Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sinead O' Connor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sinead O' Connor. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2013

Sinead O' Connor - koncert :)



Były życzenia, kwiaty, tort, prezenty. Rodzinka wspólnie zrobiła mi mega niespodziankę.
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień .....i nie mam zamiaru zmarnować ani jednego dnia. Takiego lśnienia doznałam w czasie koncertu. Bogini sceny była i było też objawienie.
Nosi mnie cały dzień, a w uszach brzmi jej głos. Fatalne zauroczenie. Ale co tam. Każdemu by się rzuciło.
Kurde, ma powera laska, naprawdę.
Chciałabym tak śpiewać.
Umieć coś.

Mówiłam - w nosie mam cały świat. Nie chcę urodzin. nie robię. Choć raz. Też byłoby oryginalnie.
Mieszanka emocji od wściekłości po rezygnację tarmosi mnie niesamowicie. Nie wiadomo, czy zatłuc mnie jak muchę czy przytulić jaki misia.
Noga jest motorem co nosi mnie w różne strony, zakątki, kątki, toalety. Docieram do bagna własnego ego.  Jest coraz gorzej, niestety. Budzi mnie pieczenie nogi. Jakbym była na patelni ludożerców.
Wiecie ile noga znaczy?!
Właśnie poznałam cenę.
Ograniczenie możliwości ruchowych strzaskało moja duszą niemiłosiernie. Jakby ktoś koneserowi potłukł porcelankę z Miśni.
Nie sadziłam, ze z nogi rzuci mi się na głowę. Jednak czas, jak kropla co wydrążyła skałę, wydrążył mnie z pozytywnych emocji. Erozja. Monument wiary piachem się stał i został rozwiany przez wiatr. Nicość.

Ale rodzina nie miała mnie w nosie, pomimo moich much w kinolu.
Zorganizowali mini przyjęcie a potem T porwał na koncert. Koncert urodzinowy.
Cholera, sobie pomyślałam nawet przez moment, ten koleś naprawdę musi mnie kochać.
A niedługo stuknie nam 9 lat ślubu., 13 wspólnych i o zgrozo! wciąż się świetnie razem bawimy. By nie powiedzieć zabawiamy.
Ja rzucę nożem, on przekleństwem.
Żartuję oczywiście.
Uzmysłowiłam sobie po raz tysięczny sto trzynasty raz, ze ...nie ważne. On wie.

Łysa postawiła mnie nogi.
Pozytywny kop.
Jak sms i życzenia w necie.
Mam szczęście do ludzi i ludziom mówię - wielkie dzięki.




Siedziałam sobie przed koncertem. Ludzie zbierali się. Obserwowałam nogi. Im bliżej godziny START tym większy robił się tłum, ale mój wzrok wyżej nie chciał iść.
Patrzę na nogi, patrzę.
- Ty, patrz - zwróciłam się do T - jakie nogi opalone, ale czad!!!
-- Zbaraniałaś?! przecież to jest Murzyn!!!

Hahahahaha, nie zauważyłam!!!



Flying  Moses zagrał support. Ten kawałek .......mogę słuchać i słuchać. I słuchać.





A potem Łysa wyszła na scenę i zaczęło się. Uczta.
Ten głos, ta siła.
Na boso, łysa, z uśmiechem.
Kurde, trudno jej nie lubić. 
Przestałam istnieć. Stałam się dźwiękiem.
Nie wierzyłam, kiedy nastąpił koniec.

- To już koniec?! Naprawdę? - ze trzy razy pytałam się T nie wierząc, że to nastąpiło.
Muzyka niosła, głos niósł i nagle - bęc o ziemię.

Koło nas skakała fanka. Darła się - Szina, aj law ju! stil law ju!
I po kolei wykrzykiwała tytuły swoich ulubionych utworów. I śpiewała. I normalnie eskplozja jej orgazmu zagłuszała mój.
120 kg rozkochanej, rozjuszonej fanki zagrażała naszej pozycji pionowej. Na szczęście rzutem przednim oddaliła się przestając krzyczeć nam do ucha. I co najważniejsze - w swym szale tanecznym nie zmiotła nas z powierzchni ziemi. Aczkolwiek T również ma"sluszne" gabaryty, ale odetchnął z ulgą bojąc się o swe palce w sandałach.
Sinead zaśpiewała utwór a capella. W ciszy było słychać ryk fana - nie wiadomo czy śpiewał tak czy pawia puszczał. Tłum zarechotał, Łysa nie wytrzymała, głos załamał się i sama zaczęła się śmiać.


Zabrakło mi paru moich kawałków, ale co tam.
Choć najchętniej postawiłabym Ją koło łózka - niech śpiewa mi do snu.

A potem sobie pomyślałam o Janis Joplin. Ta też musiała swoim głosem wgniatać w ziemię publiczność.

Koncertów nie zastąpi żadna płyta. Chyba, ze ktoś ma talent jak Mandaryna to i owszem - płyta o wiele fajniejsza. Ale takich płyyt nikt nie słucha, a tacy "wykonawcy" giną w niepamięci. A Łysa wielka jest, choć mała.
I taki głos to naprawdę, wciąż w uszach mi brzmi.....


Teraz wiem jak się dorobiłam tłustego tyłka - przestałam jeździć na koncerty.
I czas to zmienić.
Wiele muszę zmienić, by kolejna czterdziecha była czasem wydajniejszym.
Poczułam znowu apetyt na życie.
Cholera, w końcu znowu coś drgnęło, tylko proszę cię Boże, Losie - oddajcie mi nogę.
I pójdę.
Pognam.
I będę iść.
Gnać.
Nieustannie.
Przed siebie.

A póki co mogę sobie polatać po necie i psze jaka rodzynka mi się trafiła :D

Blondynka u doktora:
- Niech mi pan pomoże! Trzmiel mnie użądlił!
- Spokojnie, zaraz posmarujemy maścią..
- A jak go pan doktor złapie? Przecież on już poleciał!
- Nie! Posmaruję to miejsce, gdzie panią użądlił!
- Aaaa! To było w parku, przy fontannie, na ławce pod drzewem.
- Kretynko! Posmaruję tą część ciała, w którą cię uciął!
- To trzeba było od razu tak mówić! W palec mnie użądlił. Boże, jak to boli!
- Który konkretnie?
- A skąd mam wiedzieć? Wszystkie trzmiele wyglądają podobnie...












Na zakończenie, po bisie

Wprawdzie niedosyt pozostał, ale marzenia znowu zaczęły kiełkować.
Smutek przyciąga muchy, a ja chcę słońca.
Czas zawalczyć o siebie i wrócić na level NORMAL.
Przestać się użalać, marudzić, chrzanić.
Sandałki, okularki. trzaśnięcie drzwiami.
Nadchodzę z krainy ciemności na .......most środy.
Kurde ....