środa, 16 sierpnia 2017

nie, nie po -winnam













Jej świat został zamknięty w opuszkach palców. Delikatna skóra nieoczekiwanie stała się imadłem. Przestała oddychać. Skrzydła opadły. Już nie wzlecą się na żadną lampę ani firankę. Nie będą brzęczeć nad uchem o piątej nad ranem. Ciało muchy zostało wrzucone do klatki stając się przysmakiem dla chomika. Łańcuch życia pełen jest trybów śmierci. Kim jesteś? Mordercą czy pokarmem?

- Mamo, mamoooo!!!
- Tak?
- Kocham cię
- Ja ciebie też. Wiesz, ze zawsze będziesz mieć szczęście?
- Wiem, bo ty zawsze będziesz koło mnie.

Spojrząłam zdzwiona na córkę. No tak, dziecięca miłość bezwarunkowa. Tylko do kiedy? Chodżę wkurwiona na świat. Zła jak lwica zakmnięta w klatce i ryczę. To nic, że w klatce dbają o wszystko, a na sawannie można zginąc. To nic..Zagryzam kły na prętach. Z bezsilności własnej padam i spię i wstaję i klnę.

- Mamo, ty to potrafisz wymyślać hahahahha, zabawna jestes, a ja jestem zabawna po tobie......

Rozdzieram duszę na kawałki, by z siebie wydobyć wszelkie potrzeby. By tak siąść i nic nie chcieć i tylko patrzeć jak dzieci rosną, jak rośnie trawa pod nogami. Ale zwierz ma potrzebę wolności silniejszą niż cokolwiek , a instynkt większy od rozumu. Spokój nie jest dla mnie.

Uciekam motorem w zachody słońca. Ryk silnika zagłusza myśli. Wibracje wdzierają się w każdą komórkę i tylko to odczuwam. Jest mi tak dobrze w stanie mruczącej bezmyślności. Zasiadam gdzieś na obrzeżach pół i pijac kakao z termosu myślę.....nie, nie myślę. Czasami próbuję sobie przypomnieć jakikolwiek wiersz Różewicza.
Wracam po nocach.

- Wróciłaś, martwiłem się o ciebie....
- Słodki jesteś, wiesz....ale nie potrzebnie...
- A jestem ci w ogóle potrzebny....
- Nie wiem, kochanie, nie wiem.....

Wyszłam na balkon. Gwiazdy, by błyszczeć potrzebują ciemności. Światła miast nie sa dla nich. Przymierają, bledną, chowają się za chmurami. Zapatrzylam się w drzewa. Ich rozłożyste korony przypominały mi płaszczki. Manty mają rogi jak drzewa co zostały potargane przez wiatr, uczesane przez deszcz. Tylko gdzie ten zarys dzioba uśmiechniętego?

Gałęzie złowrogo zaszumiały jakby wyrażając dezaprobatę dla wiatru. Łobuz popsuł im wieczorne fryzuki, a przecież miały iść na bal dębowy do brzóz. Zafurgotały konarami oburzone rzucając w powietrze liśćmi. Furia drzew zabiła przechodnia. Konarem. Nieoczekiwanie. Padł blisko korzeni, ale nie zdążył ich przegryżć. Odrodzi sie w zemście jako przedzimek pędzik. Zeżre tonę liści i zamieni się w małego motylka. Natura nie lubi pustki. Zapycha się sama sobą. Sama sobie gryzie ogon. A potem wybucha wulkanem smrodząc siarką. Każdy ma jakieś wrzody, czyraki, ropne nacieki.

Spojrząłam w lustro. Kurz z archiwum zadomowił sie pod skórą. Przyspieszony proces starzenia. Zapaliłam papierosa.

- Nie powinnaś palić.
-  Nie powinnam wielu rzeczy.....


Usta zaciskąją się na ustniku, kły na prętach. Nie powinnam, nie powinnam.









































































































fot i tekst: Arte

wtorek, 8 sierpnia 2017

Iwaszkiewicz...

"







Dawno temu zrozumiał, że ostatecznie i tak zostanie sam. I coraz rzadziej podejmował ryzyko sprawdzania, czy mogło być inaczej. Żył wystarczająco długo, żeby zdążyć się rozczarować wieloma relacjami. (...)
W dzienniku najczęściej pisał o samotności i niezrozumieniu. Zbyt łatwo nabierał zaufania do ludzi i często go rozczarowywali. Grono najbliższych ograniczał do zaledwie kilku osób, którym mógł się wyżalić przy wódce lub z którymi szczerze rozmawiał w listach. (...) właśnie w listach najczęściej pozwalał sobie na szczerość i przyznawał się do słabości. (...) Tak już miał - w listach pozwalał sobie na więcej. Traktował korespondencję jako oczyszczenie. Nie owijał w bawełnę, analizował siebie i własne ograniczenia. Pisząc do najbliższych bywał stęskniony, pożądliwy, słaby i proszący. W życiu codziennym - odwrotnie. Nawet rodzina uważała, że był raczej chłodny i powściągliwy. Ci, którzy go pamiętają - ze spotkań, nie z listów i literatury - wspominają człowieka oschłego, rzadko interesującego się serdecznie kimkolwiek poza samym sobą. Zostały wspomnienia: 'Wolał godzinne spacery z psami, do nikogo się nie odzywał', 'Zamykał się w gabinecie i nie chciał rozmawiać'.
W tym samym czasie łaknął czułości i zrozumienia."
Anna Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"

poniedziałek, 24 lipca 2017








W życiu jest tyle dróg, którymi można iść, a jednak niepokorność w głowie miesza mi. Czasami myślę, że Jezus też się zamulił, pogubił i sam siebie przybił do krzyża, bo tak najlepiej w stagnacji rozkładać ręce. A przecież także miał prostą drogę przed sobą. Cel podany na tacy. Ale coś nie daje spać. To jest to kuszenie. To piekło. To diabelskie nasienie. To dusza. Dziwny stan, oparty na murach iluzji. A jednak wszystko tam gna. Fatamorgana popierdolonych wizualizacji. Tylko gwoździe porozrzucane tną po oczach swym prawdziwym blaskiem. 
Wszystko mam.
Nie mam nic.
Jestem. Bywam. Znikam.
Zagryzam.



sobota, 22 lipca 2017

bład

– "Kronos" to było jego życie, jego pamięć. 
Nie chodziło mu o to, co się stanie z tym tekstem po jego śmierci.
 "Kronos" był dla niego. 
Witold chciał wiedzieć, kim jest naprawdę.
 I jakie naprawdę było jego życie – wyjaśnia w rozmowie z "Newsweekiem" 
Rita Gombrowicz.






Śni mi się, że wymiotuję, Wymiotuję nieustannie. Wszystkim rzygam. Tęczą rzygam. W kolorze krwi. Ale ja wiem, że to jest tęcza. Zarzygany sen.
Poczułam, że nie chce mi się żyć. Tak po prostu. Szczęście przelało się, jak woda w wannie, kiedy lokator zapomniał zakręcić kurek z kranu. Ja zapomniałam wejść do lodówki i przegrzałam system.
Jak nazywa się choroba czy ludzie, którzy czując się szczęśliwi, uważają, że na to nie zasługują i sami chcą i pieprzą to wszystko?
No jak?
Pożądanie samotności ulokowało się podskórnie. Jakbym miała w sobie chipa, który  napierdala: zniszcz i znikaj. Nie ma cię, nie ma, nie.....znikaj, już, już ......

Uśmiecham się. Zagryzając wewnętrzne wargi. By nie było za słodko.

Praca archiwistki. Jak Plath. Sylwia. Buduję własny klosz.Ogradzam się kaszlem. Coraz gorzej. Astma oskrzelowa i zakaz palenia. Nie mogę przestać. 

Patrzę na wszystko obojętnym okiem. Poddaję się sile życia i wiatru.

Wstępuje na ścieżki pełne chwastów. Nie dramatyzuję. Zaczynam proces niszczenia. Błąd 666,












sobota, 8 lipca 2017

dokończenie

Czymże jesteś dla nich? Na ogól przyjaciele lubią cię i cenią, raduje ich czasem twoja obecność i serce twe łudzi się, że bez ciebie obejść by się nie mogli. Gdybyś jednak oddalił się, gdybyś ich opuścił, czyżby odczuli brak i czyżby go czuli długo? Czy strata ta zaważyłaby na ich losie? Tak znikomym jest człowiek, że nawet tu, gdzie posiada zupełną pewność swego istnienia, nawet tu, gdzie obecność jego oddziałuje niezaprzeczalnie na drugich, nawet w pamięci, w duszy swych bliskich, nawet tutaj, trwać może jeno bardzo, bardzo krótko i bardzo, bardzo rychło musi się zamglić i rozpaść w nicość.j
Johann Wolfgang von Goethe – Cierpienia młodego Wertera




Zadzwoniłam do Moonka.
- Moonek, ale co ty do mnie piszesz?
- Nic mi nie jest,nie martw się. Jadę karetka do szpitala. Pól ciała mi odjęlo.
- Urąbało? i jesteś przytomny?
- Nie, miałem wysokie cisnienie 220 i coś dziwnego stało się z moją prawa stoną, sparaliżowało mnie...
- Sparaliżowalo Ci jedną stronę?!
- Tak
- A teraz co?
- Jest dobrze
- Nie męczę cie zadzwonię pózniej.
- Pa,

piątek, 7 lipca 2017

wierszem



w tą noc, cichych zgonów
głodnych psów
oddaj mi swoją wstydność
zawieszoną krzywo
niczym firanka
w bezludnym pokoju
gdzie tylko unosi się dym
 kiepskich papierosów

gdzieś pomiędzy blokami
 w cieniach drzew
na krawęzniku
w ten świst 
spadającego cżłowieka
z krawędzi dachu
krawat zwisł
sztandar uczucia
zamroże cię
tak lepiej
tak lepiej
uwierz mi
w bezdechu 
zatrzymam cię

a z płuc mych 
tylko dym, dym
dym


arte
--------------------------------------

------------------------------------





ubrała się odświętnie
w te ubrania od święta jednego
poprawiła fałdkę
wyciągnęła żelazko
wyprasowała niedoskonałość
i ubrała szpilki
jak nigdy


wyszła zostawiając wszystko
choć płakać  jej się chciało
bo od dawna nie czuła się 
tak
tak odświętnie

córka chciała wypić kawę z matką
pogadać jak to matka z córką
gadają
zastała tylko telefon
a w torebce portfel

nie błądziła już
palcami po stole 
w poczuciu bezradności
wiedziała gdzie iść

tam w parku są dzieci
i słońce i wiatr
i życie


na komisariacie dali jej nadzieję
trzeżwieje?
nie, 
pokazali jej zdjęcie eNeN


zawisła
gdy dłonie
bębniły w blat
w bezradności tak
ścisnęły się palce

gdy dziecko krzyczało za matka
kaczki biły sie o chleb
trzepocząc skrzydłami o wodę
bezradnie tak



arte
-----------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------




środa, 5 lipca 2017

taki czas...

Najbardziej niebezpieczne są emocje
ponieważ one obsesyjnie szukają 
jakiejkolwiek formy ekspresji
są niecierpliwenie mogą czekać,
 żeby stworzyć coś nowegoswoistego - 
wpadają więc z rozpędu w utarte formy
Olga Tokarczuk















Wpadłam zziajana na trening. Znowu spóźniona znowu spózniona. W biegu rozpinałam juz paski od sandałów. Wleciałam na salę wyskakując z butów:
- Cześć...... - zawołałam. Cisza. Cisza? Podniosłam głowę i zamarłam. Pustka. Pustka? Jak to tak? Yyy? Gdzie są wszyscy?
Gdzie oni są??? Kto tak śpiewał? Grzegorz...nie ważne. Hm... Pewnie Gocha już coś wychlapała. Czają się. Ale gdzie?
Rozejrzałam się dookoła, czując się jak na planie Obcego. Gdzie oni są? Zostali zeżarci? Szczęki Obcego zrobily z nich dopalacze? Teraz będzie atak na mnie. Ygh... Lekkim ruchem otworzyłam drzwi od przebieralni.
- Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam - ryk ekipy rozbawił mnie, a jednak, hahahha, niespodzianka. Pierwszy raz w zyciu mialam takie totalne urodzinowe zaskoczenie. Ale czad!!! Poczułam wzruszenie. Gocha stała ze świecą na talerzyku, włożoną w trzy pączki. - Sto lat, stoooo lat......
- Rany! kochani dzięki, ale niespodzianka.....- powiedziałam przez zaciśnięte gardło. Naprawdę wzruszyłam się..
- Dla Ciebie wszystko - Gocha zaęczła się śmiać - Najlepszego stara.
- Dziękuję.
Wszyscy złożyli mi życzenia. Ci mali i ci duzi. Cudny dzień urodzin. Niech tylko się te życzenia ziścią.

Trening był okrutny. Pot zalewal nam oczy i kosszulki. Seria uderzeń, prosty, hak, sierpowy, wykopy. Pompki, bieg. skoki, wyskoki. Poczułam, ze siadają mi baterie.
- Gocha, ale po treningu wódka u mnie...zimna wódka, zmrożóna...na zakwasy - jęknęłam.
- Piwo....
- Lekarz mi zbronił piwa, więc wiesz....
- Musi być  wódka?
- No...hahahaha
- No dziewczyny, nie gadajcie! Ćwiczyć, ćwiczyć...
Spojrzłam na tenera nietomnym wzrokiem.
- W tym wieku powinnam machać rękoma, ale na drutach.- wysapałam.
- Nie truj, walcz.....prostuj rękę.ooo tak, dobrze.
- Dobrze będzie jak to sie zakończy -mruknęłam. Ale tak naprawde to mogloby trwać i trwać. Jest to niesamowity zastrzyk energii i wiary i siły i poczucia własnej niemocy. Przekraczam swoje zmęczenie i ból. Rozciągam się, naciągam. Dyszę. Jestem szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Tylko ta zimna wódka..Już chcę. Oczamiwyobraźni swej zobaczłam taki dialog:
- Traktujesz ją jako nagrodę? Arte to symptom uzależnienia...
Halberg odbiła mi się. Pustym echem.
Ludzie dzielą się na Tomaszy: tych wiernych i niewiernych.
Nie wierzę. Nikomu nie wierzę.

Po treningu przyjechałyśmy do mnie.
-Tylko już lej mi drina, bo za dwie godziny uciekam- Gocha podstawiła szklanki, gdy wyciągałam tort. Wyciągnęłam też i wódkę.
- Ok, mówisz i masz.
Ledwo zdążyłyśmy wypić po jednym strzale gdy wpadli znajomi. Ona i on. Małżeństwo.
- Czas na tort. Nie mam co w życiu dmuchać to sobie dmuchnę świeczki, a co.-- zażartowałm w swoim stylu.
- To dmuchaj! Niech ci się spełni!
Pomyślałam życzenie i dmuchnęłam. Niech spełni się, niech...





Siedzieliśmy, gadaliśmy, piliśmy. W tle leciała Chylińska. Rozmowy o muzie, koncertach, zlotach motocyklowych, wymianie sprzętu skończyły sie i tak na matkach. Alkohol je wskrzesza i pobudza do zycia, Matki to plaga życia dorosłego. Koc z kolcami. Teśknisz, prykrywasz się i nakłuwasz.  a kto zapłaci za terapię, no kto?
- Trzeba to przerobić na fotelu terapeuty - żażartowąłam.
- Siedzimy na fotelu, polej to przerobimy...

Czas, minął za szybko pozostawiając nas w niedokończonych rozmowach. Odczuwanie głodu rozmowy bywa rzadkim, ale jakże cudownym bólem.

- Dziękuję, że wpadliście do mnie. Głupio tak samej w dniu urodzin siedzieć i siedzieć i co...
- A tak pijani....
- Aaaa tam, raz sie zyje......wypiliście w słusznej sprawie.
- Arte..
-Wiem zabijam. Wy mnie też. Dziękuje kochani....

W dwie godziny wypiliśmy flaszkę i dwa szampany. W trójkę tak opróżniliśmy butelki z ich zawartości, ale flaszka byla moja i Gochy.
- Mam tę moc, mam tę moc.zaraz idę pod koc.....
Chyba jednak upiłam się. A jak sie upijam to wchodzę na wirtualny świat, bo lubię gadać. O jaka nuda na fejsie. Wszędzie nuda rozlewa się. Kazdy dzień nudą jest. Emocji kupa, nie bedzie ze mnie trupa.
Kręcą teledysk koło mnie?
Chcę!!!!
Napisałam. Ja to jestem. Jestem. Jestem.
No to przyjedź.
Przyjadę.
Y? A tam, takie bajanie. Ale dla klimatu zaczęłam słuchać gościa.





Życie jest takie kótkie i nudne i ciekawe. Milion miejsc i rzeczy czeka na odkrycie. A ja wciąż się wygłupiam. I nie boję się, nie boję...

Zamknęłam klapę od laptopa. Poszlam spać. W końcu jutro wielki dzień. Dzień rozdania świadectw. A matka co? Patologia. Potem dzieci, jako dorośli, będą pić na swoich urodzinach i matkę przeżywac. Take koleje losu. Nie, nie chcę ich wysyłaś na fotel terapeuty.
Już widze to co mówią. Nie, nie widzę, nie chcę, bo to jest straszne.
Ale nie nie, już dzisiaj pić nie będę  Wystarczy.

Uczniowie szkoły stali zebrani w swoje klasy, na boisku szkolnym. Na szczęście słońce, które ostatnimi dniami przypiekało skórę, skryło sie za potężnymi chmurami. Wiatr wiał chłodem. Było naprawdę przyjemnie. I długo. Za długo. Po co oni ich tak męczą? Pić mi się chce. I chcę czekolady. Nie, loda. W białej czekoladzie. Albo toffi. albo zapalę, ale gdzie?
W końcu zaczęli uczniów zapraszać na środek boiska. Rozpoczęto ceremonię  wręczenia wyróżnień za osiągnięte wyniki. Starszy wyszedł,  a ja za nim. Moje poczucie dumy chłodził wiatr. Nie zapaliłam się, ale byłam blisko tego.  Czerwony pasek i list pochwalny dla rodziców wprawił mnie w nieziemski stan. No synu......synu, ty mój. mój synu...
Ufff, mogę wyjść, iść, zapalić. Koniec wzruszeń.
- Mamo a ty miałaś czerwony pasek?
- Och nie jeden. Na tyłku!
- Babcia cię biła?!
- Nie, to taki żart, kochanie. Nie miałam. A ty, orle mój, obyś dalej tak leciał.
- Ale ja się nie uczyłem. Ja tak z palcem w dupie to zdobyłem.
- To mam prośbę, w przyszłym roku nie grzeb w dupie, ale w ksiązkach. Spotkamy się w domu, ok?
- Dobra.

Poszłam do Młodej klasy. Córka siedziała z miną totalnej kosmitki. Cała matka- nieśmiała, pogubiona, chcąca wyjść za wszelką cenę, bo to "nie moje miejsce".  Na szczęście nauczycielka konkretnie podeszła do rozdania świadectw. Dzieci otrzymały także Małego Księcia. Super wybór. Ksiązka wszystkich lat. Wszystkich pór roku. Wszystkich stanów.
Róza i lis.




Wracając z Młodą zaszlam do sklepu na zakupy. Młoda stanęla między pólkami jak wryta.
- Mamo, a gdzie ja mam plecak?
Nie, no chyba przesłyszałam się.
- Co? Nie masz?
- Nie mam. Zostawiłam chyba w szkole.
- Chyba to na pewno. To wrócimy do domu, wsiądziemy na rowery i pojedziemy po niego.
- Dziękuję, mamo.
To jest aparatka, Jak nabroi to i kulturę znajdzie
Roztrzepana po mamusi.
Wróciłyśmy do domu. Młoda rozpakowąła zakupy, a ja zaczęłam zmywać po śniadaniu. Szlag, mój ulubiony kubek stracił ucho. Odpadło tak po prostu w moich rękach. Cholera. Jak to mogło sie stać? Może jednak da się skleić? Co za dzień. Poczułam zmęczenie. Tak nagle.
- Mamo to jedziemy? -zapytała się Młoda.
- Jedziemy, jedziemy, bo zaraz deszcz nas złapie.

Wyciągnęłam rowery i jadąc z córką do szkoły, zadzwoniłam do Moonka.
- Cześć, ty wiesz, że Starszy ma średnią pięć?
- Pięć? Jak pięć.
Naprawde jesteśmy dobrymi  rodzicami. Ale nie idealnymi. Naprawde jacy jesteśmy nie wie nikt...śpiewął ktoś , kto? Choroba myśli uciekających mych.
- No, z plastyki otrzymał celujący.
- No proszę.
- Proszę, proszę i gad jeszcze mi mówi, że on się nie uczył, Za to Młoda.. - coś stuknęło, w słuchawce pojawił się jakby dziwny dźwięk, mężunio coś zaczął kyrzyczęć do wspólpracownika. Awarię mają czy co? -  Mooniek? Słyszysz mnie? -  znowu pojawił sie ten dziwnym dźwiek. i głos Moonka krzyczącego do kumpla.
- Mooniek? Mooniek? - krzycząłm i ja. Bez odzewu.
Cisza.
Wyłączyłam telefon. Jak będzie mógł to oddzwoni. Ale mimo wszystko było to dziwne. Wiatr wzmógł się. Zaczęło padać.
- Młoda, ty jedź do babci,  bo zmokniesz, a ja jadę do szkoły.
- Ale ja chce z tobą...
- Nie ma dyskusji, mykaj.
Córka skręciła na prawo a ja pojechałam prosto, już w strugach deszczu. Nie, no ona zawsze mnie załatwi. Cholera, ale zimno. Dreszcze przebiegły po mnie. Krople bily mocno, jakby chciały oczyścić skórę z jej mankamentów.
Dotarłam do szkoły cała mokra. Na szczęscie w pokoju nauczycielskim zastałam jeszcze wychowawczynię córki.
- Witam jeszcze raz, cócia zostawiła plecak...
- Tak wiem, cała Młoda. prawda?
- O tak.
Roześmiałyśmy się. Młoda to Młoda. Jedyny egzemplarz. Pogubiona, rozptrzepana, uparta, kochana. Podeszłyśmy do sali.
- O, jest. Dziękuję za pomoc.
- Nie ma za co.
- Życzę jeszczer az miłych wakacji i odpoczynku.

Deszcz uspokoił się. Krople padały lekko i  nawet byłoby przyjemnie gdyby nie ten wiatr. Zajechałam po Młodą i razem wróciliśmy do domu.
Zrobiłam sobie kawy. Gorący napój rozlewał się po mnie przyjemnie. Zasiadłam na kanapie. Czas rozpocząc wakacje. W tym momencie pryszedł sms. Spojrząłam na ekran i zamarłam.

" Odjeło mi pół ciała, ale wszystko jest w porządku. Jadę w karetce do szpitala"

CO????

Bezsensownie obejrzałam telefon z dwóch stron. Jakby miał gdzieś się tam czaić żart. .Przeczytałam jeszcze raz sms-a, a ziąb i strach wdarł sie w moje serce. Właściwie to wszystko mi stanęło. Zamarłam.
Nie rozumiem. Co to znaczy odjęło mi pół ciała?. Mooniek miał wypadek i coś mu obcięło? Co mu obcięło? Jedną rękę na pewno ma, bo napisał wiadomość. Mooniek co ty mi piszesz chłopie, jakie pół ciała i jaka karetka.....- mysli, proste myśli, umykały logice, bo jak tu myśleć...

COOO??? - wystukałam literki na klawiaturze, ale wiadomości już nie wysłałam.

Zadzwoniłam....























wtorek, 27 czerwca 2017

owadoprzygody.



Siedzę na kanapie. Mam nogi wyciągnięte przed sobą. Na udach leży laptop. Piszę. Słucham muzy. Zawieszam się pod księżycem. Spać nie mogę. Jest środek nocy. Znowu druga. Druga zmiana świadomości.
I nagle w tej ciszy w tym bezruchu pokoju zauważam ruch. Konsternacja zamroziła mi kręgosłup. Kątem oka zobaczyłam, że coś przebiegło. To? It? Zawiesiłam się. Przetarłam oczy. Pewnie to już słynne mroczki. I nagle patrzę, patrzę znad laptopa a tu biegnie pająk, O żesz szlag jasny. Jak nie wyrwę z kanapy, jak nie pacnę kapciem w te oczęta, w te ślipia, którymi we mnie patrzył, tak zatłukłam. Jaka była z siebie dumna. Leżeć mi tam truchło i nie ruszać się.
Zasiadłam z powrotem na kanapę. Z nogami wyciągniętymi. Na udach położyłam laptopa. Piszę. Zawieszam się pod gwiazdami. Spać nie mogę. Jest środek nocy. Po drugiej jest. Zaczyna się stan trzeciej świadomości, gdy nagle patrzę, tak kątem oka dostrzegam, ruch. Kurwa, znowu? Zemsta??? Jak nie krzyknę, jak nie skoczę........tak dotarło do mnie, że to były tylko palce u moich stóp.


Jadę na rebelce.  Jadę sobie to tu i tam. Wjeżdżam na wiochę monitorowaną pomiarem prędkości. Mogłabym śmignąć, ale myślę sobie co tam, przejadę się tą 50tką. Dla oddechu podniosłam szybę w kasku. Wiatr się wdarł prostując mi zmarszczki. Poczułam cudowny zapach gnoju. Zamknęłam kask. Coś nie tak, coś mnie mnie ........fuck! fuck!!! owad mi kurwa wpadł. Walił cały oszalały po twarzy, po szybie. Straciłam panowanie nad swoimi nerwami, emocjami, motorem. Zachwiało mną. Szlag jeszcze się wywrócę. Minęłam słupek. Spokój ARTE! SPOKÓJ! Nie panikuj. Podniosłam szybę zanim zdążył się wbić kłami w mój policzek, zanim wdarł się do moich płuc przez nos.
Wyleciał.
Spiedalaj pojebańcu.
Fuck.Fuck. Fuck.
Nie otworzę szyby. Szczególnie, gdy wali gnojem.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

