Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

rozwałka

Ból kolana nie pozwala na sen. Jest 3.38. Szarpie, rwie, otwiera oczy. Mam dość. Siadam psychicznie.
T przyjechał z pracy.Wpadł na wieczór by być. Być ze mną. Nie prosiłam. Wyczuł.

Przyjechał też dla syna. Syn świetnie sobie radzi. Żałuje, ze do przedszkola nie może chodzić. Jest wesoły.
Najgorzej  wyszła matka. Pocieszamy ją. Ktoś też ją pocieszał:
- Proszę pani, przecież nic się nie stało. A co ma powiedzieć opiekunka, która zajmowała się 1,5 rocznym chłopcem. Chwila nie uwagi, dziecko zakrztusiło się. Jest teraz roślinką. Głupi przypadek ...

Małe pocieszenie, ale tragedia wielka. Zawsze może być gorzej.

Ból wyrywa. Czasem nawet wrzasnę. Przeszywa na wskroś.
Bomba wkręcona w imadło. Eksplozja. Mam dość.
Porzygałam się.
Obudziłam T
- Patrz, znowu krew......
Obudziłam T, bo już sama sobie nie dowierzam. Co jest?
Astma? Alergia? Gardło nie wyrabia? Pewnie tak ...


Dzisiaj rozmawiałam z "zakładem pracy". Wypełniają mi papiery do zasiłku rehabilitacyjnego.
- Pani to  zawsze taka energiczna,a tu ....

Debilne uczucie, gdy łzy same lecą. A lecą, bo tak czasami boli ....

Idę schować się w ramionach T. Wraz ze słońcem będę silna dla dzieci. Jak zwykle. Uśmiech, żart, lajt.


Ale są i takie właśnie noce ...kiedy wszystko wychodzi.




środa, 13 marca 2013

codziennik ik

By zasnąć i nie budzić się w nocy to trzymam oczy tak szeroko otwarte dopóki się da, a potem padam. Bez świadomości. Plus tabletki przeciwbólowe. Efekt piorunujący - nie budzę się już o czwartej w nocy.
Ech, co mi przyszło na stare lata......

Wczoraj padłam, zakopałam się w kołdrę i przestałam istnieć.  Z niebytu  wyrwał mnie nagle dźwięk. Co to?!  Zakopałam się mocniej. Nie łypnęłam nawet okiem. Do głowy zaczęły się przedzierać głosy. Jedna tabletka i taki odlot?! O Jezuuuuuuuuuuuuuuuu........

W końcu dotarło do mnie, ze mam dzieci. Że to córka. Poszłam do niej spać, bo "boję się", "stęskniłam się", "mamo, przytul".
Fajnie śpi się z maluchem. Sny stały się lekkie, kolorowe.....


Poranna wiadomość zadziała lepiej niż kawa. Syn  jednak weźmie  udział w olimpiadzie sportowej. Będzie jednym z pięciu reprezentantów przedszkola. Rywalizacja między wszystkimi placówkami z naszego miasta. A jest tych przedszkoli jedenaście.
Nie wierzę.
Mówił, ze odmówił i go poparłam. Dlaczego? Bo koleś nie wie na jakim świecie żyje. To filozof, a nie sportowiec.
Ale nie ma nic gorszego niż tracić wiarę w swoje dziecko. Więc super -muszę go przygotować, że to jest zabawa, tu start a tam meta, i bez medalu niech nie wraca .......hahahaha.

Swoją drogą to przez całą szkołę podstawową obstawiano mną wszystkie zawody sportowe. Nie dlatego, że byłam dobra, tylko dlatego, że nie było lepszych. Ha, ha, ha ...
Tutejsi "łowcy talentów" chcieli mnie brać do szkoły sportowej -koszykówka. Niestety, rodzice nie zgodzili się. Koszykówkę trenowałam na bazie szkoły średniej. Miałam nawet fanów. Przychodzili nawet na treningi. Potem się dowiedziałam dlaczego. Bo podobno fajnie cycki mi skakały.

Dzisiaj Trzynastego.......nie wychodzę, przytrzymam się Rolanda Topora. W taki dzień  czarny humor wchodzi wyjątkowo.




A muzycznie katuję:

Faithful Down, L.ame Immortelle -czad

https://www.youtube.com/watch?v=QFIVxB6jKpI

https://www.youtube.com/watch?v=JxmSL2kRDok


https://www.youtube.com/watch?v=A6gP16aMWto&list=PLB8E2B8B19E0C7C3A



https://www.youtube.com/watch?v=Vn3tp0pdOF4


https://www.youtube.com/watch?v=6nYW86UsZt0

etc ....;P









środa, 6 marca 2013

ignorancja




Noga dała mi tak popalić, że powiedziałam sobie:

- o! nie! tak nie może być!

Kolejna noc nie przespana. Ból, który z czasem miał znikać zaczął rosnąć w siłę. T mnie zarejestrował.

Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu i opowiedziałam mu swoją smutną historię:

- Ten  lekarz tylko krzyczał na mnie, nie mówił nic. Przychodzę w piątek na wizytę o kulach, a on kazał wyprostować i zgiąć nogę i stwierdził, że koniec leczenia. Nie było dyskusji. Mam odstawić kule, wracać do pracy, jestem zdrowa. Skoro tak mówi tak zrobiłam. W końcu to lekarz. W poniedziałek medycyna pracy- wiadomo -skoro ortopeda mówi, ze koniec to przeciwwskazań brak. Żaden z nich nie przyjmował wiadomości o bólu. To będzie bolało, ma prawo i koniec. Więc przychodzę do pana, bo po 2 dniach pracy wysiadam. Miałam dobre chęci i zawierzyłam lekarzom i czuję się wyrolowana. siadam psychicznie. Przerwano leczenie powypadkowe, ból został i co mam robić?!  Zostałam  na lodzie - z boląca nogą mam żyć?! Nie wiem w jakim jest stanie, nie wiem co jest przyczyną bólu, nie mam ani wiedzy ani rehabilitacji. Tamten krzyczał, że jestem zdrowa.  Ale bez kul jednak nie daję rady, a po pracy mam dość wszystkiego. Czy tak ma wyglądać usprawniona zdrowa noga? Proszę o skierowanie do innego ortopedy na konsultację. Naprawdę nie śpię po nocach...

Lekarz dał mi zwolnienie, bo po przeprowadzonym badaniu stwierdził, ze woda zbiera się w kolanie. Dostałam skierowanie do ortopedy z adnotacją PILNE!
Poszłam do specjalisty. Opowiedziałam mu swoją smutną historię. Historię leczenia po wypadku. Lekarz zrobił badanie usg kolana. Proste badanie, którego tamten nie chciał zrobić. Płyn zaczyna zbierać się. Dostałam lekarstwa, skierowanie na rehabilitację. I nakaz chodzenia o kulach. Mam nogi nie przeciążać!!!

Tamten biały kitel nie zakończył leczenia - on je przerwał!!!!

Zakład pracy oraz BHPowca poinformowałam o zaistniałej sytuacji. I powrocie na zwolnienie lekarskie.
 -kontynuacja leczenia po wypadku w pracy. Niech ZUS wzywa mnie. Szkoda tylko, ze nikt nie pociąga lekarzy za błędy w sztuce leczenia.

Mam dość komplikacji. Chcę mieć spokój. Nie myśleć. I nie płacić swoim zdrowiem za błędy ludzi.
Najpierw woźnego, który nie zabezpieczył kanału, a potem lekarzy, którzy orzekli, ze jestem zdrowa i mogę wracać do pracy.


Cholera, nie wolno ufać lekarzom. Jednak jak coś się dzieje, zawczasu trzeba pukać do innych drzwi. Szukać innego specjalisty. Skonsultować. Nie wierzyć, ze coś musi być. Zawierzyć sobie, że coś jest nie tak.


Mogłam w poniedziałek iść nie do lekarza medycyny pracy , a do "mojego" lekarza. Mogłam wiele zrobić, a nie zrobiłam nic. Pomimo wewnętrznego buntu starałam się przyjąć decyzję lekarza.
Stało jak się stało.
W sumie miałam nadzieję, że biały kitel ma rację. Że to przejdzie. Minie. Rozchodzę. Że tak musi być.
Odstawiłam kule, choć rodzina krzyczała, że popełniam błąd.
Ale odkręcam to. I nieudolność konowała, który mógł ze mnie uczynić kalekę.
Nogę przeciążyłam, mam ochotę wyć z bólu ....

Ale powróciła nadzieja, że jednak coś da się zrobić z kolanem. Że nogę da się przywrócić do stanu bez bólowego i sprawnego.
Że jednak wśród białych kitlów zdarzają się lekarze, którzy nie ignorują słów pacjenta. Niech ich Bóg wynagrodzi.

Moja historia jest jedną z wielu, kiedy ignorancja lekarza czyni go głuchym na skargi zdrowotne pacjenta skazując go na niebyt.
Zareagowałam, znalazłam lekarzy, którzy nie byli obojętni -noga jest leczona.
Teraz wierzę, że będzie dobrze.





poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






poniedziałek, 11 lutego 2013

ząb



O czwartej nad ranem obudził mnie koszmarny ból nogi. Leżałam wkurzona, nie mogąc znaleźć sobie  miejsc, pozycji, ukojenia. Jakby mi było za mało szaleństwa po pewnym czasie usłyszałam śmiech T. Normalnie rechotał przez sen. Ja nie spałam, a ten rżał w sobie najlepsze. Czad. Niedziela zaczęła się po prostu bosko. Trudno było się nie śmiać.
Opowieści o snach, zamiast ciacha do kawy.
- Odchudzamy się?
- Chyba ty! - odparowałam, ale co tam, będę wsparciem T. Mi też się przyda dyscyplina.
Tak więc zostaliśmy przy rozmowie. Co za zryte historie, hahahaha. I jak takiego kolesia nie kochać?! Słodkie to było.

Młodej od rana coś nie pasowało. Marudziła i foszyła.
-Nie bądź taka, ubieraj się - strofował ją Starszy - mama cie prosiła a ty co?
- Nie - z Młoda nie ma lekko.- nie chcę! nie będę!
Starszy jak się wczuje w role starszego brata to nie ma, że boli.

T puścił "Gnomeo i Julię". Młoda nie przerwała marudzenia. Znowu jej coś nie pasowało.
- Ja chcę Scooby Doo i meksykanski potwór....ja chcę Scooby Doo i meksykański potwór....
I tak w kółko. A tu pierwsze sceny filmu. Krasnal na scenie i ......ups, zapadnia, krasnala nie ma. Syn podskoczył i rozpłakał się. Popatrzyliśmy na niego jak na wariata. Co jest?! Płacze?!
A jemu krew się leje. Biedny wystraszył się, zagryzł palca, który trafił mu do buzi  (ach, to dziecięce przejęcie) i w ten sposób wyrwał sobie zęba. Nie ma już dwóch mleczaków.

Wieczorem zagoniliśmy towarzystwo do spania. Koniec z wieczornym siedzeniem z nami. Koniec ferii. Jutro powrót do przedszkola.
- Ja nie chcę iść do przedszkola - teraz Starszemu włączyło się marudzenie - wolę być w domu, jest lepiej. Jak mam iść do przedszkola to ucieknę z domu....

Jutro wyprostuję mu zwoje. Dzisiaj opadłam po ćwiczeniach. Ból do "z". Od zemdlenia do...........do z .....
 z bólu.


Młoda i nowa mania -Scooby Doo

:)))))
Fajnie się razem czyta. Oby kiedyś oszaleli na punkcie książek :)







poniedziałek, 28 stycznia 2013

zjazd



Byliśmy dzisiaj na sankach. Młoda, pomimo młodego wieku, świetnie sobie radziła: sama zjeżdżała, sama wchodziła na górkę ciągnąc sanki. Dzieciaki śmigały, a T ulepił bałwanka. Bałwanek nie postał za długo, Młoda wjechała w niego. I po bałwanku. Ha, ha, ha ....
I oby weszło jej to w krew- jak wpadnie na bałwana niech go z nóg zwali i po bałwanku.


 Scooby Doo, Fred, Kudłaty,Velma, Dafne. Hmmm.....

- Synek, jaką wolisz dziewczynę mądrzejsza czy ładniejszą?
 - Ładniejszą - szybko odpowiedział.

Samiec okiem patrzy.
Na ten temat przeprowadziłam szybka rozmowę z T:

- Wy macie oczy, a my mamy mózg, wiec potrafimy docenić inteligencję.
- Mózg? Ty wiesz co to jest?
- To jest to coś co ja mam a czego ty nie masz, co wynika z twojego zdziwienia i co ja właśnie ci tłumaczę


T., dobry facet, zrobił i podał mi kawę, po czym kazał mi sie na nogi leczyć.


Pierwszy dzień rehabilitacji umieścił mnie w przedsionku piekła. Ból wyznacza granice. Granicę, która na dzień dzisiejszy wydaje się nie do pokonania.
A trzeba tyłek zacisnąć, bo bez imprezek dusza ginie. Ile można siedzieć w domu?! I to trzeźwym?!!.....hahaha


niedziela, 27 stycznia 2013

perpetuum mobile




T stwierdził dzisiaj, ze jestem perpetuum mobile przekleństw. A kto by nie klął?
Ale część niecenzuralnych słów utopiłam w łzach. Mieszanka bólu ze szczęściem. Uczucie dziwne, jakbym z chlewu wydostała się na chwilę na świeże powietrze.
Efekt 3 dni moich ćwiczeń.



