poniedziałek, 25 marca 2019



Jadę, jadę, zapierdzielam. W jedno oko dostałam blaskiem mijających mnie aut, a drugie zostało porażone widokiem rozświetlonych chmur, koszmarnych chmur, wilkołaczych chmur. Myśląc o statywie zahaczyłam o pobocze. Zniosło mnie, hamowanie przedłużyło mi życie. A potem była szybka jazda przez las na krótkich światłach. Rosyjska ruletka. Wyskoczy sarna czy też nie. A w duszy malował się chmurami wilkołaczy klimat. 
Zaśpiewałam. Zajebiście śpiewa się ten kawałek udając szwedzkiego kucharza z Muppetów.




Właściwie to mogłoby się moje życie skończyć. teraz. Na fali sukcesów. Nie znoszę porażek.




piątek, 15 marca 2019

patologicznie

Dzisiaj jadąc samochodem zostałam zabita pewnym widokiem, który bardziej mnie poraził niż patrol policji.

(- Proszę dmuchać.
- Ja? ja mam dmuchać?- zareagowałam oburzona - to mnie, władzo, dmuchają!!!)


Szli zaspanym miastem Żuliet z Żuliettą. On nieogolny, z błyskiem w oku patrzył wyniośle na świat. Złym błyskiem. Deprawator. Psychol. Dumny, wyprostowany, Aleksander Wielki melin. Uśmiech skrywany w zaniedbanym zaroście ukrywał kosę w kieszeni, która była ogrzewana  ściśniętą dłonią. Gotowy do ataku. Może  nawet czubkiem noża ocierał się o żebra Żulietty. 

Ona, z nieprzytomnym wyrazem na wykrzywionej twarzy, w brudnej kurtce, kulała przy nim. Jej chwiejny, niepewny krok,mówił, że wprawdzie idzie teraz bez smyczy, ale jednak wiernie przy nodze pana.

Władca i służka.
Ewidentna przewaga sil.
Kat i ofiara.

Żulietta szla jakby miała w pochwie  ukryta małą flaszkę. Może właśnie z tego powodu miała kulawy krok, który chwiał jej zgarbioną postacią. Skulona, zawstydzona, bez sił, ale coś zachowała dla siebie, tą butelczynę, tą godność w płynie, który teraz przelewał się jej między nogami. Kiedy jest pijana nie czuje nic, ani głodu ani upokorzenia.  Nie czuje  nawet tego gdy on żelazkiem prasuje jej plecy. Tyle, że nawet to jej próbuje zabrać, ten kawałek wyzwolenia, który musi tak skrzętnie chować.

A może to on włożył w jej cipę tą "małpkę"? Oto jego barek. Krzywy, brudny, brzydki, ale pełny.

Szli miastem jak myśliwy z trofeum.
 Oto moja zwierzyna, patrzcie. 
Nie, nie patrzcie na mnie, mnie nie ma.

Byli, brudni, zmęczeni, niedomyci. Alfa i omega. 

Zaspanym miastem szła para pełna własnych tragedii.
Ciężko było patrzeć. 

Kat i ofiara.

Jak trzeba zabłądzić by tak skończyć?

Dokąd szli?

Dokąd zmierzają?


Idą na ulicę Wiejską do Barbary, która zawsze ma coś w lodówce, a oni nie jedli od dwóch dni lekko trzeźwych, a od trzech mocno pijanych. Barbara jeszcze ich nie goni, bo oni nie kradną. Żuliett każe Żuliecie sprzątać w kuchni, a on w tym czasie pieprzy Barbarę, bo Barbary nikt nie chce pieprzyć. 


Toną w alkoholu, tona w seksie, trzymając się tylko papierosa. Jednego na trzech.




;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;













Molestowanie seksualne, którego nie udało się uniknąć..


wtorek, 12 marca 2019

50 kroków

"Długo wędrowałem, zanim doszedłem do siebie"
 T. Rózewicz


Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, 
tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć.
William Wharton






Poszłam do marketu po mleko. Kupiłam trzy sekulenty. Dwie ksiązki. I jedną płytę. Podeszłam do kasy i poczułam, ze o zgrozo!, jednak o czymś zapomniałam. Tylko o czym zapomniałam? 
O czym? 
O mleku!
O Boże! 
Wróciłam się, bo bez mleka kawy nie wypiję. Czarna maż zaczęła mi zgrzytać między zębami i bujać serce zanadto.
Trzymając w rękach te trzy sekulenty, dwie ksiązki, jedną płytę, o zgrozo!, sięgnełam na dolną półkę po mleko, półprocentowe.
Żonglerka towarem.
Trzy procenty olałam na rzecz dbania o wagę. Wystarczy, że kraj zalewa plusodemagogia, a mnie tłuszcz, więc idę, idę na przekór- odejmuję. Niestety tylko na wadze towaru i portfelowi.
Nie chcę wysiadać przed zakrętem. Nie chcę wysiadać za zakrętem. 
Osiecka gdzieś po drodze wysiadła. Została w alfabecie Magdy Umer. Piękny alfabet pięknej przyjaźni pięknych kobiet, które miały piękne rysy twarzy i kory mózgowej.
Ja mogę co najwyżej swój stworzyć. To będzie wyzwanie. Arte w pamięci Arte. 
Ważność własnej osoby odnaleziona pod konieć ostatecznego oddechu.
Pchnięcie słowem. Gdy ostatnia litera wyrazu dopadnie kręg kręgosłupa zgasną oczy.












A - ambiwalencja uczuć - jednego dnia kocham karmel slony, a innego-gardzę
B- beka, w gwarze ozncza niezły zgon z niezłej wtopy, oto ja królowa, nie tylko łez
C - cyttryna, spożywam ją i bardzo lubię, ale tylko z tequilą
D - dreszcze, mam je gdy wieje wiatr i gdy słysze szept koło ucha swego i gdy, gdy
E - efektywność działań: osiągam cele
F - fantazja jest od tego, by śnić i śnię snem dalekim od Freuda
G - góry, bo wędrówką jest życie cżłowieka, więc wchodzę na szczyty, te jedyne, na które wejść mogę
H - Hydrozagadka - mam słabość do absurdu
I - ironia poprawia mi kiepski nastój choć myśl o Islandii równie dobrze na mnie wpływa
J - Jezus Maria peeszek
K- kocham jak mało kto ksiązki choćby
L - lato to pora, kiedy żyję, biegam i chce mi się
Ł - łakomstwo na wuzetki i napoleonki
M - motor, motor, motor
N - nieecierpliwość starego człowieka może tylko równać się z erupcją wulkanu, w którym magma wrze z niecierplwiości stania sie lawą, wybucham i dymię
O - osobowość złożona
P -papieros jest jedenastym palcem u ręki
R - ruble Dostojowskiego, rzucone przez Idiotę
S - seksistowski żart i seks w głowie
T - treningi: picia, sportowe i najdłuższego leżenia w łózku
W- wódka przemywam rany i pustki napełnia
Z - zdjęcia uwielbiam robić zachwycając sie przy tym zwykłością przedmiotów w niezwykłych promienach słonecznych





Zainstalowałam sobie krokomierz. Wykonałałam 50 kroków. Kawa, siku, siku, siku. Wciąż jeszcze śpię niedźwiedzim snem, czekając na ciepło.








poniedziałek, 11 marca 2019

Miały być kłótnie nie wiadomo o co, ale  wszystko zalał beton milczenia. Doszło do zezwierzęcenia. Z futerek lisich powstał mur nie do przebicia. W ciszy słychać już tylko skowyt wiatru. To halny przedziera się przez przestrzenie. Dociera do uszu. Wpada do głowy robiać zamęt. Pod poduszką chowam głowę, uszczelniam okna. Nie znoszę wiatru. Tego wycia. Czuję się jakby mnie odzierano ze skóry. Czekam na słońce, na siłe, na nowy czas.
Zawsze na coś czekam.
W grzebaniu dotarłam do pustki. To taka studnia po lewej stronie mojej duszy. Wyrwa, która nigdy już nie zrośnie.
Czytając biografie niektórych osób przecieram oczy ze zdumienia i zaczynam koło studni sadzić kwiatki.
Odnajduję siebie.Nie tylko po przez grzebanie w ziemii, w sobie.
Łaczę wszystkie puzzle w całość.
Póżniej spalę to w niepamięci. W Noc Kupały puszczę z dymem.
Zrozumieć siebie jest kluczem do szczęścia.
Nie bać się siebie, nie pogardzać, nie oceniać, a przytulić. 

