czwartek, 27 września 2018

Leciałam w szarościach przez las. Zmierzch wyciągał ręce dłońmi drzew. Gałęzie prawie muskały mnie w twarz. Czuć było jak napięcie rośnie. Powietrze mroziło, a gdzieś spomiędzy drzew widać było niekojące oczy. Połamany asfalt podcinał opony. Może to już czas i z cieni wyłazi zło. Zło, które wpatruje się, by przejąc ciało. Zjeść wnętrze i odziać ludzką skórę. Zamknęłam oczy na zakręcie. Dryfowałam w przestrzeń a tam, a tam już stał mały krzyż. Chyba bardziej przerażający od cimności lasu,
Zatrzymałam sie na poboczu. Zgasiłam światła. Gdzieniegdzie lśniły w oddali złe oczy. Zawsze mi towarzyszyszyły, Od lat je pamiętam, kiedy jako dziecko wisiałam na tylnej szybie fiata 125. Nakręcałam się strachem. Podniecał mnie.
Wziełam telefon pisząc sms: "Zaraz bedę".

-Czy  postawicie krzyż przy drodze jak zginę? - zapytałam mensza i przyjaciółkę po powrocie do domu.
Moniek zszedł ze śmiechu a kumpela rzekła, machając przy tym rękoma:
- Ooo taki wysoki, wiesz, na 4 metry, wiesz ten co jeżdzimy pod niego na rolkach.
- I będziemy piec kiełbaski? - do pokoju weszła córka, po minie której było widać, ze nie wie o co chodzi. Tym razem wszyscy dostali ataku śmiechu.
- No tak, i skończy sie jak zwykle na rodzinnym świętowaniu : grill, piwko i dobry humor- roześmialiśmy się.

Kiedy Mooniek zaparzył kawę, zasiedliśmy wszyscy do stołu: gra w Uno. Celebrowanie chwil rodzinnych oraz  wspólne granie stały się normą. Iguany zacierały ręce planując uwalenie ciotki w wojnie. Kopanie pod stołem było tajnym znakiem Indian. Mrugnęłam do syna. Kumpela wrzasnęła do Moonkaa:
- Już się ustawiają.
- No cóż, kochanie, tak zaczyna się wojna.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz