie pisząc kolejne oświadczenie -przymulenie, bo ile można?! a tu nagle przybiega  córcia i nieoczekiwanie całuje mnie w rękę:
- Kocham cię, mamusiu
i poleciała z powrotem do wyrka.
No odlot po prostu odlot. Wiatr w skrzydła.

I tak sobie myślę, ze z uczuciami  jest jak z lokata bankową - ile się włoży, tyle się dostanie, a w przyszłości może i więcej w ramach procentowania.

Tyle, że rano dostałam wścieklicy. Zrobiło się późno, a dzieciaki jakby stały się z gumy. Im bardziej czas się kurczył, tym mocniej ich ruchy się rozciągały. Mało tego. Syn  po umyciu zębów wyszedł z pochlapaną bluzą, a córka zawisła nad zakładaniem buta.  Mogłam sobie mówić, że to nie ta noga, żeby ubierała się, bo czas goni, a synowi by sie przebrał. Lepiej jest mówić do skarpetki, głaskać chomika.
I szlag jasny trafił mnie. W jednej chwili  miłość zmieniła konsystencję. Stała się pianą na pysku. Warczałam dziko miotając słowem.
Wybuch nie zatrzymał czasu, ale krzyk przyspieszył ruchy.
 - Mamo, ale ja cię kocham
- Ja Was też, ale na litość boską miejcie ruchy. Dlaczego o wszystko muszę prosić milion razy, co?!!! dlaczego?!!! 

Opanowałam się. Młoda znalazła na mnie sposób. Wie, ze są słowa co działają jak sole trzeźwiące.

Zrehabilitowałam się i w aucie rozbrzmiewał już śmiech.

Samo życie. Przeplatanka emocji.
Ech...