wtorek, 16 lipca 2013

Zapakowani wsiedliśmy do auta. Autostrada, na liczniku 140-180 i wio w Tatry. Po drodze jeden przystanek. Bo oczywiście ja musiałam to toalety wyskoczyć. Normalnie powinnam wydać Przewodnik po wc.
- Gdzie jest kawa? - T zaszył się w bagażniku w poszukiwaniu uprawnionego napoju.
- Nie wiem, przecież to ty ją robiłeś.
- No to ją robiłem, Ale ty miałaś ją wziąć.
- Jak mogę wziąć coś co ty robisz? Jak robisz to bierz.
- No ale mówiłaś zrób kawę. Nie powiedziałaś weź.
Zabawne. I kawa została w domu. Zaczyna się świetnie, hehehe
Oczywiście to żaden problem, ale zapowiedź dobrego wyjazdu jest!
Tym bardziej, ze nie wiem co T strzeliło do głowy z tym termosem.

Dojechaliśmy na miejsce. My ubrani na lato +30 stopni, a zastał nas deszcz w temperaturze 9 stopni. No i taka pogoda towarzyszyła nam przez cały czas.
Przez te parę dni padało, lało, padało. Ale co tam pogoda, gdy spotyka się zajefajnych ludzi.
Przyjechaliśmy do naszej góralskiej rodziny. Bo korzenie mojego dziadka tkwią w Tatrach. Prawdziwy góral to był. Potem przeniósł się w poznańskie, gdzie się zapił. Chyba z tęsknoty. W każdym bądź razie konie szkolone miał i zawsze spod oberży zawiozły go do chaty.
A z tego poznańskiego rodzina niczym rodzina pajęczaków - duża i wędrująca - rozpełza się od morza po góry.

W każdym bądź razie tradycją góralsko-polską obróciliśmy parę flaszek. Co by nam się sucho  w gardłach nie porobiło od tego gadania. Rok czasu nie widzieliśmy się to i było o czym jęzorami mielić.
Zresztą jak tu nie skosztować słynnej ciotki cytrynówki! I tych jajek - własnej roboty likier jajeczny. Otworzyły się bramy niebios ......zaprawdę powiadam wam, nie ma nic bardziej lepszejszego.

A kiedy ta sobie pytlowaliśmy dostałam sms - Pozdrawiamy z Zakopanego. Zadzwoniłam do znajomych, ze właśnie my też jesteśmy tutaj. Umówiliśmy się na wspólną wędrówkę po Dolinie Chochołowskiej.
Kurde, a we własnej osadzie od pół roku spotkać się nie możemy...Doprawdy świat jest zabawny. No cóż, skoro nie możemy spotkać się u siebie, zatem spotkamy się na tatrzańskim szlaku.

My sobie siedzieliśmy i tankowaliśmy, a dzieciaki ganiały z kuzynem. Kuzyn w wieku Starszego - straszny łobuz. Dzieciaki pozwiedzały resztki gospodarstwa. Chowały się po wszelkich zakamarkach, latały, krzyczały, super się bawili.

Mama śmiała się, że kiedy byłam z bratem nieco starsza od Starszego i po raz pierwszy przywieźli nas w Tatry, to słysząc mowę góralską darliśmy się:
- Mamo, mamo, a oni mówią jak w Janosiku!!!

A mowa góralska nas rozwalała. Cytować nie będę, bo tylko skaleczę gwarę. W każdym bądź razie ciotka licząca sobie 77 roków jest czortem niesamowitym i uwielbiać ją to mało powiedziane. Krucafuks.......co za kobieta!

Im więcej piliśmy tym bardziej rozumieliśmy. A zrozumieć gadkę pomiędzy dwoma góralami to sztuka nieziemska. A że trunki były nieziemskie to i lotność umysłu poprawiały.

Następnego dnia zebraliśmy się jakbyśmy poprzedniego wieczoru nic nie pili. Górskie powietrze ma w sobie moc. Energia mi wróciła.
Wystarczy opuścić swoje domostwo, by mieć wszystko w dupie. I tak też się stało. Nie, że analny seks (nie tym razem hehehehe) tylko odzyskałam zdrowy stosunek do świata.


Dolina Chochołowska
































czwartek, 11 lipca 2013

dzień minął



- Mamo, popatrz tam! -mówi Młoda pokazując palcem kierunek.
Skręcam głowę we wskazaną stronę. Zanim stwierdzę, że nic nie widzę, bo i niczego nie ma, dostaję nieoczekiwanego całusa w policzek i już słychać brecht Młodej.
Młoda lubi wygłupiać się.
Stałym punktem jest atak paniki.
Wyciągam ją z kąpieli, woda spływa swoimi odgłosami w kanał, i wówczas pada hasło: "atak paniki!!!". Młoda wskakując na mnie zaczyna piszczeć. A ja wraz z nią.
Albo zakrada się od tyłu do człowieka, palce wciska pod żebra z dwóch stron krzycząc:
- Prądzik!!!!
No moja córka, moja ....

Młoda dzisiaj zleciała z huśtawki. Darła się niesamowicie, ale na szczęście nic się nie stało.
Syn za to spadł z murka i ma na brzuchu niezłe przetarcia. I na nogach. I rękach. Nie płakał.
Jak oni to robią? Nie wiem.

A propos urazów.Byłam z synem na komisji lekarskiej w sprawie orzeczenia odszkodowania za "uraz szprychowy".
- Która to noga? - zapytał lekarz
Jako matka zastygłam ......eeeeeeee.........:
- Synu, no odpowiedz lekarzowi!











waginalnie normalnie




Noc ma to do siebie, że przynosi sen i odkrycia. Nie tylko kołdry z siebie.

Już wszystko wiem.

zaburzenia sfery psychicznej:
bezsenność, pogorszenie pamięci, zmiany w zachowaniu, lęki, utrata libido, zaburzenia koncentracji uwagi, trudności w podejmowaniu decyzji, obniżenie napędu do działania, drażliwość, płaczliwość

Skąd wiem że to to to? Bo znowu mam ciotę. I zachowuję się jak ciota. Taki dwupak.

I dało mi to do myślenia.
Bo coś zaczęło mi tu śmierdzieć normalnie.

Chyba wiem co to jest.
No siedzę i śmieję się. Jakie jaja. A raczej jajniki.


W czasie klimakterium można wyróżnić:

- premenopauzę - jest to czas między okresem pełnej płodności a menopauzą występujący około 40. roku życia kobiety. W tym czasie kobieta nie odczuwa żadnych zaburzeń hormonalnych, jednak podczas badań zostaje stwierdzony podwyższony poziom gonadotropin przysadkowych (FSH). Jedynymi namacalnymi dowodami zmian w organizmie mogą być krótsze lub dłuższe okresy krwawienia, a także, inna niż zazwyczaj objętość upławów.




Jeszcze tego mi brakowało do szczęścia, buhahahahahahahahahahaha

No weź kobieto ledwo zdmuchnij świeczkę na torcie a już masz prezent gratis, specjalny dla nowej czterdziechy. Przejażdżkę w stronę przemijalności. Towar przeterminowany. Zdmuchnęłam sobie młodość normalnie. Sprzed nosa. 


Przynajmniej własną zjebowatość będzie na co zwalić.
- To nie ja! To nie ja! To klima!
Ha, ha, ha ....

Bo to jest stan jakiejś choroby psychicznej.


Baby w tym okresie, jak klima rozwinie swoje skrzydełka, naprawdę są zryte.
Miałam takiego babola w pracy. No chinola nie dała spokojnie wciągnąć tylko dowalała się o wszystko. Ani jej co powiedzieć, ani jebnąć. Nic. Bezkarnie topiła nas w swoich humorach.
Do wszystkich o wszystko. Dla mnie miała specjalne, nawet półgodzinne przemówienia. 
Mówiłam do niej grzecznie:

- Weź zamilcz kobieto, bo mi zupa nie smakuje.
Nie rozumiała tych prostych słów. Kłapała niczym krokodyl z bajki, koncertowo swoim pyskiem.

Kawę też było ciężko wypić w spokoju. Ech........O wszystko pretensje, tylko nie do siebie.

Atmosfera robiła się cięższa od salw bąków po grochówce.


Siedzę i nie wierzę. Już mi się zaczyna akcja ?!
Grzebię dalej w necie zaintrygowana własną sytuacją.

Poza tym zaburzenia miesiączkowania mogą wynikać z rozregulowania gospodarki hormonalnej i dysfunkcji w obrębie przysadki mózgowej, podwzgórza czy tarczycy – zarówno niedoczynność jak i nadczynność tego gruczołu może wpłynąć na przebieg i długość trwania cyklu.
Oprócz tego zaburzenia miesiączkowania bywają skutkiem stresu, ale i chorób w obrębie narządów rozrodczych. Sprzyja im cukrzyca, choroby nerek i choroby o charakterze psychicznym.


O charakterze psychicznym?!
Buhahahahahaha
To brzmi lepiej!!!!
Zakrawiona psycholka. Psycholka z krwawą cipą.

Stres też tak się anonsuje?!
Aż tak?
Waginalnie?!

Monologi waginy już były.

Nawet zacytuję kawałek:

Zacznijmy od samego słowa „pochwa”. W najlepszym przypadku przywodzi na myśl infekcję albo przyrząd medyczny. „Siostro, proszę mi podać pochwę. Natychmiast.” Pochwa. Pochwa. Choćby się je wypowiadało niewiadomo ile razy, zawsze jest w nim coś odpychającego. Brzmi idiotycznie, nie ma w sobie krztyny seksu. Użyte podczas aktu erotycznego, choćby z myślą o poprawności politycznej: „Kochanie, popieścisz mi pochwę?” – od razu wszystko zepsuje. Martwię się pochwami – tym, jak na nie mówimy i jak nie mówimy. W Great Neck mówią na nią myszka. Pewna kobieta stamtąd opowiadała mi, jak matka ją pouczała: „Nie wkładaj majtek pod piżamę, bo myszka musi się wietrzyć”. W Westchester mówiono na nią króliczka, w New Jersey – szpara. Może też być: puderniczka, rufa, piczka, pichna, pitula, pipiątko, pociurynka, kosmaczka, hamerajda, szamszurka, gżegżółka, cipencja, małpiatka, firletka, cynogier, małż, pani Gi, wagina, pisia, siuśka, grzechotka, mona, muszelka, szantażystka, wsadźba, trufla, szczeżuja, wspólniczka, tamale, tottita, mimi w Miami, pierożek w Filadelfi i szmenda w Bronksie. Martwię się o pochwy.


Ja się martwię o swoją
Więc pytam się:
- ej, co jest mała grane?!

Nie chce ze mną gadać.
Tonie.
Ciągnąc mnie na dno.

Ha! dopiero zacznie się szaleństwo!



















środa, 10 lipca 2013

Czas złapać oddech....




Spedaliłam się na maksa. Normalnie zakochałam się w pedałach. I to w dwóch pedałach. Powaga. Wpadam na rower i kręcę. Pierwsza kropla potu pojawia się przy 10 minucie. A potem - leję się, leje ....
T śmieje się, że powinnam być taka ładowarka telefonu, i kompa, i światła w domu. I czego jeszcze?!Osiedla?! A co tam - oświetlę cały świat!
Patrzę ile spalonych kalorii. O, żesz.....Pozostaje tylko jeść na rowerze. Albo nie jeść. Liczyć kalorii nie będę.
Im większy ruch tym mniejsze parcie na jedzenie. Ale jedzenie uśmiecha się bezczelnie ....
Fitness - piękno, uroda, relaks. Ble ,bla, ble ......Ale co tam: ryzyk-fizyk. Ucieczka przed marchem sadłowatym.
Kurde widziałam Sinead. Ona dała radę a ja nie dam?!
Wertuję książeczkę.
Bo jakoś nogi i brzuch nie chcą wyglądać tak jak lasce z okładki. Właściwie nic się nie dzieje. Poza paleniem nogi. Nie wiem, mięśnie się odbudowywują?! Każdy ruch więcej niczym ogień z kuźni. Wciąż dokładam ognia.




Rozśmieszył mnie 3 punkt - bo jak jeść jogurt?! Napychać płatków?! Pchać kalorie?! Jak to tak?!
Nie pić alkoholu?!!!!!!!!!!!!
Może nie oddychać za często?!
Ale co tam, nie będę się czepiać.
Jazda. Od dzisiaj jazda tylko pozytywna. Przez jazdę,  o ile nie czytam, oglądam telewizję.
Co za pierdowate programy.......


Jazda jest też w plenerze. Z synem, swoim cieniem. Towarzyszy mi wszędzie. Syn dzisiaj o mało co mnie nie zabił:
- Mamo, ale jak będę miał urodziny to babcia da mi stówę i dziadek też i sobie sam kupię.......
Dałam ostro po hamulcach;
- Co?!
Od kiedy ten koleś tak liczy szmal?!
Ale w porzo. Kolejna bramka rozwojowa otworzyła się - kasa.
Jak dostanie kasę - niech kombinuje. Prawo wyboru bywa czasami nieludzkim obciążeniem. Niech uczy się. Jedna kasa a parę pomysłów. Uuuuuu....to boli.


Dzieciaki poleciały na podwórko. Zerkam z okna - Młoda huśta się, a chłopaki grają. Sielanka normalnie.
Oby trwała - oczy zamykają się po nieprzespanej nocy.
Zasnęłam.
Pip domofonu. Przerwa. Koniec spokoju i ciszy. Wpadł syn z podwórka:
- MAMOOO! A Młoda przeklina i łobuzuje!
- Tak? A co mówi?
- Szlag jasny, ale raz tak powiedziała i strasznie łobuzuje.
- Dobra, zaraz zejdę.
- A po co?!
-Eeeeee, jak nie muszę to ok, to narka!


Ufffff, tym razem mogę zaszyć się: rower, komp i tak na zmianę. Mogę mieć plany, mogę sobie myśleć ...tja. Nie minęły dwie minuty. Pip domofonu i ryk córki na klatce.Pa, pa, pa mój spokoju.
- Bo ja chcę spać! - wpadła córa z płaczem wielkim.
- To chodź kochanie.
15 sekund poleżała przed telewizorem:
- A gdzie chłopaki?
- Poszli bawić się
- Buuuuuu, chcę z nimi !!!!!!!!!!!

Prawdziwa baba - sama nie wie czego chce. Odgryzę jej warkocze. Zagilgoczę.

Wyciągam walizki. Czas pakowania. Powłóczenia się po dolinach. Moczenia nóg w górskim strumyku.
I czekam na T - w końcu dzisiaj nasze święto małe. Jutro szampan na tle Tatr murowany. Z dwoma kozami obok.




Czas złapać oddech....









Wakacyjny luz.






Nie chce mi się wstawać. Dzieciakom też nie. Laba do dziewiątej. Czasami do dziesiątej.





Wakacyjny luz. Lenistwo. Bez pośpiechu. Gonitwy. Tak powinno wyglądać życie człowieka.
Praca na normalną godzinę. W mniejszym wymiarze. Tak by był czas nacieszyć się tym co się ma. Na życie, na dzieci. Na bycie.
A nie - praca, dom, praca, dom, praca, dom - kołomyja w której siada wszystko. Jak pod ciężarem tornistrów siadają młode kręgosłupy.
Ale to tylko u nas: pośpiech, gonitwa i noszenie książek do szkoły.
Przyzwyczajanie do zginania karków. Bo nie ma kiedy się wyprostować.







Dzieciaki dorastają. Godzinę potrafią tak siedzieć.I huśtać się . Nic tak nie cieszy jak zgoda między rodzeństwem.

_ Synu, wystawiłam cię na allegro na sprzedaż, a co tam.
- Przestań tak gadać. Ja już znam te twoje żarty!
- Tak?!
- Tak! Ty bez nas żyć nie możesz.

Bez nas. Wie, że są na równi. On i siostra.
Oboje są mega super czaderscy.
Dopóki Młoda nie rozwyje się, bo coś....
Dopóki Starszy nie dostanie swojej zajawki ....
Ale każdy ma swoje humory.
Zbójeckie prawo - odbicie.



Byliśmy w sklepie.

- Mamo zrobimy Młodej niespodziankę?!
- Jaką?!
- Ona chciała te lody.
- Aha, ale może po obiedzie przyjdziemy razem?


-Mamo, wiesz co?
-Nie wiem, a co?
-Może kupimy bańki dla Młodej? Ucieszyłaby się
- Ma jeszcze całą rurę. Wystarczy jej na razie.
- Aha, noooo
- A ty? Chcesz coś może?
- Nie, ja nic nie chcę.
- Wiesz, że jesteś fajnym bratem? Też takiego chcę.

Syn ostatnio robi za anioła. Powycierał kurze. Ba! Powiedział kumplowi, ze wyjść nie może, bo będzie sprzątał. Sam powiesił skarpetki i majtki na suszarce. Posprzątał w pokoju.

O mało co gałki oczne nie wypadły mi z tych szeroko otwartych oczodołów.
Zawsze chętnie pomagał, ale nie na taką skalę.

I trzasnęło mnie światło. Przez ten szeroko otwarty oczodół! Eureka! urodziny zbliżają się, a to cwaniak.
A ja wiem co chce. Nawet gdybym zapomniała to i tak:

- Mamo ale kupisz mi.......proszę cię!

Młoda też chętnie pomaga. Sama pozamiatała trociny po chomiku.

- Ja chcę! Mogę?! - i wyrwała po zmiotkę z szufelką.

Ważne, by umieć przyjąć pomoc.
Nie krytykować. To nie tak!, jak ty to robisz? i takie tam lamenty.

Dziecko zawsze pomoże, ale jeśli będzie pouczane oleje temat - bo po co robić skoro źle robię?!

Całus i szacunek dla dzieciaka więcej zrobi niż groźba pasem.

Ale czasem ...no, każdy humory ma i krzyk pada -no bo jak?!

Starcia, wytarcia - rodzinny magiel.




Dzieciaki rosną nam. Starzeją się ....Tak patrzę jak śpią i nie mogę się nadziwić, że takie długie nogi mają. I w ogóle są jakieś takie urośnięte.
Kiedy to się stało?!
Kurde...
Ale co tu dużo mówić -jutro strzeli nam 9 lat.
Generalskie.
T generałem, a ja zawsze chętnie poddaję się. Idę w niewolę. I daję się zabijać kulami.
Gliniana.
Lepimy się wciąż.

 Tak sobie myślę o nas...........i uśmiecham się.


Nigdy nie wpadłam w kanał. Ha! Sorki, wpadłam raz. To nie tak. Inaczej powiem: gdzie nie szłam i co nie robiłam w swoim życiu to los prostował moje ścieżki. Zawsze wychodziłam na słoneczną polanę, gdzie czekał koc piknikowy z wyżerką. A jeśli trafił się kwach to wymiociony egzystencjalne sprzątała pomocna dłoń.
Nie skończyłam na dworcu z wyciągniętą ręką.......
No, ale widocznie za mało starałam się. Ha, ha, ha....

I cieszę się z tego co mam. Są takie miejsca, kraje gdzie naprawdę jest przejebane.
Przejebana jest też choroba. Wiele rzeczy jest przejebanych.

Grzechem marudzić jest, gdy niczego nie brak.
Do przemyślenia. Uśmiechu.
Docenienia każdego dnia.
Dalej nie ma co nosa wychylać.

















wtorek, 9 lipca 2013

mord







Chciałam wsiąść się za prasowanie. I co? I krzyk:
AAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!
Wystraszyłam się widząc potwora!!!!
Na bluzce był chrabąszcz. O mać!!!!. Wyrzuciłam go na balkon. A on tam leżał jakiś poddechnięty. Niemrawy jakiś.
I naszła mnie myśl - chomik!
Zawołałam syna.
Narada.
Syn poleciał po łyżeczkę i złowił padlinę. Podaliśmy chomikowi. Rzucił się na nią, ze szok.





Tam w łapkach to nie orzeszek, oj nie ....




I zjadł ze smakiem.

Łańcuch życia.

Przegrywają słabi.








kwach nakręcacz

Jak tak czasami zastanawiam się nad sobą. Niestety tylko czasami. Jakbym zastanawiała się częściej to może by nie było takiego kwachu mózgowego jaki sobie funduję.

A ja sobie lubię fundować kwach, a potem siedzę i zamulam się myślą - kurde i co głupia cipo? znowu kwach?

Kiedyś życie brałam takie jakie jest. Bo co z nim można zrobić. Może jeszcze miałam w sobie jakaś szczególną moc. Może....Nie wiem. Albo na wszystko zlane. Tak po prostu. Ciepłym i zimnym moczem. I moczem pijanym.

Teraz jako baba wiekowa wkręcam się jak przydrożna gałązka w koła roweru.

Jezu, no nie wiem skąd ludzie czerpią mój obraz, co fałszywym obrazem jest.
Nie jestem przebojowa, nie jestem luzarą, nie jestem energiczna, nie jestem kreatywna.
Jestem dupa wołowa. Wół z dwoma dupami. Bo głowy brak.

Luz pod wpływem ciśnienia zamienił się w kwach.
A życie ciśnie, płynie.
Nie wiem.

Poszłam do ZUS złożyć kolejny wniosek oświadczenie rehabilitacyjne. Bez przekonania, bo mam dość. Ot, by zachować procedury, które mówią, by sześć tygodni przed końcem świadczenia złożyć następny wniosek. Choroba układu ruchowego jest chorobą dynamiczną i wiele rzeczy może zmienić się, więc lekarz mi wypełnił wniosek.
Na razie mam rehabilitować się, nie stresować się, odzyskać siły fizyczne i psychiczne.
W każdym bądź razie jestem przygotowana na powrót do pracy pod koniec sierpnia. Pogodziłam się, ze noga będzie do bani i z tym wszystkim zapadłam na półce- będzie jak ma być.
Czas podobno leczy.
Z rezonansu nic nie wynikło ciekawego. Kolano jak boli tak boli. Nic nie pozostaje, jak tylko machnąć ręką, wrócić do pracy i zacząć żyć spokojnie.
Ale jednak przyznano mi to świadczenie, więc dochodzę do siebie. Jak pomidor na słońcu.
Ha! Do pracy wrócić albo pójść na zasiłek dla bezrobotnych. Nieważne. Każda droga będzie jakąś stabilizacją.
Dla mnie ten czas nie jest normalny.
Muszę nauczyć się żyć z takim kolanem, ba! powoli godzę się ze swoimi ograniczeniami. Aczkolwiek pogodzenie nie oznacza poddania się. O! nie!
Krótko - tak naprawdę dopiero teraz odzyskuję spokój.
To świadczenie to jest jak pobyt w sanatorium. Tyle tylko, że w zaciszu domowym.
Ale spokój znikł.

Co zrobiłam?!

Pani w ZUS-ie powiedziała, że muszę mieć potwierdzenie zatrudnienia w punkcie II. Aha. Mogę wysłać do zakładu pracy a zakład przekazać do ZUS, bo szkoda jechać. Aha. To fajnie.
W porzo. Co mi tam.
Zadzwoniłam do kadr:
- Oczywiście, nie ma sprawy, proszę przesłać. Potwierdzimy zatrudnienie.
I wysłałam.
Z wynikiem rezonansu.
A kogo to do jasnej cholery ...
Gdzie moja głowa?!
To nie głowa - to dupa z ciemną dziurą!
I tak siedzę i pije piwo i tak sobie myśli skaczą.
Jak te pchły i piją krew .....strachu.
Na cholerę to było?! CHOLERA!!!!
Szlag jasny.
Nie ma to jak płakać nad wylanym mlekiem.
Ale taka uroda niektórych bab....

Takich rzeczy nie wysyła się do zakładu pracy!!! Jasne?!
Nigdy!

Składając wniosek o świadczenie wcale nie musiałam dołączać wyniku rezonansu. Mogłam je dowieźć na komisję. Jak poprzednio. Też nie dołączyłam wyników do wniosku, bo nie wiedziałam i nie zrobiłam ksera.
Wyciągnęłam z tego  jakieś  wnioski ?!
Żadne!
Głowa?! Nie, dupa!


Co może z tego faktu wyniknąć?!

Pewnie nic

Tyle że - kogo to obchodzi.



No i wysłałam to. Badania do zakładu. Ha! Trol!

I mój chory umysł mówi:Oj, lepiej by było gdyby się zamknął. Zagłuszam go muzą.


Ale nakręcam się. Oto babskie podejście. Szukania dziury w całym.

Dusza myszy normalnie.




Tak się właśnie robi akcja pt.  bezsens. Sztuka nakręcania się jest prosta.
Wystarczy popełnić błąd i trawić go milion razy. Wyrzygać to i ponownie włożyć go do ust i trawić, mielić, trawić.

A po co?!
Przecież życie pokaże co ma w rękawie, nie zależnie od naszych obaw, myśli, przeżywania. Życie ma swój scenariusz. Dostosuje się do naszej, wypowiedzianej kwestii. Tudzież uczynionego ruchu.

Czasami myślę, że człowiek to taki arlekin na scenie życia. Cztery sznurki. I ciągnie go głupota, przypadek, rozsądek i .....uczucia.


Kwachy ciągną serce. Serce ciągnie ręce. Ręce tylko drżą nie odganiając myśli. A myśli żywią się drżeniem rąk i serca.



Rodzinka sprzedaje mi kopa w tyłek - Uspokój się! Poszło?! No i co?! No poszło! Trzeba było myśleć!


Bez stan bez umysłu.

Poproszę o młotek .....

Widać mechanizm korby?!
Widać!

I tak to jest- mielenie tematu przez rzekę niepokojów.
Tak to działa.


A już łapałam równowagę życia. Spokój ducha.
Spokój ducha miał być na 2 miesiące.
Rower i ja. I napinanie mięśni.
Wyjazdy. Oddech.
Wzmocnienie organizmu.
Psychiki.


Nie wiem, czym się przejmuję. Doprawdy. Nie wiem.
.

Bardziej przejęłabym się Młodą. Jednak musimy skonsultować się z chirurgiem stomatologicznym i wyciąć narośl. Muszę zadzwonić i zarejestrować to moje dziecię do szpitala specjalistycznego. Jak mi lekarz powiedział narośl nie jest  złośliwa:
- na 99,9%, ale potwierdzą to badania histopatologiczne.
Myślę, że będzie spoko. Nie rośnie to to i nie zmienia kolorów. Ale w życiu nie można niczego być pewnym.....
Jak mawiała moja babcia i matka też mówi i pewnie będę tak mówić i ja:
- W życiu jest pewna tylko śmierć....

Ale o miejscach na cmentarzu opowiem innym razem.......


























wylowione z onetu

Co mnie rozbawiło ostatnio?!

- Specjalnie się tym seksem nie zachwyciłam. W każdym razie nie poczułam takiej euforii, jak wtedy, gdy mając 16 lat pierwszy raz zapaliłam papierosa. Od razu wiedziałam, że to jest to, i dla tego warto żyć. Było wspaniale - powiedziała.

Czubaszek dodała, że do dzisiaj nie lubi seksu, a uprawiała go głównie dla przyjemności mężczyzn. Sama wolała iść na wódkę.


Ha, ha, ha, ha, ha .....

Niesamowita postać z niesamowitym poczuciem humoru. Kurde, ma w sobie moc.
A babkę lubię - za to co mówi. Za poglądy, których nie chowa do kieszeni, przed obawą - a co społeczeństwo powie?!


Przeczytałam  Każdy szczyt ma swój Czubaszek. Maria Czubaszek w rozmowie z Arturem Andrusem i cieszę się, że mam to na półce.

Wywiady bywają nudne, a ta książka wciąga.
Tyle powiem.....









mrówczando

Walczę o życie mrówek. Dokarmiam, dopajam, ale chyba będą pierwsze ofiary nie udanego eksperymentu.
Ale od początku....

Przygotowaliśmy formikarium. Piasek, ziemia kamienie. Chłopaki zrobili wielką wyprawę w poszukiwaniu najlepszych składników. Młoda pognała za nimi. Wrócili szczęśliwi gadając jak najęci.




Skoro przygotowaliśmy mieszkanko, to trzeba było iść po mieszkańców. Kolejna misja.
Kto próbował nabrać na łyżkę mrówkę?! Ha, ha, ha.... lazły wszędzie, ale nie do pojemnika.
Nie ma tak - mrówa siadaj do łychy i bach w pojemnik. Oj nie ma. W palce też jakoś tak trudno złapać.
Pałętały się po naszych rękach mając w nosie pułapkę. Nawet wlaliśmy tam kropelkę słodkiego napoju na zachętę i to też miały w głębokim poważaniu. W końcu T się wkurzył i ręką zamiótł piach z mrówkami do pojemnika i tyle. Prosty pomysł -proste łowy.

Błąd pierwszy - piach w pojemniku.
Podłączyliśmy rurką pojemnik do formikarium, ale mrówy jakoś lubiły swój piach i leź nie chciały. Jakoś nie mają ducha łowców przygody. I nie chciały zwiedzać nowego lokum. Wlazły do rurki i chodu do pojemnika.
T wpadł na pomysł i wsadził pojemnik do lodówki. Nie wiem, piach miało zmrozić czy co?!
Nie byłam w stanie się spytać, bo już dostałam ataku śmiechu.


Po kilkuminutowym pobycie w lodówce mówki nadal były uparte na swój pojemnik i do ciepłego, nowego domku nie chciały leźć.
Hm....na zbuntowane mrówki przyszła kolejna błyskotliwa myśl T.
- To je wpuszczę przez dziurkę od karmienia. 

Efekt był do przewidzenia. Mrówki zaczęły latać po stole, hahahaha.
Palec ukarał je za samowolkę.
Hm, wiem brutalne to było. Ale wolność swoją cenę ma jak podaje się na kartach historii.

Parę sztuk jednak ocalało.

Potem włożyliśmy pożywienie do karmika. Marchewka na początek.


Potem siekałam jabłko, jajko i co tam wyczytałam.
- Macie łobuzy!

Wszystko jest w instrukcji. I wszystkie akcesoria. Nic tylko kupić i hodować

Takie łatwe. Nooooo.....



Na fotce widać jak Niezniszczalne robią pierwsze korytarze. Ciekawe.
Naprawdę.
Dorzuciłabym im jeszcze parę sztuk, jako parę rąk do pracy, ale podobno niewolno mieszać mrówek. Byłaby Wojna klonów.
Dość śmierci  w tym domu.

Więc to takie łatwe......ehe.
Karmienie - wchodzę w temat i czytam:

Muchy

Najprostszym sposobem uzyskania larw jest wycieczka do sklepu wędkarskiego, gdzie możemy kupić tzw. białe robaki lub pinki (mogą być barwione ten barwnik nie jest szkodliwy). W celu uzyskania much odstawiamy cześć larw (w zależności ile będziemy potrzebować owadów) w ciepłe miejsce i po jakimś czasie (w zależności od temp. I stadium rozwoju larw 5-14 dni) wylęgają się muchy. Larwy podajemy w ten sam sposób co mączniki. Owady uśmiercamy poprzez zmiażdżenie głowy. Podobnie podajemy imago, z tym wyjątkiem, że nie trzeba go przecinać.


Nie chciałam jaszczurki, bo musiałabym karmić jakimiś obrzydliwymi owadami. Czasami trzymać to jedzonko w lodówce. A czasami, dla niektórych okazów, podrzucać myszkę.
A tu proszę - mrówki, chomik są smakoszami owadzich trupów. O bleeeeee

Czytam dalej:


 tzw. Drosomix

- cukier puder, mąka pszenna, agar(moze byc zelatyna, trzeba jedynie dać jej troche więcej) + jabłka. Sypiek produkty w proporcjach 1:1:1 mieszamy razem, wlewamy do wody i pozwalamy się wodzie zagotować, gdy woda się zacznie gotować dodajemy w zależności od potrzeby i pozwalamy jeszcze raz zagotować się "miksturze". Ooto przykladowe proporcje na około 10 porcji pożywki:

sypkie częsci: po jednym pudełeczku od kliszy (żelatyna 1i 1/4 pudełeczka)

jabłka: 200g

woda: 1/4 l

Pożywkę tą należy po wlaniu do pojemników i jej ostygnięciu zaszczepić niewielką ilością drożdży rozpuszczonych w wodzie z cukrem.


W ciepłej porze roku z pozyskaniem muszek (niestety nie mutantów) nie ma problemu wystarczy wystawić naczynie hodowlane z paką na dwór, muszki na pewno się zlecą.

Muszki hodujemy w temperaturze 25 st. C. Przy takiej temperaturze uzyskujemy nowe pokolenie w ciągu 10 dni. Do pojemników hodowlanych wkładamy wytłaczanki, gałązki lub zmięty papier, żeby owady miały na czym „siedzieć”. Aby wyłapać muszki możemy użyć ich skłonności do przemieszczania się w stronę światła, wystarczy zakryć rękoma pojemnik hodowlany, a u jego wylotu założyć woreczek foliowy. Muszki będą wlatywać lub wchodzić prosto do woreczka. Później możemy włożyć woreczek na chwile do lodówki (żeby muszki były mniej ruchliwe) i następnie podawać mrówkom. Możemy również udostępnić mrówkom niewielki pojemnik z muszkami, do którego z formikarium będzie prowadził wężyk.



Wiele innych ciekawych rzeczy jest na stronie, jak np o molach.

http://formicopedia.org/mrowki/Hodowle_karmowe#Hodowle_karmowe_.28mi.C4.99sko_dla_mr.C3.B3wek.29

Otwieram oczy i nie wierzę.

Będę mordercą owadów.

Wiedźminka. Czas na zabijanie owadzich potworów.









sobota, 6 lipca 2013

- mamo, a skąd biorą się dzieci













 - Mamo, bo dzieci to siedzą w brzuchu mamy prawda? i to mamy rodzą dzieci?

- Tak.
- A Kamil mówił, ze dzieci wykluwają się z jajek tatusiów......

Ha, ha, ha ...ale na zewnątrz powaga ....

- A tak nie jest, bo  mama z tatą się całują i stąd biorą się dzieci...


Hahahaha, zaczęło się ....


Przeprowadziłam pierwszą rozmowę - bez tabu.
Dziecko to nie okno by kit wciskać.





czwartek, 4 lipca 2013

:DDD

,,Saruman sądzi, że tylko potężna moc jest w stanie powstrzymać zło, ale ja tak nie uważam. Przekonałem się, że to codzienne czyny zwykłych ludzi odpędzają mrok... niewielkie akty dobroci i miłości"

Gandalf wielkim czarodziejem jest. I jakie robi fajerwerki.
I ma rację.
Magia jest w nas.
Każdy z nas ma moc.
Każdy z nas może być fajerwerkiem. Albo petardą.
A zwykłe życie pełne jest cudownych chwil.
Wystarczy otworzyć serce. Dać się ponieść.
Nauczyć się tańczyć w deszczu. Niech pioruny latają, a nas niech niesie lekki krok.
Nuda dzienna składa się z miliona cudownych perełek.
:D Jedźmy slalomem - nie rozjeżdżajmy ślimaków : D
Złe emocje oślepiają. Prowadzą na manowce. Na pustkowie.
Droga jednokierunkowa, bez zachwycania się mijanym krajobrazem.
Hahahaha, trzeba być Jezusem by z pustyni wyjść. A może wystarczy mieć jego wiarę?
Nie ważne co w nas drzemie -ważne by było to dobro.
A dobre słowo, tylko jedno słowo, potrafi uskrzydlić tak jak i jedno słowo, złe słowo, potrafi przybić.
Pewnie każdy z nas zna cenę wyciągniętej ręki. Bezcenne.
Ale lepiej dawać niż brać.
Nade wszystko dobrze jest być.
Życie cudem jest i warto cieszyć się pierdołami. Bo to w nich potęga drzemie.
Choć tak łatwo jest czasami rozłożyć leżak w ciemnościach.
I drzemać tam.
W swym zamknięciu. Oślepieniu.

- Mamo a ja lubię białego orka
- Co?! Dlaczego?
- Bo fajnie wygląda.
- To lubisz jego wygląd czy jego?
- No wygląd.
- Aaaa!  ufff....Myślałam, że ci się podobało jego zachowanie. Ten ork był zły. Zabijał i szukał zemsty. Szukanie zemsty zawsze się mści. Poza tym zemsta nas oślepia.
- Jak?
- Nie widzisz nic, po za chęcią przywalenia wrogowi. To jest twoje życie.
- Aha. To idę rysować.
- Orka?
- Nie, ja tak nie potrafię.
- A spróbowałeś?!


 Biały Ork - Azog - lego wymiata :D - foto z onetu, jak zwykle :))))





Domofon. Otwarcie drzwi. Wpadł M. Chłopaki poszli na podwórku. Rysować.
Za nimi poleciała Młoda. Z Kredą.
Niech idą.
Rozbiłam im namioty.
Niech siedzą. Niech mają radochę. Dzieciństwo.
Fajne. Kolorowe.

Kurde, oby jakiś sąsiad nie wyrzucił  przez okno  kiepa . Niektórzy ludzie naprawdę nie mają ani kultury, ani wyobraźni.

Kurde......


w namiotach trwają "warsztaty plastyczne" :D



Dzieci z domu, wolność matki.
I co?
Posprzątam.
Sprzątanie ma moc.
Przegonię ćmy smutku szmatą.
Wykręcę duszę w wiadrze.
A odkurzacz niech wyssa wszystko.

I pomyślę gdzie by to powłóczyć się skoro w Tatrach będziemy ........:)












nudaaa

Młoda przeszła samą siebie. Wyleciała z chłopakami na podwórko. Miał być spokój, było wycie.
Przyleciała zapłakana, bo upadła.
Ufff, w porzo. Zero śladów.
Syn przyleciał za nią i powiedział co się stało.
Nic takiego.
Poleciała.
Przyleciała. Znowu z płaczem, bo ...
Bo kwiatek stracił płatki.
Bo nie znalazła kulek.
Bo....dzisiaj chyba każdy powód był dobry do płaczu.
Nie puściłam jej na podwórko.
Co kwadrans erka.
Dość.

-Idź spać kobieto, bo ile można płakać.
- A poczytasz?! - chlip, chlip, chlip ...

Zaczęłam Młodej czytać o  piratach i tak jakoś mnie naszło:
- Młoda, co byś zrobiła, jakby ci ktoś chciał zabrać rower?
Młoda nie wiele namyślając się odparowała:
- Kopnęłabym w jajka!

Proste, no nie?! Czterolatka wie co robić.
Hm, oby zawsze trafiła, jak będzie trzeba.

- Pamiętaj, że zawsze możesz się drzeć -RATUNKU! - prosić o pomoc innych ludzi.

Popatrzyła na mnie drąc się:

- RAAAATUNKUUUUUUUUU!!!!!!! - 


- A podręczysz mnie trochę?!

Młoda to uwielbia - wygłupy w łóżku. Gilgotanie. Chichotki.
I kończy się zawsze tym samym - jestem kotkiem .....miau.......


Nic dziwnego, że w końcu kota dostaję ....

Ale dzisiaj byłam wściekłym kocurem. Trafiło mnie na maksa.
Chciałam z Młoda poukładać lego. I co ? Klocków brakuje.

Warknęłam na syna jak wścieklizna mega:
- DO DOMU!!!!!!!!!!!!
i zaczęliśmy kompletować. Naście zestawów. Wymieszanych na maksa, no ale przecież do tego służą - do zabawy. Tylko no kurde, cholera, ja pierdzielę ......
Tylko że, jak złożyć samolot skoro nie ma śmigieł, auto, które nie ma opon?
Całe popołudnie ślęczeliśmy na tymi drobnymi elementami.
Lego ma fajną rzecz- wykaz wszystkich elementów, więc nie trzeba składać. Po liście zawartej z tyłu instrukcji jechaliśmy po kolei: klocek za klockiem.
Parę elementów zaginęło bezpowrotnie. Pewnie w paszczy odkurzacza. Albo tkwi gdzieś pod meblami. Córka miała taki okres - wszystko upychała pod meble. W każdym pokoju, wszystko pod. Co się dało.

Teraz klocki robią za kurzołapy. Jak większość zabawek. Chciałam to zmienić. Mamy czas dla siebie, więc czas ruszyć w jakąś zabawę. Zwłaszcza jak słońce za mocno grzeje.

 Dzieciaki jakoś nie bawią się zabawkami- wolą dręczyć matkę ...W końcu nikt tak nie skacze, piszczy i takie tam..
Wystarczy powiedzieć:
- Maaaaamoooo .....
I tak co pięć minut. "Mamo, bo ..."
Matka jest lepszym modelem niż robot. Czy cokolwiek. Zawsze działa. Tu krzyczy, tam macha rękami, tu przytuli, tam pocałuje, tam szaleje....opcji milion pięćset. Wystarczy tonem głosu i żądaniem odpalić właściwy guzik.
Np.
Wsiadam na rower, myślę- pokręcę sobie i co?
- Mamo, a ....
Muszę zejść. Pomóc.

Oderwałam się od deski do prasowania. Myślę poleżę.
- Mamo ...
Grrrr,  głupio myślałam.

Czasami mówię:
- Idź, ty dziecko ode mnie,  nie zaczepiaj obcych bab, idź poszukać swojej własnej mamy
- Ty nią jesteś - i chichot.
- Tak?! I pewnie w św. Mikołaja też wierzysz, co?
- Tak!!!!

Przechlapane.

Zatem dzisiaj zabawa była przednia- sprzątanie.
Też było miło, bo robiliśmy to razem. To jest ważne. Być.
Pogadaliśmy, po rywalizowaliśmy w szukaniu klocków, przypaliłam garnek, bo zapomniałam, ze zupę grzeję...
Starszego też wciągnęło na maksa.
Zapomniał, ze mieliśmy iść po mrówki......

Potem Młoda dołączyła do nas.
Oboje mieli zajawkę bycia czajnikami na gazie.
Pisk jeden wielki ......





Ich sen jest wybawieniem mym.. Sen i mym wybawieniem. Padam na twarz. Zamykam oczy..........lego ......

- Poczytasz?
- Nie, nie mam sił, idę spać.
- Nooo, mamooo
- Kiedy zmywałeś naczynia albo sprzątałeś?
- Ty to robisz!
- No właśnie. Mam na dzisiaj dość. Wybacz. Chyba mam prawo?

Czy jako matka mam prawo?
W sumie te 10 minut nie zbawiło by mnie, bo syn ledwo co patrzył. Ale dzisiaj naprawdę już mi się nie chciało. Odrobimy to jutro. Pewnie znowu z książką wpakuje mi się do wyra......

A propos lego - kiedyś syn miał mega fazę na lego. Chyba już od 4 roku życia sam składał modele. Budował też swoje własne projekty. Naprawdę miał super pomysły. Mały konstruktor z wielką fantazją.
A teraz?!
Rysuje i rysuje i rysuje. Podobno tak siedmiolatki mają. Przepadł w angry birds i koniec.
Tyle, ze rzadko gra na kompie.
Więc rysuje swoje gry po prostu.
Też fajnie to robi, ale jednak ......monotonia jakaś zakradała się w mego syna.




Nie chce zagrać w planszówki. Mapy i flagi państw też poszły w odstawkę. I matematyka.
I wszystko. Głupieje mi po prostu.
Czas dorwać się z powrotem do szanownego dupska.

Zrobić flagi w kapslach i pograć na murku! :)





Nocny przegląd onetu.

Nowa pieszczota -lizanie gałek ocznych.

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/lizanie-galek-ocznych-nowa-kontrowersyjna-pieszczota/qzz2e


Mi jeszcze nikt nie wylizał, a już nie widzę .........dobranoc :)