Zgięcie prawie na 90 stopni, poprawa o prawie o 60 stopni. Kolano boli, ciągnie, ech... długa droga przede mną, ale jeszcze trochę i znowu będę mogła robić wiele rzeczy np. czytać w toalecie. Choć tyle na początek. Odzyskanie azylu początkiem odzyskania sprawności. A odzyskanie sprawności to droga ku wolności.
A potem z wc na podłogę. Magia klęku. Hahaha....Nie mówię o myciu podłogi czy też modlitwie. Oj  nie, nie. Mówię o .... o znajdowaniu rzeczy pod szafa, hahahaha.

Córka zaczęła częściej zerkać na Tajemniczą Spółkę niz na Klub Myszki Miki. Dzisiaj czytałam jej ksiazki o Scoobym. Co za mila odmiana. Różu i fioletu jednak nie chce zdradzić. Czekamy cierpliwie.
Syn wrócił z kolejnych urodzin kolegi z przedszkola. Sezon "7" rozpoczęty. Ten to się rozbija po imprezkach.
I po gierkach.
- Patrz mamo tak to się robi!!! - i dumny myka po poziomach swoich, moich. T dołączył do szaleństwa.
Opętani gierkami. Wiosna koniecznie musi nadejść ...Czas na zmiany.



wtorek, 22 stycznia 2013

robokalipsa

Noc. Koszmar. Ból nieziemski. Robokalipsa?! Zamiana mojej nogi w mechaniczna cześć. Obce ciało. Przerabiają mnie w maszynę? Będę robotem. Hm, zawsze coś nowego. Bóg Hioba nie tknął, a mi funduje modyfikacje. W końcu to lepsze. Pełnia łask normalnie. O dzięki Ci, Panie.
Młoda chciała pić. Musiała podreptać do kuchni. Koniec kelnerstwa. Nosić mogę, ale nie mam jak.
Dzisiaj postawiłam jej szklankę z woda na stoliku.

Ostatnio zresztą pobiłam talerz. Nie utrzymałam w rękach. Nie żeby mi się trzęsly- to jeszcze nie ta faza. Kule wypełniają przestrzeń dłoni. Za to znalazłam świetny pomysł, by nie dać się losowi, by wcinać kanapki w łóżku, do filmiku.

Zostałam ryjkówką. Paszczaczem pospolitym. Wyrabiam szczęki. Rekin przy mnie to pikuś. Jak teraz ugryzę to jak rasowy pitbul. Grrrrrr, hau ......
Przeniesienie kubka wciąż poza moimi umiejętnościami. Za to wymyśliłam sposób - jednonożny. Na jednej nodze posuwam się z pięty na palce, z palców na pietę i do przodu. Skakać nie mogę. Za bardzo boli.


Zostałam sama z dziećmi. Musiałam znajomych poprosić o pomoc. Odprowadzenie i przyprowadzenie z przedszkola dzisiaj i jutro.  Tak to daje radę. wyszkoliłam się w czasie złamanej piety.
Potem wraca T, a wraz z nim wszystko do normy.

Synek wrócił do wydarzeń wczorajszych. Ponownie przeprosił. Ponowna rozmowa. Kapitalny jest dopóki nie dostanie focha. Zjedli chrupki i posprzątał. Sam. Może jednak wyrośnie nie na gada,a na człowieka. Jest nadzieja.
- Mamo a 50 razy 6 to 300? 
- Mamo a 2 razy 6 to 12?  
Mamo to, mamo tamto -stereo, gonitwa. Po 3 godzinach oddałam się we władzę melisy i ketonalu. Wymiękłam. Nawet nie chodzi o dzieci, ale o te kule.  One wciąż spadają niezależnie jak się je postawi. Noga boli.  Naprawdę może człowieka szlag trafić. Niemoc. Dzieci chciały budyń. Na górnej półce -nie dosięgnę.
Mało perfekcji za to stos wkurwienia. Ha, a jednak wciąż jestem człowiekiem, a nie maszyną.  Cudownie.

Starszy narysował rysunek. Dla mnie. W ramach przeprosin.

 -Właśnie o to chodzi, kochanie, trzymajmy się razem i "Panowie, suszymy ząbki". Ma być milo i zabawnie. 

rys. Pingwiny przy drzewie w śniegu.



 Oboje powtarzają codziennie, ze kochają mnie. Super. W tych słowach ma siłaPowinnam nagrywać te wyznania, by pościć im,  jak wpadną w wiek Młodych Gniewnych: - Stara ale ty mnie wkurwiasz.


Kule -to tylko moment, chwila. Zaraz stanę na nogi. Zanim to nastąpi muszę zmagać się z pierdołami życia na które normalnie nikt nie zwraca uwagi. Jaka to radość moc chodzić swobodnie trzepiąc rękami. Odstawie taniec paw-iana (ptakomalpy), niech tylko z tego się wywinę.











niedziela, 20 stycznia 2013

emerytowo





Sobota - tradycyjne poranne wtargniecie dwóch burz do naszego łóżka. Nastąpiło szybkie, ostre  przebudzenie:
- AAAAAAAAAAAŁŁŁŁŁŁŁAAAAAAAAA ......moja NOGA!!!!!!!
Początek dnia...przygód....wrażeń. Na pocieszenie dostałam śniadanie i kawę do łozka. Potem schowalam się pod kołdra i postanowiłam, ze nie wyjdę, bo nie ma po co. A co!


Rozmowa dzieciaków dochodząca z kuchni była fascynująca.  Starszy stwierdził, że chce do Gdańska. Młoda chciała lecieć do zoo samolotem. Potem zaczęli wymieniać zwierzęta jakie lubią.
Syn - kijanki, żaby, kraby, pająki.
Córka - małpki
Później usłyszałam, kiedy wyraziłam zdziwienie odnośnie miłości do żabiego potomstwa:
- Mamo, ja cie kocham jak kijanki!
Fantastycznie! Cokolwiek to znaczy, miłość pozostaje miłością. Hahahaha a może to  i dobrze. bo nie skończę, ze słomką w dupie.

T zabrał się za rozbiór choinki. Drzewko wyrzucił przez balkon i poszedł na podwórko, by zwłoki drzewa wynieść na śmieci.
Przyszedł rżąc:
- Cholera, pomyliłem balkony i czyjąś choinkę wyrzuciłem. Hahahahahaha....potem naszą.
Wolontariusz, hahahaha. Czarna ręka. Ha, ha ha ...


Kule.






Dzisiaj weszłam na 3 piętro, potem na 1 piętro i znowu na piętro -oj, będę mieć muskuły. Mało tego, w trosce o własna tężyznę postanowiłam umyć podłogę w łazience. Metoda Żurawia studziennego.







Super ćwiczenie. Wielorozwojowe. Polecam.
Potem rozciąganie mięśni poprawiłam na podwórko, jak kule rozjechały mi sie na śniegu.

Młoda dzisiaj budowała z klocków wiele dziwnych rzeczy, w tym różdżkę- hokus pokus. Ale mówi, ze samolotem już nie lata, bo zabrakło benzyny. Zajęta sobą miała nas w nosie.
Syn zaś przez cały dzień pisał, liczył, robił zadania. Zapytałam się T z czego omlet zrobił, bo dzieci znalazły swoje zajęcia i nie chciały bajek. Szok. Synkowi oczywiście towarzyszyłam, ale jako kontroler. Liczenie -on mnie kiedyś tym wykończy. Skubaniec. Zaraz mi się  nasuwa na myśl , nie wiem czemu, "Piękny umysł" ....Ale może nie popłynie, w końcu 7x7 zatrzymało dobra passę. Uf, nie geniusz.Ha, ha, ha...









 Sam przeczytał nazwy kolorów i pomalował. A mi mówi, ze czytać nie umie. I nie będzie uczył się. I elementarz leży. Facet rozwija się własnym sposobem. I co mam robić?!

















  Masz Synu- jak będziesz duży zobaczysz jaki zdolny byleś! :)




 Książkę z zadaniami poszła w odstawkę, jak tylko gierki odpaliłam.
-Mogę zagrać?!
Cóż -sama wychowałam Potworka, to niech ma. Trudno.
- Proszę, graj
- Ja pierdziele ale sypnęło!!! Łaaaał!!!
- Synu!!!!
- Sama tak mówisz....
Zawsze mi podkreśla, ze dzieci uczą się od rodziców. Mam przesrane. Kontrola słowa czasami slabo mi wychodzi.
Wieczór z T, z talbutem i cappucino. Jak emeryci normalnie.




Cholerny wypadek zmienił moje życie. Może na lepsze. Przystanek -rodzina. Teraz mam czas na wszystko, choć niewiele mogę zrobić, to zrobię wszystko, by móc wiele.



T krzyczy:
- Znowu przy kompie?
- Piszę!
-Pewnie grasz, chodź bo znowu przyleziesz o 3 nad ranem.
-Kurde, jakbyś był mężem Kinga to on przy tobie nic by nie napisał.
-Mężem?
- A co żoną? Wole jemu jaja urwać, niż tobie.

Oto ciemna strona miłości. Idę. niech się nie piekli.