Nie wracać tam, gdzie biją. Nie wracać tam. gdzie nie ma ciepła. Nie wracać tam. gdzie nie ma dobrego słowa. Nie wracać do ciemnych zaułków bez wyjścia.

Zagubienie, samotność, odtrącenie, bycie nieważnym to cztery kółka, były niczym czterej jeżdzcy, na których jechałam. Bez kierownicy. Bez kierowcy. Bez celu.
Wyrzucona łajba ze statku w czarne morze pełne bałwanów.
Nie stała  i nie dzieje mi się już żadna krzywda.
Irracjonalne, ale prawdziwe.
W nieszczesciu była cała kupa szczęścia, a może już swoje doświadczyłam i wystarczy?

Potrzeba życia i bycia w milionach miejsc z milionami ludźmi jest moim tlenem. Bez tego umieram. Teraz zaczynam żyć. Ostatnie akapity wypełniam pragnieniami istnienia.

Przyrządzam białą kawę do termosa. Chcę posiedzieć przy Osieckiej na Wzgórzu Akademickim. 
Posiedzieć bez słowa.

Choć może napisze wiersz...o wiośnie, o ptakach, nadziejach i miłości. 




a za miesiąc koncert :D








 

niedziela, 10 marca 2019

Manuela o Adze

"...zatrzymana szarzeje w pospolitości. Kapcieje jak wyłowiona meduza..."
Gretkowska o Osieckiej w Poetka i książę.








Sylwią

Taka się czasem czuję głupia, tępa i nietwórcza, że zdumiewa mnie, kiedy ludzie mówią coś innego.
Sylvia Plath 







A potem wpadło mi do głowy, że mogłabym spędzić resztę lata, pisząc powieść.

Sylvia Plath 



- Mooniek nie chcę już pracować, nie chcę już nic. 
- To się zwolnij.
- A będziesz mnie utrzymywał?
- A rób co chcesz.
- To chcę rozwodu.
- A na chuj?
- No własnie chuja nie chcę.

Zaszyłam się w świecie ułudy.

Buty na platformach chińskiej taniowości zniewalają swoimi fasonami i cenami, jak i kurtki i w ogóle (oootorby, tak, nowa pasja) i w chuj tego, w przeciwieństwie do kasy, która zniewala swoją małością. Oszaleć idzie od nawału towaru i pustki na koncie. Chciałabym mieć tyle rzeczy. A chuja mam.

Desperacja druga rzuciła mnie na poszukiwanie suplementów wygrywających walkę z tłuszczem, ale cena była tak powalająca, że suma sumarum, poszłam do internetowej księgarni zamówić książki. W końcu i tak kupiłam rower i zainstalowałam na telefonie apkę do biegania, więc juz na samą myśl o poczynionych krokach czułam, że straciłam przynajmniej pół kilo. Więc na chuj mi chemia?

A na chuj mi wszystko.




piątek, 8 marca 2019




Byłam lumpem, inteligentnym lumpem. Teraz łachy i mózg zamieniam na bycie dziwką.
Dozania zamiast myśli.
Nagość zamiast ubrań.
Wibrator zamiast książek.
Kutas zamiast flaszki.
Wyjebanie.







czwartek, 7 marca 2019



Nie pamiętam idei. Nie pamiętam myśli. Nic nie pamiętam.
Jeszcze żyję. Może dlatego, że oddychanie jest odruchem, czynnością bezwarunkową leżącą poza mną. Ale sznur zaciska się. Jedyna myśl: odejdź. Nic tu już na ciebie nie czeka.
Nic.
Nic.
Odwieczna, wielka nuda.
Co jeszcze moge sobie udowodnić?
Dlaczego mam cokolwiek sobie udowadniać?
Dlaczego nie mogę siąść na brzegu skały i dumać wpatrzona w przepływające chmury?

Od lat czepia się mnie ta myśl, ta myśł o odejściu od lat czepia się mnie jak gówno buta. I weż człowieku biegnij po zielonych łąkach. Biegnij po trawie. Ciesz się, raduj i nagle chlast: buty w gównie mienią się. Fekaliowa dusza.