nicią






Wpadam w czyjeś życie i wypadam. Przerywam nici. Przegryzam liny. Znikam. Nie chcę przywiązań. Niczego nie chcę. Chcę lecieć. Gdziekolwiek. Chłonąć. Zdążyć żyć przed śmiercią. Zafascynować ludzi światem. Zarazić nim ich i siebie. Na nowo wciąż wzniecać ogień zainteresowania, odkrywania, błądzenia, latania po chaszczach. kopania butelek napotkanych po drodze. Gwizdania wraz z ptactwem. I umierania ze śmiechu z powodu drobiazgów. Chcę zafascynować świat sobą. Tylko na moment. Na to wow, bo więcej nie udźwignę. Na więcej potrzebuję zjeść płatków z mlekiem, a tego nie dzierżę.
Tak zabłysnąć i zgasnąć. Dla innych.  Dla innych, z kolei, rozbłysnąć na nowo. Dla siebie też. Tak podjarać własny zad. A potem bez słowa trwać w zawieszeniu nie mówienia. Eksplozja ciszy rozpierdala mole pamięci. Ja, niczym stary płaszcz, już tylko wiszę i cuchnę nasączona banalnością.
Słowa są do dupy. Przywiązania są do dupy. Wszystko jest do dupy. Ten tekst jest też do dupy.
Pozostają tylko zdjęcia. Nie zawsze najlepszej jakości. I wspomnienia, które bolą i bawią. Jestem taka pełna sprzeczności. Nieukierunkowanej energii. Czarną dziurą. Wektorem wypadkowości. Wszystko jest we mnie. wszystko jest we mnie. Wszystko...a poza mną nic.
I nikt nie może mnie zatrzymać. Przyciągnąć i obezwładnić. Pogłaskać na zniewolenie,. I dobrze, bo nici tylko plączą, zaciskając się wokół serca, ciała, duszy, skarpetek, szyi. Nie są skakanką, lecz powrozem. Przywiązaniem zabierają oddech, duszą zaciągnięciem sznurów, a ja nie jestem krową w oborze, by stać z ryjem w korycie, Tak stać w miejscu. Nie będę tak stać. I trwać.
Fridę to zabiło. Takie trwanie. Wiara zabija.
Mnie zabije szybkość.
Flaki czarnego kota rozciągnięte na asfalcie staną się moim przeznaczeniem. Dmuchnięciem świecy życia.
Efektem bezdechu.





Umieranie
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.
j
Sylvia Plath




Stuknęły mi dwa krzesełka. Dwa trony. Życie królewskie. Królowie mieli życie do dupy. Pili, zastanawiając się. kto czai się na nich. Intrygi wplatały się w sploty mięśni czerwonego mięsa podawanego do stołu,
A czerwona nić to legenda. To nic. To kawał mięsa. Pierdolić klątwę. Zagryzam zęby na gnacie. Przegryzam ssąc szpik. Do szpiku kości dławię się samotnością. Duchową samotnością. Niezrozumieniem. Piję. I ten szpik. I alkohol.

I walczę. Walczę na treningach do bólu mięśni. Zatracenia. Niemocy. Rzeźbię ciało niedociągnięciami i niedomaganiami. Budzę się połamana. Wstrząśnięta siłą doznań. I wsiadam na motor przełamując sobą zachód słońca. Czerwona kula, wisiała na niebie. Czerwona rozpalona czerwień - serce piekła. Chmury, naznaczone jakby kroplami krwi, czaiły się udając ofiarę, ale tak naprawdę, w zakamarkach swych chowały armię demonów. Osaczona przeklętopiękno aurą pędziłam coraz to ciemniejszym asfaltem. Wbijałam się w nadchodzącą noc. Cienie zyskiwały nową moc. Ściągałam się z czasem. Zza maków i zbóż zło wyciągało swoje ręce.....
Dotarłam. Z jękiem. I tak cię dopadniemy.

Póki co dopadam ja. Ja dopadam czyjeś życie. Na moment, który jeszcze trwa. Który mi pozostał. Pijemy. Przy barze eksploracji ludzkich dusz i umysłu. Ciała z wypatroszonych serc leżą na zapleczu. Obok pustych beczek po piwie. Wnętrzności zostaną przemielone na karmą dla psów, które na deser zżerają zbliżające się anioły. Chrzęst łamanych ich  skrzydeł jest sonatą jaką mógł słyszeć Beethoven, w czasach głuchoty.

Bar zatracenia. To jest życie. Życie pełne nitek i lin na nie pogubienie się. Nożyczkami wszystko tnę. Gdzie są drzwi?! Gdzie są, kurwa,  drzwi?:! Wychodzę.

Świt.