czwartek, 7 czerwca 2018

w nutach nieodgadnionych...

Jadę swoim ukochanym rowerem po ulicy. Pogoda jest boska. Rower jest boski. W kolorze czerwonym. Red mocny. Widać w nim jeszcze pulsującą krew przelaną przez samurajów, czy też przez księżne w te dni. Zasłuchana jadę, bo słuchawkach Slayer nawala gitarowy song, więc robię piruety jadąc tak przez środek ulicy gnana dźwiękami i lovem płynącym z chmur i nagle w ten mój idylliczny świat wpada klakson. BIIIBIIIP!!!!

Sekunda zastygnięcia. Zamyślenia. Niemyślenia. Czucia. Nieczucia. OOOOOOOOKURWAAA!!!!!!!!!

AAAAaaaaaa o mało co nie spadłam z roweru.

 - FUCK TIR!!! na dupie mej....

Sekundy,   to były sekundy trwające wieczność. Momentalnie dokonałam, i to cudem, szybkiego manewru uciekając na chodnik, ale uciekałam na przeciwległy chodnik  wjeżdżając prosto w samochody, na szczęście stojące na poboczu. Szczęśliwie wymanewrowałam pomiędzy nimi i zatrzymałam się przed drzewem na skwerku. A mogła być kolejna blaszka.

Szybki puls, jeszcze szybszy oddech targały moim ciałem. Zapowietrzenie.

O ja pierdolę - pomyślałam i co?

Pojechałam na lody. Słony karmel. W końcu żyję. A potem pojechałam na stację benzynową na kawę. Taka zwykła, prostą, czarną. Ale cukier brązowy schowałam do tylnej kieszeni. Ne wiem po co. Na czarną godzinę nagłego zapotrzebowania słodyczy?

Zasiadłam na murku i patrzyłam na ten świat. Ile to ludzie marnują czasu na nic nie znaczące sprawy.  A ile już z nich śmierdzi. Poczułam obrzydzenie dla człowieka. Dziwna istota. Dwie ręce, dwie nogi, głowa. Bleh. Wyciągnęłam nogi i książkę. Zatopiłam się w świecie wymyślonych kreacji.

W plecaku dzwonił służbowy telefon. Nie odbierałam. Otarłam się o śmierć. Zatrułam się zapachem przepoconych istot, Dzisiaj z nikim nie gadam. Wstałam i poszłam po papierosy. Nie zabije mnie nic. Poza śmiechem. 

Telefon jednak nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zaterkotał. Sms:
- Załatwiłaś?
- Tak.
- Jesteś Wielka!:D
- Szczupła brzmi lepiej :P

Odłożyłam. Kolejna sprawa odfajkowana. Założyłam słuchawki, włączyłam Slayera i wsiadłam na swój czerwony rower czując jak krew samurajów przelewa się pod moimi stopami.




2 komentarze:

  1. I jakie wnioski z tego zdarzenia? Nadal jeździsz w słuchawkach... Mi kiedyś taki w słuchawkach wlazł pod koła, choć miał czerwone światło. Ledwie dałam radę wyhamować, a on poszedł sobie dalej, jak gdyby nigdy nic. Reszta pieszych stojących na chodniku i czekających na zielone zamarła. A gdybym nie zdążyła? Zero mojej winy, a trauma do końca życia! Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiem...jakoś mnie poniosło, że miałam potrzebę odcięcia się od świata, ale nie aż tak...

      Usuń