Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2013

sen

Śniło mi się, że córka umarła. Wraz z T. Odeszli. We śnie nie uwierzyłam. No bo jak to tak? Tak być nie może. To wbrew wszelkim prawom.
Okazało się, że jednak nie żyją.
Obudziła mnie pustka.
Obudziła .....uffffff........to tylko sen. Koszmarny sen......
Parę chwil później rozległ się krzyk Młodej:
- MAAAAMO! Chcę pić!
Czy ja muszę mówić jaka byłam szczęśliwa?! Pół godziny tarzaniu się w łóżku. Syn tym razem do wygłupów nie dołączył. Klocki owładnęły facetem. Zburzył wszystko i zaczął od nowa budować.
Ding dong. Wpadł kumpel Starszego. Chyba chłopaka zaadoptujemy, hahahaha. Choć już mi wcale do śmiechu nie jest.
Syn nie chciał iść na podwórko. Chłopaka to nie zraziło:
- Bo ja muszę coś powiedzieć Starszemu.
- To wejdź - moje słowa zostały rzucone w próżnie, bo chłopak już był w przedpokoju.
 M dołączył do zabawy klockami. I spoko - niech syn uczy się dzielić. Choć z tym nie ma problemu- z siostrą chętnie bawi się wszystkim, no ale to jednak siostra. Machnęłam ręką. Ich sprawy.
- Idź sobie, nie chcę iść na podwórko. Twoja mama będzie się martwić o ciebie. - syn jednak nie miał ochoty na towarzystwo.
- Ale jesteś moim przyjacielem?
- Nie, idź sobie. Nie chcę iść na podwórko! Rozumiesz?!
Kumpel zaczął płakać a Starszy nie wzruszony dalej układał drzewo.
I co robić? Jak zareagować? Uważam, że dzieci powinny same rozwiązywać swoje sprawy, ale łzy to trochę za dużo.
Wzięłam na syna stronę i porozmawiałam z nim, ze fajnie, ze broni swojego stanowiska (nie chcę iść), ale tak też nie powinien traktować kumpla.
- A gdyby synu ktoś tobie tak powiedział to co?
- No, przykro by mi było.
- Więc nie mów tego, co sam nie chciałabyś usłyszeć.
Relacje ludzkie są trudne. Jak zapakować uczciwe słowa by nie bolały?!
Starszy poczuł się zmęczony - chciał mieć swoją  chwilę. Swoją radość z klocków.
- Mamo, ale on codziennie przychodzi a ja chcę być sam czasami.
Przecież ma prawo.
Ledwo wróciliśmy z gór to po pół godzinie już był.
- HURAAAAA, wrócił mój przyjaciel!

A zabawy między nimi wyglądają różnie. Starszy bierze piłkę na podwórko, ale to M sam ją kopie. Starszego to drażni.
- Bo on chce bym robił to co on chce. 
- Bo on zabiera mi piłkę.
Co mam powiedzieć synowi? Że są ludzie, którzy lubią istnieć na czyimś tle?! Że potrzebują publiki?
Mówię - to zabierz piłkę i sam kop. Albo porozmawiaj z kolegą: albo bawimy się razem albo idę.
Syn wkracza na ścieżkę: ludzie. Musi się nauczyć mówić to co czuje, by nie ranić. Musi nauczyć się bronić własnego zdania. Musi nauczyć się żyć tak, by nie być czyjąś marionetką.
Ale ten gościu to czasami miły facet i pozwala sobie wejść na głowę.
Ma prawo być sobą.
Jednak czasami trudno opanować się, by nie warknąć.A jednak trzeba reagować. Na tym w końcu polega wychowanie. Na niekończących się rozmowach.  Muszę wszczepić mu trochę asertywności.
M wykopał piłkę.
- Idź po nią! - rzekł do mojego syna.
Wiele mnie kosztowało, by gówniarza w dupę nie kopnąć. Nie zareagowałam. Mówię - spoko, spoko, jak syn pójdzie obu skopię za jednym zamachem.
- Sam sobie idź - odrzekł syn.
- To nie będziemy się kumplować!
- No i co z tego?!
Szantaże emocjonalne. Też niezły rozdział relacji międzyludzkich. 
Mam tylko nadzieję, ze uda mi się wychować dzieci tak, by nie zatonęły w tłumie przydeptane.

M nie krytykuję przy synu. Syn niech ma swoje zdanie. Zresztą to jego kumpel. Ja w ich relacje nie wchodzę.
Wchodzę z butami w zachowanie syna. To on mnie interesuje.

Idę zrobić jakie ciacho. Znalazłam przepis.
http://mniam-mniam.bloog.pl/id,337533944,title,szybkie-jogurtowe-ciasto-z-jagodami,index.html?smoybbtticaid=610f73
Ciekawe jak wyjdzie?!
Koniec świata - Arte znowu pichci :)









czwartek, 11 lipca 2013

dzień minął



- Mamo, popatrz tam! -mówi Młoda pokazując palcem kierunek.
Skręcam głowę we wskazaną stronę. Zanim stwierdzę, że nic nie widzę, bo i niczego nie ma, dostaję nieoczekiwanego całusa w policzek i już słychać brecht Młodej.
Młoda lubi wygłupiać się.
Stałym punktem jest atak paniki.
Wyciągam ją z kąpieli, woda spływa swoimi odgłosami w kanał, i wówczas pada hasło: "atak paniki!!!". Młoda wskakując na mnie zaczyna piszczeć. A ja wraz z nią.
Albo zakrada się od tyłu do człowieka, palce wciska pod żebra z dwóch stron krzycząc:
- Prądzik!!!!
No moja córka, moja ....

Młoda dzisiaj zleciała z huśtawki. Darła się niesamowicie, ale na szczęście nic się nie stało.
Syn za to spadł z murka i ma na brzuchu niezłe przetarcia. I na nogach. I rękach. Nie płakał.
Jak oni to robią? Nie wiem.

A propos urazów.Byłam z synem na komisji lekarskiej w sprawie orzeczenia odszkodowania za "uraz szprychowy".
- Która to noga? - zapytał lekarz
Jako matka zastygłam ......eeeeeeee.........:
- Synu, no odpowiedz lekarzowi!











środa, 10 lipca 2013

Czas złapać oddech....




Spedaliłam się na maksa. Normalnie zakochałam się w pedałach. I to w dwóch pedałach. Powaga. Wpadam na rower i kręcę. Pierwsza kropla potu pojawia się przy 10 minucie. A potem - leję się, leje ....
T śmieje się, że powinnam być taka ładowarka telefonu, i kompa, i światła w domu. I czego jeszcze?!Osiedla?! A co tam - oświetlę cały świat!
Patrzę ile spalonych kalorii. O, żesz.....Pozostaje tylko jeść na rowerze. Albo nie jeść. Liczyć kalorii nie będę.
Im większy ruch tym mniejsze parcie na jedzenie. Ale jedzenie uśmiecha się bezczelnie ....
Fitness - piękno, uroda, relaks. Ble ,bla, ble ......Ale co tam: ryzyk-fizyk. Ucieczka przed marchem sadłowatym.
Kurde widziałam Sinead. Ona dała radę a ja nie dam?!
Wertuję książeczkę.
Bo jakoś nogi i brzuch nie chcą wyglądać tak jak lasce z okładki. Właściwie nic się nie dzieje. Poza paleniem nogi. Nie wiem, mięśnie się odbudowywują?! Każdy ruch więcej niczym ogień z kuźni. Wciąż dokładam ognia.




Rozśmieszył mnie 3 punkt - bo jak jeść jogurt?! Napychać płatków?! Pchać kalorie?! Jak to tak?!
Nie pić alkoholu?!!!!!!!!!!!!
Może nie oddychać za często?!
Ale co tam, nie będę się czepiać.
Jazda. Od dzisiaj jazda tylko pozytywna. Przez jazdę,  o ile nie czytam, oglądam telewizję.
Co za pierdowate programy.......


Jazda jest też w plenerze. Z synem, swoim cieniem. Towarzyszy mi wszędzie. Syn dzisiaj o mało co mnie nie zabił:
- Mamo, ale jak będę miał urodziny to babcia da mi stówę i dziadek też i sobie sam kupię.......
Dałam ostro po hamulcach;
- Co?!
Od kiedy ten koleś tak liczy szmal?!
Ale w porzo. Kolejna bramka rozwojowa otworzyła się - kasa.
Jak dostanie kasę - niech kombinuje. Prawo wyboru bywa czasami nieludzkim obciążeniem. Niech uczy się. Jedna kasa a parę pomysłów. Uuuuuu....to boli.


Dzieciaki poleciały na podwórko. Zerkam z okna - Młoda huśta się, a chłopaki grają. Sielanka normalnie.
Oby trwała - oczy zamykają się po nieprzespanej nocy.
Zasnęłam.
Pip domofonu. Przerwa. Koniec spokoju i ciszy. Wpadł syn z podwórka:
- MAMOOO! A Młoda przeklina i łobuzuje!
- Tak? A co mówi?
- Szlag jasny, ale raz tak powiedziała i strasznie łobuzuje.
- Dobra, zaraz zejdę.
- A po co?!
-Eeeeee, jak nie muszę to ok, to narka!


Ufffff, tym razem mogę zaszyć się: rower, komp i tak na zmianę. Mogę mieć plany, mogę sobie myśleć ...tja. Nie minęły dwie minuty. Pip domofonu i ryk córki na klatce.Pa, pa, pa mój spokoju.
- Bo ja chcę spać! - wpadła córa z płaczem wielkim.
- To chodź kochanie.
15 sekund poleżała przed telewizorem:
- A gdzie chłopaki?
- Poszli bawić się
- Buuuuuu, chcę z nimi !!!!!!!!!!!

Prawdziwa baba - sama nie wie czego chce. Odgryzę jej warkocze. Zagilgoczę.

Wyciągam walizki. Czas pakowania. Powłóczenia się po dolinach. Moczenia nóg w górskim strumyku.
I czekam na T - w końcu dzisiaj nasze święto małe. Jutro szampan na tle Tatr murowany. Z dwoma kozami obok.




Czas złapać oddech....









Wakacyjny luz.






Nie chce mi się wstawać. Dzieciakom też nie. Laba do dziewiątej. Czasami do dziesiątej.





Wakacyjny luz. Lenistwo. Bez pośpiechu. Gonitwy. Tak powinno wyglądać życie człowieka.
Praca na normalną godzinę. W mniejszym wymiarze. Tak by był czas nacieszyć się tym co się ma. Na życie, na dzieci. Na bycie.
A nie - praca, dom, praca, dom, praca, dom - kołomyja w której siada wszystko. Jak pod ciężarem tornistrów siadają młode kręgosłupy.
Ale to tylko u nas: pośpiech, gonitwa i noszenie książek do szkoły.
Przyzwyczajanie do zginania karków. Bo nie ma kiedy się wyprostować.







Dzieciaki dorastają. Godzinę potrafią tak siedzieć.I huśtać się . Nic tak nie cieszy jak zgoda między rodzeństwem.

_ Synu, wystawiłam cię na allegro na sprzedaż, a co tam.
- Przestań tak gadać. Ja już znam te twoje żarty!
- Tak?!
- Tak! Ty bez nas żyć nie możesz.

Bez nas. Wie, że są na równi. On i siostra.
Oboje są mega super czaderscy.
Dopóki Młoda nie rozwyje się, bo coś....
Dopóki Starszy nie dostanie swojej zajawki ....
Ale każdy ma swoje humory.
Zbójeckie prawo - odbicie.



Byliśmy w sklepie.

- Mamo zrobimy Młodej niespodziankę?!
- Jaką?!
- Ona chciała te lody.
- Aha, ale może po obiedzie przyjdziemy razem?


-Mamo, wiesz co?
-Nie wiem, a co?
-Może kupimy bańki dla Młodej? Ucieszyłaby się
- Ma jeszcze całą rurę. Wystarczy jej na razie.
- Aha, noooo
- A ty? Chcesz coś może?
- Nie, ja nic nie chcę.
- Wiesz, że jesteś fajnym bratem? Też takiego chcę.

Syn ostatnio robi za anioła. Powycierał kurze. Ba! Powiedział kumplowi, ze wyjść nie może, bo będzie sprzątał. Sam powiesił skarpetki i majtki na suszarce. Posprzątał w pokoju.

O mało co gałki oczne nie wypadły mi z tych szeroko otwartych oczodołów.
Zawsze chętnie pomagał, ale nie na taką skalę.

I trzasnęło mnie światło. Przez ten szeroko otwarty oczodół! Eureka! urodziny zbliżają się, a to cwaniak.
A ja wiem co chce. Nawet gdybym zapomniała to i tak:

- Mamo ale kupisz mi.......proszę cię!

Młoda też chętnie pomaga. Sama pozamiatała trociny po chomiku.

- Ja chcę! Mogę?! - i wyrwała po zmiotkę z szufelką.

Ważne, by umieć przyjąć pomoc.
Nie krytykować. To nie tak!, jak ty to robisz? i takie tam lamenty.

Dziecko zawsze pomoże, ale jeśli będzie pouczane oleje temat - bo po co robić skoro źle robię?!

Całus i szacunek dla dzieciaka więcej zrobi niż groźba pasem.

Ale czasem ...no, każdy humory ma i krzyk pada -no bo jak?!

Starcia, wytarcia - rodzinny magiel.




Dzieciaki rosną nam. Starzeją się ....Tak patrzę jak śpią i nie mogę się nadziwić, że takie długie nogi mają. I w ogóle są jakieś takie urośnięte.
Kiedy to się stało?!
Kurde...
Ale co tu dużo mówić -jutro strzeli nam 9 lat.
Generalskie.
T generałem, a ja zawsze chętnie poddaję się. Idę w niewolę. I daję się zabijać kulami.
Gliniana.
Lepimy się wciąż.

 Tak sobie myślę o nas...........i uśmiecham się.


Nigdy nie wpadłam w kanał. Ha! Sorki, wpadłam raz. To nie tak. Inaczej powiem: gdzie nie szłam i co nie robiłam w swoim życiu to los prostował moje ścieżki. Zawsze wychodziłam na słoneczną polanę, gdzie czekał koc piknikowy z wyżerką. A jeśli trafił się kwach to wymiociony egzystencjalne sprzątała pomocna dłoń.
Nie skończyłam na dworcu z wyciągniętą ręką.......
No, ale widocznie za mało starałam się. Ha, ha, ha....

I cieszę się z tego co mam. Są takie miejsca, kraje gdzie naprawdę jest przejebane.
Przejebana jest też choroba. Wiele rzeczy jest przejebanych.

Grzechem marudzić jest, gdy niczego nie brak.
Do przemyślenia. Uśmiechu.
Docenienia każdego dnia.
Dalej nie ma co nosa wychylać.

















wtorek, 9 lipca 2013

kwach nakręcacz

Jak tak czasami zastanawiam się nad sobą. Niestety tylko czasami. Jakbym zastanawiała się częściej to może by nie było takiego kwachu mózgowego jaki sobie funduję.

A ja sobie lubię fundować kwach, a potem siedzę i zamulam się myślą - kurde i co głupia cipo? znowu kwach?

Kiedyś życie brałam takie jakie jest. Bo co z nim można zrobić. Może jeszcze miałam w sobie jakaś szczególną moc. Może....Nie wiem. Albo na wszystko zlane. Tak po prostu. Ciepłym i zimnym moczem. I moczem pijanym.

Teraz jako baba wiekowa wkręcam się jak przydrożna gałązka w koła roweru.

Jezu, no nie wiem skąd ludzie czerpią mój obraz, co fałszywym obrazem jest.
Nie jestem przebojowa, nie jestem luzarą, nie jestem energiczna, nie jestem kreatywna.
Jestem dupa wołowa. Wół z dwoma dupami. Bo głowy brak.

Luz pod wpływem ciśnienia zamienił się w kwach.
A życie ciśnie, płynie.
Nie wiem.

Poszłam do ZUS złożyć kolejny wniosek oświadczenie rehabilitacyjne. Bez przekonania, bo mam dość. Ot, by zachować procedury, które mówią, by sześć tygodni przed końcem świadczenia złożyć następny wniosek. Choroba układu ruchowego jest chorobą dynamiczną i wiele rzeczy może zmienić się, więc lekarz mi wypełnił wniosek.
Na razie mam rehabilitować się, nie stresować się, odzyskać siły fizyczne i psychiczne.
W każdym bądź razie jestem przygotowana na powrót do pracy pod koniec sierpnia. Pogodziłam się, ze noga będzie do bani i z tym wszystkim zapadłam na półce- będzie jak ma być.
Czas podobno leczy.
Z rezonansu nic nie wynikło ciekawego. Kolano jak boli tak boli. Nic nie pozostaje, jak tylko machnąć ręką, wrócić do pracy i zacząć żyć spokojnie.
Ale jednak przyznano mi to świadczenie, więc dochodzę do siebie. Jak pomidor na słońcu.
Ha! Do pracy wrócić albo pójść na zasiłek dla bezrobotnych. Nieważne. Każda droga będzie jakąś stabilizacją.
Dla mnie ten czas nie jest normalny.
Muszę nauczyć się żyć z takim kolanem, ba! powoli godzę się ze swoimi ograniczeniami. Aczkolwiek pogodzenie nie oznacza poddania się. O! nie!
Krótko - tak naprawdę dopiero teraz odzyskuję spokój.
To świadczenie to jest jak pobyt w sanatorium. Tyle tylko, że w zaciszu domowym.
Ale spokój znikł.

Co zrobiłam?!

Pani w ZUS-ie powiedziała, że muszę mieć potwierdzenie zatrudnienia w punkcie II. Aha. Mogę wysłać do zakładu pracy a zakład przekazać do ZUS, bo szkoda jechać. Aha. To fajnie.
W porzo. Co mi tam.
Zadzwoniłam do kadr:
- Oczywiście, nie ma sprawy, proszę przesłać. Potwierdzimy zatrudnienie.
I wysłałam.
Z wynikiem rezonansu.
A kogo to do jasnej cholery ...
Gdzie moja głowa?!
To nie głowa - to dupa z ciemną dziurą!
I tak siedzę i pije piwo i tak sobie myśli skaczą.
Jak te pchły i piją krew .....strachu.
Na cholerę to było?! CHOLERA!!!!
Szlag jasny.
Nie ma to jak płakać nad wylanym mlekiem.
Ale taka uroda niektórych bab....

Takich rzeczy nie wysyła się do zakładu pracy!!! Jasne?!
Nigdy!

Składając wniosek o świadczenie wcale nie musiałam dołączać wyniku rezonansu. Mogłam je dowieźć na komisję. Jak poprzednio. Też nie dołączyłam wyników do wniosku, bo nie wiedziałam i nie zrobiłam ksera.
Wyciągnęłam z tego  jakieś  wnioski ?!
Żadne!
Głowa?! Nie, dupa!


Co może z tego faktu wyniknąć?!

Pewnie nic

Tyle że - kogo to obchodzi.



No i wysłałam to. Badania do zakładu. Ha! Trol!

I mój chory umysł mówi:Oj, lepiej by było gdyby się zamknął. Zagłuszam go muzą.


Ale nakręcam się. Oto babskie podejście. Szukania dziury w całym.

Dusza myszy normalnie.




Tak się właśnie robi akcja pt.  bezsens. Sztuka nakręcania się jest prosta.
Wystarczy popełnić błąd i trawić go milion razy. Wyrzygać to i ponownie włożyć go do ust i trawić, mielić, trawić.

A po co?!
Przecież życie pokaże co ma w rękawie, nie zależnie od naszych obaw, myśli, przeżywania. Życie ma swój scenariusz. Dostosuje się do naszej, wypowiedzianej kwestii. Tudzież uczynionego ruchu.

Czasami myślę, że człowiek to taki arlekin na scenie życia. Cztery sznurki. I ciągnie go głupota, przypadek, rozsądek i .....uczucia.


Kwachy ciągną serce. Serce ciągnie ręce. Ręce tylko drżą nie odganiając myśli. A myśli żywią się drżeniem rąk i serca.



Rodzinka sprzedaje mi kopa w tyłek - Uspokój się! Poszło?! No i co?! No poszło! Trzeba było myśleć!


Bez stan bez umysłu.

Poproszę o młotek .....

Widać mechanizm korby?!
Widać!

I tak to jest- mielenie tematu przez rzekę niepokojów.
Tak to działa.


A już łapałam równowagę życia. Spokój ducha.
Spokój ducha miał być na 2 miesiące.
Rower i ja. I napinanie mięśni.
Wyjazdy. Oddech.
Wzmocnienie organizmu.
Psychiki.


Nie wiem, czym się przejmuję. Doprawdy. Nie wiem.
.

Bardziej przejęłabym się Młodą. Jednak musimy skonsultować się z chirurgiem stomatologicznym i wyciąć narośl. Muszę zadzwonić i zarejestrować to moje dziecię do szpitala specjalistycznego. Jak mi lekarz powiedział narośl nie jest  złośliwa:
- na 99,9%, ale potwierdzą to badania histopatologiczne.
Myślę, że będzie spoko. Nie rośnie to to i nie zmienia kolorów. Ale w życiu nie można niczego być pewnym.....
Jak mawiała moja babcia i matka też mówi i pewnie będę tak mówić i ja:
- W życiu jest pewna tylko śmierć....

Ale o miejscach na cmentarzu opowiem innym razem.......


























sobota, 29 czerwca 2013

taki jeden dzień

Zwinęłam syna porankiem. Na rower. Zanim córa z Moonkiem wyciągnęli się z wyrek,  my wyciągnęliśmy rowery z piwnicy. Siódma rano. Auć.

Pojechaliśmy nad rzekę zobaczyć jak tam poziom po opadach deszczu.
- Patrz, to jest cukiernia gdzie babcia kupowałam nam lody ciepłe ...a tam to .... 
Pokazałam, gdzie dziadek mieszkał. Byliśmy w parku. Zamek, pomnik, fontanna, wiewiórka ....
Byłam przewodniem turystyczno-rodzinnym dla syna. Objechaliśmy miasteczko wokół.
Skoro mam się rehabilitować to w takim towarzystwie będzie mi milej.
Fajny facet z tego mego syna. Ziomal mały.







- Mamo! stój! wróćmy się!
- Stało się coś?
- Nooo, patrz!


Gąsienica była niezwykle szybka. Musiałam ją sfilmować. Maratończyk normalnie. 


- A gdzie ona tak idzie?
- Nie wiem, zapytaj się jej
- Ale one nie gadają
- A skąd wiesz? Gadałeś?!
- Mamo!!!

Pod koniec jazdy złapałam gumę. Kurde ...... Prowadziliśmy rowery. Nie ma to jak wyjśc na spacer. Zamiast psa - rower, hahahaha.

Wpadliśmy na ogród teściów.Syn jednym gestem  rzucił rower i już siedział "w groszku".
Mooniek.był już Młodą na miejscu. Opanowali teren.

- Młoda, przyniosłem ci groszek - syn przyleciał zadowolony z garścią strąków, które podzielił po równo.
- Młoda, podziękuj bratu!
- Dziękuję.
-Fajnego masz brata, troszczy się o ciebie. Fajny jest brat ciebie, wiesz?!

Groszkomania. Siedzieli przy stole cicho. I to ponad dwie minuty.

Wzięłam rower Moonka i pojechałam do domu. Po stroje do kąpieli i ręczniki. I inne zapomniane rzeczy. Wróciłam mówiąc z zadrością:
- Kurde, ale masz wypas rower! Ma hamulce i takie siedzenie wygodne ....

Był grill, pluskanie w baseniku. Popołudnie z rodzinką. Całą. Bo byli teściowie, moja matka, a przy nich wszyscy inni święci.




Dzieciaki zrobiły wojnę w piratów. Skakały. Tłukły się między sobą. Za chwilę panowała zgoda. Za chwilę była wojna.
I tak bez przerwy.


- A on mnie bije! - chlipała Młoda.
- Bo ona wskoczyła mi na głowę- burknął Starszy.
- Nie wskoczyłam ......
- WSKOCZYŁAS!!!!!
- Zaraz was oboje wyciągnę z basenu, przeproście się nawzajem i to już. Młoda uważaj na brata dobrze?
- Noooo....- chlip, chlip.
- A ty jestes facet- facet kobiet nie bije wiec opanuj się, rozumiesz?
- Nieee....
- Proszę?!
- No bo...
- Synu! - warknęłam.

- Przepraszam.
- Przepraszam.

Jak jedno przeprosi drugie natychmiast robi to samo. Nigdy nie wiadomo kto zaczął, bo i jedno jak i drugie to niezły model. Każdy ma swoją wersję. I potrafi zaleźć za skórę.

 Wpadłam do kuchni po żarełko na grilla. Dopadły mnie słowa z telewizji:
-...potrzebny jest program dzięki któremu będzie dla wszystkich praca i mieszkania ..Polska musi być oparta o wartości...
- Co ty Jara oglądasz? Chory jesteś czy co?!- zapytałam się zdumiona wchodząc do pokoju.
- To jest drugi Gomułka - ze śmiechem odpowiedział teściu.
Machnęłam ręką, zgarnęłam kiełbasę i wyleciałam z domu.


Musiałam zresetować swoją mózgownicę piwem, by nie pacnąć teściowej widelcem.
Ta to ma moc wkurzania. Nie usłyszy dobrze i już ma swoją wersję. Wymiękam.
- W telewizji słyszałam jak mówią, że na komunie to lodówki kupują ...
- Teraz  o komuniach mówili? Co ty mówisz. Mówili o kupowaniu prezentów dla nauczycieli na koniec roku szkolnego. Znowu nie dosłyszysz i gadasz. A swoją droga po co dziecku lodówka? To nielogiczne, nie sądzisz?!
- Może jest tak jak mówisz, w połowie był dziennik i może nie dosłyszałam...
- Więc wymyślasz jak zwykle...

Dziennik! hahahaaha... Auć, matka kopnęła mnie pod stołem. Tą też mam ochotę pacnąć. Zabiłam ją wzrokiem. A potem obie zatkałam kiełbasą.
Długo to nie trwało ...
Teściowa zajęła się komentowaniem postępowania dzieci. Tak nie rób, zrób to, zrób tak - cała lista wskazówek dla wnuków.
W końcu nie wytrzymałam:
- Ale czy ty możesz przestać komentować to co dzieci robią?! Daj im spokój, niech się bawią jak chcą!
- Ale przecież trzeba coś mówić.
- Właśnie ze nie trzeba gadać, możesz czasami zamilknąć. Słyszysz jak szpak śpiewa?!
 - Szpak?

- No właśnie ...

No tak, trzeba gadać. Jasne, nieważne co byleby by gadać. A ona jest w tym mistrzynią.
Ble, bla, ble ....Poszłam z dzieciakami kopać piłkę przez ogrodzenie. Raczej jako pomagacz, donosiciel piłek, bo dwa kopnięcia pokazały mi, że nie mam co z nogą szaleć.

Świat dzieci jest zabawniejszy od świata dorosłych.














czwartek, 27 czerwca 2013

codziennik


Córka wczoraj była cała na NIE. Nic nie chciała i nic jej nie pasowało Zażądała stanowczym głosem bajek, więc puściłam. Co się będę szarpać z Młodą skoro widzę, ze jest zmęczona. Syn również przywarł oczami do telewizora. Nie chciało mu się rysować ani iść do kumpla. Oboje odlecieli.
Córka zasnęła po osiemnastej i tak spała i spała. Wszelkie próby przebrania ją w piżamkę kończył się dziwnymi odgłosami, więc sobie podarowałam. Co się będę ścierać. ...A niech śpi.
Z synem poczytaliśmy książkę, pogadaliśmy. O wszystkim i niczym.
- Mamo a pojedziemy na basen?
- Spodobało ci się?
- Nooooo i ja chce na tą dużą zjeżdżalnię, bo panie nie chciały nas puścić.
- W porzo. Pojedziemy w sobotę.
- Mamo, a ja chcę jechać nad morze, a nie w góry. 
- Dlaczego? Ej w góry też pojedziemy, no co ty.
- Ale twoja noga!
- Spoko, będzie dobrze. zobaczysz.

Młoda przespała całą noc. Bez słynnego jękopłaczu: - Chcę pic!

Nic.

Miałam dziwne wrażenie, że ją wyciąga i to na moich oczach.
Lubię patrzeć na śpiące dzieciaki - są takie słodkie. Kochane. Słodko milczące.
I wciąż nie wierzę, kiedy urosły?! Jak ten czas szybko mija ...

Córka wstała po siódmej.  Poszła pod prysznic. W ogóle nie jęczała: - chcę pić, chcę jeść, nie chcę iść, nie chcę tego ubierać, nie będę się ubierać, chcę się bawić, puścisz bajkę?! Zero tekstów ze stałego programu.  Zbierała się szybko, bo dzisiaj to ona szła na basen.
Zdziwiona nie wytrzymała:
- Nie jesteś głodna?
- Jestem, ale zjem w przedszkolu. nie mamy czasu!
W łazience czesałam jej włosy a syn w tym czasie mył zęby. Starszy zaczął warczeć i głową zrobił taki ruch jakby siostrze chciał z baranka przywalić
-Synu, panuj nad główka bo ci odleci
- Co?
- Co to było? Co?
- Bo ona macha nogą!
- No i ?!
- Nooo, mogła mnie kopnąć!
- Ale nie kopnęła, prawda?
- Nooo
- A ty mogłeś ją w głowę uderzyć. To nie jest w porządku.
Coś tam zamruczał pod nosem strzelając głupie miny. A może tak na niego działa pasta do zębów?!
W międzyczasie Młoda zaczęła jeszcze bardziej machać nóżką i zerkać na brata. Prowokatorka mała.
- Młoda, nie denerwuj brata. Uspokój się.
- Ale on chciał mnie uderzyć!
- Ale nie uderzył prawda?! Weźcie dajcie na luz i to oboje.

-Starszy, mogę wziąć twoje picie i dać Młodej?
- Tak
- Mamo a ja chce pić - Młoda zjawiła się szybko koło mnie
- To idź do kuchni
- Ale ja chce tego!
- Ale jak wypijesz tego to nie będziesz miała picia na basen
- Aha, chyba że.


Mamy wychodzić. Synowi przypomniało się, że musi zabrać rysunek. Ale gdzie jest?!
- Synu, nie mamy czasu!
- Ale ja chcę!
- Masz minute!
Syn zaczął wywracać stos rysunków, przekopywać teczki.
- SYNU!!!!!!!!!
- Dobra, dobra, już idę. Jak wrócę z przedszkola to taki bardach zrobię z rysunkami że zobaczysz.
- Bla, bla .....
Zamykam drzwi. Dzieciaki schodzą po schodach. Syn zatrzymał się nagle:
- MAMO!, ale przypomnij mi, że mam zrobić bardach. Dobrze?!


Bardach to sobie sama zrobiłam z kawą.


W sumie to wyszło jakby słońce. I oczka widać. Raczej oczodoły, bo oczka wypadły. Leżą poniżej.
Ręka w górze podniesiona. Na znak - nie poddam się!.
Hahahah już wiem! To jest pasażer!!! Ręka trzyma się uchwytu. Tak wygląda osoba w ścisku tramwajowym. Ścisk taki, że oczy wypadają z orbit! Albo ze smorodu. Nie ma to jak przepocony człowiek. Strach czasami stać w kolejkach.









środa, 26 czerwca 2013

o pogiętości

Wkurzyłam się na swoje włosy. Grzywka jak dach spadzisty domu góralskiego. Obłęd.
Czasami ją spinałam spinką i była to fryzurka ala cipofryzurka. Takie mega ulizanie, że aż sama z siebie się brechtałam.
Nie myśląc za długo, zamiast fryzjera wybrałam nożyczki i ciach, ciach, ciach. Hm? Ciach!
Jak se ucięłam włosięta to paczam i paczam w to lustro i nie wierzę, a tu patrzy na mnie chłopiec z plakatu,
a raczej ten od zaczarowanego ołówka!!!!!!

on ma chociaż ją równo przyciętą, jak od ołowka

 Mówiąc krótko: - to nie był dobry pomysł!!!!
Załamka.
I ja mam wyjśc na ulice?!
No way!!!!!!!
Jednak musiałam wyjść  do sklepu i co?
I oczywiście musiałam napatoczyć się na swoja fryzjerkę, widzianą ostatnio w grudniu!!!!
Jak pech to pech. Nie miałam jak uciec przed wzrokiem profesjonalistki.

-O pani zapuszcza włosy?! I chyba sama pani grzywkę przycięła?

- Ehe, jutro do pani wpadnę -
widziałam ten wzrok...."co za kosmos a nie grzywka!"

- Tak będzie najlepiej....





Deszcz zmoczył przebiegłe moje plany, by matkę wysłać do przedszkola po dzieciaki. Pojechałam zatem sama. Dzizas, z tym fryzem......
Dzieciaki się ubierają, a ja sobie paplam to z jedną matką to z jakimś ojcem. Zapakowałam Młodych do auta i pojechaliśmy do domu.
Wysiadka na parkingu i .........AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!! nie obiłam karty elektronicznej wyjścia!!!! A Kurczęta moje się rozbiegły....
Pozbierałam, wpakowałam z powrotem do auta i pojechaliśmy jeszcze raz do przedszkola.

Głowę kiedyś zgubię, ale dzieci nie zgubię. Sama nie dadzą się. Albo łapią mnie za rękę tudzież nogę albo w akcie desperacji, gdy odległość jest za duża, a ręka za krótka drą się:
- MAAAAAAAAAAAAAMOOOOOOOOOOOOOOOO!!!!!
i biegną jak po złoto olimpijskie.
A w nocy, po ich krzyku, spadają gwiazdy z nieba :P

Roztrzepanie. W sumie T jest też nie lepszy. Wczoraj zapytał się co na obiad.
- Co mnie to? Rób co chcesz.......- warknęłam i zaszyłam się w porządkowaniu książek.
- Ty jakaś pogięta jesteś ostatnio, wiesz?! - rzucił słowem i znikł z horyzontu.
I dobrze, nie dostał książką.
Trzask lodówki, wzdychniecie, komp - po pół godzinie woła:
- Obiad gotowy!!!
Zapiekankę zrobił.
- Hm nie miały tu być pieczarki? - zapytałam, bo wcześniej luknęłam w kompa podglądając co też chłop planuje.
- Ty robisz sałatkę z tuńczyka bez tuńczyka to ja mogę robić zapiekankę bez pieczarek.
- Aha, no dobra.

Dzisiaj wieczorem dalsza część czytania Drobno ustrojów. Książkę, którą znalazłam na półce, o której przypomniała mi  Kumpela :).

Ja nie wyrabiam przy tej książce.

Ale Syn mówi :
- Czytaj. 
To czytam.




"Drobne ustroje" to zbiór krótkich opowiadań o warszawskiej rodzinie z tamtych czasów. Komizm odrobinę wywietrzał, natomiast niewątpliwą atrakcję stanowią ciekawostki obyczajowe. Gruszka to atrakcyjny deser, którym szantażuje się dzieci, żeby zjadły zupę. Remanent polega na tym, że trzy sprzedawczynie siedzą na ladach i robią sobie manicure. Mieszkańcy stolicy trzymają w piwnicach świnie, króliki i kury. Posiadanie psa uznawane jest za ekstrawagancję i marnotrawstwo. W Polsce nie ma Katowic, jest Stalingorod. Jedni obchodzą Gwiazdkę, inni Nowy Rok. Choć autorka pokazuje tamte czasy w śmiesznym zwierciadle, czytanie o nich niekiedy budzi dreszcz. Życie chłopców nie ogranicza się wyłącznie do przedszkola. Odwiedzamy ich również w domowych pieleszach. W rodzinie Janka i Andrzejka każdy ma ściśle określone obowiązki. Gros zadań przypada na mamusię. Wszelkie zmiany wywołują panikę: "- A kto ugotuje obiad? - Tatuś. Tatuś spojrzał wzrokiem przerażonym."[4] Ojciec jest natomiast strażnikiem ideologicznego płomienia w domowym ognisku. Do znudzenia czyta potomstwu "Baśnie narodów Związku Radzieckiego" i książeczkę o koziołku, co wpadł do studni w pegeerze, a potem go wyciągali zetempowcy, choć chłopcy domagają się "Kaczki Dziwaczki". To nie zmienia faktu, że Janek i Andrzejek zadają czasem kłopotliwe pytania: "Mama, czy przed wojną było niebo?"[5], a poza tym nie wszystko daje się wyjaśnić szkiełkiem, okiem i zgęszczonym powietrzem. Metody wychowania znacznie różnią się od aktualnie obowiązujących trendów. Progenitura jest bardziej samodzielna, nikt się z nią nie pieści. Już przedszkolaki wysyłane są na kolonie, nawet nad morze, na których obowiązuje zakaz odwiedzin przez rodziców. Nie zmienia to faktu, że niejaka pani Buraczkowska pojechała tam potajemnie, cały dzień siedziała w krzakach i obserwowała swoją pociechę. "Drobne ustroje" nie są bynajmniej hymnem o macierzyństwie lub tacierzyństwie. Ojciec Janka przytacza francuskie przysłowie: "pierwszą połowę życia marnują człowiekowi rodzice, a drugą - dzieci"


http://lekturylirael.blogspot.com/2011/10/peerelowski-mikoajek-raczej-dla.html




Nie, no muszę iść do fryzjera, bo jak nie daj co, tfu, tfu, tfu, położą mnie w łóżeczku szpitalnym to będę wyglądać obłędnie. Tylko koszuli nocnej będzie brakować do wyglądu rasowej wariatki ....



Czekolada i lody na takie coś to za mało.
Dobrze, ze mam orzeszki .........







bo plan musi być







Rano dzieciaki znowu wstały bez zapału. Ostatnie dni przedszkola i ostatnie resztki energii.
- Wstawaj Młoda!
- Nie jestem Młoda!
-To kim jesteś?
- Star Wars!!!

Rozmówki poranne trwały w najlepsze. Młoda miała fazę.
- Nie będę zakładać butów. Ty mi ubierz.
- Nie, zakładaj sama.
- Dlaczego?
- Bo jesteś duża
- Ty też jesteś duży!
- Młoda!!!!
- Jak mówię "nie" to znaczy "NIE"!

T się poddał, bo nie było czasu. Założył córce buty. Młoda z miną zwycięzcy pognała po torebkę. Była gotowa. Oto Kobieta!

Syn zaś nie dołożył żadnego słowa do porannego zamieszania. Milczący zakręcony cień śpiący na żywca. Tak się zakręcił, że zapomniał wziąć plecak z ręcznikiem i kąpielówkami. Dzisiaj dzieciaki idą na basen. Szedł bez zapału. Jak zwykle. Malkontent jeden. Taki wiek. Jakiś dziwny.
A w sobotę pewnie będę z nimi szła na basen, bo będą chcieli zjeżdżać, pływać i co tam jeszcze. I będę wysłuchiwać, ze pływanie to jednak kapitalna sprawa

Pojechaliśmy po wyniki. Z obojętnością. Będzie co ma być. Zero nastawienia na cokolwiek. Zasnęłam w aucie. Jak dziecko.

Patrzę, patrzę, hmmmm, ooooo. Uśmiech na twarzy. Nie są złe.
Nie wiem co to znaczy.

"Uszkodzenie śródłąkotkowe rogu tylnego łąkotki przyśrodkowej. Śladowa ilość płynu w zachyłku nadrzepkowym oraz w przedziale środkowym stawu kolanowego".
Reszta ok!!!!!





 Kolano to bardzo złożony staw. Bardziej niż stawy rybne. Tam wiadomo co jest - ryby, a kolano to raczej ocean.




Hm, główka zaczęła pracować. Mózgownica jest jak komp - wystarczy trochę danych i zaczyna się proces przetwarzania. Na własną modlę.

Czyli co? - wyrównać pilnikiem, odessać płyn, rower, może prochy na coś tam, wspomagające - kolano gotowe. Hm.... 2 tygodnie, powrót do pracy. Wypowiedzenie. Wolność. Wypad wakacyjny. Kasa za kolano. Remont pokoju dziecięcego. Życie bez obciążeń. Jasne. Wolne. Własne.
Jak będzie? Nie wiem.
Jutro wizyta u ortopedy. Mam nadzieję, że wyjaśni mi wszytko.
Zabierze ból, odda zakres ruchowy.
Przywróci życie.

Kurczę, tak sobie myślę, wolę siedzieć w dole wiedząc, że jest to dół i szukać drabiny, nory, by wyjść, uciec.
Wolę dół  niż żyć w zawieszeniu, na obłokach niepewności - strach zrobić jakikolwiek krok, by nie rozwalić się jak tupolew.
Choć gdybym miała skrzydła to co mi tam, gdzie jestem. Ale aniołem nie jestem. Oj nie.
Człowiek nogi ma i to dwie, więc potrzebuje podłoża, by móc iść.

Odpaliłam kompa. Zrobiłam kawę. Napiłam się kawy. Piję, krzywię się, piję, krzywię się, pije, ale jestem twarda. Co to za kawa? myślę sobie, krzywię się i łyk. Onet i kawa i czekolada na zabicie smaku kawy. Kurde, naprawdę paskudna! Co to jest?! O! BLEEEEEEEEE!!!!!

O Związki Zawodowe w końcu może zrobią rozpierduchę. To dobrze. Jak komuniści przesadzali ludzie zbratali się w Solidarności. Teraz Tusk robi sobie co chce i wciąż cisza. Dajemy się rolować na maksa. Czas z tym skończyć. Ludu na barykady!!!

Kurde, czemu nie popatrzymy w stronę Islandii. Mieli dół. Wylali się na Unię i wszystkie inne kumoterstwa bankowo-przemysłowe. Postawili na siebie. I psze. I git jest. Weszłam na portal z pracą. Po rusku. O, uff jest polski.

http://www.eures.praca.gov.pl/zal/warunki_zycia/islandia/zycie_i_praca_w_islandii.pdf

https://ec.europa.eu/eures/

To przez kawę
Tfu, !!!
Fujasta jak nic. W połowie kubka wymiękłam.
Poszłam do kuchni wylać to coś i wtedy doznałam olśnienia!!!!
Rzuciłam się na czajnik elektryczny, niuch nosem, niuch-  No tak!!!!

Zadzwoniłam do T.
- Hasło: czajnik,  mówi ci to coś?!
 - Nooo, odstawiłem z kuchenki na miejsce w obawie ze podpalę pod czajnikiem gaz, a co?!
- I nie myłeś go, co?
- Nie, a co?!
- A nic. Właśnie sobie zrobiłam kawę z octem!!!!
- Uuuuuuhahahahaha

Czajnik został zapomniany do dziś- kiedy zrobiłam sobie kawę z octem.
Nie polecam. Zdecydowanie nie polecam.
Chociaż niektóre kobiety sięgają po ocet by schudnąć. Ale tak działa chyba ocet jabłkowy.

http://www.zeberka.pl/art.php?id=6951



Otworzyłam kalendarz. Dość motania się. Z głowy zrzuciłam balast pamięci. Jest tego trochę.
Nadal obserwujemy gulkę w buzi Młodej. Nie rośnie. Jest dobrze. Wizyta dentystyczna -lipiec.

Komisja lekarska w sprawie nogi syna - zapisana. Dostanie kasę za cierpienia. Niech ma. Zapisać - laryngolog - Koniecznie.

Moje terminy - bla , bla bla bla. ........bla.
Bla. Tu zadzwonić, tam być, napisać, zrobić. Bla, bla, bla...
Wrzesień - joga, angielski. 
A co tam.
Jak chce się być kwiatem to trzeba rozwijać się.


Grunt to mieć plan.
Choć spontan to kapitalna rzecz.
Ale nie we wszystkich aspektach życia.
Plan musi być. I koniec.
Bo plan to miska życia, spontan to sałatka a Towarzycho jak sos.
A los miesza! :)


O! :)







Tyle, ze serce nie złamane. Na szczęście.
Jeszcze by mi do tego korowodu rozwodu brakowało!
A jednak zawsze może być gorzej, więc może lepiej cieszyć się tym co jest?!

Ta huśtawka doprowadza mnie ......grrrrrrr.....ech....



wtorek, 25 czerwca 2013

Gra w klasy

chłopaki graja, rewela! :D


Rzadki to widok na podwórkach. Ale jak cieszy. Kto z nas nie skakał? I ach te kłótnie o linie. Rzut kamieniem, skok. Czekanie na swoją kolejkę.
Rzadki to widok, bo dzisiaj dzieciaki siedzą najczęściej po domach. Nie ma band latających jak za moich czasów. Kto wtedy chciał siedzieć w domu?! NIKT!
Jak odzyskam kolano to też poskaczę! Mam z kim, hahaha
Nie wiem jak książka, bo nie czytałam :P. Ale podobno warto.
"Gra w klasy", najsłynniejsza pozycja w dorobku Julio Cortazara, to "zabawka dla dzieci starszych" - autor daje klocki, a sam staje z boku i patrzy, co czytelnik z nich ułoży, zmuszając go tym samym do współdziałania. Powieść ukazała się w Polsce w roku 1968, stając się niemal z miejsca - i na długie lata - biblią ówczesnej młodzieży
Teraz z synem rzucam piłką do kosza. Na razie rzucamy, bo jakoś tak nie mogę biegać. Nie wiem czemu. Trenuję z nim też kozłowanie. Dla Starszego jest to nie lada wyzwanie.
A ja swoim kozłowaniem robię w konia dzieciaki. Uwielbiam z nimi się droczyć.
Kosz, siata - moje ulubione sporty. Kurczę, w końcu  mam wreszcie z kim rzucać! Fajna sprawa mieć dzieciaki.
Nie mówiąc, ze w zeszłym roku syn połknął bakcyla w badmintona. Co też mnie cieszy.




Młoda od trzech dni zadaje pytanie:
- Mamo a kiedy pojedziesz do sanatorium?
Albo:
- Mamo, ja chcę byś pojechała do sanatorium!
Dlaczego?!
Bo Młoda chce wyjechać. Chce jechać na wycieczkę. Chce wyjechać na wakacje. Bo tam było fajnie. Bo Młoda lubi jak coś się dzieje.
A na razie nic się nie dzieje. Stan zawieszenia.
To też mnie przygnębia.
Kuzynka dzwoniła, i to spod samych Taterek:
- Przyjedziecie?!
- Pewnie, tylko nie wiem kiedy.
Ciocia też dzwoniła:
- To jak z tym Kazimierzem?!
- Wciąż nie wiem ....

Co roku miałam plan na wakacje. Wyjazd już od wiosny zaplanowany. Teraz - jesteśmy gotowi w każdej chwili myknąć, ale ...ale jutro wszystko się okaże.
Już jutro ...
Cieszę się. Niech to wszystko się kończy, albo zaczyna na dobre zakończenie.
Mam wciąż nadzieję, że to tylko pierd utrudnia mi ruch sprawiając ból. Ze wystarczy go tylko usunąć i będę mogła biec.
Chcę powrotu do normalności.
Bo to nie jest normalne, że jedną nogą mogę kopnąć się w zadek, a druga zgina się tylko do kątu prostego.
Porażka normalnie. I to totalna porażka.






 Jedna zgina się do tyłka   (obrazek wyżej),
a druga do kątu prostego  ( obrazek poniżej -jak ta noga oderwana od podłoża)



















środa, 20 lutego 2013

prasowanie

Prasowanie jest tą czynnością, która zabija bądź uwalnia proces myślenia.
Tak sobie myśłałam o synku i jego fascynacji liczbami. Pomyślłam też o sobie.
I tak sobie pomyślałam, ze może synek wymyśli domowy sposób na odsysanie tłuszczu.
W końcu wszystko da się sprowadzić do liczby, i wszystko podobno składa się z atomów. Kurde, a na pewno istnieje zapis matematyczny atomów!
Neciu, neciu i mam!
Występujące w atomie elektrony znajdują się w ściśle określonych stanach. Stany te są określane przez liczby kwantowe. Wyróżnia się cztery rodzaje liczb kwantowych:

 Kabina prysznicowa spełniałaby formę domowego gabinetu odnowy biologicznej. Żeby oddessać tkankę trzeba poluzować atomy, a potem odeseparowaną grupę zdetronizować.

Szybko, pięknie i bez bólu.
Hm, poluzowanie atomów człowieka byłoby wstępem do przeniesienia się w czasie albo teletransformacją.
Tylko trzeba od nowa dobrać się to teorii Einsteina, hahahahahaha

Jednak wiele istniejących teorii pokazuje, że nie można ich wykluczyć. Szczególna teoria względności czy ogólna teoria względności (obie autorstwa Alberta Einsteina) pokazują, że odpowiednie geometrie w czasoprzestrzeni albo szczególne rodzaje ruchu w przestrzeni kosmicznej mogą umożliwić podróże w czasie, jeśli spełnione zostałyby odpowiednie przesłanki. Obserwatorzy zauważają jednak, że fizycy formułując swoje teorie, unikają używania fantastycznej terminologii, dlatego rzadko odnajdziemy w ich pracach pojęcia takie jak: podróże w czasie czy wehikuł czasu.

No, kurczę .....


; P




Yin i yang!


Wszystko fajnie - ale ład i spokój ....u nas?! Hm......chyba po transfuzji krwi i to obojga:)

Wczoraj byliśmy na spotkaniu informacyjnym w szkole. Dzieci zwiedzały sale, a nam przedstawiono ofertę edukacyjną. Piękne słowa i idee. Zobaczymy "w praniu". 

- Chce sam chodzić i wracać do szkoły! -stwierdził po raz n-ty  Starszy - to siara być odprowadzanym.
Proszę, proszę, dwa zęby kolesiowi wypadły i wyrosła bestia. A zaczyna cwaniakować, oj.

Synowi spodobała się szkoła. On już może iść, bo przedszkole jest nudne. A rok temu?
- Szkoła jest głupia, chce do przedszkola.
Nie chciał słyszeć o szkole. Ani słowa. Nie i nie i nie!!!! Kategoryczne NIE! no NIE i już!!!

A co by było gdyby musiał pójść?! Może zaadoptowałby się, a może zraził. Nie wyobrażam sobie, by dziecku fundować jazdę emocjonalną w imię obowiązującego prawa. 
Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać.
Córka niestety nie będzie miała wyboru.

Dzisiaj mam kolejne spotkanie, tym razem w przedszkolu. No mega. Ale jestem karnym rodzicem- grzecznie chodzę jak trzeba. 
Przy okazji ustalimy z matkami czy chcemy, by nasze dzieciaki poszły w swojej grupie do jednej klasy.  Dyrektorka szkoły mówiła, że weźmie to pod uwagę, jak zapiszemy kto z kim chce być, aczkolwiek z doświadczenia pedagogicznego nie poleca. No, ale w końcu całej grupy przedszkolnej nie chcemy przenieść. Jest ich tylko 7 wspaniałych.
Fakt, że dzieciaki szybko potrafią się zintegrować, zaprzyjaźnić, ale skoro już w domu zaczyna się:
- Ja chce być z .........(i pada lista imion)
to co można zrobić?!
I syn nie jest wyjątkiem - jest 7 takich głosów!!! Trudno być głuchym. Więc w swoim gronie zrobimy za i przeciw. Narada druga-tajna.

Rozmawiałam z synem na temat zajęć szkolnych. Nie chce zajęć sportowych,
- Że co? Kopać pilkę? To głupie.
 Ucieszył się, za to, że liczenie będzie. 
Kurde, zamienił się w synka tatusia!!!! Kiedy?!!!
- A wiesz, ze jest liczba kwadrylion? Tata mi mówił.
Matematyka matematyką, a sportu i tak mu nie daruję. Nie ma takiej opcji.
T stanie będzie mózgiem, a ja ciałem. Nauka i sport. Idealnie.
T jest umysłem ścisłym, a ja ....bajki mogę opowiadać.
Yin i yang!


Wczoraj dzieciaki zagadałam do snu.  Na prośbę synka o Himalajach i o Yeti na prośbę córki.
Nic tak nie zabija jak niewinne, dziecięce -dlaczego? Potrafią tym zaplątać zwoje w jeden supełek. Aż do oblania potem. Jak na ringu - grunt to opanować sztukę uników. By nie paść znokautowanym"daczego".


Rano dzieciaki znalazły powód do wydarcia ryjków, co uczyniły to z pewną radością w głosie:
- Ja to znalazłem pierwszy!
- Nieeeeee!!! ja  to znalazłam pierwsza!
- A wcale że nieeee!!, bo jaaaaaaa!!!!!!!
-NIIIIEEEEEEE!!!!!! JAAAAAAAA!!!!!!!!
- Nie klóć się zasmarkana marudo!

Zasmarkana marudo? -nowość.
To sobie potrzeszczeli. Nie doszło do wojny to nie wtrącam się.

A mi za to potrzeszczało w kolanie od kolejnych ćwiczeń. I zatrzeszczało z bólu.
Mam dość. Chcę swobody ruchu!
Kiedyś jednak skończyć się to musi. O! Zimie podrzucę kule, jak będzie odchodzić.Niech idzie sobie z nimi gdzieś.

Znajomi twierdzą, ze nie dane mi będzie umrzeć śmiercią naturalną. No nie wiem, nie wiem. Zakrętasem jestem, ale z dużą dozą szczęścia. Pożyjemy zobaczymy. Ale i stąd ten blog. Piszę, póki żyję.
Ha, ha, ha...
I to rękoma! A nie nogami! Zawsze może być gorzej, więc dobrze jest jak jest.






poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






o worku

Życie jednak nie trwało za długo. Czas wspólnej zabawy został zakłócony przez brak swobody ruchu. Nie znoszę ograniczeń. I trafiło mnie. Ta kontuzja dobija mnie. Masakrycznie. Zawiesiłam pysk na płocie "jest do dupy" i poszłam się zaszyć. W książkę.
Walka kogutów- obrzydliwość. Ale każda kultura ma coś na sumieniu.

Popołudniu wpadła rodzinka. Rodzinka przyjechała w sobotę i zatrzymała się u mamy. Pędzą znad morza w góry. Przystanek -my.

- Cześć kaleko rodzinna. kiedy przestaniesz się psuć?W góry musimy jechać.
- No to dawajcie mi ten wór!!!
- Wór? Jaki wór?!
- Noooo, wór szczęścia, hahahahaha. Nie przywieźliście?!

Fajni ludzie. Spotkaliśmy się 4 lata temu nad morzem  i  do tej pory miłość wzajemna trwa. Widzimy się gdzieś na wakacjach. Nowa tradycja stała się starym zwyczajem.Więc starym zwyczajem może i tym razem spotkamy się na szlaku. Wujostwo rzekło, że koniecznie musimy temat przemyśleć, bo jestem motorem napędowym i ich przegonię. Jasne, hahaha. Najlepsza opcja - razem na 2 tygodnie. Pole biwakowe obowiązkowo! Kusząca wizja kuszącego towarzystwa.

Starszy wpadł w opętanie. Dostał tela i pyka. Nie miał czasu by  pożegnać się z wujostwem. Nie oderwał głowy, ani oczu od gry, a grając jedną ręka wystawił drugą na "cześć", a potem nadstawił policzek tzn przechylił głowę i "całujcie mnie". Zero zainteresowania światem- wsiąkł w grę.

Bez oderwania głowy - zegna się. Głowa otrzymała kazanie


- Hahahaha, ale agent - uśmiało się wujostwo -jak nasz wnuk.

 No tak, miły jest, w końcu mógł w ogóle nie wyjść.

Do zobaczenia za 2 tygodnie!




poniedziałek, 11 lutego 2013

porankowo

Szokujący poranek dla dzieciaków. Trzeba wstać! Godzina 7.00. Godzina zapomniana. Nieludzka. Dzieciaki wypadły z dawnego rytmu - pobudka była o 6.30 i pól godziny na wszystko: ubranko, siusiu i zęby. Całkiem nieźle sobie radziły. Wszystko trafiło po moim wypadku.Nastąpiła odwilż.

Słowa: wstawajcie, pobudka! -uruchomiło marudzenie, jęczenie, umieranie. "A ja nie chcę" goniło "a ja nie chcę". A mnie gonił pośpiech - czekała na mnie rehabilitacja, lampy, godzina umówiona. Co jak co, ale nie znoszę się spóźniać.
Pobudka otworzyła dzieciakom oczy, ale uczyniła ich głuchymi. Ani prośby, ani żarty ani zdecydowanie w głosie nie docierało do żadnej z półkul mózgowych. Nic! Piana na pysku zaczęła mi się toczyć.
Byłeś siusiu? Byłaś w toalecie? Ząbki umyte? Milion przypomnień przeplatanych z odwiecznym "zaraz", "za chwile", "nie chcę", "nie umiem" ", "a muszę?"

Potrafię być cierpliwa, ale i potrafi mnie trafić. Ułomność natury ludzkiej w całej okazałości. Niestety.
Dzieciaki chyba wyczuły, że rodzi się we mnie bestia. Pozbierały się jęcząc w klimacie, "przedszkole jest głupie, my chcemy być w domu". A ja liczyłam do 10-ciu, mruczałam coś pod nosem: Kobieto, lajt, to są Twoje ukochane misie, lajt, luuuussss.......

Jakoś udało się przebrnąć przez pierwszą część tego dramatu.
I nadszedł ten moment. Moment wyjścia. Akt II -Moment wkładania butów. Moment w którym wszystko pękło.
W córuniu obudziła się baba. Rasowa baba.
- Tych nie chcę, chcę tamte - zaczęła jęczeć i kopać niechciane buty dla wzmocnienia swojej awersji wobec nich.
- Ale tamte są za małe na ciebie, wyrosłaś z nich, paluszki będą cię boleć - wycedziłam, kurde, że też ich nie wyniosłam, grrr -Nie kop butów, to nieładnie. Uspokój się, PROSZĘ!.
- Nie, nie są! Chcę te!!!  Są dobre. Chcęęęęę.....
I buuuuuuuuuuuuuu. Płacz. Histeryczny.  I nie daje założyć sobie butów. A tamte naprawdę są za male.
Parę minut przepychanek słownych i tłumaczeń. I nic. Kolejne parę minut minęło. W sumie minęło już od pobudki prawie 60 minut! Godzina!!!! Syn w tym czasie nagle zapomniał jak ubiera się kurtkę. Gdzie czapka? Poza -a w ogóle o co chodzi? Mamy iść?! Bunt w full wersji.
"No pewnie, dawaj synek czadu, bo co? bo tylko Młoda ma świrować". Zęby zaczęły mi zgrzytać.
Zagotowało się we mnie. I nie puściło.
Niestety.
Mogłabym powiedzieć, ze jestem tylko człowiekiem. Że w każdym jest jakaś cząstka zła. Ot taki mały granat. Który wybucha, gdy ciągnie się za długo za lont, za zwój nerwów, jeden kłaczek. I buch. bach. Eksplozja.
Nie uderzyłam Młodej, nie, nie, nie. Ani syna. Ani T.
Podniosłam,a raczej wyrwałam z podłogi aż pod sam sufit swoje słoneczko małe, które zamieniło się w małego potworka i jak nie ryknęłam:
 - Cholera, czy ma mnie w końcu szlag jasny trafić? CO?????????????!?!!!!!!!
Córka wpadła w większy płacz, ale ubrała buty. Syn nagle znalazł wszystko i nie miał juz żadnych problemów.
Ludzka twarz to twarz i bestii. Cholera, a myślałam, ze jakoś udało mi się opanować opanowanie.
Aniołem nie jestem. Niestety.
Są granice, których nie powinno się przekraczać.
Szlag.
Pozostaje niesmak. Nie zmieni go nawet pasta do zębów.
Ataki złości rodziców pamiętam jak dziś. Wiem jak krzyk boli.
A jednak emocje poszły swoją drogą.
A kiedyś człowiek dzieckiem był.
Kochana mamusia wyszczerzyła kły. A nie tak powinno być.
A jednak ...
...ja też muszę opanować poranki od nowa.
Czas na ponowne oswojenie.



Powrót do życia. Gonitwę czas zacząć.
Na lajcie.
Luz.
Bo nie ma co gonić.



sobota, 9 lutego 2013

loża muppetów

Wczorajszy wieczór. 2+3. Dwie flaszki na trzy osoby. 2 + 3 = 5. Dyskordiańskie „prawo piątek”-jednym słowem klimat illuminacki. Po prostu oświecało nas za każdym toastem. Czasami jednak warto zmienić tok myślenia. Dla zdrowia psychicznego.
Rozmowy Grey, Sade. Z literatury do seksu. Biedny T wysłuchał gadek "ryczących 40-tek". Trzeba powoli przyzwyczajać się, ze niedługo będzie to juz tylko temat do rozmów. 40 lat minęło migiem, więc kolejne pewnie jeszcze szybciej zleci.
A potem alkohol obudził we mnie narkolepsję. Zasnęłam w trakcie rozmowy. Zdarza mi się to coraz częściej. Tak odpłynąć. W starość. Czterdziestka poważny wiek - nie ma to czy tamto. Godzina 21.00 lulu, a nie biesiadowanie Bóg wie do której.

Rano obudził nas syn:
 - 11x17 to 187? 
 - Synuuuuuuuu, litości! moja głowa .. 
- Tak, a skąd wiesz? - zapytał T.
 - Bo puzzle ułożyłem i rzędy policzyłem. Ale 1x50+1x60 to 110?

Schowałam głowę pod poduszkę wyrzucając chłopaków do kuchni. Niech sobie liczą, ale daleko od mojej głowy. Nie dane było mi pospać, drugie tup tup i coś na mnie wlazło.
 - Kocham Cie mamo! - córka.

 Życie płynęło spokojnie czasami przerywane krzykiem udręki. Cwicze nogę. A ona opuchnięta.

Hahaha, prawe kolano jak ryjek Freda -Jaskiniowca .


Cholera, nie wiem co robić. Ćwiczę. Kąt prosty i tyle, żadnego dalej. Nie ma postępów. To dołuje.
A syn sobie skacze.Pokazał mi z jakiej wysokości. Poprosiłam by nie robił tego na moich oczach, a najlepiej zaprzestał takich skoków.


Wpadł do nas M., kumpel syna. Starszy wciągnął go w gry.
- Dawaj tutaj i będziesz miał amciaka - z ekscytacja w glosie syn instruuje kolegę. Amciak w jego języku to strzałka.
- Dobra. O rekin zjadł. Niedobry.
 -Nooo....

 M znudzili się gierki, i zaczął biegać z Młodą. Rzucali piłką w siebie. Gonitwa szalona. Krzyk, śmiech.Naprawdę świetnie się bawili razem.
- Ty psychopato! - Młoda krzyczy śmiejąc się przy tym.

Nóż wyleciał mi z ręki. Zobaczyłam inne oblicze córki. Kurde, co to za tekst? Naprawdę zaskoczyło mnie to. Nie wiedziałam, ze zna takie słowo. Pewnie wiele nie wiem. Niewiedza czasami uszczęśliwia.

- Wiesz co? Tak sobie myślę, że to musi być niesamowite uczucie widzieć swoje wnuki... -rozmowa przy kawie. Kawusia musi być. I wafelki.
- Pewnie tak.
- Czujesz to? Kurcze, niedawno Młoda ciągnęła cyca, a za chwile sama będzie mleczarką. Obyśmy mogli tego doczekać
- Daj spokój kobieto, jeszcze dzieciaki stałych zębów nie maja a ty  masz już wizje.
- Jejku, pogadać sobie nie mogę? No co? Czy przeraża cie wizja, ze twoja mała córusia trafi w ręce takiego zboka jak ty?
- Głupek.
- Kochanie, całe życie. I dopiero teraz na to wpadłeś?!

Komarowo. Przekomarzanie się - część rytuału dnia codziennego. Drętwo będzie w trumnie, a tak - zabawa niech trwa. My jesteśmy jak dziadkowie z loży Muppetów. Ha, ha, ha ...








czwartek, 31 stycznia 2013

zawirowania




Młoda przybiegła krzycząc:
- Wstajemy!!! Ptaszki śpiewają za oknem, podnosimy rolety do góry!
 - Ale to ptaszki wstały a my możemy spać.
 -Nie, nie możemy, Wstajemy!!!!!!!
 Energia dziecka kontra zastygniecie starczych kości. Bez litości, serca, zrozumienia. A potem budzik dobił.

Musiałam stawić się na wezwanie do pewnej instytucji. Wchodzimy do głównego budynku, pytam się ochroniarza, gdzie jest ten pokój.

- Musi pani stad wyjść, tamtędy przejść do drugiego budynku i wejść na pierwsze piętro.

Więc w tym deszczu, po tych resztach śniegu idę o kulach. Poranny spacer pełen schodów.
Drugi budynek,o jest winda i pierwsze piętro a na drzwiach pokoju kartka - W dniu dzisiejszym prosimy udać sie do pokoju nr ...w głównym budynku.

O w mordę!

 - Jak kiepski żart - mówię - hehehehe. Lem się kłania, obłęd pokoi i korytarzy, matrix urzędniczy, nie mogę...i jak ma mnie szlag nie trafić?

- Proszę iśc za mną, pokaże pani łącznik do głównego budynku, będzie prościej i nie będzie pani moknąć. -za plecami naszymi pojawił się ochroniarz

 - Dzięki wielkie.

Byliśmy pod wielkim wrażeniem. Oto w urzędzie spotkaliśmy człowieka. Więcej - spotkaliśmy pożytecznego ochroniarza. Pierwszy cud dnia. Cudownie.
Potem okazało się, ze nie musiałam przyjeżdżać -mogłam zadzwonić, przesłać dokumentację. Jasne i naskrobać marchewek do zupy.

Mieliśmy dylemat, hahaha - miejsca parkingowe - miejsca dla inwalidów - hm, w końcu mam problemy z poruszaniem się i to widoczne, ale nie stanęliśmy. Ciekawe czy wolno czy jednak obowiązuje papier.
W moim przypadku jest to jak kuszenie losu-obym jednak nie musiała korzystać z tego rodzaju przywilejów.
Tfu, tfu, tfu....

Czytałam dzieciakom książkę o Scoobym Doo, zadając od czasu do czasu  pytania:
 -Młoda policz, ile jest potworków.
- Jeden, dwa, trzy ... - córka policzyła do dziesięciu.
- Pięknie! A jednak umiesz liczyć do 10-ciu. Policzysz jeszcze raz?
- Nie, nie umiem. Już zapomniałam.
I koniec rozmowy -nie to nie  i basta.
Nie wiem, zapomniałam brzmi jak lagodna wersja -spadaj, nie mam czasu.
Za to:
 - Maaamuuusiuuu .... - to jest ciężki kaliber wytaczany do uzyskania jakiś rarytasów, przywilejów.
Sama słodycz i niewinność. Bestia emocjonalna normalnie
A nastawianie ucha to klasyka:
 -....no i wiesz, ze jak zjeżdżałem to wyrżnąłem głową w śnieg - synek opowiada babci przez telefon.
 - ................
 - Nie, nie płakałem.
- Chłopaki nie płaczą - krzyknęła Młoda z innego pokoju, wtrącając swoje 3 grosze.
Co za słuch. Radary nieustannie pracują, nie zależnie od toczącej sie zabawy.
Nie mogę o tym zapominać, nie mogę o tym zapominać, ale cóż, jak po raz kolejny pierdyknęły kule nie powstrzymałam sie od kurwa.
Cholera....

