piątek, 25 stycznia 2019

serio?





- Wiem w czym tkwi mój problem! - ryknęłam wewnętrznie do siebie krztusząc się kawałkiem chleba jedzonego pospiesznie, bo inaczej jeść nie umiem jak w biegu, choć stoję w miejscu, stoję, bo rzadko kiedy siadam we własnej kuchni - wiem....za malo piję wody i trafiałam na nieodpowiednich ludzi. Nie poradziłam sobie z nimi, nie poradziłam...

Nie poradziłam.

Przysiadłam storpedowana obrazami we własnej głowie. W sumie to siedziałam niczym stary człowiek na krześle z obrazu Vincenta. Tak jakoś znalazłam się w rozpaczliwej pozie . Bezradna i stara.

To nie była wina chleba. Ani zanieczyszczonego powietrza. Ani braku kremu przeciw-zmarszczkowego.

Spotykałam ludzi, których nigdy nie powinnam spotkać.

Zatrułam siebie. Efekt szkodliwej wymiany płynów. Rzerzączka i syfilis dopadły mnie od słownego pierdolenia. Mózg mi wyżarło. Jak po Wiadomościach TVP.

Powinnam była ucinać rozmowy, uciekać, nie być, iść przed siebie nie odwracając się, ale ten brak pokory zatrzymywał mnie przy nich.

- Przecież mogę ich zmienić, mogę. Mogę im coś fajnego pokazać. Być. 

Kurwa mać, a kim ja byłam?

Ale, ach, ach, zabawmy się, w końcu życie to żart. Tylko, że ups... konsekwencje bywają bolesne tworząc rany, które nie chcą się goić. 

Czuję sie jak więzień własnej duszy. Ona trzyma mnie mówiąc:

 - Patrz. - i napierdala projekcjami.

- Nie chcę. Nieeee chcęęęęęęęęęęęęę.......


Zatrzymałam sie przy ludziach, którzy nigdy nie powinni mi się trafić.

Na chuj?  Przepraszam: po co? Po co to wszystko było?

Dalam się złapać na dobre słowo. Oooo, ktoś jest ze mną, zainteresował się. Jak fajnie.

Najgorzej to uczynić z siebie śmiecia, który by zaistnieć musi coś udowadniać. Innym, nie sobie.

Miałam porządek w życiu, a wjebalam sie w ich burdely. Brawo ja.


Skasowałam ich. 

Ale za późno, za pózno. 



Zbieram okruchy próbując złożyć siebie w całość. 

Wiem, że jest to niemożliwe, bo za dużo wyrw, ale ach ten moj optymizm nieskalany wciąż.

I nie dorosnę. Nie chce mi się nic. 

Dusza szaleje coraz bardziej, a ciało szwankuje to tu, to tam. Przepływ energii wciąz jest zakłócony. 


- Arte, znowu marudzisz? Przestań, chodź. I tak cię kocham. taką jaką jesteś, mój wariacie.


Ocalenie przysżło z najmniej oczekiwanej strony. Nie zasłużenie.

Nie wiem co zrobię, nie wiem.
- Gdzie dzwonisz?
- Na oddział psychiatryczny, niech mi zrobią lobotomię.








Musze pić więcej wody, muszę więcej biegać, muszę więcej patrzeć, muszę więcej widzieć, muszę więcej myśleć, muszę wiecej milczeć, muszę........a chowam się wciąż pod kołdrą płacząc:
 - Nie, nie dę, nie idę ....

Jestem tchórzem Słabym człowiekiem. Zapomnijcie o mnie i wybaczcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz