Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje foto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lipca 2013

Gubałówka i krówka


Rano nie chciało nam się wstawać. Krople deszczu brzęczały o szybę. Szumiało równo. Co tu robić?!



 Dzieciaki wyskakały się na łóżkach. Potem poleciały do kuzyna na dół. Tam zrobiły pobojowisko, a my- przez chwilę cieszyliśmy się ciszą. Bo maluchy to są gadające głowy i dzioby im się nie zamykają, zwłaszcza Młodej.
Przekrzykują się nawzajem. Młoda ma swoją wersję wyliczanki:
- Wpadła bomba do piwnicy napisała na tablicy
SOS glupi pies tam go nie ma a tu jest.

Na co syn:
- To było tak:  Wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy
SOS głupi pies tam go nie ma a tu jest. jeden oblal sie benzyna drugi dostal w leb cytryna

- TAK NIE BYYYYLOOOO!!!!!!!!
- BYYYYYYYYYYŁŁŁŁŁŁŁŁOOOOOOO!!!!!
I tak potrafią bez przerwy katować nas tą swoją kłótnią.


W przejaśnieniu polecieliśmy do sklepu. Nie byłabym sobą, gdybym nie złapała kury. A pasła się taka na poboczu i to był jej błąd.



Potem pół dnia pachniałam oryginalnie - zmokłą kurą. Ale kury uwielbiam. Łapałam je od 2 roku  życia jak byłam u babci na wsi. Dla tatusia. Słodki dzieciak ze mnie był.



Pada nie pada - siedzieć w jednym miejscu to nuda. Pojechaliśmy na Gubałówkę, ale od strony wioski Ząb. Zakopanego po wczorajszym mieliśmy dość.
Tam można na parkingu auto zostawić i wejść drogą asfaltową na górkę. Parking tylko 5 zł.
Pomimo, ze jest znak zakaz wjazdu wjechać można wyżej. Pod samym szczytem jest  prywatny parking, ale ceny nie znam.
W Zębie, jak i wszędzie, pokoi wolnych też nie brakuje. Noclegi trafiają się od 15 zł. A widok na Tatry cudny. O ile jest pogoda.







Na Gubałówce tłum. Pogoda nie zraziła. Lało niesamowicie. Pełno jest tam bud z korbaczami, serami, pierdołami. I restauracji, knajpek. Deptak nadmorski.  Niestety pogoda nie sprzyjała, by pośmigać na saneczkach. Zresztą podobno jak kupi się bilet a w międzyczasie zacznie padać to tor jest zamykany, a kasy nie oddają.
Przetestowaliśmy dzieci kurtki z softshella. Dały radę. Koszulki nie były mokre.
Ale było czuć ziąb, więc zbiegłam z dzieciakami. Biegłam!!!! Truchtem, bo truchtem, ale jednak. Co za radość. Boskie uczucie.

Wieczorem odwiedziliśmy wujka, oczywiście też górala. Syn poleciał z wujem na pastwisko po krowę. Parę dni temu ktoś ukradł im cielaczka. Niesamowite. Podjeżdża auto i myk - cielaka nie ma. W tych czasach takie kradzieże, szok.

 Syn zabawił się w pastucha. Szedł z gałązką za krową i pilnował tego, by szła. Jak mówił - nie zawsze chciała.
Potem było dojenie krowy. Ręczna robota. Jedna krowa - prawie pełne wiadro mleka.



 Po przelaniu mleka nastąpiła degustacja. Mleko było pyszne. Ważne jest czym się krowę karmi. No ale my ssaki wiemy o tym. Syn spróbował po raz pierwszy i nawet nie pluł. Córka nie dała namówić się. My, jako dzieciaki chowane na wso z dziką ochotą wypiliśmy po kubku. Co za smak.


W stodole oprócz krowy mieszkały także jaskółki. Zrobiły sobie gniazdo. I latały nad naszymi głowami. Rodzice, jak mówił wujek, bo młode wtulone w siebie zaczynały spać.






Wieczorem tradycyjnie: dzieciaki szaleństwo, a my - wódeczka.
Kolano miało się nawet nieźle, gorzej jednak z mięśniami.




Pogoda wciąż była taka sama. Deszcz w większym i w mniejszym wymiarze. Miał być szampan nad rzeczką, moczenie nóg i nic nie wyszło. Moczenie nóg wyszło, owszem, w kałużach, ale nie tak miało być.