poniedziałek, 23 lipca 2018

poniedziałkowy poranek

Koleś zjechał na nartach z K 2, a mi się nie chciało nogi wysunąć spod kołdry. Na K2 weszłabym, ale wyjście z łózka mnie przerażało. Świat oczadziałego miasta, te same ulice, pierdołowaci kierowcy, nawet pies na skwerku ten sam. I te same pijackie mordy pod sklepem. 
Co za obrzydlistwo. 
I jeszcze poniedziałek. Poranek.
W końcu wstałam,
 - AAA jak późno, za późno jest, nie jest za późno ....
Pobiegłam pod prysznic. Chwyciłam musli z mlekiem i wsiadłam do auta.
Wpadłam do pracy. Odpaliłam sprzęt, sprawdziłam pocztę oraz telefon. Znowu milion spraw.
Podeszłam do kuchenki. Otworzyłam szafkę. Sięgnęłam po kawę pomimo, że herbata z dziurawca uśmiechała się do mnie puszczając zalotnie oczko.
"- Nie, nie, dzisiaj jest poranek poniedziałkowy i potrzebuje silnego wstrząsu na przebudzenie, wybacz" - pomyślałam sypiąc trzy łyżeczki Tchibo do kubka. Włączyłam czajnik. Zasyczał dziwnie oburzony. No tak, nie ma wody. Chwyciłam go i poszłam do łazienki. 
Otworzylam drzwi i zamarlam. Na toalecie siedziala kobieta.Tak, tak, ze spuszczonymi spodniami. Inaczej chyba nie siedzi sie na desce. Raczej.

-KURWA!!!! - ryknęłam, nie ze ona ten teges, lekkich obyczajów, tylko tak z zaskoczenia, ze strachu, z szoku kompletnego przeklęłam tak szpetnie.

A jak sie tak wydarlam tak kobieta spadla na kafelki.
Bezwiednie. Jak lalka. Jebła i już. 

Bezruch.

Mój i jej.

- KURWAAAAAAA!!!!! - wydarło się z mego gardła, tym razem szeptem, z przerażeniem,

Stałam nie wierząc w to co widzę. Stałam lampiąc się na trupa.
Trup.
Zwłoki.
No trup! Martwa kobieta. Martwa natura.
Tylko durna mucha brzęczała przy oknie.

Zbladlam.
Oparłam się o framugę.
Zapalilam.
Jak? Skąd?  - poszło z dymem.

To moje biuro. Firma jednoosobowa.Tylko moje.
Cholera....

Martwa kobieta. 

Dzwonić po gliny czy szkicować?

Trup. Zwłoki. 

Skąd?

To ja? Nie ja! Ja???!
Jak? Jak? Jak?!!!

Znowu zapadlam.

Na utratę świadomości



.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz