Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2013

szpital vol. 2

Szpital niech pozostanie wspomnieniem.

Poniedziałek -w rękach kurczowo ściskam walizeczkę jak podróżna na stacji w oczekiwaniu na pociąg.. Podroż w jedna stronę? Czekam na korytarzu na przyjęcie.
Czekam, bo brak łóżek. W ekspresowym tempie wywieziono facetów z sali, i to sztuk dwie, zmieniono pościel i tak oto zostałam szczęśliwa posiadaczką łóżeczka. W końcu. Bo ściany w szpitalach krzyczą "chowaj się pod kołdrę" i takie długie oczekiwanie nie było dobre.
Zanim jednak dostałam swoją komnatę to otrzymałam prezenciki.




Cudownie -myślę -oto strzał absyntu. Hihihiih, i mam ochronkę co by ubranka sobie nie zarzygać. I to w kolorze trunku.Feng shui po polsku. 
Ale gdy zaczęło mi się podobać to pielęgniarka ostudziła moją radość mówiąc, ze muszę się tym płynem zdezynfekować przed operacją i założyć po kąpieli wdzianko. To było jak bolesny kop i to zaraz poprawiony. W sam piszczel.

- Dzisiaj zje pani tylko zupkę, potem tylko prosze pic wode, a rano juz nic nie przyjmować

Wow, jaki dwupak -odchudzanie gratis.
Żołądek ostrym burczeniem wyraził protest przed takim barbarzyństwem. Coż robić, zalałam go wodą.

Sala. Piżamka. Cisza. Książka. Normalnie wakacje jak w PTSM-ie. I znowu wstrząs. Załozyli mi opaskę na ręce. Niczym bilet wstępu na imprezkę.

Ale -myśli me zmieniły tor -identyfikator za zycia nie wróży nic dobrego, bo i trudno trupa pytać o tożsamość.

Spociłam się.
Uspokój się wariatko. Myśli pobiegły w stronę rodzinki. Trudno jest zasnąć bez buziaków dzieciaków, bez schowania sie w ramionach T...Nie dzwonilam, by nie opowiadać o swoim strachu ...i tęsknocie...

Wtorek -pobudka, kapiel w zielonym plynie, wjazd na blok operacyjny. Przygotowania do zabiegu. Znowu poczułam sie jak kura przygotowana do patroszenia.
Strzał w kręgosłup. Sprawdzenie nóg.
- Pacjentka rusza nogami.
Nie wiem co to znaczy, ale szybko mówię:
- Ale ja nic nie chce czuć! Dajcie mi coś.
Zamknęłam oczy.

Otworzyłam oczy. Sala. Z kolana wystaje rurka. Wyciek kontrolowany do butelki. Pod łożkiem kaczka. Dla niekontrolowanego sika.
I modlitwa- oby kupy nie było, oby się nie zesrać.
Żyję. Nogami ruszam. Jest dobrze. Odpłynęłam.

T przyszedł z synem. Moje słoneczko rozpłakało się:
- Kocham cie mamo, tęsknię, dom bez ciebie nie jest taki sam ... wracaj - popłakaliśmy oboje.
Po czym o mało co drenu ze mnie nie wyrwał pytając się:
- Co to?
T zrobił mi kolację.
Też przytulił.
Fajnie jest mieć rodzinę.Taką rodzinę kochaną. Wsparcie jest ważne.


W nocy nie można było spać. Leki nie pomagały. Rurka uwierała. Ups, tu krewa, a tam kawałek mięsa. Miałam ochotę zaśpiewać "Mięsny Jeż, mięsny jeż...."
Ktoś kaszle, chrząka, odpluwa charczy. Najpierw solo, z czasem słychać już duet. Nie wiem w końcu, gdzie leżę -czy to oddział ortopedii czy chorób płuc. Coś strasznego, zbiera mi sie samoistnie na wymioty.
Ktoś płacze. Łka. Płacze.
Ktoś stęka. Jejku -normalnie jakby babka rodziła! Taki ból w glosie. I stęki.

- AAAAAAAaaaaEECHH UUUU - słyszę - AAAAAAEEEECHHHH.......... KURWA!!!!!!!
I nagle po korytarzu,  niczym metaliczny motyl, przemknąl bezwstydnie głośny pierd.
 -AAAAAAAECH -koncert trwa nadal - EEEECHHHHHH AAAAAA - i tak pół nocy - AAAAAAAA
ECHHHHHUUUUUUUUU YYYYYYYGHHHHH !!!! ....JA PIERDOLE...........

To nie jest śmieszne, ludzie naprawdę mają problemy.

- AAAAAAAAAEEEEEEEEEEEeYYYYYYYYYYYYCHHHHH......

Potem musiała babka jeszcze gorzej sie męczyć, bo padło nieoczekiwanie:

- JEEEEZUUUUUU.......

Stęki, płacz, kaszel-niczym postój w piekle. W końcu zasnęłam nad ranem. Ze słuchawkami w uszach.


Środa - kurs chodzenia o kulach. Butelka wisi obok. Cudowny widok. Energetyczna babka kończy marnie. Rozczulam się nad sobą. No co, to boli. Kaleka -tłucze się po głowie.Nie jest mi wesoło.
Argument -inni maja gorzej nie przemawia do mnie. To jest moje życie, moja ciało, moja niemoc....






Poranna rozmowa telefoniczna z dziećmi.
 -Kocham cie mamo- to córka- kiedy wracasz?
 -Kocham cię mamo -to syn -tęsknię.
Córka zaczęła płakać: "Chcę do mamy..."

Nie powiem nic...serce zamarło .....

 Przyszła mama. Siedziała długo.

 - Panie doktorze, chciałam się dowiedzieć o swój stan
- Zerwane wiązadła, złamana rzepka, przed panią długotrwała ciężka rehabilitacja i najprawdopodobniej druga operacja
Tak po prostu, z mostu, dostałam w klatę.
Przez te kule wypowiedziane słowa załamały mnie. Rehabilitacja. DŁUGOTRWAŁA!!!

- Będzie dobrze córciu...

Zadzwoniłam do T, nie mogąc mówić.
Przyjechał szybko
- Damy radę, będzie dobrze. Przebrniemy przez to wszystko. Przecież nogi nie amputowali ci.
Siedział do wieczora.
A z drenu kapało.

Do sali wróciła pacjentka leżąca obok mojego łóżka. Starsza pani, koło 80-tki, elokwentna, zadbana staruszka:
 - Wie pani, jestem obruszona - mowi- jak te kobiety nie maja wstydu, drzwi do sali pootwierane, mężczyźni chodzą po korytarzu, a te kobiety,  z sali obok, leża rozkraczone, za przeproszeniem, z pizdami na wierzchu ....


 Noc bezsenna. Koncert kaszlu trwał. Jakaś pacjentka chciała uciec. Na jednej nodze. Zamieszanie.
Pielęgniarka komuś tłumaczyła, ze ma oddać szczękę. Ktoś chrapał śmiesznie: Auuu,aauuu -jakby stado wilczków biegało po korytarzu. Drzwi windy. Zawieźli kogoś na oddział. Pewnie z pogotowia. Północ. pierwsza. druga. Pielęgniarki wiozą starszą kobiecinę na łóżku. Myślę: - trup. Po jakimś czasie słychać skrzypienie. Łóżko wróciło. Puste.
 Trzecia.


Czwartek - wychodzę do domu. nic innego nie liczy się.


Dzieci, T........tchnienie nowych sił, nowego życia. Radość, wygłupy....jak ja tęskniłam.

Łazienka, prysznic....trudność z korzystania, Brodzik wysoki. Przy wyjściu kule rozjechaly się, dobrze, ze T złapał mnie.
Musze odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Jest ciężko.
Noga boli.














niedziela, 13 stycznia 2013

przed szpitalem




Piżamka spakowana. Szlafrok też. A co. Nie będzie mi się tlustawy tyłek bezwstydnie trząsł na korytarzu. Wiadomo jak to jest, beznadziejne żarcie powoduje ślinotok nawet na widok słoniny.  Nie bedą karmą dla gapiów. Nie ma, nie ma. Dupa moja, a szlafrok pożyczony od mamusi. Mamusia zasiadła na kanapie i wpadła w stan, - "dziecko, zawsze przez ciebie mam jakieś utrapienie". Te westchnięcia wystraczą, nie musi nic mówić.

 - A co ty się martwisz, T będzie jeszcze w środę to mnie przywiezie do domu.
-W jaką środę ?- mamusia zdziwiła się - jak w czwartek wyjdziesz to będzie dobrze, jeśli nie w piątek. Wiesz mogą być komplikacje, nie wiadomo co jest z twoim kolanem....

Czwartek?! Piątek? Komplikacje?! Kurwa mać .....o czym ona do mnie mówi? To ma być pocieszenie?
Od czarnego humoru to ja jestem!!!!.

 - W czwartek mam chirurga - mówię - wycinanie tych paskudztw! Musze wyjść w środę!
- Oszalałaś? nie wiadomo w jaki stanie będziesz!Jutro pójdę i zmienię ci datę zabiegu. Tylko na kiedy?!


Milion myśli miesza się z pustkę. Stan - bezstan. Nienawidzę szpitali, po prostu- nienawidzę. Może to jednak pozostałość po traumie, po tym jak byłam na oddziale dziecięcym w wieku pięciu lat. Rodzice mogli przyjść, owszem, odwiedzić dziecię swe, ale tylko w niedzielę. Wizyta za szybą. A małym braciszek stał obok i wpierdzielał batonik.
W tym okresie męczył mnie wciąż ten sam sen - śniła mi się czarownica. Goniła mnie. Cała noc biegania, bez wytchnienia. Ale nigdy mnie nie złapała. Nigdy! Jak do tej pory.
W sumie to ciekawe - nie widziałam Supermana , a już chodziłam po budynkach! Można powiedzieć, że komunizm nie ostudził mojego zapału ani wyobraźni. Szarość nie dla mnie.
Jest to jedyny sen jaki pamiętam z dzieciństwa.  A w uszach wciąż brzmi śmiech czarownicy ...brrrr...chyba ona wciąż mnie goni.
A może to jednak nie była czarownica a śmierć?!
A może jestem siostrą Clarka Kenta?!

Szpital -wszystko tam jest takie przygniatające. W cywilizowanym świecie przyjemniej jest w prosektorium.
W szpitalu obdzierają z człowieczeństwa, nawet struktura DNA ulega rozpadowi. Powstaje nowa odmiana człowieka -pacjent.

Powoli staję się pacjentką.
Piżamka, siad na skraju łóżka, a z  kącika ust strużka śliny podąża do brody. Pusty wzrok obserwuje lot wron. Otępienie od nudy. Co ja  mam tam robić?! Co?!!!!
Może zabijać się szczebelkami łóżka? bo sąsiadką to "napierdzielacz osiedlowy" inaczej szczekaczka zalewająca potokiem słów, z tembrem głosu, który wbija się w głowę jak szpilka. Bla, bla, sramto owamto, bla, bla bla. Jedyna droga zemsta to puszczanie wstrętnych bąków pod kołdrą. Nocny czad za dzienne trucie..

Stan i fobia nie do opisania. Ja wiem -zabieg standardowy jak wycięcie wyrostka robaczkowego. Tego się nie boję aż tak. Boję się, bo  nie wiadomo do jakich uszkodzeń doszło. Myśli stają coraz ciemniejsze. Po głowie tucze się- odzyskam sprawność kolana, czy nie?! Może coś spieprzą bardziej?! Cholera, może jednak nie myśleć.
Nie można karmić strachu. Nażarte obawy wrzucają do lochów psychozy. Stamtąd nie ma drogi ewakuacyjnej. To droga bez wyjścia.
Dość!

Wszystko mnie rozstraja. Zycie jest do dupy. Fuck!
Baniak wina domowej roboty stojący za kuchennymi drzwiami szepcze, ze może nastroić mnie odpowiednio. Ech... muszę obejść się smakiem. Jutro mogę mieć badanie krwi. Nie dość, ze jestem kaleka to jeszcze zamieniam się w abstynentkę! W najgorszych snach nie śniło mi się tak ...tak ...tak koszmarnie!
Rany....
Zycie jest smutne i do dupy.

Nie wiem co myśleć. A myśli plączą się w swoim myśleniu. Nasiąknięta jestem szpitalnymi wizjami.
Opowiadam T  historię o eutanazji humanitarnej. W skrócie. 
Pielęgniarka robi laskę pacjentom, którzy mają odejść. Gdy pacjent  szczytuje ona wbija mu strzykawkę z odpowiednią miksturą. Odlotowa śmierć. Po ludzku.  
W tym świetle wychodzi znowu niesprawiedliwość świata. Bo co z kobietami?! Fala protestów zalała miasta. Feministki wyszły na ulicę z transparentami - Róbcie nam minetę.
Opozycja -Pocałujcie się w dupę. 
Czyż seks nie rządzi światem? -pytam się retorycznie.

- Jesteś normalnie walnięta - skwitował T.
- Tak, w kolano.

Dzisiaj  uczyłam dzieciaki wierszyków na Dzień Babci i Dziadka. Starszy szybko wykuł, z Młodą było gorzej. Lubi się wygłupiać i w pompie ma wiedzę jakąkolwiek. Moja krew.

-Chcę Myszkę Miki - woła Młoda. Uzależnienie z dnia na dzień przybiera na sile.
- A wierszyk umiesz?
- Umiem.
- To powiedz.
- A jak to było?!
I taka z nią jest rozmowa.

- Tato, a puścisz mi Myszkę Miki?...jeden odcinek - Młoda nie poddaje się.
- Zawsze mówisz jeden odcinek, a potem płaczesz: " A ja chcę drugi buuuu.."
 - Mozę tak, a może nie. Zobaczymy jak będzie. -odparowała Młoda z tym swoim zniewalającym uśmiechem


Jejku!!!!, jak ja będę za dziećmi tęsknić. O tym nie pisze, bo płakać mi się chce. Już tęsknię.
Taka kwoka ze mnie straszna. Jeszcze na tyle dni ich nie zostawiłam.
Nie zostawiłam siebie bez nich. To jest mój tlen. Moje życie. Moja miłość.
Mówią, że będą dzielne. Ja też - dla was.


Kolacja.
- Ostatnia wieczerza. - mruczę pod nosem. W sumie mówię do śledzia.
A jednak T usłyszał:
 - Tobie to powinni mózg zoperować, a nie kolano! Daj ty już spokój. Babo!
Nie ma to jak męskie pocieszenie ....


Zatem jutro wyruszam w drogę, w swoje przeznaczenie. Na ile?-któż to wie. Jak anestezjolog postara się to może w ogóle nie wrócę.
A jak wrócę to się upiję. Przepraszam, zdezynfekuję się.
I niech życie wraca. Na stare, wytarte tory .....



środa, 9 stycznia 2013

szpital vol. 1

Byłam w szpitalu. Klatka schodowa prowadząca na oddział urzekła porzuconymi w pośpiechu kiepami, które nawet nie próbowały chować się po kątach jak i bezwstydną podpaską, zużytą podpaską, leżącą na schodach. Ścisnęłam rękę T:

 -Widziałeś to? I ja mam tu być?!

Weszliśmy na oddział. Czułam, ze uszło ze mnie wszystko. Na szczęście tam nikt na nikogo nie zwraca uwagi, więc nikt nie chciał podłączyć mnie pod kroplówkę, ani w żaden sposób reanimować.
Pokój lekarski. Puk, puk. Lekarza nie było, bo operował. Musieliśmy godzinę czekać, by umówić się na zabieg. Godzina to wiele, zwłaszcza jak ma się alergię na szpital. Mega alergię. Godzina! 60 minut! Każda minuta wbija się swoimi małymi ząbkami w oczy i mówi - patrz! Widok ścian w salach (niektóre odłupane na brzegach), widok sal z tymi łóżkami i z tą pościelą, widok ludzi chorych (niektórzy byli w piżamach chyba szpitalnych...) i wydawanie śniadania przez jakieś kosmitki kroiło dusze na drobne kawałki po czym wyrzucało za okno. Czasy PRL i to głęboko głębokiego. Wyglądało jak plan filmowy Barei. Zapach, i to wszystko .......JA TAM NIE CHCE IŚĆ!!!

Powiedziałam dzieciakom, ze nie bedzie mnie przez 3 dni, bo muszę do szpitala iść.
- A wrócisz? - zapytała się córka.
- Pewnie, ze tak -o jejku jaka jestem dzielna przy dzieciach.
- A co myślisz - zaczął krzyczeć syn - że mama zostanie tam 100 lat?! że tam umrze? co?!!!
- Umrze, umrze - zaczęła krzyczeć córka i śmiać się tym swoim niesamowitym śmiechem.
- Hola hola, o umieraniu to ja bedę decydować, ok? A teraz cisza i spokój.
- Mamoooo - drąży temat córa- a co bedą ci robić?
-
Naprawią mi kolano.
- Ale jak wrócisz to będziesz mogła puszczać mi Myszkę Miki....
- Jasne, przecież noga to nie ręka, no nie?

-A będziesz miała taki odlot jak ja jak byłem w szpitalu? -zapytał się syn.
- Synu, na to liczę.


Wizja pobytu w szpitalu, sny zamieniły strach na panikę.

Chociaż dzisiaj dostałam cynk i uwierzyłam, ze może jednak poukładają się moje sprawy, ale ....
"strach jest oznaką rozsądku. Tylko skończeni głupcy niczego się nie boją."         (cyt. z "gra anioła").