Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Tacie -pamięci

20 lat temu ........


Kuchnia. Obiad. Siedzieliśmy wszyscy przy stole. Jakoś tak wyjątkowo. Jak zwykle przekomarzaliśmy się z bracholem, pewnie próbując udowodnić kto jest większym głupkiem. Ojciec znad gazety zapytał się czy robię dwudziestkę.
- No pewnie, a jak to sobie wyobrażasz?
- Pewnie nie wyjdziecie Ci. 
- He, he, he, wyjdzie, wyjdzie, choćby po trupach, ale imprezka będzie.
Ojciec zawsze czytał gazetę do talerza zupy. Pan Dyrektor i jego ekonomia. Z czasem miałam nadzieję, ze  w końcu założy  swoją firmę. Zatrudni mnie. I w ogóle jakoś to będzie. Bo jakoś brakowało mi planu na życie. Rok na fizyce zakończył się wkurwieniem na wykładowcę chemii. Porzuciłam po półroczu. Ile mogę zdawać jeden i ostatni egzamin?! Nie dla mnie zabawy w kotka i myszkę.
Za tydzień czekały mnie egzaminy do studium. Ucieczka  w naukę ucieczką przed życiem.
- Wychodzę - krzyknęłam i już mnie nie było.
 Gdzie? matki zostało bez odpowiedzi. Jak zwykle.


Wróciłam w nocy. Matka zapłakana coś mówiła do telefonu.
- Nie, nie, córka nie wie jeszcze...
-O czym nie wiem?
Patrzę na brat, a on też jakiś dziwny.
- Arte choć, zapalimy - szepnął konspiracyjnie do ucha. Wyszliśmy z psem. Pies to była dobra wymówka.

Niepokój pojawił się w duszy, ale zawiany mózg mówił ....mówił ...chyba po grecku, bo nie docierało do mnie nic. Spacer to był dobry pomysł. Głowa się przewiała, ale lęk pozostał.

- Co się stało?
- W domu ci powiem. Zapalmy.
- Dziwni jesteście jacyś. No gadaj co jest. A gdzie ojciec?
- W domu Ci powiem.


Nigdy tak ciężko nie wchodziło mi się po schodach ....


- Arte, tato nie  żyje, zmarł dwie godziny temu.
- CO?!
- Tato nie żyje, rozumiesz?!
- Ale o czym ty mówisz? 


Nie dotarło.
No bo jak?
Przecież widzieliśmy się przy obiedzie ...


Kiedy wyszłam z domu to tato po prostu z krzesła osunął się na podłogę. Wezwali pogotowie. Lekarz, chyba ginekolog, bo nie można być aż takim bęcwałem, ocenił to jako ostrą niestrawność. Dał zastrzyk
Po 3 godzinach brat z mamą zabrali tatę do szpitala.
Czekając na badanie wyszedł na podwórko, bo zrobiło mu się słabo.
Jak upadł, tak nie wstał.

Miał 45 lat. Choć wtedy dla mnie był stary, to teraz wiem, ze miał całe życie przed sobą.

W noc po pogrzebie widziałam jak siedzi na krześle w moim pokoju.

Tato miałeś rację - nie zrobiłam impry.
Tato, słowa dotrzymałam, skończyłam studia.
I to co ci obiecałam, też zrobiłam. A właściwie nie zrobiłam.
Wielu rzeczy nie zrobiłam.
Ale zrobiłam sobie tatuaż. Matka do tej pory nosem kręci, hahaha.
I prawko też zrobiłam.

I brakuje mi Ciebie.
Nakopałbyś mi do dupy w tych chwilach, kiedy tak jęczę.
I byłbyś cudownym dziadkiem dla dzieciaków.
I ..........


Mroź wódkę w lodówce. Wiesz, że ciepłej nie lubię.
Już wiesz, bo wierzę, że gdzieś czasami koło mnie jesteś.
Czasami.
Jak się nie oglądasz za babami, hahahaha


No co? Twoje poczucie humoru mam.

Kurde ........



Śpieszmy się


Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dzwięk troche niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widziec naprawde zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzec
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a bedziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiac o miłosci
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


ks. Jan Twardowski








piątek, 22 lutego 2013

bunt



Młoda przebudziła się w nocy:
- Chcę pić.
Córcia jest bombowa, grzecznie ze mną maszeruje do kuchni. Wie, że nie mam jak przynieść jej picia. A skakać nie będę. Wystarczy, że za dnia mam tygrysiasty klimat. Pierdzielę kule, mam dość, naprawdę.
- A teraz myjemy ząbki - mówi córka.
Super, że pilnuje się, bo przecież Gwiazda wody nie wypije.
Powrót do łóżka. Oczywiście mojego. Nie ma T jest atak klonów. Zamykam oczy, chcę odpływać, a tu:
- Mamo, a ile to jest 5 dodać  6? - pyta się córka.
- Jedenaście - mruczę.
-A ile to jest jedenaście odjąć sześć?
- Pięć. Kochanie śpij, porozmawiamy póżniej- jejku ją też pogięło?
- Mamo, a ile to jest trzy dodać dwa?
No zaraz mnie kuźwa trafi....

- Pięć. Zaraziłaś się od brata ? I słusznie, bo masz mądrego brata, ale proszę nie rozmawiajmy o tej porze! Litości!
- Mamo -NIE WIERZĘ!!! tym razem braciszek, nagle wybudzony włącza się do rozmowy -a prawda, ze zero razy zero to zero i wszystko razy zero to zero?
No trafi mnie!!!!!!!!!!!!!AAAAAAAAAAAA!!!!!!!

-Tak - mówię już lekko wkurzona, patrzę na zegarek a tam 5.35! - nie! no, zaraz kogoś zatłukę! - A może porozmawiamy o fizyce kwantowej, co?!
- Nooooo - synowi otworzyłam oczy, ze ja nie mogę. Co ja zrobiłam!!! Ratunku!!!- a co to jest, mamo? 
- Jak zaśniesz a potem otworzysz oczy to ci powiem, a teraz spijcie.
JASNENie było takiej opcji.

Eureka!, dzieci mnie obudziły a nie ból! Hura! Już wole takie pobudki, jeśli takowe musza być.

Mama przyszła, bo odprowadza dzieci, a ja pogoniłam na rehabilitację. Dobrze, ze pogoniłam, bo dogoniłam szczęście. Młot prawie po pięcie mi przejechał jak przechodziłam przez ulicę i to wyjątkowo na pasach. Chciałam rzucić za trolem kulami, ale stwierdziłam, ze nie będę się potem po ulicy pałętać by je pozbierać. Jeszcze jeden młot nadjedzie i będzie dupa blada. Fuck!, młot cholerny.
Zadzwoniłam do T:
-Ty wiesz, że jak umrzesz to ja nic nie wiem, za co ile płacić, kiedy, gdzie i w ogóle? Nawet haseł do kont nie znam! Musimy to zmienić!
- Ale dlaczego mam umierać?!
- Bo dureń mógł mnie przejechać i tak pomyślałam o śmierci.
- Ahahahaha,  i ty mnie już pogrzebałaś? Spadaj, bo nie mam czasu.
I się wyłączył. I może słusznie, bo jak gadam to muszę stać, a w nogi przypiździć potrafi. Zwłaszcza jak ma się na sobie tylko dresowe spodenki. Dresiara, a jak! hahahaha.....

W przedszkolu zapytałam się wychowawczyni o córkę. Młoda ma swoje zdanie i wie czego chce. Jak mówi;  nie,  to one z tym nic nie zrobią -córka zdania nie zmienia - nie to nie i kropka.  Czasami bawi się z dziećmi,  a czasami nie ma na to ochoty, więc odłącza się od grupy i sama sobie organizuje zabawę  np. układa puzlle. Jest uparta otwarta, wie czego chce ma charakterek.
Oj, wiem o tym.

Po drodze rozmawiamy. Dzieciaki też mają dość mojej kontuzji. Nie ta mama. Buuuuuuu, ale co mogę?

- Synku, też mam dość. Nawet na zakupy nie mogę iść, bo jak mam trzymać koszyk, zakupy?! - hm, a mam już małą listę książek do kupienia, a jak, tylko jak je w ręce wsiąść jak w ręce kule są.
- Ale małe możemy zrobić, bo lekkie rzeczy mogę nieść, wiesz mamo?! Ja ci mogę pomagać.
- Kochany jesteś! Taki synek to skarb - mówię wzruszona.

No to poszliśmy do sklepu. Po płatki. Urwis kochany.

Synek wpadł w wiek humorów -od anioła po czorta. Jestem mamą najfajniejszą na świecie, i bywam też i najgorszą. Oj obrywa mi się. Nie misiem.


- Synu, idź się kapać, bo zaraz będą Pingwiny. A bez piżamki nie ma bajki, pamiętaj!
- Zaraz, mamo. Tylko kraba zrobię.
- Ok, ale pamiętaj.

Oczywiście nie idzie. Dwa razy przypomniałam mu, ale oczywiście padło nieśmiertelne:
-Zaraz!
Za to Młoda zaczęła krzyczeć, że chce Pingiwny.
-Kąp mnie!!!
Szybki prysznic. Piżamkowo. Tv. Pingwiny lecą. Syn przyleciał. Pcha tyłek przed tv. Hehehehe, hola, hola.
- Nie kochanie. Prosiłam cię byś się wykąpał. Mówiłam - nie ma piżamki nie ma bajki. Proszę, idż i szybko umyj się.
- Jesteś niefajna! Jesteś okropna. To niesprawiedliwe!!!
Dziecię wyje przeokrutnie.  Płacz. Jęk. Normalnie jakbym mu głowę  wyrwała,  serce żywcem zjadła. I na koniec obrzydliwie bekła.  Wyje, strzepi jęzora, ale idzie do łazienki. Konsekwencja jest bolesna, ale skutkuje. Na szczęście woda zgłusza słowa skragi. Nie słyszę, nie uduszę. Niech się wykrzyczy. Ja krzyczeć teraz nie będę. Bo po co? Krzyk zagłusza słowa.  Droga donikąd.
Przyleciał wykąpany.
- Mogę oglądać? Ząbki umyję później, dobrze mamo?
 - Jasne, ale chyba należą mi się jakieś słowa?
Popatrzył.
 - Przepraszam.

Obejrzeliśmy Pingiwny w trójkę, a po bajce wróciłam do tematu. Spokojna rozmowa, wytłumaczenie. No kuźwa - nie chcę być już widzem tak żałosnego teatru. Hahahaha, zapewne do następnej akcji jak się narażę szanowanemu panu. Albo szanownej pani. Bo pani też niczego nie brakuje.