Pokazywanie postów oznaczonych etykietą king. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą king. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2013

ble, ble, ble ...



- A u nas był dzisiaj teatrzyk - krzyknęła córka.
- Podobało ci się przedstawienie? 
- Taaaaaak.
- A o czym było?
- O zwierzątkach.
- O jakich zwierzątkach?
- Noooo to było o zwierzątkach- córka zawisła nad myślami swoimi - o zwierzątkach, które były, a których nie było - dokończyła radośnie.
Syn w tym momencie poleciał do tornistra:
- Patrz, my też będziemy szli.
i pokazał zeszyt informacji. Mają wyjście na przedstawienie teatralne i trzeba z kasy wyskoczyć. Z zeszytu wyleciała ulotka. O, kolejne przedstawienie.
- Idziemy na to? 
- Tak!!!
Przynajmniej rozerwę się. Choć o mało co mnie nie rozerwało, jak matka z ciotką przyjechały.







Takie dwie wrony przysiadły i wywołały we mnie diabelską moc.
I to nie to, ze obiadek nie smakował im, oj nie. Wręcz przeciwnie.
Ale przy kawie rozwałkowały mnie niczym ciasto na pierogi.
Wdeptały w dywan jak okruszki po serniku.
Kra, kra, kra ...
Zacisnęłam zęby, by nie było. W końcu goście. Goście, goście ....patrzyłam na balkon tęsknym wzrokiem...hm, może by tak je wyp...wyrzucić?!
Szczęka zakleszczyła się od siły nacisku.

I moje milczenie zostało potraktowane jako zgoda, więc dalej krakały, aż przeholowały.
Na końcu stwierdziły, że mam głęboko depresję i nie wiedzą co mają robić.
Serio?! No nie może być! WOW!
Tyle, ze jak ja mówiłam, ze nie rozumiem co się ze mną dzieje to zaliczono to jako atak paniki znudzonego ego. Dostałabym ataku śmiechu, gdyby złość była nieco słabsza.Ale przelało się we mnie.
Nosz kurde mol, cokolwiek nie zrobię i nie powiem to i tak nie jest tak, jak powinno być.
I tak całe życie. Na odwrót. Nie tak.
Oszaleć idzie. Nie rozumiem wciąż po co z nimi rozmawiam. A bo matka! No tak matka ...tyle, że nie jestem dziewczynką, której macha się palcem przed nosem, stawia się do kąta.
- I na dodatek palisz! - ryknęła matka,specjalnie, by syn słyszał.
No cyrk jakich mało. No ludzie!
Dość tego. Poczułam się zmęczona. Bo ile można? Czy kiedyś to się skończy?!
Zagubiona tożsamość pod odwiecznym słowem krytyki.
Sama siebie podziwiam, że jeszcze nie strzeliłam sobie w łeb. Pewnie dlatego, że srebrnej kuli nie mam.

Otworzyłam okna, wywietrzyłam mieszkanie po tym ptactwie. Za duszno się zrobiło.
A potem cały świat wywaliłam za okno - a gońcie się wszyscy. Mnie nie ma.


Wskoczyłam do księgarni internetowej, by wyluzować swoje myśli. Namierzyłam Kinga. Dziewczyna, która pokochała Toma Gordona? Regulatorzy? Rose Madder? I jeszcze jakiś tytuł rzucił mi się w oczy. Ten koleś jest niemożliwy, zbok twórczy. On normalnie ma wieczną erekcję słowa.
No cóż zbankrutuję trochę, ale co tam.
Dorzucę Skrzaty(dzięki Ri :)) oraz  501 trików mistrza rysunku (sama porysuję)- niech dzieciaki też mają swoje książki. Humor uległ poprawie. Nieznacznej.


Bo wróciły słowa wypowiedziane. Zrobił się natłok myśli. Analiza. Nie ma nic gorszego od myślenia. Dlaczego? Po co? Jak to? A może? 
Chyba najlepiej jest strzepnąć słowa, jak muchę z ramienia i tyle.
Nie przejmować się tym obsraniem.

Tyle, że wszystko wraca. Bo trudno jest oderwać się od swojego życia żyjąc.
Normalnie czuję się jak kapeć. Ciepły bambosz co zakłada się na nóżki.




I tak szur, szur, szur ....szura rodzinka.

O co chodzi? Przecież to jest masażyk stopami, no nie?!
Tyle, że to jest jedna strona, a druga?!
No właśnie ...Dobijanie do ziemi i rozsmarowanie po podłożu. Trudno po tym wstać.




Obudziła się we mnie złość. Agrecha. Bunt. Dość. Vaffanculo !!!!





A mam to wszystko w dupie.

Ukierunkowanie - wysoka specjalizacja wylewki na wszystko. Jak dawniej.
Dawniej to było za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za hektolitrami piwa ...

I nakrzyczę strasznie na męża, jak tylko wróci:
- GDZIE JEST MÓJ ROWER!!!!!
Nie odpuszczę niczego. Już nie odpuszczę.
Nie mogę sobie kupić, bo wiecznie słyszę, że można kupić lepszy. I tak kupuję ten rower...I z tego wszystkiego lepszego kupie chyba jakiś kosmiczny model, hehehe, bo widocznie na taki czekam.

Cholera, całe życie nawalanka, a potem wszyscy są zdziwieni, ze za każdym krokiem jaki robię do przodu to oglądam się trzykrotnie dla akceptacji postawionego kroku. I jeszcze się pytam - dobrze?!
Bo z czasem ma prawo mnie wszystko przerastać. Bo można naprawdę oszaleć.
A niech życie w pizdu mnie niesie. Na oślep.
Nie będę mówić już nic.
W końcu życie to zabawa. Gra. Sztuczka iluzjonisty.
Byleby tylko zdążyć uwolnić się z kajdanek, zanim zabraknie powietrza.
I kupić rower.


Wyszliśmy na podwórko. Syn z kolegą grał w piłkę. Rozgrywali mecz na dwie ławki. Synowi nie chciało się grać kompletnie i tylko od czasu do czasu machnął nogą czy pobiegł. Kiedy mu się chciało deklasował przeciwnika. Łatwo odbierał mu piłkę, wbijał gole. Ale jak mu się nie chciało, przeciwnik zdobywał przewagę. Jednak większość meczu Starszy stał jak kołek, albo tarzał się w trawie jak koń pogryziony przez gzy.
-Jestem lepszy - krzyczał M.
- No a ja jestem głupkiem - cieszył się syn.
Szlag mnie trafił. M. wcale nie był lepszy tylko Starszemu nie chciało się grać, więc przy takim podejściu to każdy wygrałby. Postawcie konia na bramce i co? Każdy go ogra.
Zwróciłam uwagę synowi, że nie jest pajacem tylko leniwcem i żeby tak nie mówił.
Na dodatek w całym meczu M oszukiwał z zasadami.
- Dlaczego oszukujesz?! Sam złapałeś piłkę w ręce i mówiłeś,że można bo bramkarz może. A Starszemu za to samo chcesz dać żółtą kartkę i karniaka? hola hola.No synu, nie daj się frajerować!
- Zostanie pani sędzią? - zapytał się M.
- Pewnie. I pamiętaj, co jak co, ale kumpla nie oszukuje. 
Zagrali. Syn dalej pajacował, więc M wygrał.
Nie chodzi o wygrane czy przegrane tylko o postawę. Dać się oszukiwać ?
To już mnie zmroziło.
- Ok synu, jeszcze mogę zrozumieć, że nie chce ci się grać, ale tak dawać się oszukiwać?! REAGUJ, nie daj się. 

Mam alergię na takich cwaniaków.

A za syna to ja już się wezmę. Za długo to trwa.












poniedziałek, 18 marca 2013

ups....

Poranek dał mi do myślenia. Nie każde takie poranki są. Ten był wyjątkowy. Książka, dlaczego Młoda wybrała ta książkę?! Jak człowiek nie ma problemów to wymyśla.Wymyśliłam eksperyment.
Dzieciaki stanęły przed regałem z książkami. Miały wybrać to co chcą. I wybrały.
Fotki słabe, bo z komórki. Zresztą, co tu dużo mówić -wszystkie moje komórki są słabe.

Wybór Młodej. Bez zmian. A nawet gorzej.





Złote Jabłko jest drugą częścią Oka w piramidzie. To się nie dzieje. To sen.



Wybór Starszego.




Kartka w książce musi być.



King?! I zbladłam. Kiedyś się śmiałam, że syn zostanie polskim Kingiem. Do tego Dracula. Może faktycznie wyrośnie na mistrza grozy.
Ha, ha, ha poczekam na wiek dorastania i horror będzie gotowy.

Oczywiście jest to dorabianie ideologii. Ideologię dorabia się na na różne sposoby. Niektórzy są w tym mistrzami. Potrafią z jednej porwanej nitki zrobić puszystego misia. Tyle, ze nitka pozostaje nitką, a nie misiem.