Montuje obiad w kuchni, dzieciaki coś tam robią. Piękna cisza.. Nagle krzyk Młodej. Wyrwałam w tempie mistrzowskim. Młoda stoi przed drzwiami toalety i drze sie w wniebogłosy. Myślałam, ze palce przytrzasnęła a ta duka między łzami:
 - Bo ja ygh ech ygh się yhg egh ygh zsikałam .....buuuuu ......się ......
Faktycznie - wygląda jak syrena na brzegu oceanu. Niezly sik. I numer -nie pamiętam, kiedy ostatni raz miała taki wypadek.
- No i co! Nie płacz, idziemy się myć, przebrać. W czym problem?! 
- bo....buuuuu bo  ygh buuuu ja przepraszam.
- Spokojnie, zdarza się.

Jak jest zmęczona to potrafi włączyć taki lament, ze oszaleć idzie. Spokojnie, Arte-wdech, wydech, Bóg cie kocha. Nie oszalejesz, nie krzycz. Oddychaj.
Synka poprosiłam o o pomoc, by wytarł ślady po ślimaku.

 - Ślimaku????
 - No, spójrz na podłogę, Młoda swoimi mokrymi spodniami zaznaczyła drogę jak ślimak.

 Dzieci kształtują charakter -opanować trzeba język i emocje. Czy jakoś tak, w każdym bądź razie pracuję nad sobą ciężko. Każdego dnia. Ha, ha, ha ... Czasami sama jestem z dwójką dzieci. I czasem wolałabym skoczyć na bungee niż być z marudami w domu.. Efekt ten sam - można posrać się po pachy, ale lot jest przyjemniejszy od dwóch dzieciaków, którym włączyła się opcja marudzenia bądź wzajemnej kłótni.
Sztuka jest nie spaść ze szczytu cierpliwości. Upadek zamienia człowieka w demona. A wówczas ...
Nie, nie chce być swoja matką.

Wieczorem rozbrykane dzieciaki nie chcą iść spać. W końcu ferie. Wymówek sto. A nam kończy sie cierpliwość. Kochane mordki, ale niech znikają już. Ciszy chcemy!!!!! Oto jak marzenia zmieniają się z czasem.
 -Sio mi spać, teraz jest nasz czas, czas na naszą randkę!
- To wyjdziecie gdzieś teraz?  -zapytał syn zdziwiony.
- Wyjdziemy? Gdzie? Dlaczego?
- No bo jak ma się randkę to się wychodzi.
-Słyszałeś ? - drę się do T -Twój syn ma mistrza, ucz się. Nie synku, taka domową sobie zrobimy, przecież nie możemy was zostawić....

Wyjść to ja mogę z siebie. Nie chce mi się pałętać nigdzie z tymi kulami. Choć teraz, jak robi się prawie wiosennie może i czas pokuśtykać. Co by ciało nadmiernie się nie rozrosło. Mały spacerek po czekoladę nie zaszkodzi.
















poniedziałek, 28 stycznia 2013

zjazd



Byliśmy dzisiaj na sankach. Młoda, pomimo młodego wieku, świetnie sobie radziła: sama zjeżdżała, sama wchodziła na górkę ciągnąc sanki. Dzieciaki śmigały, a T ulepił bałwanka. Bałwanek nie postał za długo, Młoda wjechała w niego. I po bałwanku. Ha, ha, ha ....
I oby weszło jej to w krew- jak wpadnie na bałwana niech go z nóg zwali i po bałwanku.


 Scooby Doo, Fred, Kudłaty,Velma, Dafne. Hmmm.....

- Synek, jaką wolisz dziewczynę mądrzejsza czy ładniejszą?
 - Ładniejszą - szybko odpowiedział.

Samiec okiem patrzy.
Na ten temat przeprowadziłam szybka rozmowę z T:

- Wy macie oczy, a my mamy mózg, wiec potrafimy docenić inteligencję.
- Mózg? Ty wiesz co to jest?
- To jest to coś co ja mam a czego ty nie masz, co wynika z twojego zdziwienia i co ja właśnie ci tłumaczę


T., dobry facet, zrobił i podał mi kawę, po czym kazał mi sie na nogi leczyć.


Pierwszy dzień rehabilitacji umieścił mnie w przedsionku piekła. Ból wyznacza granice. Granicę, która na dzień dzisiejszy wydaje się nie do pokonania.
A trzeba tyłek zacisnąć, bo bez imprezek dusza ginie. Ile można siedzieć w domu?! I to trzeźwym?!!.....hahaha


niedziela, 27 stycznia 2013

perpetuum mobile




T stwierdził dzisiaj, ze jestem perpetuum mobile przekleństw. A kto by nie klął?
Ale część niecenzuralnych słów utopiłam w łzach. Mieszanka bólu ze szczęściem. Uczucie dziwne, jakbym z chlewu wydostała się na chwilę na świeże powietrze.
Efekt 3 dni moich ćwiczeń.



Zgięcie prawie na 90 stopni, poprawa o prawie o 60 stopni. Kolano boli, ciągnie, ech... długa droga przede mną, ale jeszcze trochę i znowu będę mogła robić wiele rzeczy np. czytać w toalecie. Choć tyle na początek. Odzyskanie azylu początkiem odzyskania sprawności. A odzyskanie sprawności to droga ku wolności.
A potem z wc na podłogę. Magia klęku. Hahaha....Nie mówię o myciu podłogi czy też modlitwie. Oj  nie, nie. Mówię o .... o znajdowaniu rzeczy pod szafa, hahahaha.

Córka zaczęła częściej zerkać na Tajemniczą Spółkę niz na Klub Myszki Miki. Dzisiaj czytałam jej ksiazki o Scoobym. Co za mila odmiana. Różu i fioletu jednak nie chce zdradzić. Czekamy cierpliwie.
Syn wrócił z kolejnych urodzin kolegi z przedszkola. Sezon "7" rozpoczęty. Ten to się rozbija po imprezkach.
I po gierkach.
- Patrz mamo tak to się robi!!! - i dumny myka po poziomach swoich, moich. T dołączył do szaleństwa.
Opętani gierkami. Wiosna koniecznie musi nadejść ...Czas na zmiany.



po wierze

Wizytacja księdza. Mamusia przed wyjazdem osobiście przyniosła gadżety co by nie było chały:
 - Tylko zapal świeczki, jak wejdzie ksiądz.... -złote rady mamusi. Dobrze, że mówi, bo oczywiście nie wiedziałabym jak żyć.
Kwestia wiary ...błysk myśli:
- Synu, a ty masz religie w przedszkolu?!
 - Mam
- Co? Naprawdę?! T, słyszałeś on ma religie w przedszkolu, ale jaja. I co wszystko rozumiesz?
- Nie.
- To dlaczego o nic nie pytasz skoro nie rozumiesz?
- Bo mnie to nie interesuje.

Wizyta. Syn otwarty, rozmowny:
 - A pan ksiądz był u moich dziadków! Pamiętam pana!
 Natomiast córka  zapakowała palce w buzię, zrobiła dzika mina,  i odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Ksiądz mnie zadziwił, mówiąc, że mnie pamięta z jakiś wcześniejszych wizyt. Milion lat świetlnych do tylu. Naprawdę zdziwiłam się. Ale podobno trudno mnie nie pamiętać.....hahaha.


Syn był na urodzinach kolegi. Cala chmara zleciała na dol do przedpokoju. Czas odebrania dzieciaków. Nasze miny, trojki rodziców, bezcenne.
-Wracamy z wojenki!!!
- Nastąpi zagłada świata!!!
- Jesteśmy świrniętymi wariatami!!!!
 - Hahahahaahaha.....-  śmiech przedszkolaków.
Naprawdę świry ...
W domu pytam się syna w co się bawili
- A wiesz, była wojna. S. się wkurzył i tłukł nas kręglami a my jego. Ale było fajnie.
 - I rodzice nie reagowali?!
 - A nie, tata zdenerwował się i S wygilgotał, a mama zabrała kręgle.
 - Aha. I uspokoiliście się?
 - E e,  ganialiśmy się po całym domu. Ale jestem zmęczony. Dasz pograć?

Synek grał na kompie, a ja z zazdrością patrzyłam jak mu fajnie sypie. Candy Crush. Fuksiarz. Krzyczy, ze jest najlepszy. A ja się mecze na poziomach. Ech...Pewnie niedługo mnie dogoni. No, ale dzieci powinny buc lepsze od rodziców.

Podziwiam zdrową nogę, jak się pięknie zgina. Perfekcja i niesamowitość ciała ludzkiego. Co za elastyczność. No cudo miód.
A ta druga?!
Nie wierzę, by dorównała zdrowej. Wydaje mi się to nie realne. Ćwicząc mam wrażenie, ze zaraz coś tam pęknie, niczym zapałka. Co za ból i opór...Dzisiaj był dzień wyjca. Wyłam jak opętana. Na orgazm. Ha! A co! Niech sąsiedzi nie myślą sobie  Bóg wie co.
Ułomność przygniata mnie. Jak można chodzić schodek po schodku, schodek po schodku. O kulach turlać się nie mogąc trzymać dziecka za rękę. Ani papierosa zapalić idąc. Mam dość. Znowu rzuciłam kulami. Czuje trochę żalu i złości, że stało się tak jak się stało.
Powinnam  dzieci uczyć jeździć na łyżwach,  postawić na stoku, a nie jak pizdencja siedzieć w domu. I jak pizdencja mazać się.
Ludzka siła wyrasta ze słabości. 
Więc niech łzy zamienia się w dzień odrodzenia się. 

Szampan na Diablaku i na pohybel wszystkiemu co złe. A precz!