Skoki narciarskie. Starszy z kumplem przestali wariować, bo Kamil Stoch skacze.
- Wiesz on jest mym idolem - mówi M do Starszego
- Idolem? - zdziwił się syn.
- No, lubię go, on jest nawet lepszy od Justyny.
To sobie chłopaki pogadali. Z medalami na piersiach. Chodzą tacy obwieszeni od wczoraj.
A Starszy no cóż, skoro matka jego mówiła mu- nie będziesz miał bogów przede mną, tak nie ma. I kto jest najlepszy w angry birds?! No mama!!!! Zaraz po swoim synku, oczywiście.
Ha, ha, ha
Graliśmy we wściekle ptaki  w trójkę.  T tłumaczył synowi, że może powinien gdzieś tam czymś uderzyć.
- Nie,  ja mam swoją wizję.
A! Strzał w dziesiątkę. Łebski facet. Każdy ma swoje rozwiązania, których powinien bronić.O ile są słuszne.

Nieoczekiwanie wpadła do nas mama z ciocią. Na chwilę. Ale jak wpadły babeczki to ich nie wypuściliśmy z naszych szponów. Im większe zamieszanie tym lepiej obiad smakuje. 
Mama opowiedziała nam to co opowiedziała:
- Wracam ze sklepu i widzę z daleka, że ktoś na chodniku leży. Nikt nie reagował. Nikt nie zainteresował się. Podeszłam. A facet jak nie żywy. Zimne ręce. Szturcham go, a on nic. Za ramię faceta łapię, mówię do niego, a on - NIC! Zadzwoniłam na te 112 a to za nim połączy to w międzyczasie  podeszła para, młodzi ludzie, i tak facetem potrząsnęli, ze wstał. Nie wyglądał na żula. A alkoholu też nie było jakoś czuć. W końcu jak połączyli mnie to powiedziałam, ze nie trzeba pomocy, bo facet wstał. Tamci już się nim zajęli. No mówię wam, szok. Można leżeć na ulicy i nikogo to nie obchodzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?! Gdybym nie zareagowała być może dalej by tak leżał. Zmarłby z przeziębienia.

Są jednak ludzie wśród nas. Dyskusja zeszła na obojętność ludzką. Na te, ech te czasy. Katolicki kraj walczący o embriony ma w dupie życie ludzkie. Jak widać.

 - Mamo, jestem z ciebie dumna.

Ale okazuje się, ze wokół są świetni ludzie. Bo usłyszeliśmy w tym dniu drugą historię o wrażliwości ludzkiej, tym razem opowiedzianą przez kumpla. Kumpel też wpadł nieoczekiwanie. Do nas oczywiście.  Opowiedział, jak ratował  faceta leżącego na poboczu. Przechodzący obok ludzie mieli tego człowieka w pompie.


Mania znakowania - dwie historie w tym samym dniu?! Kto kogo będzie podnosił?!

Trzeba mieć oczy otwarte. Jak i serce. Oczy - wizjer duszy. Im szerzej otwarte tym dusza bogatsza.

Społeczeństwo zaszywa się w swoich kurtkach i jak koń z klapkami idzie na przód. Im więcej ludzi tym większa ślepota. Tłum gna. Kto pierwszy.

Tyle, ze każdego z nas to może spotkać.
Nigdy nie wiadomo co się stało. Co jest przyczyną upadku. A upaść może każdy.
Większość ludzi mija człowieka jak psią kupę - byle nie wdepnąć.


Mama wytknęła mi, ze nie przyniosłam jej gazetki z supermarketu. Jezu, trzymaj mnie. Albo przybij do krzyża. I zaknebluj.
Życie emerytów to nie tylko seriale. To także reklamy. Gazetki reklamowe ze sklepów. Promocje napędzają koniunkturę i stawy.  No w końcu były jeansy za 37 zł? Były.
A propos gazetek. Roznosiciel reklam opowiadał mi, jaki miał ciężki żywot z jednym z emerytów. Gazetka musiała być dostarczona do 10.00. Bo on, ten emeryt o tej godzinie pił kawę. I prasa do kawy musiała być!
I koniec.

Zostawiliśmy moja mamę z dziećmi, bo musieliśmy wyskoczyć wieczorową porą. Samotność czyni babcię apostołem.
- Pokaż wnusiu jak się modlisz
- NIE!
- To chociaż przeżegnaj się.
- Nie!
- Dlaczego?
- Bo Bozi nie kocham - córka ma śmiały plan na życie i zdecydowane poglądy.


Nastawiam budzik na godzinę 5.35. Jeszcze nie wstałam, a już mam ochotę się zabić. Co za koszmar. Koszmarna godzina. Koszmarny czas przede mną. Jak jakiś słowik, mać jego. A ja ssakiem jestem. Wssysam sen jak gąbka wodę. Nie znoszę wstawać o dziwnych porach. A ta pora nie jest dziwna-ona jest koszmarna. A gdzie poranne celebrowanie kupy?! Zawiśnięcie nad filiżanką?!
Obrzydliwość.
I mam z głowy dwa tygodnie.





niedziela, 20 stycznia 2013

emerytowo





Sobota - tradycyjne poranne wtargniecie dwóch burz do naszego łóżka. Nastąpiło szybkie, ostre  przebudzenie:
- AAAAAAAAAAAŁŁŁŁŁŁŁAAAAAAAAA ......moja NOGA!!!!!!!
Początek dnia...przygód....wrażeń. Na pocieszenie dostałam śniadanie i kawę do łozka. Potem schowalam się pod kołdra i postanowiłam, ze nie wyjdę, bo nie ma po co. A co!


Rozmowa dzieciaków dochodząca z kuchni była fascynująca.  Starszy stwierdził, że chce do Gdańska. Młoda chciała lecieć do zoo samolotem. Potem zaczęli wymieniać zwierzęta jakie lubią.
Syn - kijanki, żaby, kraby, pająki.
Córka - małpki
Później usłyszałam, kiedy wyraziłam zdziwienie odnośnie miłości do żabiego potomstwa:
- Mamo, ja cie kocham jak kijanki!
Fantastycznie! Cokolwiek to znaczy, miłość pozostaje miłością. Hahahaha a może to  i dobrze. bo nie skończę, ze słomką w dupie.

T zabrał się za rozbiór choinki. Drzewko wyrzucił przez balkon i poszedł na podwórko, by zwłoki drzewa wynieść na śmieci.
Przyszedł rżąc:
- Cholera, pomyliłem balkony i czyjąś choinkę wyrzuciłem. Hahahahahaha....potem naszą.
Wolontariusz, hahahaha. Czarna ręka. Ha, ha ha ...


Kule.






Dzisiaj weszłam na 3 piętro, potem na 1 piętro i znowu na piętro -oj, będę mieć muskuły. Mało tego, w trosce o własna tężyznę postanowiłam umyć podłogę w łazience. Metoda Żurawia studziennego.







Super ćwiczenie. Wielorozwojowe. Polecam.
Potem rozciąganie mięśni poprawiłam na podwórko, jak kule rozjechały mi sie na śniegu.

Młoda dzisiaj budowała z klocków wiele dziwnych rzeczy, w tym różdżkę- hokus pokus. Ale mówi, ze samolotem już nie lata, bo zabrakło benzyny. Zajęta sobą miała nas w nosie.
Syn zaś przez cały dzień pisał, liczył, robił zadania. Zapytałam się T z czego omlet zrobił, bo dzieci znalazły swoje zajęcia i nie chciały bajek. Szok. Synkowi oczywiście towarzyszyłam, ale jako kontroler. Liczenie -on mnie kiedyś tym wykończy. Skubaniec. Zaraz mi się  nasuwa na myśl , nie wiem czemu, "Piękny umysł" ....Ale może nie popłynie, w końcu 7x7 zatrzymało dobra passę. Uf, nie geniusz.Ha, ha, ha...









 Sam przeczytał nazwy kolorów i pomalował. A mi mówi, ze czytać nie umie. I nie będzie uczył się. I elementarz leży. Facet rozwija się własnym sposobem. I co mam robić?!

















  Masz Synu- jak będziesz duży zobaczysz jaki zdolny byleś! :)




 Książkę z zadaniami poszła w odstawkę, jak tylko gierki odpaliłam.
-Mogę zagrać?!
Cóż -sama wychowałam Potworka, to niech ma. Trudno.
- Proszę, graj
- Ja pierdziele ale sypnęło!!! Łaaaał!!!
- Synu!!!!
- Sama tak mówisz....
Zawsze mi podkreśla, ze dzieci uczą się od rodziców. Mam przesrane. Kontrola słowa czasami slabo mi wychodzi.
Wieczór z T, z talbutem i cappucino. Jak emeryci normalnie.




Cholerny wypadek zmienił moje życie. Może na lepsze. Przystanek -rodzina. Teraz mam czas na wszystko, choć niewiele mogę zrobić, to zrobię wszystko, by móc wiele.



T krzyczy:
- Znowu przy kompie?
- Piszę!
-Pewnie grasz, chodź bo znowu przyleziesz o 3 nad ranem.
-Kurde, jakbyś był mężem Kinga to on przy tobie nic by nie napisał.
-Mężem?
- A co żoną? Wole jemu jaja urwać, niż tobie.

Oto ciemna strona miłości. Idę. niech się nie piekli.